niedziela, 27 listopada 2011

Nowe Kobiety Kobietom

Nadeszła wielkopomna chwila i oto po niemal ośmiu latach jedynie kosmetycznych zmian największy polski portal dla kobiet nieheteroseksualnych Kobiety Kobietom dorobił się nowej strony głównej. Z tej okazji warto sięgnąć w przeszłość i obejrzeć, jak to się wszystko zaczęło. Pierwszy zachowany zrzut strony głównej KK pochodzi z czerwca 2003 roku (sam portal powstał w 2001 jako Les.art.pl, które do 2010 zbierało twórczość użytkowniczek i teksty poświęcone kulturze, a obecnie jest agregatorem blogów) i wygląda tak:
Jak widać, zaczęło się od ogłoszeń, nie tylko towarzyskich. Co jest w sumie zabawne, jeżeli spojrzeć na ów portal teraz, ale o tym za chwilę. W 2004 roku strona główna KK przybrała wygląd, który, z pewnymi modyfikacjami, przetrwał aż do wczoraj. Porównajcie - 2004:
i 2011:
W międzyczasie nastąpił rozwój części informacyjno-redakcyjnej - pojawiły się newsy, felietony, raporty, cykle redakcyjne, kalendarium, słowem KK stało się całkiem porządnym źródłem wiedzy o tym, co się dzieje w bardzo szeroko rozumianych naszych sprawach. Jednocześnie prężnie rozwijała się część społecznościowa - forum, ogłoszenia, twórczość użytkowniczek, czat, galeria, a w końcu profile i blogi. I nagle, jakieś cztery, może pięć lat temu część redakcyjna zaczęła powoli zanikać. Nie do końca, bo nadal co jakiś czas pojawiają się i newsy, i, ale to już naprawdę rzadkość, felietony czy recenzje, działa też jako tako kalendarium, ale KK przestało być medium mającym potencjał opiniotwórczy, a stało się po prostu społecznościówką. Co ciekawe, zamieranie opiniotwórczości zbiegło się w czasie z przebudową i zmianą wyglądu wszystkich stron poza główną (i przeniesieniem tekstów z domeny Les.art.pl na KK). Ale w końcu i na nią przyszedł czas i od wczoraj wygląda tak:
Lepiej? Moim zdaniem o niebo tak, choć to zdecydowanie nie moja estetyka (wolę mniej kolorowe strony) i zrobiłabym coś ze zduplikowanymi odnośnikami do poszczególnych działów. Lepiej dlatego (i tu wrócę do mojej uwagi z początku tekstu, że zaczęło się od ogłoszeń), że, poza tym, że jest nowocześniejsza, nowa strona główna odzwierciedla obecną rolę KK. A jest nią, tak jak było w 2003 roku, budowanie społeczności (wszak ogłoszenia i czaty były pierwszymi narzędziami tego typu!). Na pierwszym planie znalazło się to, co na tej stronie żyje i działa: profile, ogłoszenia, blogi, komentarze, forum, kalendarium. Newsy, artykuły i recenzje zostały zepchnięte na dalszy plan, na zasadzie, że jako ktosia będzie szukać czegoś do poczytania, to sobie znajdzie - na KK lub gdzie indziej. I teraz, uwaga, to wcale nie jest wada. Bo choć polski internet jest dość ubogi, jeżeli chodzi o strony "do poczytania" skierowane konkretnie do osób nieheteronormatywnych, to jest równie ubogi, gdy przychodzi do miejsc, w których kobiety LBTQ mogą po prostu pobyć ze sobą, powymieniać się doświadczeniami, poznać kogoś, podzielić się swoją twórczością i tak dalej, i tak dalej. Po prostu nie każde miejsce dla osób nieheteroseksualnych musi (i potrafi) być polityczne. Tak że, chociażby ze względu na moje podróże po (jakże specyficznym!) forum KK, cieszę się, że portal ten, zamiast się wypalić i zniknąć, jak na przykład Lesbijka.org, umacnia się w tym, co mu od samego początku wychodzi - łączeniu ludzi.

PS Jak ktoś ma ochotę pooglądać sobie, jak się rozwijało i zmieniało KK (lub inne portale), to polecam (nie po raz pierwszy) stronkę Internet Archive.

czwartek, 24 listopada 2011

Jest homofob, jest zabawa

Dawno, dawno temu, kiedy ten blog jeszcze raczkował (czyli jakieś dwa lata wstecz) zdarzyło mi się popełnić tekścik o "lesbijskim" poczuciu humoru. Do żadnych miażdżąco ciekawych wniosków dojść mi się nie udało, oczywisty był taki, że lesbijki, tak jak i parę innych osób na świecie, coś takiego jak poczucie humoru posiadają. Czasami. A czasami nie. Czemu mi się nagle ów zamierzchły wpis przypomniał? Z kilku powodów.

Parę dni temu NOP triumfalnie ogłosiło na swojej stronie, której z przyczyn oczywistych linkować nie zamierzam, że zarejestrowali jako swoje kilka paskudnych znaków, wśród których znalazł się m.in. krzyż celtycki i niesławny "zakaz pedałowania". I że w związku z tym odtąd zamierzają pozywać tych, którzy owe znaki ośmielą się znieważyć. Reakcje na owo doniesienie były przeróżne, od (skutecznego) wysyłania protestów do RPO, przez głosy oburzenia w mediach, w efekcie których postanowienie o rejestracji najprawdopodobniej zostanie zaskarżone przez prokuraturę, po spontaniczne akcje znieważania owych znaków oraz twórczość humorystyczną:
(Więcej znaczków na stronie "Miłość nie wyklucza", a z zaprezentowanych najbardziej mi się podoba tęczowa "kutanga" tudzież "fallanga".) I choć wyśmianie sytuacji to jak dla mnie trochę za mało i mam nadzieję, że skończy się jednak na "derejestracji", to ma ono tę przewagę nad innymi działaniami, że po pierwsze rozładowuje atmosferę, a po drugie jest chyba bardziej niż wkurzające dla chłopców spod znaku kutangi.

