poniedziałek, 31 października 2011

Feminizm w obrazkach

Dziś zamiast wrednej pisaniny grafiki i fotki z dwóch fejsowych stron (które pewnie znacie, a jak nie, to koniecznie nadróbcie), którymi od jakiegoś czasu nie mogę się nacieszyć. Czyli dość samobójcze wyznanie, że tak, to prawda, czasami obraz starczy za tysiące słów. Miłego interpretowania.

A girl's guide to taking over the world:
  The Anarcho-Feminist:
Na koniec - jedno z najpiękniejszych zdjęć, jakie kiedykolwiek widziałam:

sobota, 29 października 2011

Z życia homoseksualistek: konserwatywna szowinistka

Niedawno jedna z czytelniczek poprosiła, bym, w ramach cyklu „Z życia homoseksualistek”, napisała coś specjalnie dla crystall, która jest jej ulubioną foremką (tak, moim zdaniem fajnie, określają się forumowiczki KK). Jako że ostatnio nie mam melodii, by zagłębiać się w kwestie tożsamościowe (co nie znaczy, że obiecanego w poprzedniej części tekstu o atrakcyjności i o tym, czy aby na pewno kobiety mogą sobie w sferze wizerunku pozwolić na więcej, nie będzie), skorzystałam z podpowiedzi.

Forum portalu Kobiety Kobietom liczy sobie na dzień dzisiejszy 64373 zarejestrowanych użytkowniczek i użytkowników (panów, choć w dyskusjach zazwyczaj są niewidoczni, jest tam, co widać w statystykach oglądalności, całkiem sporo). Większość to martwe dusze, poprzednie wcielenia osób, które mają więcej niż jedną forumową tożsamość  i osoby udzielające się sporadycznie, udzielających się w miarę stale jest może kilkaset, superaktywnych i do tego charakterystycznych – kilkadziesiąt, a kontrowersyjnych - kilkanaście. Crystall z pewnością należy do dwóch ostatnich kategorii. W ciągu niespełna trzyletniej bytności na forum popełniła 1260 postów, z czego ponad 350 jest niewidocznych dla ogółu – zostały skasowane lub znajdują się w niemoderowanej, zamkniętej dla niezainteresowanych części zwanej koczowiskiem. W swojej dość krótkiej karierze zarobiła kilka(naście?) banów i pewnie znacznie więcej ostrzeżeń. Czym sobie na takie traktowanie zasłużyła? Oddajmy głos samej zainteresowanej:

preferuje styl à la Jerzy Urban - dosadny i oddajacy istote rzeczy. przykro mi ze nie wszystkim sie on podoba.

Mała próbka (z wątku o prostytutkach):

nie obrazam prostytutek, wyrazam tylko swoja a takze powszechna opinie spoleczenstwa na ich temat. uwazasz ze to co robia prostytutki to nie jest szmacenie sie? bo ja uwazam, ze jest. to jest ponizanie sie, robienie z siebie szmaty, szmaty ktora moze miec kazdy oblech jak tylko zapłaci. wspolczuje im ze sie tak szmaca, ze robia z siebie takie pojemniki na sperme. to jest obrzydliwa robota i pisze prawde. kanalarz ktory pracuje w ludzkich odchodach tez ma ohydna robote, tez nie ma sie czym chwalic. (…) nie zakladam ze kobieta ma byc monogamiczna. watek dotyczyl dziewczyny tej prostytutki, ta dziewczyna pytala co bysmy zrobily na jej miejscu. ja jej odpisalam ze bym rzucila prostytutke, poniewaz od swojej partnerki wymagam monogamicznosci, wiernosci, kierowania sie przede wszystkim uczuciami a nie chcicą. inne kobiety mnie nie interesuja, niech robia co chcą, ale nie musze wszystkich szanowac, prawda? przeciez krzywdy im tym nie robie. co je moze obchodzic mój szacunek lub jego brak?

I druga (o mężczyznach):

facet to jednak takie brakujace ogniwo ewolucji pomiedzy szympansem a kobietą, wiec jakos bardziej pasuja do niego wszelkie plugawstwa: jest paskudny już sam z siebie i mało co jest w stanie spaskudzic go jeszcze bardziej  dlatego u faceta nie razi to tak bardzo jak u kobiety. ja np. jestem swiadoma tego, ze nie istnieja wierni faceci i nawet tego od nich nie wymagam. facet zawsze poleci za nową dupą, nawet brzydszą od obecnej - chociazby po to zeby sprawdzic jak to jest z taką brzydszą od kobiety oczekuję jednak nieco wznioślejszych uczuć...  

Zanim westchniecie (nad SMS-ową ortografią lub poglądami), jeszcze jeden cytat:

Zdajcie sobie Panie sprawę z tego, że społeczeństwo tak nas odbiera. Bycie lesbijką/gejem utożsamia tylko z preferencjami SEKSualnymi a nie PSYCHOseksualnymi. Jak wiadomo to co się dzieje u kogoś w alkowie nie powinno być upubliczniane, dlatego społeczeństwo nie chce, byśmy były widoczne i marginalizuje nasze problemy. Jedynym wyjściem jest edukowanie ludzi, naszych matek i ojców o tym, czym jest tak naprawdę orientacja PSYCHOseksualna. Myślę że pokolenie ludzi po 50tce da się jeszcze jako tako wyedukować - przy dobrych chęciach.

To też crystall, tyle że na początku swojej forumowej kariery. Porównując teksty zaledwie jednej osoby sprzed trzech lat z obecnymi, trudno wysnuć ogólny wniosek, że internet powoduje zmiany (moim zdaniem na gorsze) w sposobie pisania, ale mimo wszystko kontrast jest niezły.

No dobrze, ale wróćmy do "teraźniejszej" crystall. Dlaczego w ogóle (poza tym, że było takie zamówienie) zdecydowałam się jej poświęcić ten tekst? Bynajmniej nie dlatego, że jest zabawna (choć jest), ale dlatego, że jej wypowiedzi pokazują, jak, mimo deklarowanego antyklerykalizmu, lewicowości (wśród osób, na których się wzoruje, obok Jerzego Urbana wymienia między innymi Kazimierę Szczukę) i niechęci do heteronormy, gdy przychodzi do kwestii genderowych czy obyczajowych, można być po prostu konserwatystką. Spójrzcie jeszcze raz na fragmenty o prostytutkach i mężczyznach. Poza mizoandrią autorki, ciekawa jest w nich jeszcze jedna rzecz: otóż kobiecie wolno mniej niż mężczyźnie. Powinna być moralna, wierna, monogamiczna i nie ulegać pożądaniu. Oczywiście nie ma takiego obowiązku, ale jeżeli taka nie będzie, to z automatu nie zasługuje na szacunek. Czyli mamy przedziwną odmianę moralności przyjętej w niemal wszystkich dużych religiach: oto kobiecie wolno mniej nie dlatego, że jest istotą gorszą (bardziej popędliwą, emocjonalną, mniej racjonalną itd.), ale dlatego, że jest lepsza. Kłopot w tym, że efekt końcowy jest ten sam.

Można by się w tych poglądach doszukiwać również pokłosia radykalnego feminizmu drugiej fali, tyle że, o ile feministkom zdarzało się dowodzić wyższości kobiet nad mężczyznami czy mówić jednym głosem z konserwatystami o zakazie prostytucji czy pornografii, to jako stronę winną zawsze wskazywały mężczyzn. Kobiety pracujące w seksprzemyśle były dla nich ofiarami. Z drugiej strony również feminizmowi drugiej fali zawdzięczamy docenienie kobiecej seksualności. Ergo "wolno mniej" jest po prostu konserwatywne, niezależnie od powodów, dla których zaistnieje.

Nie jest to zresztą ani specjalnie radykalna, ani rzadka postawa. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że takie podejście do seksualności (choć może mniej soczyście wyrażane), szczególnie kobiecej, jest charakterystyczne dla naszej kultury. Seks sam w sobie nie jest uznawany za obojętny moralnie. Jest dobry jedynie wówczas, gdy towarzyszą mu "uczucia wyższe" i/lub chęć doczekania się potomstwa. Jest zły, gdy wynika jedynie z pożądania. Zgadzam się z crystall, że często uprzedzenia biorą się z tego, że ludzie postrzegają osoby nieheteronormatywne jedynie przez pryzmat seksu. Tyle że to, że ktoś sypia z "niewłaściwą" osobą czy robi to z "niewłaściwych" pobudek jest równie słabym argumentem za wykluczaniem go jak to, że ktoś kocha "niewłaściwą" osobę. Tak że nie ma co udawać, że tego seksu nie ma i robić z siebie najmoralniejszych z moralnych, bo nie w naszej "niemoralności" leży problem braku akceptacji, a w reglamentowaniu seksu jako takim.

Żeby nie było tak poważnie, na koniec małe the best off.

Jeszcze o mężczyznach:

mysle ze jestem jak taka pierwotna Kobieta Matka z epoki kamienia łupanego, gdy panował matriarchat - facet jest mi potrzebny tylko do pieprzenia. cos na zasadzie mojego niewolnika - ma mnie za przeproszeniem dobrze wyruchac swoim metrowym interesem, a potem dostaje kopa w dupe, bo spełnil swoje zadanie. nie interesuje mnie emocjonalnosc mężczyzn

facet jest od tego zeby zarabiac na dom i rodzine! chyba tylko ruscy wysylaja swoje zony do roboty za granice! ale tam jest dzicz!

