Przejdź do głównej zawartości

Z pamiętnika (nie)młodej działaczki

Dawno nie było lekcji historii. Co jakiś czas namawiam Gosię, by do nich wróciła. Póki co mi się to nie udaje, tak że tym razem coś, co planowałam dopiero wtedy, gdy ona skończy swój cykl. Historia nowsza, czyli moja.

Gdańsk, rok 2003. Jestem dobrych parę lat po coming oucie i pierwszej nieszczęśliwej miłości, której reperkusje posłużyły mi za temat jednego z późniejszych kabaretowych monologów. Mam za sobą ileś tam wyjazdów i imprez organizowanych przez dziewczyny z pierwszej listy Polles (ruja, poróbstwo, lesbodramy i kawał świetnej zabawy), udane próby usportowienia trójmiejskiego środowiska (w opozycji do szlajania się po klubach, które nigdy mnie jakoś nie wciągnęło) i pierwszy "publiczny" występ w mediach, a konkretnie w amerykańskiej edycji "Super Expressu", bo tylko na taki coming out było mnie wówczas stać. Oraz niewielki staż redaktorski w portalu Kobiety Kobietom, rzecz jasna jako abs_ik, nie jako ja. Kilka lat wcześniej zaczęłam też kolekcjonować wycinki z gazet z tekstami poświęconymi osobom niehetero. Nadal je mam - zmieściły się w pudełku po butach. Dziś takie pudełko można by pewnie zapełnić w miesiąc, ale wtedy każdy artykuł o nas w mainstreamowych mediach robił wrażenie. W końcu pierwsza debata, która wywołała prawdziwą dyskusję społeczną na temat naszych praw - cykl tekstów w nieszczególnie wówczas nam przyjaznej "Gazecie Wyborczej" zapoczątkowany artykułem Jacka Kochanowskiego "Geje nie będą udawać małżeństw" - miała miejsce dopiero w sierpniu 2002 roku. Miesiąc wcześniej ukazał się specjalny numer "Więzi", w całości poświęcony homoseksualności widzianej z perspektywy Kościoła. Co ciekawe i o czym często się nie pamięta, jednym z motorów owych gazetowych dyskusji był projekt ustawy o konkubinatach, zarówno jedno-, jak i różnopłciowych, autorstwa Joanny Sosnowskiej z SLD, powstały w lutym 2002 roku.

No dobrze. Jest rok 2003 i za chwilę wydarzy się coś, czym przez kilka miesięcy będzie się ekscytować większość polskich mediów i co obnaży pokłady polskiej homofobii. A ze mnie zrobi pełnowymiarową aktywistkę. W marcu rozpocznie się zorganizowana przez KPH kampania "Niech nas zobaczą" - trzydzieści zdjęć par trzymających się grzecznie za łapki zagości na wystawach w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Sosnowcu i we Wrocławiu. Kilka z nich pojawi się również na billboardach, choć już tylko w Warszawie, Krakowie i Gdańsku - w pozostałych miastach firmy zajmujące się reklamą zewnętrzną wycofają się z kontraktów. Kilka tygodni przed inauguracją wystawy w gdańskiej Łaźni na forum Gazeta.pl poznam Damiana, który zaprosi mnie do grupy pracującej nad stworzeniem trójmiejskiego oddziału KPH. Po raz pierwszy spotkamy właśnie w Łaźni. I tak się to wszystko zacznie.

Nie pamiętam zbyt wielu akcji w naszym wydaniu. Na pewno w listopadzie tego samego roku współorganizowaliśmy konferencję i przegląd filmów "Homofobia. Spojrzenie z bliska", a w grudniu przygotowaliśmy spotkanie w ramach kolejnej ogólnopolskiej akcji KPH - "Jestem gejem, jestem lesbijką. Poznaj nas", na którym za geja robił Adaś, odważnej lesbijki znaleźć się nie udało, za to pojawili się nieproszeni i dość niebezpieczni goście. Było też kilka dyskusji otwartych ze specjalist(k)ami i akcja rozdawania kartek walentynkowych. Oraz zrealizowany grant na pomoc psychologiczną dla osób niehetero. Mieliśmy także ambitny plan przeprowadzenia szkoleń dla osób pracujących w ochronie zdrowia, ale polegliśmy na etapie rozpowszechniania ankiet, które miały ustalić potrzeby tego środowiska.

Pamiętam za to ludzi. Marcina, który był jednym z bohaterów kampanii "Niech nas zobaczą" i który kompletnie zburzył moje wyobrażenia o tym, jaka powinna być osoba, która nie obawia się publicznie opowiedzieć o swojej orientacji. Ot, zwykły chłopak, chyba ciut młodszy ode mnie, bezrobotny, a na dodatek były mnich, któremu ojciec przełożony pewnego dnia powiedział, aby, zamiast męczyć się w klasztorze, poszukał szczęścia na zewnątrz. Artura, który tak skutecznie próbował "wyleczyć się" z homoseksualizmu, że, za sprawą pseudodoktora, faszerował się metanabolem i mieszkanką hormonów do momentu, aż zaczął mieć poważne problemy ze zdrowiem. Dopiero wtedy poszukał pomocy u prawdziwego lekarza, w efekcie czego udało mu się nie wykończyć siebie i zyskać samoakceptację. Joannę, która po bodaj pół roku działalności zaszokowała nas heteroseksualnym coming outem - wyglądała jak typowa lesba i nikomu nie przyszło do głowy, że może nią nie być. Zbyszka od często tu wracającej "Homofobii po polsku" i Damiana, którzy krótko potem (tak jak i Adaś) wylądowali na Wyspach, i Anitę, która załatwiła pracę mojemu bratu. Kasię Bojarską, robiącą wówczas doktorat z homofobii i dzielnie promującą homoseksualizm wśród swoich studentów i studentek. Oraz moje pierwsze spotkanie z Izabelą Jarugą-Nowacką, która miała wykład podczas akcji "Homofobia. Tak to wygląda". Nie pamiętam, co mówiła, pamiętam za to, że gdzieś tam między panelami, filmami i wykładami siedziała Damianowi na kolanach.

