Przejdź do głównej zawartości

Drugie życie Lucii

Czytam opis "Drugiego życia Lucii" i słucham opinii na temat tego filmu na stronie dystrybutora, czytam recenzję na Homikach i zastanawiam się, dlaczego tak wiele osób ustawia tę historię na osi świat kobiet - świat mężczyzn, którzy tych pierwszych nie rozumieją. Nie twierdzę, że takie odczytanie jest nieuprawnione, ale mam wrażenie, że patrzenie na "Drugie życie Lucii" przez pryzmat różnicy płci spłaszcza tę opowieść, z której cała czwórka bohaterów finalnie dowiaduje się czegoś bardzo ważnego właśnie o sobie, nie o swoim partnerze/swojej partnerce płci przeciwnej. Ale od początku.

Oto mamy dwie pary - dobrze sytuowane małżeństwo w średnim wieku Lucię (Sandra Ceccarelli) i Bruna (Cesar Bordon) i dwójkę niebieskich ptaków - dużo młodszych Leę (Francesca Inaudi) i Marco (Guillermo Pfening).  

Tytułowa bohaterka  ma depresję. Dusi się w swoim poukładanym życiu, u boku męża lekarza, z pracą stewardessy, którą wykonuje równie mechanicznie jak żyje. Na zewnątrz chłodna i zdystansowana, swoje emocje wylewa w zostawianych wszędzie notatkach. I oto pewnego dnia spotyka Leę, pozornie swoje kompletne przeciwieństwo. Lea to taki psotny chochlik - wiecznie uśmiechnięta anarchistka, która niczego zdaje się nie traktować poważnie, bez wahania sięgająca po to, czego pragnie. Pod maską małej łobuzicy kryje się jednak wielki smutek i tęsknota za ojcem, idolem jej dzieciństwa, pragnieniu spotkania z którym podporządkowuje całe swoje życie. To dla niego wyjedzie z Buenos Aires na odludne wybrzeże Patagonii, zabierając ze sobą Lucię.

Co wyniknie z podróży tych dwóch kobiet? Lea pokaże Lucii, że nigdy nie jest za późno, by spróbować zacząć żyć na nowo. Nauczy ją wyrażać emocje, bez zastanowienia sięgać po swoje, śmiać się i nie zważać na to, co myślą inni. Kiedy Lucia chce analizować ich relacje, mówiąc, że nigdy dotąd nie myślała, że zwiąże się z kobietą, Lea zbywa ją prostym: "Ja też nie". Problemy zaczynają się, gdy Lucia nie ustępuje i chce nazwać to, co je połączyło. Bo Lea wbrew pozorom nie przyjmuje wszystkiego tak, jak jest. Ona też ma swojego trupa w szafie, od którego musi się uwolnić, by pójść dalej. Zostawia Marco nie dlatego, że ten jej nie rozumie, a dlatego, że nie potrafi kochać tego co tu i teraz. Dla niej momentem formacyjnym będzie chwila, gdy uświadomi sobie, że przejmuje się losem przyjaciółki i kochanki. Że zależy jej również na innych, nie tylko na sobie.

A panowie? Bruno, odkrywszy notatki żony, przekona się, jak stereotypowo konstruował swój związek i jak ważna jest rozmowa i słuchanie drugiej osoby. Ale (tu wraca kwestia domniemanego konfliktu płci): Lea też tego nie potrafi. Nie słucha Lucii, tak jak wcześniej nie przejmowała się Marco. Co zabawne, to ten ostatni okaże się najbardziej pewny tego, kim jest, co czuje, jak i z kim powinien żyć. Pozostali bohaterowie muszą się tego dopiero nauczyć.

Reżyser "Drugiego życia Lucii" Stefano Pasetto wskazuje jeszcze jeden trop interpretacyjny swojego filmu - czytanie go jako opowieści o zdradzie. Drugiej osoby, ale też przede wszystkim samej/samego siebie, która jest prawdziwym piekłem. To zdecydowanie bliższa mi perspektywa. Bo i dla mnie jest to opowieść o pozorach i emocjach, które się pod nimi skrywają. I o tym, jak, przejrzawszy się w cudzych oczach, można odnaleźć przede wszystkim siebie.

Komentarze

  1. Dawno nie komentowałam, ale na politykę nie mam jakoś specjalnej ochoty. :]

    Raczej unikam wypowiadania się o filmach, których nie widziałam, ale że na ten chyba niestety będę musiała poczekać aż do DVD, piszę póki temat jeszcze w miarę świeży.

    Niby zwiastun mnie nie powalił, ale im więcej czytam i słucham, tym bardziej mam ochotę obejrzeć.
    I widzę, że w audycji na Trójce chyba niepotrzebnie skoncentrowali się tak mocno tej męsko-damskiej dynamice. Ale ogólnie dobrze, że trochę szumu wokół tego filmu. Chociaż pewnie te odniesienia do Kieślowskiego też dodają mu u nas skrzydeł.

    Swoją drogą ostatnio "wypłynęło" sporo filmów kiedyśtam zapowiadanych. Od koszmarnych ("Elena Undone"), przez nadrabiające treść formą ("Kyss Mig" - choć baardzo ładna forma), po dość męczące ("Como esquecer"). Ten ostatni też kręci się wokół kobiety w depresji. Ale widzę, ze chyba w "Drugim życiu..." ze zdecydowanie lepszym skutkiem. I zapowiada się najciekawiej (obok "80 Egunean").
    Chociaż chętnie obejrzałabym jeszcze "Circumstance" i "Triggera".

    Nawet jest co oglądać ostatnio. :)
    A to w końcu ułamek propozycji festiwalowych.
    Tak na dobrą sprawę Tongariro naprawdę ma co sprowadzać. I to w przeróżnym wydaniu, bo to w końcu głównie kino nieanglojęzyczne.

    Trochę boli, że nic polskiego nie ma do dodania. :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Obejrzyj koniecznie - czysta magia (choć pierwsza scena okropna, ale wystarczy na chwilę zamknąć oczy, potem jest już dobrze). Jak tylko wyjdzie na DVD, to na stałe trafi na naszą półkę.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…