środa, 31 sierpnia 2011

BlogDay 2011

Dziś BlogDay, czyli dzień, w którym ogólnoświatowo dopieszcza się piątkę innych blogerów i blogerek, najlepiej tych spoza swojego kręgu tematycznego. W moim przypadku jest to dość trudne, bo po prostu nie mogę nie docenić kilku osób, które są bardzo w moich klimatach, ale kilka rzeczy spoza oficjalnej blogrollki jednak będzie. Gdzie zatem moim zdaniem szczególnie warto zajrzeć, o ile dotychczas tego nie zrobiłyście i zrobiliście?

Gierki w mówionego. Dla uważnych czytelniczek i czytelników naszego bloga to żadna niespodzianka - tym miejscem zachwycałam się już kilkakrotnie. To blog, który łączy fajną grafikę (rzecz dla mnie bardzo ważna!), unikalny, autorski styl i wbrew pozorom nieoczywistą tematykę. Trochę o książkach, trochę o filmach i serialach, sporo obrazków, zawsze świetne obserwacje. Nienormatywnie, wrednie, soczyście. Po prostu coś, co nie może zniknąć z sieci, bo będzie mi z tym bardzo źle.

Scenki. Również oczywisty kandydat. Blogów punktujących absurdy życia codziennego jest sporo, dlaczego więc ten jest wyjątkowy? Bo pod zabawnymi (choć nie zawsze) historyjkami kryją się rzeczy poważne i wiele z nich jest tak naprawdę pretekstem do porozmawiania na nurtujące autorkę i jej czytelników i czytelniczki tematy. Ogromny plus dla twórczyni za owe rozmowy właśnie - to blog, na którym koniecznie trzeba czytać również dyskusje. Oraz za świetną szatę graficzną (tak, to naprawdę ważne).

Nerdkuchnia. Pierwsza niespodzianka w stawce. Kto mnie zna, ten wie, że kuchnia nie jest moim ulubionym miejscem i bywam tam najczęściej po to, by nakarmić koty lub zrobić sobie kawę, a jeżeli już coś gotuję, to jest to zazwyczaj jedzenie dla psa. Skąd więc nagle blog kulinarny? Bo jeść lubię. Bo czytanie go to świetna zabawa. Bo jest to jeden z blogów Kyi, które (i którą) lubię po prostu, a u której na dodatek zdarza nam się bywać i obserwować kuchenne zmagania nerdów na żywo. Bo dzięki niemu dowiedziałam się o istnieniu krajalnicy do truskawek (głupie, co?). A, w blogrollce macie też mój drugi ukochany blog kulinarny (ale nie tylko) - Szafirowego. Też smacznie pisze, choć czasem każe moczyć koty i odprawiać inne bezeceństwa..

Hodowla idei. Blog, który podobno powoli odchodzi w niebyt, tym bardziej więc warto go pogłaskać, może autorzy zmienią zdanie. Żywy dowód na to, że queerowanie wcale nie musi być skomplikowane, choć niewątpliwie komplikuje rzeczywistość (co akurat dla mnie nie jest niczym złym). Miejsce, dzięki któremu Jarosław Kaczyński dołączył do grona odmieńców, a debata nad innością sięga poza zwyczajowe oczywistości, zahaczając choćby o stan wyjątkowy wprowadzony przy okazji walki z dopalaczami czy pedofilią. Zawsze mądrze, zawsze inspirująco. Do tego piękna polszczyzna. Zresztą wszystkie dziś polecane blogi są, poza wszystkimi innymi zaletami, również świetnie pisane.

Pokój nauczycielski. Na koniec coś chyba znów zaskakującego. Ale jako że, co być może już wiecie, edukacją zajmuję się zawodowo i właściwie od zawsze, może nie aż tak zaskakującego. To blog matematyka uczącego w szkole podstawowej. Trochę, no dobrze, czasami nawet mocno niepoprawny politycznie. Sporo pikantnych anegdot z międzynauczycielskich i nauczycielsko-uczniowskich rozmówek. Życie szkoły od kuchni na wesoło i bez stresu, że czegoś tam pisać nie wypada, bo coś strasznego się stanie. Ot, fajna lektura na bure poranki. A, bez obaw. To NIE JEST humor z zeszytów szkolnych.

Zamiast zakończenia - gratulacje z okazji niedawnego czterolecia bloga i miliona odsłon dla jednego z blogerów, którego z pewnością polecać nie muszę, czyli dla Abiekta.