Drugi powód jest trochę starszy. Otóż od jakiegoś czasu, a konkretnie od momentu, kiedy w żałosnym stylu nie dostał się do Sejmu, kandydat PJN Krzysztof Oksiuta uprawia na swoim blogu i stronie na Facebooku coś, co jest tak absurdalne, że nawet trudno nazwać to homofobiczną i transfobiczną nagonką. Otóż, poruszony tym, że "zamiast" niego do Sejmu trafili gej i transka, pan Krzysztof zupełnie serio proponuje na przykład, by osoby homoseksualne nie miały praw wyborczych, by stworzyć osobne toalety dla osób nieheteronormatywnych czy wprowadzić w parlamencie obowiązkowe badania na HIV. Jak się łatwo domyślić, jego jakże mądre wpisy już kilkakrotnie poskutkowały zablokowaniem jego konta na fejsie, w związku z czym komunikuje się z użytkownikami głównie za pomocą ankiet. A że z techniką u niego słabo i nie potrafi sprawić, by odpowiadali jedynie jego "fani", to reakcje na jego pytania bywają... cóż, zabawne. Nawet bardzo:
Trzeci powód jest z trochę innej bajki, bo dotyczy śmiania się z samych siebie. Inna Strona (tak jak i Homiki) przedrukowała "Alfabet Biedronia" i nagle okazało się, że to, co wydawało się po prostu dobrą zabawą, może też budzić pewne kontrowersje (zresztą, żeby oddać sprawiedliwość IS, również niektóre komentarze na fejsie były mało entuzjastyczne). Choć głosów na plus było zdecydowanie więcej niż na minus, to dowiedziałyśmy się m.in., że:

Mnie osobiście nie podoba się takie podchodzenie do wypowiedzi Biedronia... Ten cały słownik też pasuje do hetero. Poza tym ponoć tam siedzą sami katolicy, moraliści... to teraz się nie dziwę że glosowania nad różnymi projektami kuleją jeśli tym moralistom co słowo z sexem się kojarzy . 
A ci co zachwycacie się talentem tych pań które to wymyśliły. Nie widzicie że przez to i was to dotyczy... was z branży właśnie . Każde wasze słowo będzie wyśmiewane... bo heterykom będzie się jednoznacznie kojarzyć .

ja tu zauważam raczej nabijanie się z osób należących do branży mniejszości, i nabijanie się z Biedronia, a nabijając się z przedstawicieli mniejszości w sejmie daje to pozwolenie nabijanie się z mniejszości poza sejmem. Może to i ironia i pokazanie głupoty posłów, ale mało to kto zauważy

Mam wrażenie, że zacytowanych powyżej osób nie rozbawiłaby też ani "kutanga" (jako niepotrzebne "budzenie agresji" wśród homofobów), ani dokuczanie Oksiucie (jako "robienie sobie wrogów"). I nie dlatego, że uważam, że niekończąca się lista słów zakazanych musi wszystkich bawić (choć byłoby miło), ale dlatego, że całkiem sporo osób po prostu nie przyznaje sobie prawa do posiadania poczucia humoru w swoich sprawach. I wszędzie widzi jedynie pretekst do dyskryminacji, prześladowania i tak dalej. Co jest w sumie strasznie smutne.

niedziela, 20 listopada 2011

Drag queen złamała obcas i dalej szła boso

Relacje na żywo z tegorocznego Marszu Równości w Poznaniu śledziłam równolegle na Gazeta.pl i MMPoznań. Na Gazeta.pl jest głównie dramatycznie - ONR skanduje swoje światłe hasła, chuligani biegają wokół Marszu, rzucają petardami i butelkami, próbują się przedzierać, policja ich spycha i tak dalej w ten deseń. Na MMPoznań spokojniej - ONR skanduje swoje światłe hasła, potem Marsz idzie, a od chuliganów odgradza go kordon policji i generalnie jest bez większych incydentów. Nie zamierzam bawić się w uśrednianie, nie byłam, nie wiem, nie kupuję też frazesów w stylu "prawda zawsze leży pośrodku". Pamiętam kilka oprotestowywanych marszy, w których brałam udział i wiem, że dużo zależy choćby od tego, gdzie jesteś - z przodu, z tyłu, w środku, obok. Jak choćby Łódzki Marsz Równości z maja tego roku, podczas którego właściwie byłam wszędzie. I raz dawałam się porwać świetnej energii zgromadzonych, by parę minut później dostawać dreszczy na widok kontrmanifestantów i uchylać się przed lecącymi w naszą stronę jajami.