O związkach z dużą różnicą wieku:

na dluzsza mete to sie nie uda. starsza zaraz wytknie ci wiek i niedojrzalosc, poza tym bedzie ci zazdroscic mlodosci, tak to u bab bywa niestety 

czy wyszlas za schorowanego staruszka tak calkowicie bezinteresownie, czy moze liczylas na jakis "mały" spadek po przyszłym denacie?

O związku, w którym jedna z kobiet wychowuje dziecko z poprzedniego związku:

kochac obcego bachora? never tolerowac? trzeba i nic wiecej. sorry ale ja tam sie nie dziwie twojej partnerce. ma kochac jakiegos pryszczatego gowniarza z czescia genow twojego byłego? bez przesady. tolerancja, poprawne stosunki- tak, ale milosc rodzicielska?  kobieto, zbastuj. nie wymagaj od swojej kobiety zbyt wiele.

O butchach (rewelacja!):

w zasadzie przecietna butch niewiele rozni sie wygladem od przecietnej heteroseksualnej bufetowej w barze mlecznym/sprzedawczyni w miesnym: ta sama fryzura, gabaryty, gracja. jednie stroj je rozni. wiec kiedy obie sa nagie, to jak rozpoznac ktora jest ktora?

Macie jeszcze jakieś ulubione foremki?

wtorek, 25 października 2011

Tu i teraz, a potem już nic?

W ostatnich dniach mamy nieliche poruszenie w temacie związków partnerskich. Dotychczas na politycznym rynku graczy było dwóch - Grupa Inicjatywna ds. Związków Partnerskich i SLD - a oddolnie działała grupa Tel-Aviv, czyli ludzie skupieni wokół akcji "Miłość nie wyklucza". Po wyborach na scenie pojawili się nowi aktorzy - Ruch Palikota. I nagle zrobiło się ciekawie. GI spotkała się z Leszkiem Millerem i Robertem Biedroniem i zapowiedziała ponowne złożenie projektu ustawy o umowie związku partnerskiego. Szybko jednak okazało się, że tym razem nie tylko grupa Tel-Aviv ma wątpliwości co do tego projektu, ale również Palikot et consortes. Efekt? Palikot spotkał się z Millerem i zaproponował wspólną pracę nad nowym, lepszym projektem. Wprawdzie jeszcze nie wiadomo, co na to SLD (jutro w tej sprawie spotkają się Ryszard Kalisz i Robert Biedroń), ale wiadomo za to, że przynajmniej jednej osobie z GI ta propozycja się podoba - w wywiadzie dla Innej Strony Yga Kostrzewa przyznała, że GI zdaje sobie sprawę, że z przygotowaną przez nią ustawą mogą być problemy, i że jest za szeroką współpracą, której efektem będzie ustawa z szansami na powodzenie. Czyli mamy szanse na nowe otwarcie i to jest bardzo dobra wiadomość.

Zła wiadomość jest taka, że, o ile panowie politycy się dogadają, to nowy projekt prawdopodobnie nie obejmie osób heteroseksualnych. Wszystko przez nieszczęsny artykuł 18 polskiej Konstytucji, który, paradoksalnie, skutkuje tym, że większym problemem jest wprowadzenie alternatywnego do małżeństw rozwiązania dla par różno- i jednopłciowych niż wyłącznie dla par jednopłciowych (więcej o tym - tu i tu). Pojawiły się już głosy, że to niesprawiedliwe, że wiele osób heteroseksualnych popierało naszą akcję, ponieważ chcą związków partnerskich również dla siebie. Zgadzam się, to niesprawiedliwe. Więcej, o sprawiedliwości będzie można mówić dopiero w sytuacji, gdy zarówno małżeństwa, jak i związki partnerskie (umowy, cokolwiek) będą dostępne po prostu dla wszystkich (również, tadam!, związków wieloosobowych). Z drugiej strony jakoś nie mam poczucia, że jakakolwiek rozsądna osoba, która dotąd wspierała "Miłość nie wyklucza", nagle stwierdzi, że skoro ustawa ma być tylko dla par jednopłciowych, to ona cznia tę całą zabawę. W ten sposób nie zrobi się ani fajniej, ani równiej, a wydaje mi się, że tak naprawdę na tym polega idea całej akcji. Nie na pisaniu ustaw (choć po trosze też), ale na zebraniu jak największej liczby ludzi, dla których walka o prawa wykluczonych jest po prostu ważna. Stąd chociażby MNW od początku wspiera również postulaty osób transpłciowych.

Nie pamiętam drugiej tak rozwojowej, pozytywnej i skupiającej tak różne osoby akcji jak "Miłość nie wyklucza". I chociażby dlatego uważam, że na tym, co tu i teraz (a tu i teraz są związki dla tych, którzy nie mają literalnie nic), się skończy. Ale może jestem idealistką.

W pogoni za (nie)lesbijką polską

Tęsknicie trochę za historiami z życia homoseksualistek z forum Kobiety Kobietom? Ja tak, tak że obiecuję, że kolejny odcinek będzie wkrótce, a jak się uda, to jeszcze w tym tygodniu. A póki co mały wyimek z dotychczasowych rozważań (z kilkoma bonusami) ukazał się na Homikach. Zapraszam do  lektury!

niedziela, 23 października 2011

Seks a religia

Wydawnictwo Czarna Owca od czasu do czasu robi mi miłą niespodziankę. W ostatnim pakiecie recenzenckim dotarły do mnie książki "101 argumentów za niewiarą. Przewodnik młodego ateisty" S.C. Hitchcocka i "Seks a religia. Od balu dziewic po święty seks homoseksualny" Daga Øistein Endsjø. O ile pierwsza jest po prostu pouczającą zabawką (choć ci, którzy czują potrzebę tłumaczenia się - przed sobą czy przed innymi - ze swojego ateizmu, znajdą tam zestaw całkiem przydatnych argumentów), o tyle druga to rzecz znacznie ambitniejsza. Dag Øistein Endsjø postawił sobie za zadanie przeanalizowanie stosunku największych religii do ludzkiej seksualności i jego skutków nie tylko dla wierzących, ale w ogóle dla społeczeństw żyjących w krajach, w których dane wyznanie jest dominujące. Pomysł z pewnością nienowy, za to wykonanie wręcz mistrzowskie.

"Seks a religia" zaczyna się od pytania, dlaczego religie w ogóle interesują się (i zawsze się interesowały) seksem. Odpowiedź jest w sumie oczywista - bo regulując czyjąś seksualność, zyskuje się władzę nad niemal całym jego życiem. Określając, kto, z kim i kiedy może obcować cieleśnie, warunkuje się w rzeczywistości to, z kim może się wiązać, a w dalszej perspektywie - kim będą jego przyjaciele i wrogowie, dzieci i wnuki, w jaki sposób przeżyje swoje życie. Nie jest to specjalnie odkrywcze, wszak już licealiści, czytając "Rok 1984" Orwella, dowiadują się, że prawdziwą władzę nad człowiekiem zyskuje się, kontrolując jego pożądanie (Winston nie przegrywa wtedy, gdy zostaje nakryty na seksie z Julią, a wtedy, gdy przestaje ją kochać).

Kolejne, ułożone nie chronologicznie, a tematycznie, rozdziały książki poświęcone są najważniejszym i najbardziej aktualnym zagadnieniom w odniesieniu do relacji zachodzących między seksem a religią - co jest w ogóle uważane za seks (od odsłonięcia przez kobietę kostek u nóg w arcykonserwatywnym islamie po wyłącznie heteroseksualny seks waginalny wśród młodych amerykańskich chrześcijan), z kim wolno wchodzić w związki erotyczne (od wyłącznie przedstawicieli tej samej rasy czy religii po seks ze zwierzętami, popularny w sztuce sakralnej, choć już niekoniecznie w życiu pobożnych wyznawców hinduizmu) oraz jakie w ogóle konsekwencje, zarówno dla społeczeństwa, jak i dla jednostek, może pociągać za sobą seks (od przekreślenia szansy na zbawienie lub jego umożliwienia po drastyczne sankcje w życiu doczesnym jak ukamienowanie czy zakopanie żywcem). Dwa najobszerniejsze rozdziały poświęcone są seksowi heteroseksualnemu i homoseksualnemu. I choć ten drugi zazwyczaj traktowany jest gorzej (choć zdarzają się wyjątki - np. buddyjski mnich, który nie potrafi opanować pożądania, mniej zgrzeszy, obcując z drugim mężczyzną niż z kobietą), to i relacje heteroseksualne są, delikatnie mówiąc, problematyczne (bo wszak nie każdy seks heteroseksualny jest w porządku, ba, czasami, jak w buddyzmie, każdy seks przekreśla szanse na zbawienie).

Co charakterystyczne dla wszystkich dużych religii (a tym samym większości kultur), sprawującym władzę zawsze wolno więcej, kobietom zawsze wolno mniej, a za odstępstwa od zasad karane są surowiej. Amerykańskim chrześcijanom uchodziło sypianie z niewolnicami, niedopuszczalne było za to wiązanie się chrześcijanek z niewolnikami. Zamężne muzułmanki narażają się na ukamienowanie, obcując w jakimkolwiek kontekście z mężczyzną innym niż ich mąż, ten drugi za to nie może sięgnąć jedynie po żonę innego mężczyzny. Prawo chroni więc mężczyzn przed utratą czci, jaką jest seks z ich żonami, które wyłącznie im są przynależne. Podobne zasady obowiązują w hinduizmie, nie tak dawno stosowały je też religie chrześcijańskie i hinduizm. Również homoseksualizm męski i kobiecy traktowane są odmiennie. O ile temu pierwszemu udawało się momentami osiągnąć rangę świętego misterium (rdzenni Amerykanie, Grecy), o tyle ten drugi traktowany był w najlepszym wypadku niepoważnie, w najgorszym karany na równi z męskim homoseksualizmem. Co ciekawe, w chrześcijaństwie zrównanie homoseksualizmu męskiego i kobiecego zawdzięczamy św. Pawłowi. Wcześniejsze przekazy, o ile w ogóle poruszały tę kwestię (a robiły to wbrew pozorom i rzadko, i w sposób nieoczywisty), traktowały wyłącznie o mężczyznach.

