wtorek, 21 grudnia 2010

Od św. Łucji do serwetki na kolanach

Od powrotu do Polski minęły cztery dni. Nadal walczymy z jetlagiem, choć tę noc mogę zaliczyć do udanych, bo udało mi się w końcu przespać kilka godzin. Zaginiona walizka wróciła, jej zawartość na szczęście też. Wczoraj zaliczyłyśmy kolejny występ na żywo w "Między kuchnią a salonem":



Wyszło chyba nieźle, choć widać po mnie nieprzespaną noc. Wciąż nie mogę się przerzucić na tryb normalnego komentowania na blogu i zainteresowania tym, co tu i teraz, ale może to też wina gorącego przedświątecznego czasu. Tak że dziś kilka obiecanych anegdot i ciekawostek z podróży.

Pochód Świętej Łucji
Jak może pamiętacie, 6 grudnia wieczorem, już po ślubie i przylocie do Nowego Jorku, miałyśmy przyjęcie weselne. Wyglądało to mniej więcej tak, że najpierw przez kilkanaście minut wspólnie z Amerykanami i Niemcami czekaliśmy w kuchni, w charakterze niespodzianek czy też gości honorowych. Potem mieliśmy swoje wielkie wejście na salę, a poprzedzało nas kilka ubranych na biało dziewczynek sypiących kwiatki:

Pełen odjazd, ale nie była to jedyna niespodzianka z ich udziałem. Kiedy już impreza się rozkręciła, w pewnym momencie rozbrzmiała rzewna muzyka i zebranych gości okrążył prawdziwy pochód św. Łucji, w wieńcach z płonącymi świecami i z pieśnią na ustach. Taka skandynawska świąteczna tradycja. Tak, nie udało nam się zachować powagi.

Amerykańskie imiona
Na drugi dzień pobytu w Nowym Jorku ekipa TVN i Gosia dostali w Starbucksie nowe, amerykańskie imiona (ja niestety nie, bo moje jest proste chyba dla każdego). Wzięło się to stąd, że podpisują tam kubki z kawą, aby nikogo nie pominąć. I tak Gosia została Doshą, Darek - Derrickiem, Roman (operator) - Normanem, a Irek (dźwiękowiec) - Oditem. Skąd im się ten Odit wziął, nadal pozostaje dla nas zagadką. Ale w każdym razie używaliśmy tych imion przez cały spędzony wspólnie z chłopakami czas.

Tutiturumtu
Bodaj na trzeci dzień pobytu w Nowym Jorku zachciało nam się skorzystać z room service. A konkretnie zamówić herbatę z cytryną. Nacisnęłam więc odpowiedni numer na naszym telefonie pokojowym i poprosiłam o "Two tea to room 537. With lemon". Pan po drugiej stronie zapytał, czy cytrynę przynieść na talerzyku. Trochę zdziwiona odpowiedziałam, że tak (bo może to taki ich zwyczaj?). No i przyniósł - dwie ćwiartki cytryny w owiniętej folią miseczce. Kłopot w tym, że tylko to. Herbaty nie dosłyszał.

Czy ktoś mógłby ją nakarmić
Pisałam już o moich wrażeniach z potwornie snobistycznej restauracji Cecconi's w West Hollywood. 
Byłyśmy tam z Aleksem i Shantu, Andy'm i Kirsten (opiekowali się nami w West Hollywood) i z Andersem z SAS. Przy sąsiednim stoliku siedziała ładna, choć chyba mocno poprawiona chirurgicznie blondynka. Ale tak czy siak ładna, więc zerkaliśmy na nią co jakiś czas. W pewnym momencie wstała i udała się pewnie do toalety. Gdy przechodziła obok naszego stolika i mieliśmy okazję zobaczyć ją w pełnej krasie, Anders z przerażeniem skonstatował "Could somebody give this girl some food?!".

Amerykanie to hipokryci
Po wizycie w Cecconi's i paru drinkach w Abbey wróciłyśmy do hotelu w nastrojach, cóż, dość rozrywkowych. Na tyle rozrywkowych, że zachciało nam się robić zdjęcia z przypadkowo napotkanymi ludźmi. Trafiło miedzy innymi na parę tak na oko czterdziestolatków, którzy palili przed naszym hotelem. Gdy zapytałyśmy, czy możemy sobie zrobić z nimi zdjęcie, kobieta na początku była dość niemiła, ale gdy wyjaśniłyśmy, że to nasze podróż poślubna i pierwszy raz w Ameryce, więc chcemy upamiętnić wszystko i wszystkich, zgodziła się. A potem zebrało się jej na zwierzenia (była mocno podpita), więc zapytałyśmy, czy to prawda, że w Los Angeles panuje taki kult zdrowia, jak się mówi. Na co usłyszałyśmy, że Amerykanie to hipokryci, rano jogging, wieczorem papierosy, alkohol i narkotyki. I tak prysł mit o zdrowym Hollywood.