Co mnie uderzyło (choć nie zdziwiło) w obu relacjach, to koncentracja na kontrmanifestacji, a potem zachowaniu przeciwników Marszu. Wystarczy zresztą pooglądać zdjęcia na obu portalach - ONR, policja, ONR i policja, kolorowa grupa z balonikami, chuligani (ONR? kibole?), policja, znowu policja, tym razem na koniach itd., itp. Na MMPoznań o samym Marszu można przeczytać tyle, że był, uczestnicy i uczestniczki na końcu poskakali, a na początku dołączyło do nich klika osób z transparentem "Chłopak, dziewczyna - normalna rodzina", które zostały poproszone o jego opuszczenie po tym, jak zakłócały jego otwarcie. Na Gazeta.pl trochę więcej - wiemy, którędy Marsz szedł, skąd wypadali chuligani, czym rzucali i jak sobie z nimi poradziła policja, znamy jedno hasło ("Bez demonstracji nie ma demokracji") i nazwiska kilkorga polityków, którzy w nim szli. No i że pod koniec były podskoki i tradycyjne podziękowania dla policji. Nie wiemy za to, po co Marsz właściwie szedł i co się w międzyczasie działo. A przecież to właśnie z jego okazji przybyła tam cała reszta i robiła to, co robiła. Czy może jednak nie?

Gazeta.pl podłapała jeszcze jedną rzecz - że w trakcie Marszu któraś drag queen złamała obcas i dalej szła boso. I co? I był to prawdopodobnie najczęściej komentowany i obśmiewany przez forumowiczów fragment relacji. W porządku - to nie było doniosłe wydarzenie (tylko czy któreś z pozostałych było?). I zapewne znacznie mniej ciekawe niż to, że ktoś cisnął petardą, ktoś się przedarł, ktoś krzyknął coś o impotencji Palikota. Za to - w przeciwieństwie do reszty - było cudownie zwyczajne. Założę się, choć może nie o jakąś część mojego ciała, że i owym forumowiczom, którzy tak ochoczo czepnęli się tej wzmianki, zdarza się narzekać na media - że gonią za sensacją, że szukają konfliktu na siłę, że żerują na tragedii, że są nieobiektywne i nierzetelne, że tak mało w nich zwyczajnych historii o zwyczajnych ludziach. Oczywiście wiem, że drag queens dla wielu z nich do kategorii "zwyczajne" się nie zaliczają, tyle że nie sądzę, by dla odmiany uznawali za takie chuligańskie ekscesy. Dlaczego zatem właśnie fragment o owej drag queen tak ich poruszył? Czyżby jednak konflikt i sensacja to było to? Kto kogo nakręca - odbiorcy media czy media odbiorców? Ha, odwieczne pytanie.

Ja, choć sensacyjne historie lubię i dzień bez wizyty na Policyjnych to dla mnie dzień stracony, chciałabym kiedyś w mainstreamowych mediach przeczytać taką relację z jakiegoś marszu czy parady, w której najważniejszą informacją byłby właśnie ów złamany obcas. W której nieważne by było to, co wokół, że ktoś coś krzyczał pod pomnikiem, a ktoś inny w przemówieniu dokopał jakiemuś politykowi, za to ważni by byli ci, co w środku, którzy po prostu przyszli i przeszli. Zwykli ludzie, z twarzami, na obcasach lub w tenisówkach, a nie anonimowi chuligani w kominiarkach, nieanonimowi politycy i policjanci w bojowym rynsztunku.

czwartek, 17 listopada 2011

Alfabet Biedronia

W trosce o powagę na sali sejmowej i wizerunek posła, a teraz również członka (!), a nawet wiceprzewodniczącego kilku komisji, wspólnie z fejsbukowiczami stworzyłyśmy listę słów i wyrażeń, których Robert Biedroń nie powinien używać. Mamy nadzieję, że, odpowiednio niestosowane, ułatwią mu pracę w polskim parlamencie.

Analiza – absolutnie zakazane! Szczęśliwie Robert nie zasiada w komisji edukacji, tak że nie grozi mu raczej używanie innego niebezpiecznego słowa tego typu, czyli „analfabetyzm”.

Aktywny - np. udział w pracach nad ustawą (patrz też: pasywny).

Bierny - patrz: pasywny.

Brać – na siebie, na klatę (patrz też: przyjąć).

Brąz – nie tylko w metalurgii, ale też jako „odbrązawianie”. Ohyda!

Branża - wiadomo, o jaką branżę chodzi, choćby mówił jedynie o „branży górniczej”.

Chłopiec do bicia – pozornie niewinne, ale w ustach Roberta jednoznaczne.

Cios poniżej pasa - i wszystko inne, co się tam znajduje i w co można zbyt często zaglądać.

Ciągnąć – nie tylko za język, ale też za sznurki czy „pociągnąć do odpowiedzialności” lub „ciągnąć temat”.

Ciemnia – nie wiemy, czy nasz poseł jest na tyle hipsterem, by bawić się w tradycyjną fotografię, ale jeżeli chodzi mu taki pomysł po głowie, to czas go zarzucić lub przynajmniej o nim nie mówić. Za bardzo się kojarzy z darkroomem.

Członek – ani samodzielnie, ani wysokiej izby, komisji, podkomisji, z ramienia (a cóż to za cudo?), w ogóle z niczego. „Asystent członka” też odpada. Pan poseł powinien też uczulić media, aby nigdy nie podpisywały go np. jako „członka komisji spraw zagranicznych”, bo czytelnicy/widzowie uduszą się ze śmiechu. A najlepiej, żeby w ogóle nie był członkiem czegokolwiek, choć na to jest już niestety za późno (tudzież, kolejne zakazane słowo, „po ptakach”). W żadnym wypadku nie wolno mu też „manipulować członkami”, szczególnie „pod płaszczykiem”.

czytaj dalej>>

środa, 16 listopada 2011

Pstryk!

