środa, 2 lutego 2011

Wsadzamy kij w mrowisko?

W najnowszej "Polityce" mamy piękną fotkę a'la "Zakochany kundel", a poza tym trochę się produkujemy na ulubione tematy. Ciekawa jest sama historia wywiadu, bo pani dziennikarka zadzwoniła do nas z propozycją takiej szczerej rozmowy, w której się pozwierzamy, jak to się nam w życiu wiedzie (w domyśle rozmowy o różnych smutnych i trudnych sprawach). Na to my, że wywiad bardzo chętnie, ale jeśli chodzi jej o jakąś martyrologiczną historię, to trafiła pod zły adres, bo my naprawdę mamy na koncie głównie szczęśliwe historie. Pani przemyślała sprawę i stwierdziła, że w takim razie może pogadamy o dystansie do siebie. Efekt można zobaczyć w wydaniu papierowym, a u nas, na zachętę, kilka fragmentów.

A może w Polsce będąc gejem albo lesbijką wciąż jednak trudno być szczęśliwym (...)?
Ewa: Dlaczego niby trudno jest być szczęśliwym?
(...) Chyba samopoczucie trochę zależy od tego, czy człowiek jest akceptowany.
Ewa: Dla niektórych może zależy. Ja widzę to tak: rodzice to ważne osoby, ale przecież niejedyne na świecie. Czy akceptacja ze strony sprzedawczyni w sklepie, albo, nie daj Boże, pani minister od dyskryminacji powinna mieć dla mnie znaczenie? Jeśli ktoś z powodu ich opinii czuje się źle, to ma kłopot przede wszystkim ze sobą. Owszem, niektórzy żyją w strachu: co się stanie, gdy inni się dowiedzą, że jestem gejem czy lesbijką. Ale jeśli coś ich unieszczęśliwia, to – w moim  przekonaniu - właśnie ten strach. Nie brak akceptacji, tylko to, co się dzieje w ich głowach. Potem, kiedy człowiek już powie, jest jak ten chłopak, który do nas napisał: cierpi, ale mimo wszystko czuje się szczęśliwy, bo już się nie boi. A gdy tak cholernie się boisz, to trudno mieć dystans do siebie. 

(...) Naszym rysem jest raczej to, że nie mamy czegoś takiego jak gay pride - wspólnoty, społeczności, zbudowanej wokół dumy gejowskiej, czy lesbijskiej.
Orientacja seksualna to powód do dumy?  
Ewa: Chodzi o dumę rozumianą raczej jako brak wstydu z powodu tego, kim się jest. U nas tego nie ma. Dlatego na parady przychodzi kilka tysięcy osób, a nie kilkaset tysięcy. 
Parada to chyba właśnie manifestacja dumy, a nie celebracja cierpienia? 
Ewa: Ależ to się łączy! Które parady były najbardziej udane? W 2005 r., gdy w Warszawie Lech Kaczyński zakazał jej organizowania, a w Poznaniu marsz równości został spacyfikowany. Biją naszych? No, to idziemy. To jest nasza martyrologia. W tym sensie funkcjonujemy bardzo po polsku – najlepiej zbieramy się, gdy trzeba wystąpić przeciw.
Małgorzata: Tyle że gdy przyglądam się sobie uczciwie, muszę sama siebie zapytać: o co ci chodzi? Masz dziewczynę, a nawet żonę, którą twoi rodzice zapraszają na obiad, masz fajną i dobrze płatną pracę, masz świetnych przyjaciół i znajomych. W zaprzyjaźnionych sklepach w sąsiedztwie twojego domu sprzedawcy licytują się, kto da ci kredyt, jeśli chwilowo tracisz płynność finansową. Jaka martyrologia? 
Owszem, równe prawa dla homo i heteroseksualistów są bezdyskusyjnie konieczne. Ale jeśli chodzi o atmosferę, klimat wokół nas, to przykrości mogą człowieka spotkać z różnych powodów – bo na przykład jest ateistą, albo nie jest ateistą. To jest wliczone w ryzyko życia. I chyba nie ma co nawet od tego ryzyka uciekać. Czytuję fora internetowe; gdy pod informacjami o nas pojawiły się  komentarze, że jesteśmy brzydkie, że jeden z drugim "kijem od szczotki by takiej nie tknął", najpierw zrobiło mi się przykro. Ale po chwili dotarł do mnie absurd tego, co tam wypisują. Gdyby mi się chciało, odpisałabym: ciesz się, że wzięłyśmy ślub, bo już żadna z nas nie zastawi na ciebie sideł.  
Ewa: Nam, oczywiście, łatwiej jest mieć dystans, bo mamy mnóstwo szczęścia. Żyjemy w Warszawie, powiedzieć można  enklawie tolerancji. Podejrzewam, że kogoś z małego miasta nasze opowieści mogą wkurzyć. Ale też po naszym udziale w konkursie od wielu osób dostałyśmy sygnały, że dajemy im wsparcie  mają nadzieję, że kiedyś im też tak się ułoży jak nam. Bo przecież wciąż bardzo wiele osób homoseksualnych żyje w przeświadczeniu, że nigdy nie zrobi coming outu i nigdy nikogo nie znajdzie. Myślę, że lepiej, jak zobaczą nas – uśmiechnięte, żartujące  niż działacza opowiadającego o tym, jak go pobili, wybili mu okno, wyzwali od pedałów. 