Sporo miejsca poświęca Endsjø współczesnej walce religii z homoseksualizmem, który w ostatnich latach wyrósł w oczach większości wyznań (zwłaszcza chrześcijańskich) na wroga numer jeden. Dlaczego obyczaje mimo wszystko znacznie mniejszej niż osoby heteroseksualne grupy wiernych stały się nagle aż tak istotne? Być może dlatego, że w wielu przypadkach jest to ostatni bastion, w którym religijne zakazy i nakazy seksualne nadal tak wiele osób uznaje za obowiązujące (ba, wręcz naturalne). Oto stale rośnie akceptacja dla rozwodów, seksu pozamałżeńskiego czy antykoncepcji i jest to coś, nad czym religie w większości nie mają już szans odzyskać kontroli. Zostały osoby nieheteroseksualne, choć i tu wiele kościołów w ostatnich latach diametralnie zmieniło zdanie, uznając, jak chociażby Skandynawowie, że każdy rodzaj miłości zasługuje na opiekę.

Choć autor książki "Seks a religia" nigdzie nie deklaruje swojego osobistego stosunku do wiary, nie można uznać, że książka ta napisana jest z pozycji neutralnej. Już samo podkreślanie, że nawet w obrębie jednej religii trudno jest znaleźć jakieś typowe reguły, bo każde z wyznań posiada bardzo wiele, nieraz sprzecznych, sądów na temat różnych zjawisk w sferze seksualnej, pokazuje, że autor ma do religijności jako takiej stosunek krytyczny. Z drugiej strony ogrom faktów, jakie udało mu się zgromadzić i przedstawić sprawia, że nie da się podejść do tej książki jako do dzieła ideologicznego, raczej do krytycznego z ambicjami obiektywizującymi. Dla mnie jego dodatkowym atutem jest rozdział o homoseksualności, pokazujący, że historyczne podejście do tego tematu nie jest ani jednoznaczne, ani w oczywisty sposób negatywne, za to bardzo często zależy od uwarunkowań kulturowych, które w danym czasie wpływały na interpretację przekazów utrwalonych przez proroków czy świętych.

wtorek, 18 października 2011

Jeszcze nie Oburzeni, już wypaleni

W niedzielę nagrywałyśmy piosenkę wspierającą inicjatywę "Tak dla kobiet" (wyżej podpisana, jako wyjątkowo uzdolniona muzycznie, partycypowała w chórkach i obsługiwała tamburyn). Towarzystwo zaangażowane, feministyczne, w przerwach rozmowy. O polityce też, a jakże. A konkretnie o "naszych" posłankach i o tym, co z ich obecności w Sejmie dla nas wynika. Pojawiła się między innymi częsta ostatnio myśl, że to jest właściwa droga dla organizacji (wejść w politykę, działać odgórnie). Co było dość dziwne i dlatego, że samo "Tak dla kobiet" jest inicjatywą oddolną, i dlatego, że akurat zebranym przy okazji nagrania kobietom do politycznego mainstreamu jest jednak dość daleko. Ba, część z nich, gloryfikując wpływ polityczek i polityków, jednocześnie bardzo chwaliła sobie rozwiązania, których w ramach działań odgórnych wprowadzić się nie da - jak aktywizacja, dzielenie się doświadczeniami i wzajemne wspieranie w ramach społeczności lokalnych, w czym specjalizowała się wciąż istniejąca, choć nadal niemająca swojej siedziby, UFA. Być może ów entuzjazm i wiara w politykę to po prostu pokłosie sukcesu "naszych" kandydatek, choć obawiam się, że to kolejny objaw opisywanej również tutaj choroby, na którą zapadły te dość nieliczne osoby, którym chce się działać na rzecz zmian - wypalenia i braku wiary, że mają jakikolwiek wpływ na rzeczywistość.

Inny przykład: oto w sobotę na całym świecie, a więc także w Polsce, protestowali Oburzeni, których, moim zdaniem słusznie, Seweryn Blumsztajn uznał za prawdziwą twarz i przyszłość polskiej lewicy. Kłopot w tym, że o ile Rzymie czy w Londynie marsze Oburzonych zgromadziły grube tysiące uczestników i uczestniczek, o tyle u nas młodych antyestablishmentowców, którzy żądają sprawiedliwszego rozdziału dóbr i miejsca dla siebie w społeczeństwie, znalazło się zaledwie kilkuset. I były to, jak złośliwie stwierdziło kilku komentatorów, w większości bogate dzieciaki z prywatnych szkół, które bawią się w rewolucję. I w takich komentarzach zawiera się niestety cały pakiet stereotypów na temat działalności na rzecz zmian. Że jest to "zabawa", bo poważna jest tylko polityka. Że jest to "zabawa bogatych", bo tylko oni mają czas i chęć na głupoty. I w końcu że jest to "zabawa w rewolucję", bo niewielka liczba protestujących i ich pozycja społeczna z miejsca unieważniają ich postulaty, czyniąc z nich po prostu fanaberię znudzonej młodzieży. A stąd już tylko krok do stwierdzenia, że przecież Polkom i Polakom (najwyraźniej w przeciwieństwie do Amerykanów, Brytyjczyków czy Hiszpanów) żyje się super, więc naprawdę nie ma o co kruszyć kopii. Co, śmiem twierdzić, nie jest prawdą. Tyle że odwieczne pytanie brzmi, dlaczego było ich tak mało. Dlaczego nas jest tak mało. I co musiałoby się wydarzyć, żeby było ich/nas więcej.

Kojarzycie z ostatnich lat jakąkolwiek ideę, która spontanicznie (bez wielomiesięcznych przygotowań i jako tako szczegółowego planu) zgromadziła choć parę tysięcy osób w jednym miejscu (i to nie na Facebooku)? Ja jedną. I nie był to marsz przeciw podwyżce VAT-u (a był taki, wiecie?), a "wojna o krzyż" na Krakowskim Przedmieściu. Czyli, jakby nie patrzeć, protest z kategorii mniej poważnych. Ideologiczny, a jakże, silnie podbudowany narastającą przez wiele miesięcy bezradnością władz wobec fenomenu krzyża i jego obrońców i wkurzeniem na zawłaszczanie katastrofy pod Smoleńskiem przez jedną opcję. Ale mimo wszystko trudno to zgromadzenie nazwać inaczej niż zabawą, bo taki też charakter nadali mu jego uczestnicy.

Nie neguję powagi tematu smoleńskich reperkusji czy obecności religii w przestrzeni publicznej, tyle że jest to jeden temat, na dodatek spłycany na każdym kroku. A poza tym co, jest super? Nie? Gdzie więc są polscy Oburzeni (z różnych opcji, nie tylko młodo-antysystemowej?) Czy, wbrew temu, co pisze Blumsztajn, zachłysnęli się sukcesem Ruchu Palikota (wszak antyklerykalnego, no a skoro religia to nasz jedyny problem...) i uznali, że on będzie rzecznikiem ich spraw? A może, jak chcą niektórzy, po prostu nie czują, jak ich rówieśnicy z Zachodu, że żyje im się gorzej niż ich rodzicom (bo, relatywnie, żyje im się lepiej), więc nie mają przeciw czemu protestować? Mimo wszystko wydaje mi się, że nie. Że problem leży w złej prasie bardziej dojrzałych ruchów (feministycznego, pracowniczego), w braku poczucia, że protest może być czymś słusznym (ci wstrętni górnicy niszczący miasto w imię przywilejów, ci niedobrzy nauczyciele, którzy co roku mają podwyżki, ci nieracjonalni ekolodzy, przez których nie mamy autostrad) i w braku wiary w jego skuteczność (podzielanym niestety przez sporą część działaczy i działaczek). Słowem, "prawdziwi" (doceniani przez niemal wszystkie media i polityków) aktywiści i aktywistki to są od głodu w Afryce i odrabiania prac domowych z dziećmi z domów dziecka, a ci, co by chcieli zmian w prawie czy w strefach wpływów, "bawią się w rewolucję".

Jak to zmienić? Ha, przede wszystkim nie dać się nabierać "mądrym" komentatorom, że skoro na ulice wychodzi garstka ludzi, to problem jest marginalny. I nie łudzić się, że "nasi" politycy wszystko za nas załatwią. To oczywiście bardzo wygodne - i dla tych, co może by i coś zrobili, ale jakoś nie mają motywacji, i dla samych polityków, bo nie muszą się przejmować "głosem ludu", skoro ów milczy. Tyle że równie wygodne jest niezajmowanie się "kontrowersyjnymi" czy po prostu trudnymi sprawami, tak że nie ma co liczyć na cokolwiek poza "małą stabilizacją", o ile ktoś nie "pobawi się w rewolucję" i owej stabilizacji przynajmniej trochę nie nadkruszy.