Nieudana obrona Sojuszu

Zanim będzie politycznie, najpierw dziękczynnie. W podsumowaniu drugiego roku istnienia bloga wspominałam o moim ulubionym skutku ubocznym prowadzenia tegoż, czyli nawiązanych dzięki niemu znajomościach. No i proszę, nie minął miesiąc, a okazały się one dla nas wręcz zbawienne. Tak że bardzo dziękuję wspaniałej bielskiej ekipie za ratunek w krytycznym momencie: Markowi za transport z Krakowa (gdzie padł nasz samochód) do Bielska, Eli za najpiękniejsze słowa, jakie w ostatnim czasie słyszałam: "Marek już jedzie", Ali i Jance za nocleg. Plus dodatkowe podziękowania dla Furji, Idy i Marietty które równolegle (i na odległość) szukały dla nas pomocy w Krakowie. Kłaniam się w pas i oficjalnie oświadczam, że bez was może i byśmy nie umarły, ale byłybyśmy bardzo, ale to bardzo rozbite. A tak skończyło się na miłym spotkaniu i jednodniowym spóźnieniu do pracy (bo szczęśliwie samochód udało się szybko usprawnić i, choć nie bez kolejnych przygód, wrócić do Warszawy).

Na skutek owego opóźnionego powrotu do domu orientacja w nieprywatnej rzeczywistości trochę jeszcze u mnie kuleje, na nadrobienie czekają przede wszystkim notki na zaprzyjaźnionych blogach i portalach oraz moje ulubione forum Kobiety Kobietom. Tak że póki co trochę tego, co zarazem i nudne, i ważne, czyli polityka.

Przed wyjazdem zatrzymałam się na etapie, na którym Robert Biedroń namiętnie krytykował zło, jakim jest SLD, Palikot przygarnął na swoje listy parę fajnych osób (ze wskazaniem na prezeskę Trans-Fuzji Annę Grodzką, która dostała jedynkę w Krakowie), a Krystian Legierski wskoczył na zwolnioną przez Wandę Nowicką czwórkę na warszawskiej liście Sojuszu. Zastanawiałam się wtedy, czy ten ostatni spłaca w ten sposób dług wdzięczności wobec SLD za mandat radnego i czy jest narzędziem, dzięki któremu nasza "lewica" wciąż będzie mogła spokojnie udawać nam przyjazną. Po przeczytaniu wywiadu z Krystianem, który ukazał się wczoraj na Innej Stronie, znam odpowiedź na pytanie numer dwa (a jakże, tak ma być). I wiem już, że swojego krzyżyka przy owej czwórce nie postawię. Ale po kolei.

Zapytany, czy jego obecność na liście SLD ma trochę naprawić nadszarpnięty ostatnio lewicowy wizerunek Sojuszu, Krystian odpowiada:

Wiele różnych mediów już bez ogródek gra na dobry wynik Platformy Obywatelskiej, i wykorzystują np. takie nieszczęśliwe sformułowania jak posła Wikińskiego, które moim zdaniem nie ma nic wspólnego z homofobią, wyłącznie można mówić o niestosowności w stosunku do Roberta Biedronia. Umówmy się: był to żart, nie był to żart homofobiczny, nie było to uznanie orientacji seksualnej za coś niestosownego, ja nie wyczytuję z tych słów czegoś, co byłoby negatywną wypowiedzią nt. homoseksualizmu. Była to uszczypliwość wobec Roberta Biedronia, który jest gejem i tego nie ukrywa. Ale nie wynika stąd, że pan Wikiński w jakiś sposób źle się o homoseksualistach wyraża. Różne media nakręciły homofobiczną aferę i wiele ludzi za tymi opiniami mediów poszło.

Cóż... Swojego czasu Jacek Adler biegał do "Rzeczpospolitej", żeby opowiadać, jaki to ten Biedroń jest zły, a niektóre osoby przewrażliwione i wszędzie dopatrują się homofobii, teraz wtóruje mu Legierski. Żeby nie było: tak, z pewnością ileś tam osób jest przewrażliwionych (ale też mają prawo domagać się przeprosin, jeżeli poczuły się jakąś wypowiedzią urażone). Tak, to, co dla jednych jest obraźliwie, dla innych jest po prostu żarcikiem (patrz poseł Węgrzyn). Tyle że ja bardzo nie lubię, jak ktoś, kto uważa się za reprezentanta kogoś więcej niż siebie samego, widzi homofobię tylko wtedy, gdy ona go bezpośrednio dotyka. Przeciwnie, nic mnie tak nie irytuje jak całkiem popularne niestety stwierdzenie, że jeżeli coś mnie nie dotyczy, to tego nie ma.