Blogowe poszukiwania tożsamościowe, które możecie śledzić między innymi w cyklu Z życia homoseksualistek, poszerzają swój obszar. Od dziś będziemy eksplorować tajniki tożsamości dotąd tu nieobecnych lub obecnych jedynie śladowo. Tym razem jednak nie w roli autorek, a czytelniczek. Więcej poniżej, a my już się zamykamy i witamy Alka.
Ewa i Gosia

Witam wszystkie osoby czytające trzyczęściowy garnitur.
Niewysoka figura w wełnianej marynarce i dżinsach potoczyła po audytorium wzrokiem znad okularów. Po chwili pociągnęła dalej soczystym altem:
Nazywam się Alek i jestem sieciowym rozbitkiem, któremu Ewa zaproponowała napisanie czegoś na ten – mój ulubiony - blog.
Alek. No dobra. Niech jej będzie.
Co do mnie, to ja urwałem się z choinki, to znaczy od sąsiadów crossdresserów, do których obecnie roboczo się przyżeniam.
Tu Alek nerwowo poczochrał(a?) swoją bujną brązową czuprynę.
Nie będę teraz mówić o wszystkich etykietach, które sobie mogę przylepić.
Na szczęście. Jest tego tu aż nadto.
Myślę, że będzie na to czas.
Ups.
Tak, tak, widzę Wasze miny. Wyglądacie jak młodzież, której zapowiada się półtoragodzinną pogadankę o uwarunkowaniach społecznych edukacji. Myślę jednak, że Was nie znudzę. Lubię sobie pomarudzić i podebatować, nie powiem, ale tym razem wysilę się i napiszę subiektywnie o takich nieistniejących fenomenach jak na przykład damski transwestytyzm, hetero-babochłopizm, fetyszyzm szelek i pikolaków, kobiecy metroseksualizm, przyjemność płynąca z bycia szorstką. A to pewnie nie wszystko, bo pewnie coś wyjdzie w praniu. A propos prania, na dzisiaj zaplanowałem małą wycieczkę krajoznawczą do łazienki transwestyt/ki. Skąd biorą się ci ludzie… Skąd wziąłem się ja?

Pewnego dnia stajesz przed lustrem i widzisz TO. Twoje rysy twarzy, twoja mimika, twój sposób zachowania przestają być Twoimi nieprzyjaciółmi, kiedy patrzysz na siebie TAK. Nic nie musisz ukrywać, niczego udawać, przeciwnie. Dzieje się COŚ i kondensujesz w jedno wszystko co Cię raziło i przed czym uciekasz.

Gorączkowo, używając wszystkiego, co w danej chwili masz pod ręką, dodajesz kilka szczegółów, tworzysz ramę do pojawiającego się w Twojej głowie obrazu. Rysujesz go grubą krechą, mniej więcej według wzorca. Wychodzi Ci postać – z boku patrząc, jest groteskowa. Ale Ty patrzysz na nią oczami zakochanego fotografa. Nie z boku, zboku. To słowo pojawia się w twojej głowie właśnie tak – znikąd, mimochodem. Na razie dajesz mu spokój.

Na razie zakochany fotograf ustawia twarz pod tym, a nie innym kątem, póki co przed lustrem, bo kto zaczyna od razu od szkła w aparacie. Widzisz to, widzisz to? Pstryk oczami. Masz to! Czyli co, to jest kwestia kąta? Pewnie nie. W żadnej zabawie nie chodzi tylko o kąt. Lubisz wygłupy przed lustrem, co? Masz ich za sobą mnóstwo, może nigdy nie w ten sposób, ale jednak. Usta, brwi i oczy zastygają w układzie, w którym po cichu i od dawna się specjalizujesz. Masz to? Pstryk. „To je to” - śpiewa dusza.

Pod ręką znajduje się więcej rzeczy, w głowie znajduje się więcej pomysłów. Do zabawy włączasz gesty i pozy, w tym też masz sobie tylko wiadome mistrzostwo świata. Szalejesz. W tym szaleństwie jest metoda. Z każdym gestem, z każdą pozą i każdą miną postać nabiera ciała i charakteru. Okazuje się, że ją dobrze znasz. Gdzieś nagle przypomina Ci się Twoje przebranie z balu przebierańców w podstawówce. Pstryk. Twoje role w zabawach. Pstryk. Twoja hardowa, nastoletnia stylizacja. Pstryk. Rozczulenie, które Cię ogarnęło, gdy w sklepie pomylono Twoją płeć. Zakochania w bohaterach książek, bo czy zakochać się = chcieć być jak on? Nieodparta chęć otwarcia drzwi przed przyjaciółką. Gonitwa myśli. Pstryk, pstryk, pstryk.

Masz to! Zakwitło Ci w głowie, niczym przyspieszona roślina w filmie przyrodniczym. Nagle zaczynasz smakować swoje życie w systemie dualnym. Albo słone, albo słodkie.

Te buty, ha, nie na darmo miały być właśnie te. Tamte buty, o nie, nie bez powodu się kurzą i (a może „bo”) właśnie takich nie lubię. Dlaczego ona jest taka niespokojna, a ja nie? Po co mi ta szminka? Robi się ciekawie.

fot. howstuffworks.com/photoxpress.com

sobota, 12 listopada 2011

Po Kolorowej Niepodległej

Tak jak zapowiadałam w zeszłym roku, również tym razem, bez oporów i wątpliwości, wybrałam się na legalną blokadę Marszu Niepodległości, czyli Kolorową Niepodległą na Marszałkowskiej. Dlaczego? Bo nie podoba mi się zawłaszczanie patriotyzmu przez jedną opcję, i to taką, która obok haseł dumy z bycia Polakami bez oporów głosi hasła ksenofobiczne i homofobiczne. Bo nadal uważam, że, choć nie można narodowcom bronić wyrażania poglądów, to trzeba przeciw nim (pokojowo!) protestować. I jest to dla mnie czymś naturalnym.