środa, 12 października 2011

Pewne nieporozumienie

Poseł Tadeusz Iwiński (SLD, a jakże) ma pecha. Nie dość, że ledwo co dostał się do Sejmu, to, zamiast cieszyć się tą chwilą (kto wie, może po raz ostatni w życiu), musi się tłumaczyć na swoim profilu na fejsie wstrętnym orkom z czegoś, co w jego mniemaniu było zaledwie drobną niezręcznością. Rzecz rozchodzi się o jakże niewinne stwierdzenie w TVP Info, że "Ruch Palikota to formacja, która jest galaretą, o której nic nie wiemy. Jest 40 posłów, ale jak na ugrupowanie, które koncentruje się na prawach kobiet, to tam są dwie kobiety, z czego jedna nienaturalna, że użyję takiego sformułowania". Ładne, prawda? Jakże miło jest, chcąc dopiec niedobrej konkurencji, uderzyć w osobę, w którą ostatnio z upodobaniem walą różne Frondy i Terlikowskie. Nasz miły poseł profesor nie przewidział jednak jednego - że ktoś może zaprotestować. I że takich ktosiów może być całkiem sporo. W efekcie wczoraj wieczorem jego profil został dosłownie zalany komentarzami. Cóż miał więc biedaczek zrobić - przerwał świętowanie wyborczego zwycięstwa, wykasował na chybił trafił większość komentarzy ze swojej tablicy i "wyjaśnił" sytuację. Pozwolę sobie przeanalizować owo "wyjaśnienie", bo to świetny przykład myślenia, dzięki któremu SLD poniosło w tym roku spektakularną porażkę również wśród osób nieheteroseksualnych.

W związku z kilkoma wpisami nt. nowo wybranej posłanki Pani Anny Grodzkiej wydaje mi się, że zaszło pewne nieporozumienie. 

Kłamczuszek. Wpisów było kilkadziesiąt, nowe wciąż przybywają - na tyle szybko, że administrator strony nie zawsze nadąża z ich usuwaniem (zresztą sam klucz, według którego to robi, jest lekko niezrozumiały, bo znikają rzeczy nieobraźliwe, a na dodatek bardzo podobne w treści do tych, które zostają). No ale "kilka" brzmi znacznie lepiej niż "kilkadziesiąt". Zawsze można sprawę zbagatelizować i stwierdzić, że oto paru histeryków i parę histeryczek (i zapewne wyborców Palikota) nie ma co robić we wtorkowy wieczór, więc postanowiło sobie pognębić posła nielubianej formacji.

Chodzi o to, że dziś (wtorek 11 X) rano w programie TVP Info,w trakcie dyskusji nt. sytuacji powyborczej, przedstawiłem krótką własną ocenę Ruchu Palikota (z elementami zarówno pozytywnymi, jak i krytycznymi). Powiedziałem m.in.,że - wbrew zapowiedziom lidera tej formacji (z którym jestem zresztą od kilku lat po imieniu) - w przyszłym Klubie tej formacji znajdzie się b. mało kobiet, w tym "jedna nienaturalna".

A konkretnie powiedział, że znajdą się dwie kobiety. Co jest akurat nieprawdą, bo będzie ich cztery. Choć to nadal niewiele, fakt.

Z pewnością mogłem dobrać lepszy zestaw słów (o co jednak w tym przypadku nie jest łatwo), stąd kilka godzin później na antenie Radia Tok FM stwierdziłem, iż jeśli Pani Grodzka czuje się urażona, to Ją przepraszam. Nie chciałem bowiem używać terminu "transseksualist(k)a", a miałem jedynie na myśli to, iż ta osoba nie urodziła się kobietą. I nic więcej.

Oj doprawdy. Kłopot w tym, że pan poseł w ogóle uznał za właściwe podkreślić, że Anna Grodzka jego zdaniem czymś się różni od pozostałych kobiet z Ruchu Palikota. Nie chciał użyć terminu "transseksualist(k)a" (zwróćcie uwagę na owo urocze "k" w nawiasie), ale jakoś chciał pokazać, że nie widzi w Annie po prostu kobiety. Czyli, mówiąc krótko, jest w jakimś stopniu uprzedzony w stosunku do osób transseksualnych, choć udaje, że nie jest. Oczywiście mogłabym się czepnąć i drugiej części zdania (o tym, jako kto Anna się urodziła), ale tu akurat mogę uznać, że pan poseł po prostu nie wie, że Anna urodziła się kobietą, a ostatnio jedynie potwierdziła ów fakt (niestety, ale póki będzie egzystować sformułowanie "zmiana płci", to takie stwierdzenia będą się powtarzać). Tyle że nie zmienia to jego intencji - bo wystarczyło nie różnicować i powiedzieć "dwie kobiety" i problem z tym, jakiego słowa użyć, by zniknął.

W związku z krytycznymi (nierzadko obraźliwymi) wypowiedziami w tym kontekście pod moim adresem, muszę nieskromnie zauważyć, iż akurat mnie trudno zarzucać brak szacunku dla kobiet i niedocenianie ich aspiracji, w tym politycznych.

Niestety, w ową obraźliwość musimy już tylko wierzyć na słowo, bo większość wpisów zniknęła. No ale słowo za słowo: obraźliwy post (z seksistowskimi burakami itd.) był jeden. No chyba że pan poseł poczuł się urażony np. moim stwierdzeniem, że właśnie przez tego typu wypowiedzi swoich członków SLD straciło wiarygodność wśród osób nieheteroseksualnych. Jednak znacznie lepsza jest i tak druga część tego fragmentu. Bo oto pan nieskromny Iwiński najwyraźniej zapomniał, że parę lat temu miał sprawę w Komisji Etyki Poselskiej za obmacywanie tłumaczki. No chyba że to taki specyficzny sposób okazywania kobietom szacunku.

Np. już 18 lat temu,w drugich demokratycznych wyborach do Sejmu, w okręgu Elbląskim doprowadziłem do pionierskiej w polskich warunkach sytuacji, gdy na pierwszych dwóch miejscach listy SLD do Sejmu znalazły się dwie kobiety (Małgosia Ostrowska - ówczesna szefowa mego biura poselskiego w Elblągu i Małgosia Winiarczyk-Kossakowska). Obie zostały wybrane i pełniły później m.in. funkcje wiceministrów w lewicowych rządach.

Och jej, och jej. W pionierskich warunkach. W czarnych, ponurych czasach, kiedy to kobiety przykuwano łańcuchami do lodówek, zakazywano im pracy zawodowej i wstępu na wyższe uczelnie. Zaraz, zaraz, a czy to nie były przypadkiem czasy, kiedy Hanna Suchocka była premierką? No wie pan, panie pośle - Suchocka. Kobieta. W pionierskich warunkach. Kiedy Tadzio dzielnie walczył, by Małgosie (no bo przecież nie Małgorzaty, a skąd!) miały jedynki na liście. No chyba że owe trudne warunki dotyczyły konkretnie Sojuszu - to akurat zupełnie by mnie nie zdziwiło.

Od początku powstania SdRP, wbrew stanowisku wielu czołowych działaczek lewicy, np. Izy Sierakowskiej, opowiadałem się też publicznie za wprowadzeniem rozwiązań kwotowych na listach wyborczych dla przedstawicieli obu płci, co zostało wprowadzone dopiero niedawno - czyli niemal 20 lat później.

No proszę, taki dzielny bojownik o prawa kobiet, a nikt tego nie zauważył. Niech pomyślę, dlaczego. A, wiem. Bo publiczne opowiadanie się to coś zupełnie innego niż wprowadzenie jakiegoś rozwiązania. Do tego trzeba, cóż, trochę podziałać. Tak jak ze związkami partnerskimi. W końcu do niedawna SLD było przekonane, że osoby nieheteroseksualne poprą je w wyborach, no bo przecież oni publicznie są za. Cóż, nie tylko oni.

Uczestniczyłem ponadto od samego początku w Paradach Równości w Warszawie (choć z pewnością nie tańczę tak ekspresyjnie na platformie,jak Ryszard Kalisz) i mam szczególne poszanowanie dla inności. Nieskromnie przeto spuentuję, iż formułowane zarzuty uważam za niesprawiedliwe.

Bohater, nieprawdaż? Uczestniczył w Paradach Równości, więc ma szczególne poszanowanie dla inności. Szkoda tylko, że przez te wszystkie lata, kiedy na nich bywał, nie zauważył, że nam nie chodzi o to, by politycy i polityczki bywali na naszych imprezach, a o to, by zajęli się naszymi sprawami. W Sejmie, nie w klubie nocnym.

A w razie potrzeby Pani Annie Grodzkiej (byłej członkini SLD) wyjaśnię w Sejmie zaistniałe nieporozumienie.

No tak, bo głupia Ania po prostu nie zrozumiała, ze pan poseł profesor łaskawca bohater jako wielki bojownik o prawa innych i kobiet po prostu jest niezdolny do obrażenia kogokolwiek, więc naprawdę nie powinno być jej przykro z powodu tego, co powiedział. Ale on jej wszystko z pozycji mądrego naturalnego mężczyzny wytłumaczy i będzie dobrze.

Jaki z tego wniosek? No niestety taki, że poseł Iwiński mentalnie zatrzymał się kilkanaście lat temu i nie zauważył, jak bardzo świat wokół niego się zmienił. Że w tym czasie osoby nieheteroseksualne przestały się bać własnego cienia i nie chcą, by je klepać po główkach, a by dać im równe prawa. Że mało kto łapie się już na obiecanki i puste gesty. Że "Izy" i "Małgosie" to są u cioci na imieninach, a nie w wypowiedziach publicznych. I może nawet byłoby to do przeżycia, gdyby nie to, że nic nie wskazuje na to, by chciał uwspółcześnić swoje przekonania. Nie, on woli nieskromnie "wyjaśnić", że wie lepiej, a głupie orki się czepiają.