A co do decyzji Roberta (...). On przez wiele lat był członkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej, od 1995 roku, później z nimi blisko współpracował i nagle się obraził, wyszedł z Sojuszu, trzasnął drzwiami i zaczął obrzucać swoich niedawnych kolegów jak najgorszym błotem. Ja takiego zachowania nie rozumiem i też delikatnie rzecz ujmując – nie cenię. Uważam, że jeżeli ktoś wspólnie z innymi ludźmi tworzy przez wiele lat partię, jest wśród nich i razem z nimi to można powiedzieć, że jest taki sam jak oni, bo w końcu przez lata akceptował i działał wedle reguł obowiązujących w tej partii.

To mnie, przyznam, rozwaliło. Robert jest taki sam jak "oni", czyli jaki? Dobry, zły? Uczciwy, nieuczciwy? Obrażalski, z poczuciem humoru? Skoro taki, jak jego koledzy, a jego Krystian, delikatnie mówiąc, nie ceni, to skąd ów nagły mariaż z owymi kolegami? Ot, zagadka nieśmiertelności. Zajmijmy się jednak rzeczami poważniejszymi niż kto, z kim i dlaczego.

Sojusz pada ofiarą jakiejś gry na Platformę. Ja ze swoich doświadczeń z ostatnich miesięcy z Sojuszem mogę powiedzieć, że ten projekt ustawy, który Sojusz złożył do Sejmu, był wypracowywany przy pełnym zaangażowaniu z ich strony. Nie rozumiem zatem, na czym to instrumentalne wykorzystanie miałoby polegać.

To chyba mój ulubiony fragment z całego wywiadu. Nie wiem, na czym konkretnie miałoby owo pełne zaangażowanie polegać, ale jeżeli rzeczywiście takie było, to tym bardziej nie chcę widzieć tak angażujących się osób w parlamencie. Projekt został złożony dopiero wtedy, gdy było już wiadomo, że nie ma żadnej szansy na jego rozpatrzenie, a na dodatek okazał się być (odpuszczając już nawet jego, delikatnie mówiąc, zachowawczy charakter) po prostu bublem prawnym. Że już pominę taki szczegół, jak szeroko komentowana nieobecność przedstawiciela Sojuszu podczas pierwszego spotkania podkomisji powołanej właśnie po to, by zająć się ustawą o umowie związku partnerskiego. Zaangażowanie że hej, też nie rozumiem, skąd ten pomysł z instrumentalnym traktowaniem.

Czyli jeżeli SLD chciałoby nas instrumentalnie wykorzystać, zrobiliby wszystko, żeby ta informacja, że z nami pracują, nie ujrzała światła dziennego, albo by próbowali tuszować, jednym okiem mrugać, a z drugiej strony nie upubliczniać tej informacji, żeby nie ryzykować, że konserwatywny elektorat się od nich odwróci. Oni tego nie zrobili. Zrobili to publicznie, powiedzieli to swojemu elektoratowi, powiedzieli to wszystkim, że biorą ten temat i uważają go za ważny. Wycofanie się teraz byłoby jakimś absurdem, nie wiem do czego by to miało prowadzić, jakie korzyści mogłoby przynieść SLD. (...) Wierzę w to, że jeżeli tylko będą mieli moc sprawczą w kolejnej kadencji Sejmu, zrobią wszystko, żeby ten temat dalej ciągnąć. Jeżeli jednak oni ten temat ciągną na sztandary, a społeczność LGBT powie: i tak mamy was gdzieś i zagłosujemy na homofobiczną Platformę (...) na miejscu analityków SLD zastanawiałbym się czy warto podejmować temat w przyszłości, który i tak nie przynosi związku z elektoratem LGBT.

