Przejdź do głównej zawartości

Od św. Łucji do serwetki na kolanach

Od powrotu do Polski minęły cztery dni. Nadal walczymy z jetlagiem, choć tę noc mogę zaliczyć do udanych, bo udało mi się w końcu przespać kilka godzin. Zaginiona walizka wróciła, jej zawartość na szczęście też. Wczoraj zaliczyłyśmy kolejny występ na żywo w "Między kuchnią a salonem":



Wyszło chyba nieźle, choć widać po mnie nieprzespaną noc. Wciąż nie mogę się przerzucić na tryb normalnego komentowania na blogu i zainteresowania tym, co tu i teraz, ale może to też wina gorącego przedświątecznego czasu. Tak że dziś kilka obiecanych anegdot i ciekawostek z podróży.

Pochód Świętej Łucji
Jak może pamiętacie, 6 grudnia wieczorem, już po ślubie i przylocie do Nowego Jorku, miałyśmy przyjęcie weselne. Wyglądało to mniej więcej tak, że najpierw przez kilkanaście minut wspólnie z Amerykanami i Niemcami czekaliśmy w kuchni, w charakterze niespodzianek czy też gości honorowych. Potem mieliśmy swoje wielkie wejście na salę, a poprzedzało nas kilka ubranych na biało dziewczynek sypiących kwiatki:
Pełen odjazd, ale nie była to jedyna niespodzianka z ich udziałem. Kiedy już impreza się rozkręciła, w pewnym momencie rozbrzmiała rzewna muzyka i zebranych gości okrążył prawdziwy pochód św. Łucji, w wieńcach z płonącymi świecami i z pieśnią na ustach. Taka skandynawska świąteczna tradycja. Tak, nie udało nam się zachować powagi.

Amerykańskie imiona
Na drugi dzień pobytu w Nowym Jorku ekipa TVN i Gosia dostali w Starbucksie nowe, amerykańskie imiona (ja niestety nie, bo moje jest proste chyba dla każdego). Wzięło się to stąd, że podpisują tam kubki z kawą, aby nikogo nie pominąć. I tak Gosia została Doshą, Darek - Derrickiem, Roman (operator) - Normanem, a Irek (dźwiękowiec) - Oditem. Skąd im się ten Odit wziął, nadal pozostaje dla nas zagadką. Ale w każdym razie używaliśmy tych imion przez cały spędzony wspólnie z chłopakami czas.

Tutiturumtu
Bodaj na trzeci dzień pobytu w Nowym Jorku zachciało nam się skorzystać z room service. A konkretnie zamówić herbatę z cytryną. Nacisnęłam więc odpowiedni numer na naszym telefonie pokojowym i poprosiłam o "Two tea to room 537. With lemon". Pan po drugiej stronie zapytał, czy cytrynę przynieść na talerzyku. Trochę zdziwiona odpowiedziałam, że tak (bo może to taki ich zwyczaj?). No i przyniósł - dwie ćwiartki cytryny w owiniętej folią miseczce. Kłopot w tym, że tylko to. Herbaty nie dosłyszał.

Czy ktoś mógłby ją nakarmić
Pisałam już o moich wrażeniach z potwornie snobistycznej restauracji Cecconi's w West Hollywood. 
Byłyśmy tam z Aleksem i Shantu, Andy'm i Kirsten (opiekowali się nami w West Hollywood) i z Andersem z SAS. Przy sąsiednim stoliku siedziała ładna, choć chyba mocno poprawiona chirurgicznie blondynka. Ale tak czy siak ładna, więc zerkaliśmy na nią co jakiś czas. W pewnym momencie wstała i udała się pewnie do toalety. Gdy przechodziła obok naszego stolika i mieliśmy okazję zobaczyć ją w pełnej krasie, Anders z przerażeniem skonstatował "Could somebody give this girl some food?!".

Amerykanie to hipokryci
Po wizycie w Cecconi's i paru drinkach w Abbey wróciłyśmy do hotelu w nastrojach, cóż, dość rozrywkowych. Na tyle rozrywkowych, że zachciało nam się robić zdjęcia z przypadkowo napotkanymi ludźmi. Trafiło miedzy innymi na parę tak na oko czterdziestolatków, którzy palili przed naszym hotelem. Gdy zapytałyśmy, czy możemy sobie zrobić z nimi zdjęcie, kobieta na początku była dość niemiła, ale gdy wyjaśniłyśmy, że to nasze podróż poślubna i pierwszy raz w Ameryce, więc chcemy upamiętnić wszystko i wszystkich, zgodziła się. A potem zebrało się jej na zwierzenia (była mocno podpita), więc zapytałyśmy, czy to prawda, że w Los Angeles panuje taki kult zdrowia, jak się mówi. Na co usłyszałyśmy, że Amerykanie to hipokryci, rano jogging, wieczorem papierosy, alkohol i narkotyki. I tak prysł mit o zdrowym Hollywood.

Dzień Świra
O naszej wyprawie na plażę w Santa Monica też już pisałam, tak że dziś tylko o tym, skąd mi się wzięło skojarzenie z "Dniem Świra". Otóż autobusami jeżdżą w LA głównie ubodzy i bezdomni. Oraz turystki z Polski.
Zdjęcie powyżej ilustruje sytuację z pierwszego przystanku w Santa Monica. Potem przesiadłyśmy się do przodu, bo obok nas usiadła bezdomna kobieta, która zaczęła się kłócić z mężczyzną obok, bo ten kopał jej wózek. Później trochę do tyłu, bo inna kobieta, tym razem siedząca naprzeciw nas, co jakiś czas wybuchała histerycznym śmiechem. A potem jeszcze do tyłu, bo okazało się, że siedzimy na miejscach dla osób starszych i niepełnosprawnych, a kilkoro takich właśnie wsiadło do środka. I to akurat bardzo mi się podobało - że wszyscy natychmiast wstają z miejsc dla niepełnosprawnych, gdy wsiądą takie osoby, i to nawet w sytuacji, gdy w autobusie jest mnóstwo innych wolnych miejsc. Te na początku są zarezerwowane dla tych, którym jest się najtrudniej poruszać. I tyle.