Ech. Cała nadzieja, że nasza "lewica" pójdzie po rozum do głowy i dopuści do siebie przekonanie, że może to nie jest tak, że ludzie ich nie rozumieją, ale że to oni nie rozumieją ludzi. Ale może za wiele wymagam.

UPDATE: Tablica posła Iwińskiego została zablokowana. Krytyczne wpisy zostały skasowane co do jednego, a ich autorzy zablokowani. Cóż, bywa.

poniedziałek, 10 października 2011

No i brawo!

No dobrze. Układ sił w Sejmie mamy mniej więcej ten sam co przed wyborami, Senat wygląda wręcz tragicznie (blisko 2/3 miejsc dla PO, reszta dla PiS i dosłownie paru osób z innych ugrupowań lub niezależnych), ale i tak cieszę się jak głupia. Bo choć oficjalne wyniki dopiero jutro (w Międzynarodowy Dzień Wychodzenia z Szafy!), to jest już pewne, że do Sejmu weszli Wanda Nowicka (6818 głosów), Anna Grodzka (19451 głosów) i Robert Biedroń (16919 głosów).

Niecały rok temu dorobiliśmy się z pierwszego otwartego geja radnego, teraz mamy pierwszego otwartego geja posła i pierwszą (a na świecie - zaledwie trzecią w historii!) transseksualną posłankę. Nawet jeżeli nie uda im się wiele w tej kadencji Sejmu zdziałać (choć kto wie), to z pewnością ich sukces jest bardzo ważny dla nieheteroseksualnych mieszkanek i mieszkańców Polski. Oto dwie "nasze" osoby nie tylko żyją całkowicie jawnie, nie tylko brylują w mediach, ale też weszły do politycznego mainstreamu. Można? Można! No i Wanda. Od lat pogardzana i wyszydzana przez samozwańczych reprezentantów "cywilizacji życia", od lat niezłomna w walce o prawa kobiet. Należało się jej. Wszystkim im się należało, a nam należy się kilkoro posłów i posłanek, do których możemy przyjść, zadzwonić, napisać i mieć pewność, że zostaniemy zrozumiani i zrozumiane. Ktoś, kto ma po prostu podobne doświadczenia. To ważne - wspólnota doświadczeń. I tylko trochę się martwię, jak im się będzie przez najbliższe lata pracowało w jednej fabryce z różnymi konserwami. Ale dobrze. Niech się mniejsze i większe prawactwo przyzwyczaja, że nic o nas bez nas. Że skończyło się gadanie o jakichś bliżej nieokreślonych "nich", bo "oni" też są w Sejmie. I też mają głos.

niedziela, 9 października 2011

Cisza. A Napieralski tonie

Najzabawniejsza z całego okołowyborczego zamieszania była "cisza" wyborcza. Na fejsie dominował dziś dyskurs kulinarny:
Nie zabrakło też wielbicieli i wielbicielek nieco bardziej wyrafinowanych rozrywek:
Najbardziej mnie jednak urzekły podroby:
No i to było słodkie:
A wyniki? Wolę poczekać na oficjalne. Ale jeżeli te z sondażu przygotowanego przez OBOP (prawie 40 procent głosów dla PO, nieco ponad 30 dla PiS, ponad 10 dla RP, ponad 8 dla PSL i mniej niż 8 dla SLD) okażą się bliskie rzeczywistym, to mamy małą sensację. Na dole, bo u góry nic się nie zmieniło. Po pierwsze - Napieralski tonie. I to jest bardzo dobra wiadomość, bo mam wrażenie, że jedynie terapia szokowa może sprawić, że w końcu dorobimy się lewicy z prawdziwego zdarzenia. Po drugie - ogromny sukces Palikota, czyli tak naprawdę wielkiego "fuck you" dla wszystkich, którzy w tzw. kwestiach obyczajowych postawili na zachowawczość, żeby się przypadkiem nie narazić co bardziej wrażliwym wyborcom. Przyznam szczerze, że myślałam, że to nie wypali i że RP jest ostro przeszacowany. A tu niespodzianka, bo chyba jednak wejdą. Co to pokazuje? Że całkiem sporo osób ma po prostu dość. Na tyle, by zagłosować na program-wydmuszkę i kompletnie nieznane osoby (wprawdzie znacznie więcej ma dość w ogóle, bo ponad 50 procent uprawnionych do głosowania po prostu się na te wybory nie pofatygowało). Może sukces (bo wejście do Sejmu z jakimkolwiek wynikiem będzie sukcesem) RP pokaże chociażby Zielonym, że nie ma co się szczypać i wchodzić w pozornie wygodne sojusze, tylko trzeba walczyć o swoje? Oczywiście nie jestem naiwna i wiem, że Palikot ma tę przewagę nad Zielonymi, że jest po prostu bardziej znany, bardziej charakterystyczny, bardziej jakiś. Ale też jestem dziwnie pewna, że rozpłynięcie się w bylejakości partii Napieralskiego się naszym miłym ekologom nie przysłużyło. I mam nadzieję, że już się więcej o taki ruch nie pokuszą.

Żeby nie było - ja się wcale nie cieszę. To znaczy cieszę się, że moja kandydatka ma spore szanse dostać się do Sejmu, ale martwi mnie styl, w jakim partia, z ramienia której startuje, swój wielki wynik osiągnęła. Bo happeningi i populizm to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej, choć może w Sejmie okaże się, że palikotowcy (tak w ogóle, bo co do kilku osób raczej nie mam wątpliwości, że potrafią znacznie więcej) mają jednak coś jeszcze do zaoferowania. No nic, pożyjemy, zobaczymy. Choć i tak, i to kolejne zmartwienie (choć żadna niespodzianka), nie ma co sobie wiele obiecywać po obecności "naszych" lub nam przyjaznych ludzi w parlamencie. Bo wygrało PO, które prawdopodobnie będzie współrządzić z PSL. A największą partią opozycyjną pozostanie PiS. Czyli nic się w układzie sił w Sejmie nie zmieniło (z Senatem też pewnie będzie podobnie, a może nawet gorzej, wszak po raz pierwszy mieliśmy durne JOW-y). Co oznacza, że jak się sami o swoje sprawy nie zatroszczymy, to... wiadomo. Następny powód do zmartwień - mimo że Napieralskiego nie żałuję, to brak przez kolejne już cztery lata w Sejmie nawet nie silnej, ale choćby wyrazistej lewicy, jest po prostu niepokojący. Bo wcale nie musi być tak, że najbardziej dotkliwa z dotychczasowych porażka SLD będzie zarazem odrodzeniem (narodzinami?) prawdziwej lewicy. Równie dobrze może oznaczać jej koniec. Tak po prostu. Ale póki co mamy koniec kampanii, koniec wojenek podjazdowych między "naszymi" kandydatami o to, kto będzie lepsiejszym reprezentantem środowiska, które nie istnieje, koniec irytowania się tym, że ktoś znowu coś głupiego zrobił czy powiedział. Miło. Choć pewnie nie na długo. Ale cieszę się tą chwilą.

sobota, 8 października 2011

Drugie życie Lucii

Czytam opis "Drugiego życia Lucii" i słucham opinii na temat tego filmu na stronie dystrybutora, czytam recenzję na Homikach i zastanawiam się, dlaczego tak wiele osób ustawia tę historię na osi świat kobiet - świat mężczyzn, którzy tych pierwszych nie rozumieją. Nie twierdzę, że takie odczytanie jest nieuprawnione, ale mam wrażenie, że patrzenie na "Drugie życie Lucii" przez pryzmat różnicy płci spłaszcza tę opowieść, z której cała czwórka bohaterów finalnie dowiaduje się czegoś bardzo ważnego właśnie o sobie, nie o swoim partnerze/swojej partnerce płci przeciwnej. Ale od początku.

Oto mamy dwie pary - dobrze sytuowane małżeństwo w średnim wieku Lucię (Sandra Ceccarelli) i Bruna (Cesar Bordon) i dwójkę niebieskich ptaków - dużo młodszych Leę (Francesca Inaudi) i Marco (Guillermo Pfening).  

Tytułowa bohaterka  ma depresję. Dusi się w swoim poukładanym życiu, u boku męża lekarza, z pracą stewardessy, którą wykonuje równie mechanicznie jak żyje. Na zewnątrz chłodna i zdystansowana, swoje emocje wylewa w zostawianych wszędzie notatkach. I oto pewnego dnia spotyka Leę, pozornie swoje kompletne przeciwieństwo. Lea to taki psotny chochlik - wiecznie uśmiechnięta anarchistka, która niczego zdaje się nie traktować poważnie, bez wahania sięgająca po to, czego pragnie. Pod maską małej łobuzicy kryje się jednak wielki smutek i tęsknota za ojcem, idolem jej dzieciństwa, pragnieniu spotkania z którym podporządkowuje całe swoje życie. To dla niego wyjedzie z Buenos Aires na odludne wybrzeże Patagonii, zabierając ze sobą Lucię.

Co wyniknie z podróży tych dwóch kobiet? Lea pokaże Lucii, że nigdy nie jest za późno, by spróbować zacząć żyć na nowo. Nauczy ją wyrażać emocje, bez zastanowienia sięgać po swoje, śmiać się i nie zważać na to, co myślą inni. Kiedy Lucia chce analizować ich relacje, mówiąc, że nigdy dotąd nie myślała, że zwiąże się z kobietą, Lea zbywa ją prostym: "Ja też nie". Problemy zaczynają się, gdy Lucia nie ustępuje i chce nazwać to, co je połączyło. Bo Lea wbrew pozorom nie przyjmuje wszystkiego tak, jak jest. Ona też ma swojego trupa w szafie, od którego musi się uwolnić, by pójść dalej. Zostawia Marco nie dlatego, że ten jej nie rozumie, a dlatego, że nie potrafi kochać tego co tu i teraz. Dla niej momentem formacyjnym będzie chwila, gdy uświadomi sobie, że przejmuje się losem przyjaciółki i kochanki. Że zależy jej również na innych, nie tylko na sobie.