Ten akapit dla odmiany powala swoją logiką. Gdyby SLD nie upubliczniło informacji, że zajmuje się ustawą o związkach, to ów wstrętny i niewdzięczny elektorat LGBT też by się o tym nie dowiedział, więc nie miałby okazji zostać instrumentalnie potraktowanym. Druga część jest jeszcze lepsza - bo skoro owo niezwykłe zaangażowanie polityków Sojuszu w nasze sprawy wynika z tego, że uważają je za ważne, to skąd przypuszczenie (żeby nie powiedzieć ordynarny szantaż), że nagle przestaną tak uważać, gdy my na nich nie zagłosujemy? To co jest w końcu ważne - nasze sprawy czy ciepłe posadki? Ale zostawmy związki i stołki, w końcu nie tylko tym Krystian chciałby się w Sejmie zajmować. Czym jeszcze? Usiądźcie, bo to będzie naprawdę mocne.

(...) kwestie społeczne: mieszkalnictwo, temat, który podczas kilku miesięcy mojej obecności w Radzie Miasta nabrał rangi bardzo ważnej. Uświadomiłem sobie skalę zjawiska: problem braku stabilnego (takiego, którego nie trzeba zmieniać co kilka miesięcy z powodu za wysokiego czynszu albo zmiany decyzji właściciela) mieszkania dotyczy milionów Polaków. Uświadomiłem sobie, że Polacy, nawet jeśli dotyczy ich ten problem to uważają, że muszą sobie z nim poradzić sami i że nie mają prawa żądać od państwa pomocy w jego rozwiązaniu. Podczas gdy prawda jest taka, że bez odpowiedniej polityki państwa problem własnego mieszkania może samodzielnie rozwiązać ok 30% z nas. 

Powiem tyle: o kurczę! Zazdroszczę. Naprawdę zazdroszczę, że dopiero w momencie, gdy został radnym, Krystian uświadomił sobie, że ogromna rzesza Polaków i Polek ma... problemy mieszkaniowe. Że wynajmują, że zmieniają, że dla wielu jedyną szansą na wejście w posiadanie własnego M jest śmierć kogoś, po kim je odziedziczą. Ja dla odmiany dzięki tej wypowiedzi uświadomiłam sobie, skąd te problemy. Po prostu nasi "lewicowi" politycy i polityczki najwyraźniej o nich nie wiedzą. Bo gdyby wiedzieli, to przecież byłoby po problemie.

Niezły jest też fragment o "demokracji przedstawicielskiej":

(...) mam poczucie, że demokracja pod rządami Platformy Obywatelskiej kuleje, to takie wyobrażenie demokracji przedstawicielskiej: raz na cztery lata ludzie głosują, a później przez te cztery lata wybrani ludzie robią co chcą i nie mają obowiązku pytania ludzi co sądzą na dany temat, czują się uprawnieni do myślenia za nas. Osobiście z czymś takim się nie zgadzam. Demokracja przedstawicielska powinna być rozumiana jako demokracja partycypacyjna, ci ludzie wybierani raz na cztery lata nieustannie powinni się konsultować, rozmawiać, być w kontakcie z mieszkańcami, zwłaszcza w przypadku kluczowych decyzji tak, żeby nie podejmować tych decyzji (np. GMO, energetyka jądrowa itp.) ponad naszymi głowami.

Tu pełna zgoda. Tyle że jak przypomnę sobie konsultacje społeczne w wydaniu Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich, to jakoś mam wątpliwości, czy tak samo z Krystianem rozumiemy słowa "demokracja przedstawicielska" i "niepodejmowanie decyzji ponad czyimiś głowami".

Później robi się dramatycznie. Zapytany o Janusza Palikota, Krystian uderza w podniosłe tony:

Tutaj apeluję do wszystkich gejów i lesbijek i do całej społeczności LGBT żeby pamiętali, że Janusz Palikot był przez lata wydawcą jawnie homofobicznego pisma OZON. Janusz Palikot nigdy nie zajmował się na poważnie kwestiami LGBT - jego aktywność w tym zakresie zawsze ograniczała się do happeningów polegających np. na zakładaniu koszulki "jestem gejem". Moim zdaniem Janusz Palikot wymyślił sobie, że zamiast prawdziwego programu wyborczego spróbuje uwieść rozmaite społeczności rzucając im pewne hasła jako przynętę. Proszę zastanówcie się, czy naprawdę wolicie, żeby naszym LGBT ambasadorem w Sejmie był niemający z "naszą sprawą" nic wspólnego Janusz Palikot czy jednak wolicie żebym to ja reprezentował ważne dla nas postulaty. 

