wtorek, 14 grudnia 2010

Pijawki, Mikołaje i comingoutowe jogurty

Wczoraj TVN pokazało materiał z naszego ślubu i części podróży poślubnej. W internecie jest już cały film i kilka dodatków - wszystkie do obejrzenia tu.

A przedwczoraj wróciłyśmy do Nowego Jorku. Jedno z ostatnich zdjęć zrobionych w West Hollywood wygląda tak:

Nie da się ukryć - szkoda nam było zostawiać za sobą słońce, ale z drugiej strony, mimo tych wszystkich luksusów, które miałyśmy w LA, Nowy Jork jest jednak ciekawszy. Ale zanim do niego dolecimy, kilka wspomnień z West Hollywood.

11 grudnia
Przede wszystkim - ocean. Do Santa Monica wybrałyśmy się autobusem (choć w hotelu doradzali nam raczej wynajęcie samochodu lub wzięcie taksówki). Podróż trochę przypominała pamiętną scenę autobusową z "Dnia Świra", ale obyło się bez większych kłopotów. Samo miasto jest bardzo filmowe, a plaża, przynajmniej o tej porze roku, mglista. Zresztą zobaczcie sami i same:
Tak, ci ludzie na drugim zdjęciu naprawdę wędkują. Co potem? Wizyta w chyba najbardziej nieheteroseksualnej jogurtowni świata; przykłady oferowanych smaków poniżej:
Oraz spacer po West Hollywood w poszukiwaniu wyprzedaży (owszem, były, ale zakupy zrobimy jednak w Nowym Jorku) oraz wizyta w rosyjskim SPA (dostałyśmy nowe twarze). A wieczorem załapałyśmy się na doroczny zjazd Świętych Mikołajów. Niezbyt grzecznych i trzeźwych, ale za to bardzo licznych.
To zaledwie jedna grupa, w sumie było ich kilkuset.

12 grudnia
Poranne pakowanie i relaks na dachu hotelu, a potem podróż limuzyną na lotnisko (ostatnia niespodzianka od organizatorów konkursu):

Potem ponad pięciogodzinny lot do Nowego Jorku, podróż do Queens, gdzie mieszkają Tom i Brendan, pierwsza prawdziwa herbata i pierwsze koty do głaskania od wylotu z Polski.

13 grudnia
Zwiedzanie, zwiedzanie, zwiedzanie. Tym razem postawiłyśmy na kontrasty - Rockefeller Center, Grand Station Central i Greenpoint (polska dzielnica). Te pierwsze imponujące, ta ostatnia trochę przygnębiająca. Ale może to tylko wrażenie, bo z tego, co opowiadał nam Tom, niektórym Polakom żyje się tam całkiem nieźle. No i zabawnie było znaleźć się przez chwilę w miejscu, w którym niemal wszyscy znają język polski.

Słynna choinka przy Rockefeller Center:
Grand Central Station:

Jedno z ogłoszeń na Greenpoint:
A wieczorem wybrałyśmy się do Cubbyhole, czyli, jak zapewnili nas nasi gospodarze, pubu dla prawdziwych lesb. I nie rozczarowałyśmy się - barmanka śliczna i miła (i do tego Irlandka!), muzyka niezła, drinki duże i mocne, darmowe przekąski i oczywiście toast za nasz ślub. W środę idziemy tam ponownie - na Christmas Party. Wszyscy je tu mają, więc i my chcemy!

Więcej zdjęć... no, wiadomo, gdzie.

7 komentarze :

Pierwsze zdjęcie absolutnie śliczne i urocze:)

Nie lubię Was. W ogóle! Kompletnie! To z zazdrości o to słońce :)

Dziewczyny powiem banalnie życzę wam takiej nudy jak mają heterycy! Czego my nie możemy mieć ,a bardzo chcemy. Ja na pewno!!!Wszystkiego Najlepszego bierzcie od życia ile się da i tak cholerka wam zazdrościmy ja i kitka. :)))

Bardzo mi się podobały zdjęcia, oglądając je, czułam po prostu zazdrość i w ogóle - West Hollywood, marzenie ;) pozdrawiam i powodzenia ;)
Gosia

Jesteśmy z Wami myślami i sercami! Magda i Paulina z Psiej Wachty

Konia z rzędem za taką pogodę! ;) zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

Cieszę się, że wróciłyście :) Zaraz sobie obejrzę ten odcinek MKS ;P

Prześlij komentarz