Choć to, co się wydarzyło wczoraj w Warszawie, było przerażające, to z mojej perspektywy pikieta przeciw narodowcom była zdecydowanie bardziej udana niż ubiegłoroczne zgromadzenie na placu Zamkowym. Przede wszystkim dlatego, że tym razem prowadzący stanęli na wysokości zadania, co rusz przypominając zgromadzonym, że zgromadzenie ma charakter pokojowy i studząc zapędy Antify, gdy ta przed godziną 15 odparła grupę chuliganów (kiboli? ONR-owców?), którzy próbowali wedrzeć się na teren pikiety. Ale również dlatego, że po tej sytuacji anarchiści bardziej przyłożyli się do pilnowania swoich i utrzymania pokojowego charakteru demonstracji. W pamięci utkwiły mi dwie sytuacje. Pierwsza - gdy zaczęła się bitwa między uczestnikami Marszu Niepodległości a policją na placu Konstytucji, jeden z uczestników Kolorowej Niepodległej odpalił racę. Pozostali, krzycząc "pokojowa demonstracja" natychmiast mu ją odebrali i zgasili. Druga - gdy chuligani (kibole? ONR-owcy?) wypadli z bramy na Wilczej i rzucili się na zgromadzonych na pikiecie, Antifa utworzyła mur odgradzający resztę uczestników demonstracji od atakujących i do momentu przybycia policji ochraniała nas przed agresorami, odrzucając lecące w naszą stronę petardy i race. Gdy nadbiegła policja, anarchiści spokojnie się odsunęli i dali jej działać. Świetnie też sprawdziły się zorganizowane przez anarchistów służby medyczne, gdy dotarły do nas opary gazu pieprzowego rozpylonego przez policję na placu Konstytucji. A poza tym? Na początku było kolorowo, chłodno i trochę nudnawo (znaczy były przemówienia, występy, herbata dla chętnych, piłki plażowe do podbijania, baloniki do pękania i takie tam), potem, gdy zobaczyliśmy, co się dzieje paręset metrów od nas i gdy chuligani próbowali się do nas dostać w bynajmniej niepokojowych zamiarach, dość strasznie. A gdy do tego doszły doniesienia o kolejnych zamieszkach, spaleniu tęczowej flagi, obrzuceniu petardami ambasady Rosji, demolowaniu prywatnych samochodów i lokali, i zniszczeniu telewizyjnych wozów transmisyjnych na placu Na Rozdrożu, zrobiło po prostu przygnębiająco. Bo większość uczestników legalnej demonstracji na Marszałkowskiej chyba w najgorszych snach nie przeczuwała, że po drugiej stronie może dojść do aż takiej eskalacji przemocy.

Jako że byłam niemal w sercu tego wszystkiego, ze sporym osłupieniem śledziłam późniejsze relacje z tego, co się stało. Bo ani nie było tak, jak twierdzą organizatorzy Marszu Niepodległości, że policja ich nie ochraniała i to poskutkowało przeniknięciem w ich szeregi zamaskowanych "prowokatorów", którzy zaczęli zadymę, ani też owi "prowokatorzy" nie szli w końcówce Marszu - przeciwnie, z wysokości Wilczej doskonale było widać, że i policji na miejscu zbiórki narodowców było mnóstwo, i zadymiarze zaczęli rozrabiać nie kiedy Marsz opuścił plac Konstytucji, ale już na samym jego początku. Daleka jestem od stwierdzeń, że organizatorom Marszu chodziło o zadymę i dlatego zaprosili kiboli i innych takich. Ale faktem jest, że owi kibole i inni chuligani szli z nimi i nie dało się ich i tego, co robili, nie zauważyć. I, podobnie jak poprzednio, nie zamierzam również bronić anarchistów, którzy "działali" poza legalną manifestacją (choć historia z niemieckimi anarchistami na Nowym Świecie jest cokolwiek niejasna, co dobrze widać tutu i na tym zdjęciu, gdzie spokojnie idą obok grupy, którą ponoć zaatkowali), ba, cieszę się, że jeszcze przed 15 w większości wylądowali na komisariatach i nie dotarli na Kolorową Niepodległą (choć cieszę się też, że Antifa była z nami, bo bez nich mogło być krucho).

Oczywiście to, co pokazały wczoraj i dziś rano media, to dopiero początek wzajemnego obwiniania się za to, co się stało, odcinania się przez organizatorów od tych, którzy rozrabiali, i analizowania, co zrobić, aby sytuacja się nie powtórzyła. Mam nadzieję, że refleksja nad tymi wydarzeniami wzniesie się ponad zwyczajowe szukanie, kto narozrabiał i kto sprowokował, i tryumfalne ogłaszanie "zwycięstwa" każdej ze stron. Pewnie, że miło jest się poczuć "moralnie lepszym", tyle że nie chodzi o to, by się licytować, kto jest milszy i spokojniejszy, ale co zrobić, by nie tylko kolejne Święto Niepodległości nie stało się okazją do zdemolowania miasta i ataków na policję, ale też by tej agresji (nieważne, jak motywowanej) było po prostu mniej. Oczywiście łatwo jest powiedzieć "pozwólcie im przejść, nie blokujcie", tyle że, biorąc pod uwagę to, co się stało na placu Konstytucji, a także tegoroczne wydarzenia chociażby z Białegostoku, owo pozwolenie nie sprawi, że znikną zachowania skrajne, że nagle owa rzesza młodych ludzi, którzy niszczą żydowskie nagrobki, malują swastyki na murach, terroryzują mniejszości etniczne, zawłaszczają stadiony czy atakują policjantów nagle się ucywilizuje, może za to sprawić, że poczują się jeszcze bardziej pewni swoich racji. A takich sytuacji jest niestety coraz więcej. I nie sądzę, by receptą na to było zaostrzenie prawa o zgromadzeniach. Paradoksalnie najwięcej chyba mogłyby tu zrobić ugrupowania stojące za Marszem Niepodległości, bo to one przyciągają takich ludzi. Pytanie tylko, czy potrafią i czy tak naprawdę chcą.