A panowie? Bruno, odkrywszy notatki żony, przekona się, jak stereotypowo konstruował swój związek i jak ważna jest rozmowa i słuchanie drugiej osoby. Ale (tu wraca kwestia domniemanego konfliktu płci): Lea też tego nie potrafi. Nie słucha Lucii, tak jak wcześniej nie przejmowała się Marco. Co zabawne, to ten ostatni okaże się najbardziej pewny tego, kim jest, co czuje, jak i z kim powinien żyć. Pozostali bohaterowie muszą się tego dopiero nauczyć.

Reżyser "Drugiego życia Lucii" Stefano Pasetto wskazuje jeszcze jeden trop interpretacyjny swojego filmu - czytanie go jako opowieści o zdradzie. Drugiej osoby, ale też przede wszystkim samej/samego siebie, która jest prawdziwym piekłem. To zdecydowanie bliższa mi perspektywa. Bo i dla mnie jest to opowieść o pozorach i emocjach, które się pod nimi skrywają. I o tym, jak, przejrzawszy się w cudzych oczach, można odnaleźć przede wszystkim siebie.

środa, 5 października 2011

Cukier krzepi

Wszyscy, no dobra nie wszyscy, ale większość pisze o polityce, politykach, polityczkach, czyli podsumowując jednym słowem, o wyborach. Nie byłabym ani ruda, ani wredna, gdybym i ja swoich pięciu, a co tam, dziesięciu groszy nie dorzuciła.

Gęby polityków straszą mnie na każdym kroku. A i czasem w oczy wpadnie chwytliwe hasełko, jak chociażby niejakiego Artura Górskiego "Poseł dla ludzi". I tu naszła mnie refleksja, czy on aby na pewno ma dobrego grafika? O co mi chodzi? Ano o to, że przecież można było bez żadnego problemu wkomponować słówko "swoich". Otrzymalibyśmy przekaz przynajmniej uczciwy.

W ogóle hasła tegorocznych wyborów dają pole do popisu (i chodzi mi tu o słowo oznaczające: zaprezentowanie swoich zdolności, umiejętności lub wiedzy w jakiejś dziedzinie; też: występ publiczny mający to na celu).

Zacznijmy od początku:

Partia z nr 1 - PiS (skrót często rozwijany jako: Przeproście i Spadajcie)
Hasło wyborcze: "Polacy zasługują na więcej".
Hm, pomyślmy może chodzi im o to, że Polacy zasługują na więcej szaleństw, więcej kościołów, więcej dyktowania całemu społeczeństwu, jak ma żyć? A tak właściwie to którzy Polacy? Czy tylko ci, którzy zgadzają się z prezesem? I czy naprawdę niscy faceci zamiast wzrostu dostali gen dyktatorski?

Partia nr 2 - PJN (można rozwinąć ten skrót: Polska Jest Nasza)
Hasło wyborcze: "Wszystko jest możliwe".
Jak chociażby to, że pan prezes przestanie mieć focha i PJN-owców przyjmie z powrotem na swoje łono.

Partia nr 3 - SLD (Strasznie Lubimy Dezinformować)
Hasło wyborcze: "Jutro bez obaw".
Bez obaw, że coś się zmieni.

Partia nr 4 -  Ruch Palikota w skrócie RP (Róbmy Pieprznik)
Hasło wyborcze: "Nowoczesne Państwo".
Internet dla wszystkich, komórki dla wszystkich, tablety dla wszystkich! Nowy tabor kolejowy i lotniczy!

Partia nr 5 - PSL (Po (co) Słuchać Ludzi)
Hasło wyborcze: "Człowiek jest najważniejszy".
Ale jak to? Ale gdzie ten człowiek jest najważniejszy? I może by tak PSL wyjaśniło, co dla nich oznacza słowo "człowiek"? Czy aby nie białego, heteroseksualnego, pełnosprawnego mężczyznę katolika rolnika?

Partia nr 6 - Polska Partia Pracy-Sierpień 80. Skrót PPP-S80 brzmi jak nazwa karabinu lub innego militarnego sprzętu.
Hasło wyborcze: "Oni się kłócą – my wybieramy przyszłość!".
Raczej wybieramy się w przyszłość. Chociaż dodatek "Sierpień 80" świadczyć może, że jest wręcz przeciwnie.
Co ciekawe, z listy tej startują prawie sami mężczyźni, no i jedna kucharka. No chyba że osoby o żeńskich imionach wymienione jako "nauczyciel", "ekonomista", "chemik" itd., itp to osoby transeksualne K/M przed sądowym potwierdzeniem płci, to wtedy przestaję się czepiać.

Partia nr 7 - PO (Partia Obiboków)
Hasło wyborcze: "Zrobimy więcej".
Jak można zrobić więcej z niczego? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Chyba że chodzi o to, by więcej pokazać. A nie, to nie ta partia.

Są jeszcze mniejsze partie i partyjki, ale kto by się tam nimi przejmował. Ja na pewno nie. Zresztą i tak wybór jest aż nazbyt bogaty. No bo na które ugrupowanie z wymienionych mam głosować? Wszak wszyscy chcą dla mnie jak najlepiej. Czy mogę zaznaczyć wszystkich?

wtorek, 4 października 2011

Nie lewica, ale nie szkodzi

Cwaniakowanie lubi się mścić. Kojarzycie, jak SLD usprawiedliwiało zgłoszenie ustawy o umowie związku partnerskiego tuż przed wyborami? Że to najlepszy czas na dyskusję o naszych sprawach, że inne ugrupowania będą się musiały określić itd., itp. No i - na zgubę Sojuszu - się określiły. Okazało się, że nie tylko nasza "lewica" jest za, ale i część PO, i Palikot. I tak partia, która, choć malutko, to jednak coś dla nas zrobiła (lub dla siebie, ale tu nie chodzi mi o intencje, a o samą aktywność) - wniosła ustawę - dała innym piękny sposób na zyskanie paru niezdecydowanych homiczych głosów. Bo cóż to za problem poprzeć projekt, o którym i tak wiadomo, że przepadnie. To nawet mniej niż taki projekt pokazać, a i tak, jak widać, wystarczy. Oczywiście to, co jest przykre dla SLD, dla nas jest tak naprawdę dobrą wiadomością. Bo oto, pierwszy raz w historii, za ustawą opowiadają się aż trzy ugrupowania, które prawdopodobnie znajdą się w Sejmie. Jasne, że są to tylko przedwyborcze deklaracje, z których nic może nie wyniknąć, ale jakiś punkt zaczepienia to jednak jest. Wiemy, kogo dręczyć. Tak oddolnie, nie z sejmowych ław.

Wracając jednak do samego Sojuszu, to nie do końca jest tak, że osoby nieheteroseksualne zawsze murem za tą partią stały, a teraz nagle poleciały za Palikotem. Nie, z tego, co kojarzę, to homiki w sporej części SLD nie kochały i nie kochają, i to nawet niekoniecznie dlatego, że tej partii zdarzają się żenujące homofobiczne wpadki, ale przede wszystkim ze względu na jej pochodzenie. "Postkomuna. PZPR. Komuchów nie lubię i nigdy ich nie poprę." Znacie? Ja tak. O ileż fajniejsze zawsze wydawało się większości z "nas" PO, któremu jakoś potrafiliśmy wybaczać Gowina, Niesiołowskiego i miękką homofobię w wydaniu co liberalniejszego skrzydła. "Bo przecież nasze sprawy nie są najważniejsze. Bo coś mnie obchodzi poza własnym tyłkiem." Znacie? No nie mówcie, że nie. Rzecz jasna nie ma i nigdy nie było obowiązku głosowania na przychylne nam ugrupowania. W końcu nie wszyscy jesteśmy lewicowi, jakkolwiek by owej lewicowości nie rozumieć (co widać też w praktycznie zerowej i wśród nas popularności Polskiej Partii Pracy). Tylko takie głosy pokazują też, jak bardzo SLD było (jest?) nielubiane. No bo w końcu są ludzie, którym ta partia jest po prostu ideowo bliska. Tak że interpretowanie poparcia dla niej wyłącznie dbaniem o własne tyłki (w sensie: lubisz ich tylko dlatego, że chcą związków) jest zwyczajnie krzywdzące. I dla wyborców tego ugrupowania, i dla samego SLD, które jakiś program jednak ma.

No dobrze, SLD nie kochamy, skąd jednak ta wielka miłość do Palikota (widoczna w sondażach na naszych portalach)? Bo wstawił "naszych" na listy i to oni robią mu wśród "nas" kampanię. Bo jest za związkami, a czasami i za adopcją. Bo jest gospodarczym liberałem, i to nawet bardziej niż PO (no dobrze, to akurat nietrudne). Bo jest jakiś. Dobry PR, dobry marketing, sporo kasy i niezłych pomysłów. Plus misz-masz na listach i parę chwytliwych haseł (legalizacja marychy, opodatkowanie Kościoła), dzięki którym pokochali go i młodzi (mimo że chce, by płacili za studia humanistyczne), i "lewacy" (szczyt wszystkiego to Robert Biedroń mówiący w wywiadzie dla Innej Strony, że palikotowcy budują nową lewicę), i organizacje pozarządowe (choć chce na nie zrzucić walkę z bezrobociem), i całkiem spora rzesza osób nieheteroseksualnych. Że jest to miłość na wyrost i czkawką się nam odbije (bo Palikot do najpracowitszych nie należy), tego jestem raczej pewna (tak, nadal głosuję na Wandę, bo nawet wejście jednego "naszego" kandydata czy kandydatki to całkiem realny zysk z tego wszystkiego). Poza tym akurat "naszym" kandydat(k)om (niezależnie od tego, czy się dostaną, czy nie) i organizacjom, z których się wywodzą, całe to okołowyborcze zamieszanie może wyjść na dobre z zupełnie innego powodu - bo, co ładnie pokazuje Wojtek, czas na serio porozmawiać o tym, jakie są i po co są.