Dwie warszawianki na końcu świata
Ostatnią atrakcją pobytu w West Hollywood była wizyta w rosyjskim SPA. I tam trafiłam do kosmetyczki, która okazała się być polską Żydówką, a właściwie Argentynką w pierwszym pokoleniu, której rodzice wyemigrowali z Polski na początku lat 20. ubiegłego wieku. Bardzo rozbawił ją fakt, że oto dwie Polki spotkały się na drugim końcu świata, w rosyjskim SPA. I stwierdziła, że przed śmiercią koniecznie musi przyjechać do Warszawy.

Komórka pod schodami
Jak już wiecie, po pobycie w West Hollywood wylądowałyśmy u Toma i Brendana w Queens. Panowie mają niewielki domek, pokój gościnny znajduje się w piwnicy, a łazienka dla gości jest przechodnia i znajduje się w przedsionku tegoż pokoju. Bynajmniej nie narzekam, bo było nam u nich cudnie, domowo i rodzinnie, ale, jako że ze względu na cienki drewniany sufit słyszałyśmy praktycznie wszystko, co się działo na górze, a i sufit się czasami sypał, gdy ktoś zbyt energicznie zatupał, nie mogłyśmy się oprzeć i ochrzciłyśmy nasz pokoik mianem komórki pod schodami (inspiracja - pierwsza część Harry'ego Pottera, na wypadek, gdyby ktoś jakimś cudem nie czytał):
Słodka stewardessa
Drogę powrotną z Nowego Jorku do Europy uprzyjemniała nam, cóż, prześliczna stewardessa. O ciętym języku, żeby nie było. Wesołych momentów było sporo, najbardziej utkwił mi w pamięci ten, gdy, zdejmując mi po śniadaniu serwetkę z kolan, stwierdziła, że to by było dość żenujące, gdybym pojawiła się ubrana w ową serwetkę w hali odbioru bagażu.

Tyle historii na dziś. A następnym razem może będzie w końcu coś ze spraw bieżących.

Komentarze

  1. A tak sobie pomyślałam oglądając filmik z tego przyjęcia z Nowego Jorku, że te dziewczątka wypisz wymaluj jak z przemarszu na Santa Lucia. To bardzo urocza tradycja w Skandynawii :-)

    A inne anegdoty świetne, chociaż i tak wasza jazda na lotnisko w NY w drodze do Europy przebija wszystkie te historyjki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Łeee...
    Żadnych pikantnych opowiastek ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. "Panowie mają niewielki domek, pokój gościnny znajduje się w piwnicy, a łazienka dla gości jest przechodnia i znajduje się w przedsionku tegoż pokoju." ->darowanemu koniowi...

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudnie:
    "a właściwie Argentynką w pierwszym pokoleniu, której rodzice wyemigrowali z Polski na początku lat 20. ubiegłego roku. "

    kajuś

    OdpowiedzUsuń
  5. @Joey
    Że urocza to fakt, choć mi nieodmiennie wieńce św. Łucji kojarzą się z filmem "Spec" z Spaceyem, Learym i Davis (polecam na święta).

    @hds
    Nie martw się, planujemy na FB galerię z naszych nocy przedślubnych i poślubnych. Ale nie wiem, czy będzie pikantnie:)

    @Anonimowy/a
    To jest opis zabawnego rozwiązania architektonicznego, nie ocena. Ocena znajduje się w następnym zdaniu. Włącz poczucie humoru:)

    @kajuś
    Trochę się zamotałam, poprawione:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Coś tam pikantnego dla starego zboczeńca wyszukacie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. "Amerykanie to hipokryci" - a Polacy to nie?

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy napisał/a:
    ""Amerykanie to hipokryci" - a Polacy to nie?"

    Tak, szczególnie ci anonimowi;P

    OdpowiedzUsuń
  9. Wspaniała ślubna podróż - większość ludzi nie ma okazji zobaczyć tylu fajnych rzeczy i być w tylu pięknych miejscach podczas urlopów przez 10 kolejnych lat!:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  11. Zaciekawił mnie ten pochód św. Łucji, ciekawa tradycja ;) Cieszę się, że wróciłyście szczęśliwie do Polski :) No i że przeżyłyście tak wspaniałą przygodę! zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak tak czytam to się od razu uśmiecham :)
    Szkoda tylko,że w Polsce nie jest tak wesoło.
    Jednak muszę jedno powiedzieć-jesteście dla mnie ogromną inspiracją i wsparciem.Idealny przykład,że jeśli się chce wszystko jest możliwe.Podziwiam Was szczerze :)
    Chciałabym kiedyś zbudować tak wspaniały związek ze swoją dziewczyną.Pozdrawiam Serdecznie.Życzę Szczęścia na nowej drodze życia,Wesołych Świąt(troszkę spóźnione życzenia,ale lepiej późno niż wcale,prawda?:) ) i szczęśliwego Nowego Roku 2011 :* Gorące Buziaki.Kasia

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…