Galeria zdjęć z Kolorowej tu. Polecam też komentarz Artura Domosławskiego.

czwartek, 10 listopada 2011

Z siebie się śmiejecie

Oświeceni i europejscy posłowie i posłanki z miłościwie nam panującej partii rządzącej zafundowali nam w pierwszych dniach urzędowania nowego Sejmu iście żenujący spektakl. Zaczęło się od ataku na Wandę Nowicką (wybraną na wicemarszałkinię dopiero w drugim podejściu) i godnej Beavisa i Buttheada reakcji sporej części posłów na słowa broniącego Nowickiej Roberta Biedronia:



A potem było jeszcze gorzej. Oto okazało się, że państwo posłowie z Platformy Obywatelskiej mają całkiem racjonalne wytłumaczenie na swoje zachowanie. Bo, według Julii Pitery, Nowicka nie powinna być wicemarszałkinią nie dlatego, że jest zwolenniczką prawa do wyboru, ale dlatego, że uważa, że jej poglądy powinni podzielać wszyscy (ciekawe, skąd jej to przyszło do głowy, tak na marginesie). Robert Biedroń dla odmiany kojarzy się Piterze jedynie z seksualnością, tak że nie powinien używać takich sformułowań jak "cios poniżej pasa", bo jest to (oczywiście wyłącznie w jego wydaniu) po prostu ordynarna prowokacja. Błysnął również, choć to żadna niespodzianka, Stefan Niesiołowski, stwierdzając, że ma inne niż Nowicka poglądy na temat religii i aborcji, w związku z czym był za odebraniem partii, którą ona reprezentuje, miejsca we władzach Sejmu. Robert dla odmiany naraził mu się głupim uśmiechem i ogólną kabaretowością, więc według specjalisty od muszek owocówek nie ma co się dziwić, że wystąpienie "naszego" posła wywołało śmiech - w końcu sam zebranych nakręcił.

Słabo? No trochę tak, szczególnie jak sobie człowiek przypomni sprawę Węgrzyna, który wyleciał z PO właśnie za to, że mu się homoseksualność wyłącznie z seksem kojarzy. Gdyby partia ta chciała być konsekwentna, to powinna teraz pożegnać się z większością swoich członków i członkiń (a może nie powinnam używać tych wyrazów?), z premierem Tuskiem włącznie. Ale nie liczę na takie szczęście.

Błysnął też poseł Kłopotek z PSL. Wprawdzie, w przeciwieństwie do swoich kolegów i koleżanek, uznał, że reakcja sporej części posłów i posłanek wystąpienie Biedronia była beznadziejna, ale popisał się za to taką wypowiedzią: "Musimy się przyzwyczajać. Na początku też było takie zaciekawienie, kiedy mieliśmy pierwszego czarnoskórego posła, ale później to już był chleb powszedni, nikogo to nie dziwiło. I teraz przychodzi nam oswajać się z tym, że są w Sejmie homoseksualiści, jest transwestyta. I to nie jest łatwe. Ale to też są ludzie. Biedroń to bardzo sympatyczny człowiek i myślę, że ta nauczka była niezła dla nas wszystkich". Miło, że uznał, że "transwestyci" i osoby homoseksualne są ludźmi. No naprawdę, jest to odkrycie godne żyjącego w XXI wieku mieszkańca, ba, co tam mieszkańca, reprezentanta władz kraju członkowskiego UE. Podobnie jak to, że nie wszyscy Polacy i Polki są biali, więc i w Sejmie nie wszyscy muszą tacy być. No ale nie ma co się specjalnie nad Kłopotkiem pastwić, wszak, zapewne niechcący, udało mu się uchwycić sedno sprawy. Bo cały kłopot polega też i na tym, że dotychczas ci inni to byli handlarze ze Stadionu, manifestujące parę razy do roku dziwolągi, ewentualnie biedni pokrzywdzeni przez los ludzie, których można było na zmianę olewać lub głaskać po główkach, gdy ich głosy z jakiegoś powodu były potrzebne. A tu nagle, niespodzianka, okazało się, że są tuż-tuż, w ławie obok, i nie można już nimi tak łatwo pogrywać. I na dodatek, sądząc po komentarzach w internecie, całkiem spora rzesza ludzi i wspierające dotąd koalicję rządzącą media nie widzą w tym nic dziwnego, a nawet gorzej, uważają, że posłowie prześmiewcy popisali się buractwem i zaściankowością.