Na koniec mały suplement do tekstu o seksizmie w kampanii. Oto kandydatka SLD z Lublina pokazała coś takiego:



Gdy pierwsze reakcje na ów "spot" były, delikatnie mówiąc, negatywne, zaapelowała na swojej stronie na fejsie:
Zamiast komentarza (bo chyba zbędny) jedna z "dyskusji" na jej profilu:
I wiecie co? Mariusz jest chamem. Tyle że tu akurat słowo "sprowokowała" bardzo pięknie pasuje. Bo pani Lenart pokazała mu, że w seksizmie i uprzedmiotowianiu kobiet nie ma nic złego. Ba, może być nawet "świetnym" środkiem do celu.

PS (bo w komentarzu pojawiły się wątpliwości co do słowa "sprowokowała") Uważam, że kobiety mogą pokazywać (lub nie) co chcą, gdzie chcą i jak chcą, i składać takie propozycje, jakie im się żywnie podoba (choć niekoniecznie w spotach wyborczych, bo to, pomijając inne rzeczy, podchodzi też pod zwykłą korupcję wyborczą). I nic nie usprawiedliwia przemocy seksualnej (również werbalnej) wobec nich. Ale: to jest sytuacja modelowa, tak ma być, do tego ponoć dąży (przynajmniej deklaratywnie) również SLD. Pytanie brzmi, jak np. wytłumaczyć tym panom, którzy przyszli na profil pani Lenart, by mniej lub bardziej parlamentarnie wyrazić swoje odczucia co do jej pokazu, że nie, wcale nie o to chodziło, żeby "zachwycać" się jej ciałem. I że w owym "zachwycie" jest coś niewłaściwego. Daleko mi do empatii wobec "biednych" seksistów, ale wrzucanie takich spotów, a potem dziwienie się, że takie są reakcje, pokazuje, że ktoś chyba nie zdaje sobie sprawy, jak poważnym problemem jest seksizm.

poniedziałek, 3 października 2011

Ratujmy Polskę!

Nawet gdybym nie wiedziała, że za parę dni wybory, to wystarczyłby rzut oka na wiadomości na Gazeta.pl, żeby się o tym przekonać.
Nie, nie chodzi mi o liczbę okołowyborczych newsów, a o ich treść. Bo oto wielkie straszenie weszło w fazę kulminacyjną. PiS wygra! Głosujcie na PO i ratujcie Polskę! PO sprzymierzy się z Palikotem! Głosujcie na PiS i ratujcie Polskę! Nie głosujcie ani na Palikota, ani na SLD, bo w ten sposób osłabicie PO! Głosujcie tylko na PO lub PiS, żeby nie wygrało PiS lub PO. W ogóle głosujcie i ratujcie, bo jak nie, to 10 października obudzicie się w rosyjsko-niemieckim kondominium, Polsce bez zasad i wartości lub w IV Rzeczpospolitej... A potem po wyborach płacz i zgrzytanie zębów, że znowu dwie największe siły w Sejmie to PiS i PO, że mniejsze ugrupowania przepadły, że nie ma nowej siły, jakości, twarzy, pomysłów. No i nie będzie, póki te 20 procent głosujących (bo mniej więcej tyle wybiera PO i PiS wcale nie z przekonania, ale jako "mniejsze zło"), zamiast zostać w domu czy zainwestować w bliższe im ideowo ugrupowanie i dać mu szansę na zaistnienie w przyszłości, będzie głosować tylko po to, by do koryta nie dorwali się ci, których nie lubi (boi się) najbardziej. 

Nie chodzi zresztą jedynie o inwestycję w przyszłość, bo póki obietnice wyborcze nie są po to, by je spełniać, trudno wyrokować, z czym tak naprawdę dane ugrupowanie wyskoczy. Chodzi o to, co się może wydarzyć w ciągu najbliższych czterech lat. I o to, że bynajmniej nie zależy to od tego, kto wygra wybory (no chyba że łyknie ponad 50 procent miejsc w Sejmie, co się nie wydarzy), ale od tego, kto w ogóle na senatorskich i poselskich miękkich krzesełkach zasiądzie. Przykładów nie trzeba daleko szukać. Oto zabrakło dosłownie kilku głosów, by przeszła potworna ustawa antyaborcyjna. A z jeszcze świeższych rzeczy - oto wystarczyłoby kilka głosów, by nie przeszła przepchnięta w ostatniej chwili przez PO nowelizacja ustawy o dostępie do informacji publicznej. Jaki z tego wniosek? Prosty. Czasami decyduje mniejszość. Nie wygrani. Nie druga siła. Nie trzecia. I choćby dlatego warto głosować zgodnie z własnymi przekonaniami. Oczywiście wtedy, gdy mamy jakąś tam pewność, że ci, którym zaufamy, będą działać po naszej myśli w kluczowych dla nas sprawach.

Jest jeszcze jeden plus w głosowaniu na mniejsze ugrupowania. Otóż, jako że póki co nie mają szans na jakąś znaczącą liczbę mandatów, siłą rzeczy nie będą mogły realizować co dziwniejszych punktów swojego programu. Co mnie bardzo cieszy, bo Palikot ostatnio znowu błysnął - tym razem pomysłem, by zmniejszaniem bezrobocia nie zajmował się rząd, a organizacje pozarządowe lub firmy, które będą z tego czerpać zyski. Tak że, choć doskonale wiem, że między innymi dzięki mnie bardziej on niż Wanda ma szansę na ciepłą posadkę przez najbliższe cztery lata, to aż tak mnie to nie boli. Choć trochę jednak tak.

A na deser coś dla tych, którzy nie znaleźli w swoim okręgu nikogo, na kogo chcieliby zagłosować. Miłego narzekania po 10 października. Już wam zazdroszczę.

niedziela, 2 października 2011

Niezdrowe korzyści z mistyfikacji

Nie wiem, czy znacie Nowe Peryferie. To strona, której twórcy konstruują swój program w oparciu o takie hasła jak równość, wolność, podmiotowość i ustawiają się w opozycji do "radykalnej lewicy wywrotowej" (której cechą charakterystyczną ma być to, że stawia na rewolucję, nie ewolucję). "Naszą główną misją jest próba zmiany świadomości społecznej, która przeorana latami propagandy komunistycznej, a później naiwnie liberalnej, nieodmiennie pozostaje obciążona przeświadczeniem o polskim zapóźnieniu i nieuchronności imitacji obcych wzorów. Bez zmiany w myśleniu i przełamania tworzonych medialnie schematów niemożliwa jest zmiana rzeczywistości" - piszą w swoim manifeście. Brzmi pięknie, a jak wygląda realizacja? Różnie. Autorzy Nowych Peryferii podkreślają wagę iluś tam kwestii, które i mnie są bliskie, jak partycypacja społeczna czy lokalność działań. Momentami jednak walka ze schematami trochę im nie wychodzi. Oto mamy panią Kingę Stańczuk, która póki co jako jedyna autorka Nowych Peryferii co nieco miejsca w swoich tekstach poświęca osobom nieheteroseksualnym (bez których, rzecz jasna, żaden lewacki czy prawacki polityczno-społeczny projekt obejść się nie może). A konkretnie "zawodowym" gejom, lesbijkom i na dokładkę feministkom. Poczytajmy, bo jest nieźle.

Tekst "Sztuczne słowa: gej, lesbijka, feministka" zaczyna się dość (ale tylko dość) niewinnie:

Podziały polityczne w Polsce nie odzwierciedlają podziałów realnie istniejących między grupami interesów. Uważam, że bardzo mało jest instytucji (pism, portali, partii, etc) które świadomie dążyły by do zmiany tej sytuacji i rozrysowania bardziej adekwatnych podziałów. Mało tego, często sami zainteresowani, a więc dana niewłaściwie zaszufladkowana grupa stara się czerpać pewne niezdrowe korzyści z tej mistyfikacji.

Z pierwszym zdaniem zgadzam się w całej rozciągłości. Z drugim już niekoniecznie - ja dla odmiany mam wrażenie, że takich instytucji jest całkiem sporo. A nawet zbyt wiele, by cokolwiek sensownego dzięki nim rozrysować. Trzecie jest za to absolutnie obłędne - oto z jednej strony mamy jeszcze niezidentyfikowaną niewłaściwie zaszufladkowaną grupę, z drugiej równie nieokreślone, ale za to z pewnością niezdrowe (!) korzyści, które owa grupa (mimo że została źle przypisana) czerpie właśnie z faktu, że ktoś (kto?) dokonał błędnej klasyfikacji. Nic z tego nie rozumiecie? Cóż, ja też nie. Ale może wyjaśnienie jest w dalszej części tekstu (ja wiem, że nie, ale wy miejcie nadzieję, a co tam).