Szczerze? Pomijając już drobiazg, że "Ozon" był obecny na rynku tylko przez rok (co absolutnie nie usprawiedliwia jego ultraprawicowego charakteru), a nie, jak chce Krystian, przez wiele lat, to wolałabym mieć nieco większy wybór. I tyle w temacie. Czas na zakończenie:

Nasze środowisko jest coraz bardziej świadome, wie czego chce i coraz bardziej będzie rozliczało polityków ze składanych obietnic.

Hm. No tak. A zatem, podsumowując: Wikliński nie jest homofobem, to te niedobre media go niesłusznie szkalują, a ciemny lud to kupuje. SLD nie traktuje naszych spraw instrumentalnie, w końcu nie ukrywa, że zajmuje się projektem ustawy o umowie, a na dodatek robi z największym zaangażowaniem, na jakie je stać. A robi to, bo nasze sprawy są dla niego ważne, choć jak na niego nie zagłosujemy, to mogą przestać takie być. W końcu to logiczne, żadna partia nie będzie się zajmować sprawami, które są dla niej ważne. No ale oczywiście jak najbardziej powinniśmy i powinnyśmy rozliczać polityków ze składanych obietnic, bylebyśmy na nich głosowali i głosowały. Bo, jak pokazuje przykład z mieszkaniami, oni dopiero gdy dorobią się jakichś stanowisk, mają szanse zorientować się, jakie mamy problemy. Coś pominęłam? Ano tak. SLD jest dobre, Palikot, PO, PiS i Biedroń źli.

Ech. Jednego Krystianowi nie mogę odmówić: jest prawdziwym politykiem. Nie mam pojęcia, czy dobrym, czy złym, ale z pewnością lojalnym w stosunku do partii, która go promuje. Problem w tym, że przeczytawszy ów pewnie szczery wywiad, jestem coraz bardziej przekonana, że udane łączenie działalności społecznej z polityczną jest czymś, co jest możliwe jedynie w przypadku nielicznych (jak nieodżałowana Izabela Jaruga-Nowacka). Za czym idą coraz większe wątpliwości w stosunku do przedstawicieli i przedstawicielek trzeciego sektora, którzy i które zdecydowali się kandydować w tych wyborach. Część z nich lubię, cenię i szanuję. Pytanie, czy polityka ich nie zje i czy nie lepiej by było, gdyby pozostali przy patrzeniu politykom na ręce i odpuścili sobie próby dołączenia do ich grona. Choć może i być inaczej: może to oni i one zmienią politykę choćby na tyle, by politycy i polityczki nie mieli problemu z przyznawaniem się do błędów i szukaniem winnych również we własnym gronie. Oby.

piątek, 19 sierpnia 2011

Przerwa na doładowanie akumulatorów

Jak co roku letnią porą oddalam się na jakiś czas od internetu, celem deprawowania świstaków i prowadzenia szeroko zakrojonych studiów nad tożsamością płciową kozich (koziczych?) racic. A na do widzenia zostawiam trochę rzeczy do poczytania, pooglądania i posłuchania.

Po pierwsze, jako że wczoraj był International Butch Appreciation Day, Ivan E. Coyote:



(na marginesie: chcę polskiego Ivana!)

Po drugie, kolejny tekst z cyklu "to nie jest takie proste, jak się wam wszystkim wydaje", tym razem w wydaniu Marcina Rzeczkowskiego. Na zachętę kilka smaczków:

Jakoś na samym początku zapomniałem, jaki powinienem być. Kiedyś umiałem recytować stereotypowe cechy męskie, które mam/powinienem mieć/definiują mnie jako mężczyznę. Umiałem udowadniać, dlaczego uważam się za mężczyznę. Oczekiwano tego ode mnie raz po raz. Potem przestano, bo ludzie przestawili się na "ok, jesteś nim", nie musiałem też już dłużej udawać przed diagnostą Tru Transa. (...) Potem pojawiła się coraz większa akceptacja dla ciała, zwieńczona przyjaźnią z lustrem. Zacząłem też odchodzić od "jestem hetero, a tamto to była tylko identyfikacja z męskim wzorcem" - pierwszy facet, drugi facet... Potem to się nasiliło. I niech się ode mnie odpieprzą ci, którzy lepiej wiedzą, czego mam chcieć i oferują mi rozwiązania w pakiecie albo wcale.