Przy okazji wyszła jeszcze jedna sprawa. Tzw. Ziobryści postanowili nie odpuszczać Nowickiej i doprowadzić do jej odwołania z funkcji wicemarszałkini. Jak? Przywołując działalność Wandy w Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny i proces, który wytoczyła Joannie Najfeld za stwierdzenie, że znajduje się na liście płac przemysłu aborcyjno-antykoncepcyjnego. Wanda sprawę przegrała, bo sąd uznał, że wypowiedź Najfeld miała charakter publicystyczny. Nie stwierdził jednak, by Wanda na jakiejkolwiek liście płac była. Po prostu Federacja, jak wiele innych organizacji, pozyskuje środki na działalność od legalnych instytucji, organizacji, fundacji czy sektora prywatnego. Co jednak ciekawe, już samo pomówienie, jakoby mogła się zajmować lobbingiem na rzecz koncernów farmaceutycznych, sprawiło, że zbadania sprawy przez komisję etyki poselskiej zażądali nie tylko ekspisowcy, ale też PO i Leszek Miller. Dobrze, że chociaż Kalisz pokazał klasę i murem stanął za Nowicką, choć to nie on rozdaje teraz karty w Sojuszu, więc też nie ma co się specjalnie cieszyć. Tym bardziej że sprawa nie jest jeszcze niestety zakończona.

W atakach na Wandę jest też jednak drugie dno, o czym pisze dziś Ewa Siedlecka na Wyborcza.pl. Otóż i Wanda Nowicka, i Robert Biedroń, i Anna Grodzka, jako aktywiści organizacji pozarządowych, muszą się liczyć z tym, że ich działalność może być pretekstem do podważania ich wiarygodności i wysuwania zarzutów o lobbing. Dlatego dla spraw, o które walczą, naprawdę lepiej by było, gdyby na czas urzędowania w Sejmie po prostu tę działalność zawiesili, szczególnie że ewentualne oskarżenia o lobbing to niejedyny argument przemawiający za tym rozwiązaniem. O pozostałych - groźbie upolitycznienia organizacji i niemożności pogodzenia interesów partii i aktywistów już kilkakrotnie pisałam.

Tak czy siak niesamowite jest to, jak PO ni z tego, ni z owego pokazało nam twarz, której chyba nie chciało pokazywać. I to jest jedyny plus tego całego zamieszania - że być może kolejne parę osób pozbyło się złudzeń co do postępowości owego ugrupowania.

wtorek, 8 listopada 2011

MNW, Heather Nova i pewien idiota

Ostatnie dni upłynęły nam pod znakiem spotkań, planów, burz mózgów i takich tam. Inaczej mówiąc, akcja "Miłość nie wyklucza" zdecydowanie nabiera rumieńców. Na sobotnim spotkaniu ukonstytuowały się cztery grupy - prawna, która zajmie się pisaniem/poprawianiem ustawy, do spraw kampanii - odpowiedzialna za przygotowanie nowej odsłony MNW - do spraw 100 tysięcy - odpowiedzialna za koordynację zbierania podpisów pod potencjalnym obywatelskim projektem ustawy - i do spraw mediów, lobbingu i fundraisingu (więcej o tym, czym się będą zajmować, tu). Do końca tygodnia trwa nabór wolontariuszy, tak że nie wiadomo jeszcze, jak liczne będą grupy. W każdym razie medialna, do której trafiłam, już przyciągnęła kilkanaście osób, a wciąż zgłaszają się nowe. No ale, nie oszukujmy się, niezależnie od tego, czy dalsze działania pójdą w kierunku stworzenia projektu obywatelskiego, czy wspierania któregoś z projektów partyjnych, będzie co robić. Tak że już się cieszę i już jestem zmęczona - trzeba się będzie chyba na nowo przyzwyczaić do bardziej regularnego działania.
Dla odprężenia wybrałyśmy się dziś z Gosią do Stodoły na koncert Heather Novy. Na wypadek, gdybyście nie wiedzieli i nie wiedziały, kto to taki, to jest to ta pani:



W Stodole zagrała z tymi samymi muzykami i równie fajnie. Nas szczególnie urzekła gitarzystka (widać ją po lewej), a nasze pełne zachwytu spojrzenia i okrzyki zostały najwyraźniej zauważone, bo z koncertu wyszłam bogatsza o jej kostkę do gitary. Ogólnie było świetnie, ale był też jeden ogromny minus - otóż na jedyny (i pierwszy!) w Polsce koncert pani, która od ponad dwudziestu lat gra naprawdę kawał dobrej muzyki, pofatygowało się może dwieście osób. Nie wiem, czy to kwestia słabej promocji, czy w ogóle nikłego zainteresowania artystkami i artystkami, którzy i które mają coś więcej do zagrania i zaśpiewania niż Feel i Beata Kozidrak, ale w każdym razie wyszło to dość słabo. Choć oczywiście miło było choć raz w życiu nie musieć pchać się pod scenę.

Na koniec rzecz z cyklu irytujących, czyli plakatowych wynurzeń Ruchu Higieny Moralnej ciąg dalszy (po jakże uroczej akcji przeciw "spedalaniu nieletnich" i wrednych, brzydkich i leniwych feministkach). Od poniedziałku w Warszawie można trafić na takie coś:
Tradycyjnie nie ogarniam, o co twórcom plakatu (a konkretnie plakaciście Wojciechowi Korkuciowi, bo to on stoi za akcjami RHM) chodzi. Przekazu nie rozjaśnia też tekst pod "nie faszystuj bez sensu":

*faszystować (neologizm) - nieuzasadnione, bezpodstawne, tendencyjne posługiwanie się terminami, symbolami i określeniami faszystowskimi i nazistowskimi w celu zdyskredytowania, zdeprecjonowania i wyszydzenia postawy, poglądów i dokonań innej osoby lub grupy osób.

No chyba że pan Korkuć ma problem z tymi, którzy protestują przeciw Marszowi Niepodległości, bo nie godzą się na promowanie homofobii, transfobii, ksenofobii, antysemityzmu itd. i nie podoba im się zawłaszczanie pojęcia "patriotyzm" przez narodowców. No cóż, zawsze może "pofaszystować" z sensem i dołączyć do ONR-u i MW. Lub zrobić kolejny plakat o tym, jak to niedobra mniejszość uciska biedą większość.

czwartek, 3 listopada 2011

Ustawa w miesiąc?