Pierwsze, najbardziej jaskrawe zjawisko o którym chcę dziś napisać: wizerunek feministek i homoseksualistów. Fakt, że ich dyskurs, jeśli chodzi o zaplecze akademickie, lokuje się na lewicy, ma oczywiście historyczne uzasadnienie; korzystają oni ze strukturalizmu, z Derridy i jego następców, z teorii feminizmu i szeroko rozumianych ruchów emancypacyjnych. Zatem korzeń akademicki jest "lewicowy". Jednak gender studies czy gay studies to dziedziny z konieczności niszowe, niszowy jest także pewien styl życia czy ubioru który kojarzony jest z "bojowniczkami feministkami" czy gejami. Nie cała lewica zajmuje się promocją takiego stylu życia i nie wszyscy homoseksualiści czy feministki muszą być z definicji lewicowi.

Hm. No tak. To prawda, nie wszyscy homoseksualiści czy feministki muszą być z definicji lewicowi (ba, mam wrażenie, że ostatnio znacznie chętniej niż różne lewaczki słowem "feministka" określają się panie z kręgów frondopodobnych, które twierdzą, że PRAWDZIWY feminizm nie ma nic wspólnego z lewicowością). Jako żywo jednak nie wiem, na czym polega ów niszowy styl życia czy ubioru bojowniczek feministek i gejów, którego promocją (!) ponoć zajmuje się lewica, choć nie cała. Myślicie, że znajdę odpowiedź na to pytanie w następnym akapicie tekstu? Ja myślę, że nie, ale dajmy autorce szansę.

Myślę że tutaj solidną pracę wykonały "Wysokie Obcasy", które od lat robią fachowe i mniej fachowe reportaże, publikują fragmenty pamiętników osób, które, mimo że są homoseksualne czy w różny sposób walczą o równouprawnienie, żyją zupełnie normalne, uporządkowane, uczciwe życie. I to właśnie takie historie, opisujące życie zwykłych ludzi, pokazują skalę zjawiska i jego prawdziwe oblicze, a nie epizody karnawału, symbolicznego dowartościowania, jakim są manify czy parady równości, które przyciągną garstkę z nich.

O kurczę! Naprawdę istnieją osoby, które, mimo że są homoseksualne czy walczą o równouprawnienie, żyją zupełnie normalnie, a na dodatek prowadzą uczciwe życie? Niemożliwe, wszak wszyscy wiedzą, że lesbijki, geje, osoby biseksualne, feministki i inne takie z definicji nie żyją normalnie i nie prowadzą uporządkowanego, uczciwego życia. To niezgodne z naszą naturą! Potrafimy jedynie nieuczciwie i nienormalnie, ale za to symbolicznie i epizodycznie dowartościowywać się podczas ulicznych zgromadzeń - w tym leży sens, cel i jedyna wartość naszego nieuporządkowanego życia. A może nie? Może ktoś nam tylko wmówił, że tacy i takie jesteśmy? Ale kto? Czyżby...

Odpowiedzialność za fakt, że w Polsce tak długi żywot mają te negatywne, do znudzenia reprodukowane klisze dotyczące m.in. feministek i homoseksualistów ponoszą w pewnej części sami zainteresowani. Nowa lewica mówi dużo o tzw. terapii szokowej, o błędach transformacji, z czym pełna zgoda. Jednak to samo stało się w sferze obyczajowej – z zupełnego tabu feminizm i homoseksualizm (i to w wersji przestawianej przez tych, którzy potrafili się zorganizować i krzyczeć najgłośniej) stały się swego rodzaju "agresywną normą". Zjawisko "zawodowych gejów" zostało już zauważone: wizerunek najbardziej rozpowszechniony i spotykany i w polityce, i w internecie, i w środkach komunikacji miejskiej, to oczywiście "przegięty gej", najlepiej o piskliwym głosie, różowych włosach i w bardzo drogich ciuchach. Nie ma rodziny, zmienia partnerów jak rękawiczki etc. Tacy ludzie oczywiście istnieją, lubią prowokować i zawłaszczają pojęcie "gej", robiąc swojemu środowisku (jeśli coś takiego w ogóle istnieje) niedźwiedzią przysługę. Tymczasem znów można przytaczać dane statystyczne, wg których 10% procent populacji jest homoseksualna, z zatem w Polsce homoseksualistów są miliony. Nie widać jednak na polskich na ulicach milionów "przegiętych gejów" i "lesbijek – babochłopów".

No i wszystko jasne. Całemu zamieszaniu (z czystej złośliwości dodam, że nadal nieokreślonemu) winni są geje o piskliwym głosie, różowych włosach i w bardzo drogich ciuchach, od których aż się roi w polityce, w internecie i w środkach komunikacji miejskiej, obowiązkowo pozbawieni rodzin i stałych partnerów. Wszak logiczne jest, że ten, kto zdecydował się na tak koszmarny kolor włosów, po prostu nie może mieć nikogo bliskiego, te dwie rzeczy się zwyczajnie wykluczają. Dostępne są mu jedynie przelotne związki z innymi różowowłosymi nosicielami stereotypów. Dobra wiadomość jest taka, że można ich spotkać niemal w każdym tramwaju, więc niedostatek wrażeń grozi jedynie tym przedstawicielom kasty różowowłosych, którzy mają pecha zamieszkiwać w miejscowościach pozbawionych tych użytecznych pojazdów. No ale ci ostatni mogą przecież zmyć tę wstrętną farbę z włosów, wyprostować nadgarstki, zrzucić drogie ciuchy i dołączyć do jednej z grup opisanych w następnej części tekstu.

Część osób homoseksualnych wybrała życie w związku heteroseksualnym z racji na presję rodziny lub wewnętrzne poczucie, że to jedyny sposób na założenie rodziny, dzieci etc; część żyje samotnie, raz na jakiś czas wchodząc w przelotny romans, część wiedzie podwójne życie. A czwarta, najmniej zdaje się dostrzegana przez opinię publiczną, w zasadzie niewidzialna grupa, to ci, którzy są w normalnych, gejowskich i lesbijskich związkach, pracują, jeżdżą na wakacje, dbają o rodziców, obchodzą święta, są dobrymi nauczycielami, lekarzami. Niektórym udaje się także założyć rodzinę. 

Naprawdę? Mimo że są homoseksualni, to pracują, jeżdżą na wakacje, obchodzą święta, dbają o rodziców, dobrze wykonują swoją pracę, a nawet żyją w związkach? Czysta aberracja! Jakże się cieszę, że jako babochłop i stała bywalczyni parad i Manif nie muszę robić tych wszystkich rzeczy, dzięki czemu nadal są mi dostępne te wszystkie nieokreślone, ale za to z pewnością niezdrowe korzyści z początku tekstu pani Stańczuk. Ale moment, moment... Przecież ja żyję w związku. Mam pracę. I rodzinę. A nawet od czasu do czasu coś tam normalnie poświętuję. I na dodatek śmiem twierdzić, że "opinia publiczna" o całkiem sporej liczbie aspektów mojego życia jest nieźle poinformowana. Czyżbym właśnie udowodniła swoje nieistnienie?

W tym momencie właściwie powinnam przestać pisać, ale jako że z racji niezdrowego zafiksowania na swojej osobie jakoś nie potrafię tak po prostu pogodzić się z faktem swojego nieistnienia, jednak dokończę ten tekst. Zrobię tylko małe ustępstwo i przejdę od razu do ostatniego akapitu owego artykułu. Pominięta część jest o tym, że prawdziwe feministki to nie te agresywne baby z Manif i z mediów, a te, które chcą równości z mężczyznami.

Najchętniej zaproponowałabym nowe pojęcia na gejów i feministki. Innych słów jednak nie ma, trzeba odzyskać te. Trzeba wykonać wysiłek przekroczenia tych narzuconych stereotypów i zacząć używać tych słów jakby od nowa; feministka to kobieta która chce być traktowana na równi z mężczyzną, a gej i lesbijka to osoby homoseksualne. Tylko tyle i aż tyle.

I tak się to kończy. Zawiedzione i zawiedzeni? Tak, ja też. Nie dość, że na koniec dobiło mnie bezsensowne słówko "jakby", to na dodatek nie wyjaśniła się kwestia tajemniczych niezdrowych korzyści z mistyfikacji (a tak bardzo chciałam się dowiedzieć, o co chodzi). A do tego mnóstwo wątpliwości - czy różowowłosy mężczyzna, któremu podobają się inni faceci, ale jednocześnie kochający swoich rodziców nadal jest, w oczach opinii publicznej rzecz jasna, gejem? Czy babochłop, który nie chadza na parady, jest lesbijką? A niebabochłop, który na parady chadza? No i co ma właściwie wygląd czy styl życia wspólnego z zaangażowaniem w walkę o równouprawnienie? Czyżby ci wszyscy różowowłosi byli działaczami? A te wszystkie stereotypowo kobiece robiły to w domu po kryjomu? No dobrze, nie znęcam się dalej. Tak, wiem, o co pani Stańczuk chodzi. Po części przynajmniej. Po pierwsze o to, że jedni są mniej widoczni, a inni są bardziej widoczni, i że jak ktoś ma mniej normatywny wygląd, to łatwiej go zauważyć. Po drugie o to, że uliczne manifestacje są bardziej widoczne niż to, co ktoś robi w sferze prywatnej (i jak dla mnie tak powinno być, jakoś mnie nie kręci permanentna inwigilacja). A reszta... Cóż, skoro postuluje się przekroczenie narzuconych stereotypów, to może wypadałoby zacząć od samej siebie. Nie mieszać stylu życia czy wyglądu z tym, czy ktoś się gdzieś tam udziela, czy już niekoniecznie. Nie powielać do znudzenia tych samych klisz. Tylko tyle i aż tyle.

PS Tekst powstał dzięki Pauli. Dziękuję za linka!