Dzień Świra
O naszej wyprawie na plażę w Santa Monica też już pisałam, tak że dziś tylko o tym, skąd mi się wzięło skojarzenie z "Dniem Świra". Otóż autobusami jeżdżą w LA głównie ubodzy i bezdomni. Oraz turystki z Polski.
Zdjęcie powyżej ilustruje sytuację z pierwszego przystanku w Santa Monica. Potem przesiadłyśmy się do przodu, bo obok nas usiadła bezdomna kobieta, która zaczęła się kłócić z mężczyzną obok, bo ten kopał jej wózek. Później trochę do tyłu, bo inna kobieta, tym razem siedząca naprzeciw nas, co jakiś czas wybuchała histerycznym śmiechem. A potem jeszcze do tyłu, bo okazało się, że siedzimy na miejscach dla osób starszych i niepełnosprawnych, a kilkoro takich właśnie wsiadło do środka. I to akurat bardzo mi się podobało - że wszyscy natychmiast wstają z miejsc dla niepełnosprawnych, gdy wsiądą takie osoby, i to nawet w sytuacji, gdy w autobusie jest mnóstwo innych wolnych miejsc. Te na początku są zarezerwowane dla tych, którym jest się najtrudniej poruszać. I tyle.

Dwie warszawianki na końcu świata
Ostatnią atrakcją pobytu w West Hollywood była wizyta w rosyjskim SPA. I tam trafiłam do kosmetyczki, która okazała się być polską Żydówką, a właściwie Argentynką w pierwszym pokoleniu, której rodzice wyemigrowali z Polski na początku lat 20. ubiegłego wieku. Bardzo rozbawił ją fakt, że oto dwie Polki spotkały się na drugim końcu świata, w rosyjskim SPA. I stwierdziła, że przed śmiercią koniecznie musi przyjechać do Warszawy.

Komórka pod schodami
Jak już wiecie, po pobycie w West Hollywood wylądowałyśmy u Toma i Brendana w Queens. Panowie mają niewielki domek, pokój gościnny znajduje się w piwnicy, a łazienka dla gości jest przechodnia i znajduje się w przedsionku tegoż pokoju. Bynajmniej nie narzekam, bo było nam u nich cudnie, domowo i rodzinnie, ale, jako że ze względu na cienki drewniany sufit słyszałyśmy praktycznie wszystko, co się działo na górze, a i sufit się czasami sypał, gdy ktoś zbyt energicznie zatupał, nie mogłyśmy się oprzeć i ochrzciłyśmy nasz pokoik mianem komórki pod schodami (inspiracja - pierwsza część Harry'ego Pottera, na wypadek, gdyby ktoś jakimś cudem nie czytał):
Słodka stewardessa
Drogę powrotną z Nowego Jorku do Europy uprzyjemniała nam, cóż, prześliczna stewardessa. O ciętym języku, żeby nie było. Wesołych momentów było sporo, najbardziej utkwił mi w pamięci ten, gdy, zdejmując mi po śniadaniu serwetkę z kolan, stwierdziła, że to by było dość żenujące, gdybym pojawiła się ubrana w ową serwetkę w hali odbioru bagażu.

Tyle historii na dziś. A następnym razem może będzie w końcu coś ze spraw bieżących.

12 komentarze :

A tak sobie pomyślałam oglądając filmik z tego przyjęcia z Nowego Jorku, że te dziewczątka wypisz wymaluj jak z przemarszu na Santa Lucia. To bardzo urocza tradycja w Skandynawii :-)

A inne anegdoty świetne, chociaż i tak wasza jazda na lotnisko w NY w drodze do Europy przebija wszystkie te historyjki.

Łeee...
Żadnych pikantnych opowiastek ;D

"Panowie mają niewielki domek, pokój gościnny znajduje się w piwnicy, a łazienka dla gości jest przechodnia i znajduje się w przedsionku tegoż pokoju." ->darowanemu koniowi...

Cudnie:
"a właściwie Argentynką w pierwszym pokoleniu, której rodzice wyemigrowali z Polski na początku lat 20. ubiegłego roku. "

kajuś

@Joey
Że urocza to fakt, choć mi nieodmiennie wieńce św. Łucji kojarzą się z filmem "Spec" z Spaceyem, Learym i Davis (polecam na święta).

@hds
Nie martw się, planujemy na FB galerię z naszych nocy przedślubnych i poślubnych. Ale nie wiem, czy będzie pikantnie:)

@Anonimowy/a
To jest opis zabawnego rozwiązania architektonicznego, nie ocena. Ocena znajduje się w następnym zdaniu. Włącz poczucie humoru:)

@kajuś
Trochę się zamotałam, poprawione:)

Coś tam pikantnego dla starego zboczeńca wyszukacie ;-)

"Amerykanie to hipokryci" - a Polacy to nie?

Anonimowy napisał/a:
""Amerykanie to hipokryci" - a Polacy to nie?"

Tak, szczególnie ci anonimowi;P

Wspaniała ślubna podróż - większość ludzi nie ma okazji zobaczyć tylu fajnych rzeczy i być w tylu pięknych miejscach podczas urlopów przez 10 kolejnych lat!:)

Ten komentarz został usunięty przez autora.

Zaciekawił mnie ten pochód św. Łucji, ciekawa tradycja ;) Cieszę się, że wróciłyście szczęśliwie do Polski :) No i że przeżyłyście tak wspaniałą przygodę! zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

Jak tak czytam to się od razu uśmiecham :)
Szkoda tylko,że w Polsce nie jest tak wesoło.
Jednak muszę jedno powiedzieć-jesteście dla mnie ogromną inspiracją i wsparciem.Idealny przykład,że jeśli się chce wszystko jest możliwe.Podziwiam Was szczerze :)
Chciałabym kiedyś zbudować tak wspaniały związek ze swoją dziewczyną.Pozdrawiam Serdecznie.Życzę Szczęścia na nowej drodze życia,Wesołych Świąt(troszkę spóźnione życzenia,ale lepiej późno niż wcale,prawda?:) ) i szczęśliwego Nowego Roku 2011 :* Gorące Buziaki.Kasia

Prześlij komentarz