Najpierw ciekawostka, czyli Jacek Żakowski w najnowszej "Polityce":

Prawdziwa kanonada, już całkiem na poważnie, ma się zacząć dokładnie 22 listopada. Czyli w dniu powołania nowego rządu. I skończy dokładnie 22 dni robocze później, czyli 22 grudnia. W ostatnim dniu sejmowym przed Bożym Narodzeniem. Przez te 22 dni Ruch zapowiada, że złoży w lasce marszałkowskiej pierwsze 22, z około 140, projekty nowych ustaw, które chce zgłosić w pierwszym roku kadencji.
Karol Jene, kierownik Klubu Sejmowego Ruchu (...), który nosi cały ten pakiet w laptopie, wolałby strzelać krótkimi seriami. Projekt, kilka dni na dyskusję i dopiero następny. Palikot zdecydował, że musi być kanonada. Tusk nie może mieć ani dnia spokoju. Żaden rząd nie dostał jeszcze od opozycji takiej legislacyjnej serii na dzień dobry. Żadna partia pierwszy raz wchodząca do Sejmu nie przyszła na Wiejską z tak opasłym workiem gotowych projektów.
Autorytet przewodniczącego jest niekwestionowany. Więc w poniedziałki i piątki Ruch będzie strzelał grubymi pociskami wymagającymi debaty. A we wtorki, środy i czwartki mniejszymi. Żeby kurz nie opadł, kiedy opinia publiczna będzie rozprawiała nad grubszymi sprawami.
Nie jest jeszcze jasne, które projekty Ruch uzna za grube. Czy na przykład ustawa o związkach partnerskich jest gruba? Zależy, w jakim wariancie. A bez względu na wynik rozmów z SLD, wariant radykalny znajdzie się w pierwszym pakiecie. Podobnie jak ustawa o in vitro, zawierająca gwarancję refundacji takich zabiegów. (...) W tym pakiecie będzie też ustawa o osobach transseksualnych, o parytetach, o edukacji seksualnej i o dostępie do antykoncepcji. (fragment tekstu "Ani dnia spokoju")

A teraz to, co już pewnie wiecie. Wczoraj w Sejmie spotkały się grupa skupiona wokół akcji "Miłość nie wyklucza", Grupa Inicjatywna ds. Związków Partnerskich oraz Ruch Palikota w osobach Roberta Biedronia, Anny Grodzkiej i Pawła Jasińskiego. Efektem tego spotkania było powołanie grupy roboczej złożonej z prawników reprezentujących wszystkie zainteresowane "frakcje", którzy wspólnie stworzą projekt ustawy. Pierwsze wyniki ich pracy poznamy za miesiąc.

Niezależnie od tego, czy dzięki tym działaniom powstanie ustawa naszych marzeń (tak na marginesie, to czy w ogóle taka istnieje?), czy nie, zawiązanie grupy prawnej nie oznacza, że można spocząć na laurach. Przed nami wiele pracy chociażby nad stworzeniem "klimatu społecznego", który pomógłby we wprowadzeniu korzystnych dla nas rozwiązań. Bo nie ma co się łudzić, że Sejm tak po prostu przyjmie choćby najlepiej napisany projekt. Dlatego gorąco zapraszam na spotkanie grupy "Miłość nie wyklucza" w tę sobotę o godzinie 16 w Lenivcu (Warszawa, ul. Poznańska 7). Szczegóły tu.

Dlaczego warto przyjść? Bo jest i co robić, i z kim, i na dodatek wierzę, że zobaczymy realne skutki swojej pracy. Dla mnie, jako osoby od początku zaangażowanej w akcję, to, co się wokół niej wydarzyło przez ostatni rok i czego efekty możemy obserwować teraz, gdy na spotkania przychodzi już nie kilka, a kilkadziesiąt osób (a drugie tyle pewnie też by się wybrało, gdyby mieszkało w Warszawie), jest czymś niesamowitym. Bo nagle okazało się, że mimo że tyle się słyszy o kryzysie "naszych" organizacji, a może na przekór temu, jest naprawdę dużo osób, które nie mają ochoty czekać z założonymi rękami, aż "się zmieni", ale chcą w tych zmianach brać czynny udział. Chociaż nie miałam możliwości być na pierwszym spotkaniu "nowej" grupy (był na nim za to Maćq, którego relację polecam), to wystarczyła mi wczorajsza wizyta w Sejmie, podczas której miałam okazję poznać kilka z tych osób, które ostatnio dołączyły do grupy, by się przekonać, ile przez ostatni rok się zmieniło. Bo nie dość że jest ich (a właściwie nas) dużo, to na dodatek są to świetni ludzie. Tacy, którym się chce i z którymi człowiek wierzy, że się uda - jak nie w tym roku, to w następnym, albo jeszcze następnym, albo jeszcze. Tak że wielki ukłon i w kierunku "naszych" prawników, przed którymi niełatwe zadanie, i tych wszystkich, z którymi miałam i będę miała okazję pracować (również tych, którzy wspierają akcję zdalnie, internetowo i na wszystkie inne możliwe sposoby). Plus specjalne głaski dla Wojtka, który to wszystko spina.

Na koniec "słit focia", która obiegła już fejsa, czyli wyżej podpisana, Maćq i Wojtek na sejmowych schodach. Uwiecznił Wiktor.