(...) Mogę pisać wyłącznie stereotypami, bo w kulturze, w której żyję, o płci myśli się stereotypami. Dwupłciowymi stereotypami. A ja sam jestem dwupłciowy, tworząc tym samym nową jakość – której nie da się uchwycić jako czegoś osobnego. Nie dorobiłem się swoich stereotypów. Mogę tylko wskazywać stereotypy, które mam do wyboru – męskie i żeńskie. A one nie obejmują wszystkiego. Dodatkowo proste stwierdzenie o dwupłciowości skazuje mnie na utożsamienie z transkobietą; istotą różniącą się ode mnie jak dzień od nocy. Heteronormatywne stwierdzenie o "trzeciej płci" zawodzi. 

Językowo jest chyba najprościej – pod tym względem polski jest dla mnie przynajmniej częściowo przyjazny. Jestem "on". Tak o sobie myślę, takiej formy się domagam. Kiedy myślę o sobie i o kobiecie, myślę "oboje". Ale kiedy myślę o sobie i o cismężczyźnie, myślę – również "oboje" (zwłaszcza jeśli coś mnie z nim łączy). Wydaje mi się, że gdybym myślał o sobie i o transmężczyźnie – choć nigdy nie zwracałem na to uwagi – automatycznie pomyślałbym "obaj". Bez konieczności poprawiania się z "oboje", jak mam z cisami. Choć mogę się mylić.

(...) Ostatnio potknąłem się na grze społecznej w damy i dżentelmena. Zsocjalizowano mnie do żeńskiej roli, a oczekiwano męskiego zachowania w sytuacji, która była dla mnie zbyt rzadka, bym miał wyćwiczony "prawidłowy" odruch. Palnąłem gafę, urażając kilka osób. Cóż, po tych zaledwie kilku latach dorosłego życia mam w głowie zawirowanie także przy częstych sytuacjach. Na przykład w sytuacji rozkojarzenia zdarza mi się przepuszczać mężczyzn w drzwiach, bo pamiętam, że kogoś przepuszczam, ale już nie pamiętam, którą płeć. Najczęściej jednak robię to tak, że przepuszczam kobiety, potem idę ja, a za mną cisowie. I – dla mnie to gra. Konwencja. Ludzie się tak umówili, ok, żyję w tej kulturze i staram się tego trzymać. Ale to jest heteronormatywna gra, a ja jestem pionkiem z innego pudełka, gdzie gra się innymi kolorami.

Całość na stronie Trans-Fuzji.

Po trzecie, moje nowe sieciowe znalezisko, czyli pani, która proklamowała kobiecy metroseksualizm. W swoim manifeście pisze:

Można powiedzieć, że współczesne kobiety z definicji są metroseksualne. W końcu od prawie/ponad stu lat noszą spodnie, chodzą na płaskim obcasie i opanowują męskie strefy, wcielając się w męskie role. Zastępy herod-bab, kobiet wyemancypowanych i samodzielnych wcale nie marzą o tym, żeby je nazywać jakimś nowomodnym słowem! (...) A FIGĘ! Jeżeli faceci potrafią wokół tego, że używają pudru, robić hecę z metroseksualizmem, to nam się też coś od życia należy, do cholery! Przecież w metroseksualizmie chodzi o wyautowanie się z tradycyjnych przekonań na temat sposobu życia i zachowania! Mimo że większość współczesnych kobiet w dużo większym stopniu przekracza bariery swojej płci, niż garstka wielkomiejskich "metroseksualnych konsumentów", mimo to, kobiety robią to niejako "bokiem", z poczuciem winy, w cieniu śmieszności, a już na pewno bez jakichś nazw i trendów konsumenckich. Niniejszym proklamuję żeński metroseksualizm!

Nie wiem jeszcze, co z tego wyniknie, ale z ciekawością podglądam. W każdym razie podoba mi się pomysł podejścia do rzeczy od strony konsumenckiej. Znowuż nowa perspektywa. Lubię to.

I na koniec trochę polityki, czyli wyżej podpisana wyzwierza się nad projektem ustawy o umowie związku partnerskiego u Ani Laszuk w TOK FM:



Część powyższych zajawek pewnie rozwinę i odpowiednio przeintelektualizuję po urlopie (chyba że dostanę kopytem w głowę i mi się odmieni). Tak czy siak: do przeczytania!