To był niezły czas. Choć z jednej strony przerażał nas poziom polskiej homofobii, uwidocznionej kampanią "Niech nas zobaczą", a przejawiającej się między innymi częstymi wizytami smutnych panów na naszych spotkaniach, to z drugiej wszystko wydawało się układać po naszej myśli. W 2003 zakazano dyskryminacji w pracy ze względu na m.in. orientację seksualną. W 2004 pojawił się projekt senator Marii Szyszkowskiej. Przeszedł przez Senat i zatrzymał się dopiero na ówczesnym marszałku Sejmu, który nie poddał go pod obrady. Mimo że był to cios, to wydawało się, że wprowadzenie jakichś regulacji tego typu to kwestia co najwyżej kilku lat.

Po bodaj roku działalności w trójmiejskiej KPH, w trakcie której przez krótki okres byłam nawet wiceprezeską (to pierwsza i ostatnia funkcja w organizacji, jaką kiedykolwiek sprawowałam, tak samo jak zresztą KPH była pierwszą i ostatnią grupą formalną, w której się udzielałam), odpłynęłam w stronę genderów, queerów i takich tam. Zaowocowało to uczestnictwem w paru konferencjach naukowych i drugiej edycji "Girlz get united", działalnością w kole naukowym gender studies przy Uniwersytecie Gdańskim, wybraniem się na spęd kobiet, podczas którego narodziło się Porozumienie Lesbijek LBT, a w końcu zapisaniem się na warszawskie gendery. Matką tej decyzji była Bożena Keff, do dziś moja ulubiona felietonistka, która tamże wykładała, a którą bardzo chciałam poznać. Decyzja ta okazała się brzemienna w skutki. Podczas jednego ze zjazdów, a konkretnie na urodzinach Kobiety Kobietom, szczęśliwie mających miejsce w ten sam weekend, w którym odbywały się zajęcia, spotkałam Gosię. I wszystko się zmieniło. Pół roku później zamieszkałam w Warszawie.

Komentarze

  1. Proszę wprowadzić maleńką korektę do akapitu z kampanią "Niech nas zobaczą".
    Billboardy wisiały również w Toruniu, w którym wówczas krótko mieszkałem ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem dlaczego ale najlepiej wspominam pare dni w Warszawie (chyba było walne zgromadzenie) i kawały o pewnym starszym panu (ówczesnej głowie pewnego kościoła) i mufinki nad ranem. Ech to były czasy :) Xx

    OdpowiedzUsuń
  3. @hds
    Że tak głupio spytam - jesteś pewny że nie chodzi o którąś z późniejszych kampanii? W żadnym źródle nie znalazłam Torunia. Choć z drugiej strony źródeł jest zaskakująco niewiele, tak że jak jesteś pewny, to dodam.

    @Sak maj sosydż
    Walne, tak! I jak mufinki, to musieliśmy nocować u Ani. To dodam jeszcze spiskowanie podczas walnego, by prezeską została Marta, a nie Robert:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo dobrze pamiętam działalność KPH z tamtych czasów, a zwłaszcza konfę "Homofobia. Spojrzenie z bliska." Pamiętam też Kasię Bojarską i Dni Kultury Queerowej w Fucktorii. Fajne to były czasy... Nigdy nie miałam zacięcia do aktywizmu, ale na manify w Gdańsku i Parady Równości do Wawy czy Poznania (i to jeszcze te nielegalne!) jeździło się z poczuciem misji.

    A potem wyjechałam na Wyspy, gdzie mój seksualny barometr skręcił o 180 stopni. Może kiedyś znowu będę z kobietą, ale nigdy już nie będę z nią żyć w takim dziwnym kraju i w takich dziwnych czasach.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak gwoli uczciwości to rola KPH w tym pierwszym wydarzeniu nie była zbyt wielka. Głównie trzeba je liczyć na konto Zbyszka.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wow, pomyśleć tylko że tak to wszystko wyglądało...

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja się pytam gdzie jest All i Dubiduu!

    OdpowiedzUsuń
  8. Jestem pewien na 100%, bo pamiętam ten szok z tym związany ;DDD

    OdpowiedzUsuń
  9. Jako Torunianin (ówczesny i do-niedawny) chciałem zapytać w którym miejscu miał wisieć ten billboard w Toruniu? Ja nie pamiętam aby wisiał, pamiętam natomiast że czytałem o tej akcji w "Polityce".

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…