19 komentarze :

Zdjęcie słodkie :D Jeszcze nie miałam w rękach najnowszej "Polityki", no ale wiem, czego się spodziewać - przytakiwania :). Podoba mi się to, co Gosia powiedziała o ryzyku wliczonym w życie. I potem o specyfice Warszawy. I to jest chyba to, co w was lubię, optymizm plus patrzenie z wielu perspektyw, przez pryzmat różnych uwarunkowań, świadomość różnorodności doświadczeń. Jeszcze raz - szacun.

Artykuł przeczytany :)
Politykę zakupiliśmy w spożywczym pod blokiem, Marek już przy kasie rozkłada, patrzymy, a ty wy! Ja się drę na pół sklepu: Patrz! Dziewczyny! Marek się drze: A która to ta Rude de Wredne? Ja: Ta blond! Pani z kasy: To jakieś państwa znajome? My: tak, artykuł o nich jest! Pani: to ja sobie poczytam :)

Myślę, że macie wiele racji w tym, co powiedziałyście Polityce. To kwestia akceptacji dla siebie samego/samej, a dopiero potem oczekiwania akceptacji od innych, kwestia pewnego dystansu i być może... hm... szczęścia? Ktoś, kto czuje się szczęśliwy mniej przejmuje się innymi.

Pozdrowienia i do zobaczenia w BB ;)

super:) a jutro lecę do kiosku, znaczy się dzisiaj :)

@VN
Weź przestań, jak i tak już jestem próżna:) A tak serio, to cieszę się, że jeszcze ktoś uważa, że taka perspektywa ma sens.

@Ela
Opowieść ze spożywczego nadaje się na... Scenki :)
Do zobaczenia i pozdrowienia dla Marka.

@Xys
A ja myślałam, że to my za późno chodzimy spać.

Nic o wywiadzie nie wiedziałem, więc aż podskoczyłem otwierając tygodnik wczoraj wieczorem. Już nawet Polityki spokojnie przeczytać nie można! Dziś na śniadanie chciałem zjeść paprykarz z puszki, ale zrezygnowałem bojąc się, co (kto...) wyskoczy po otwarciu konserwy.... ;-)))
A poważnie - fajny wywiad, właśnie dlatego, że nie martymologiczny, ale jednocześnie z wyraźnym zaznaczeniem, że mówicie tylko i wyłącznie za siebie.
B.

Przeczytałam w dniu dość dla mnie trudnym. Ostatnie Twoje zdanie Ewo kluło mi się w ustach parę razy ;)

Ewuś cierpię na bezsenność ostatnio, więc kładę się zazwyczaj przed 4 ;)
ale teraz już wiem że Wy też nie śpicie to będę Was zaczepiał, o! ;)

cieszę się z wywiadu, również dlatego, że miałam w niego jakiśtam wkład - odesłałam panią z Polityki do Ewy :)

Podstawowa sprawa w życiu to nie hodować sobie w głowie i sercu paranoi. To ona jest największym wrogiem homika. Wy to wiecie, ja to wiem. Podpisuję się pod waszymi wypowiedziami, bo myślę po prostu tak samo :-)

Fajny wywiad dziewczyny :) Ewa, spodobała mi się Twoja wypowiedź odnośnie pani Radziszewskiej :D Natomiast Gosia fajnie odpowiedziała na te wszystkie ataki, dotyczące Waszego wyglądu.

W ogóle powiedziałyście jedną bardzo ważną rzecz - im normalniej podchodzimy do naszej orientacji, tym normalniej to odbiera nasze otoczenie. Moje pierwsze coming outy nasilone paranoją i lękami były koszmarne. Dzisiaj są tak naturalne jakbym rozmawiała z kimś o pogodzie :)

Coming out nigdy się nie kończy, ale trening czyni mistrza. Zupełnie jak z jazdą samochodem albo na nartach ;-) Im częściej się ujawniamy, tym jest to bardziej naturalne.

bardzo dobry wywiad. pozdrawiam.

przeczytałem i kazałem kupić mamie, co by się oswoiła jeszcze bardziej :)

Autentycznie zaczynam się bać wchodzenia do własnej łazienki, żebyście mi spod wanny nie wyskoczyły ;D
Przez Was mam kolejny zakup na głowie.

Polityki nie czytam, ale jak zobaczyłam wpis na Waszym blogu to od razu pobiegłam do kiosku;] Szczerze mówiąc strasznie bawi mnie fakt, że na okładce jest papież a środku Ewa i Gosia ;]

Wszyscy tak Was lubią i cenią, że nikt nie podskoczy, więc żadnych zamieszek w mrowisku nie będzie. Mi się bardzo bardzo podoba to co robicie, to jest bardzo bliskie mi i mojemu sposobowi myślenia. Jedyne ryzyko jest takie, że a) ludzie pomyślą, że dyskryminacja jest niedotkliwa b) LGBT w dołkach psychicznych wpadnie z jeszcze większe dołki, że tak dzielnie nie potrafi albo jest gorsze, albo mniej zdolne, bo tak dobrze mu nie idzie. c) no to nie jest tak całkiem, że można olać w pełni całe otoczenie, gdyby to było takie proste, że człowiek sobie "odłącza" ważne osoby, które go nie akceptują i ma problem z głowy ...

Ale mnie i tak się podoba. Ja to wolę, niż opcję cierpiętniczą x 1000

Eile

@Eile
No chyba nie wszyscy, nie strasz mnie:)

Co do a) i b) to dlatego zawsze podkreślamy, że zdajemy sobie sprawę z tego, że mamy w życiu naprawdę mnóstwo szczęścia i że mówimy o tym, co nas spotyka, a nie o jakiejś ogólnej prawidłowości; bynajmniej, doskonale wiemy, że niektórym jest naprawdę bardzo źle. Co do c), to również jest to sprawa bardzo indywidualna. Ale mimo wszystko wydaje mi się, że w stosunku do "ważnych" osób sto razy lepsza jest postawa "ze mną jest wszystko w porządku" i tłumaczenie, dlaczego się myśli tak, a nie inaczej, niż trwanie w poczuciu winy że to, że jesteśmy tacy a nie inni i że śmiemy jeszcze o tym mówić. Inaczej mówiąc, jeżeli chcemy, żeby nas traktowano normalnie, przede wszystkim same siebie tak traktujmy (że powtórzę myśl z wywiadu).

Ale nie będę się upierać, że wszystko jest takie proste i jednoznaczne, bo to byłaby zwyczajnie nieprawda.

no. i wystarczy trochę poczekać, a poglądy wyrażą za człowieka inni i człowiek może pozostać znowu bezstronną, buforową "okolicznością łagodzącą ([R]Abiekt).
Eile wyszczególniła w a), b) i c) moje główne wątpliwości. ale też rozumiem, że wywiad był z Wami i o Was (głównie), więc trudno, żebyście wypowiadały się za całą społeczność

Gratuluję, gratuluję i jeszcze raz gratuluję!! Szczęścia i miłości :))

Prześlij komentarz