środa, 17 sierpnia 2011

Po posiedzeniu podkomisji ds. związków

Krótko przed 14 zakończyły się obrady sejmowej podkomisji nad ustawą o umowie związku partnerskiego (tudzież nad tworem związkopodobnym, jak chce Abiekt). Relacja na żywo u Wojtka, u mnie kilka refleksji. Pierwszy raz miałam okazję uczestniczyć w tego typu pracach i muszę przyznać, że trochę to zmieniło moją opinię o tym, "jak to się robi w Sejmie", opartą dotychczas na stenogramach z posiedzeń. Zmieniło, co tu dużo ukrywać, na plus. Ale po kolei.

Na posiedzeniu z zapowiadanej piątki posłów pojawiło się troje - Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, Janina Okrągły i Norbert Raba, wszyscy z Platformy Obywatelskiej. Zabrakło przedstawiciela PSL oraz, co bardziej zaskakujące, Zdzisławy Janowskiej z SLD, czyli, jakby nie patrzeć, wnioskodawcy projektu. Nie da się ukryć, że ostatnio relacje między organizacjami LGBTQetcetera a tą partią są dość dziwne, choć trudno wysnuć z tego jednoznaczny wniosek, że nieobecność przedstawicielki partii, która powinna bronić ustawy i wyjaśniać wszelkie wątpliwości, ma z tym coś wspólnego. Ale możliwe, że coś jest na rzeczy - w końcu co innego, gdy działania SLD krytykują nasze media (sama się do grupy krytykujących zaliczam), a co innego, gdy oskarżenia o instrumentalne traktowanie naszych postulatów padają z ust osoby, która bardzo długo była z tą partią dość blisko. Przyznam szczerze, że, mimo że nie mam lepszej opinii o SLD niż Robert Biedroń, to jednak nie rozumiem tej krucjaty przeciw Sojuszowi, jaką prowadzi od kilku dni, szczególnie że u jej źródła leży odmówienie mu dobrego miejsca na liście wyborczej. Do tego bodaj wczoraj doszła informacja, że z list Palikota wystartuje członek Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich, a zarazem przewodniczący KPH Tomasz Szypuła. Trudno więc nie mieć wątpliwości. W każdym razie zdecydowanie wolałabym, aby nasi działacze i nasze działaczki, szczególnie ci i te, którzy i które blisko współpracują z politykami, nie wiązali się z jakimikolwiek partiami. Wtedy układ byłby czysty i na takie wątpliwości nie byłoby miejsca. Oczywiście to wszystko nie usprawiedliwia nieobecności Zdzisławy Janowskiej, która jest po prostu sygnałem, jak "poważnie" SLD traktuje nasze sprawy.

Na obradach pojawili się też przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia, Sprawiedliwości i Pracy, strona społeczna - Grupa Inicjatywna ds. Związków Partnerskich, prawnicy z KPH oraz Wojtek i ja z ramienia Stowarzyszenia Otwarte Forum - oraz - na krótko - legislator, który przekazał opinię Sądu Najwyższego, że projekt, nad którym obradujemy, może być niezgodny z art. 18 Konstytucji (to akurat żadna niespodzianka).

Początkowo wiele wskazywało na to, że, z racji nieobecności przedstawicielki wnioskodawcy, czyli SLD, oraz braku gotowych stanowisk zaproszonych przedstawicieli Ministerstw, posiedzenie zakończy się bardzo szybko. Szczęśliwie okazało się, że, mimo niepełnego składu podkomisji, jej członkom i członkiniom zależy na tym, aby ustawę choć jako tako dopracować. Jako tako, bo, co doskonale widać w relacji Wojtka, uwag i wątpliwości do niej jest mnóstwo i nie są to rzeczy natury kosmetycznej, a kwestie kardynalne, jak brak jakichkolwiek analiz finansowych skutków wprowadzenia ustawy, danych statystycznych na temat osób, które ewentualnie chciałyby ją zawrzeć, niezrozumiała praktycznie dla wszystkich zebranych dysproporcja miedzy prawami a obowiązkami zapisanymi w projekcie (a właściwie brak obowiązków), brak rozwiązań dotyczących dzieci wychowywanych w takich związkach, realna możliwość nadużyć związana z łatwością zawierania i rozwiązywania takich umów czy brak odniesień do praw unijnych. Słowem, przedstawiciel i przedstawicielki PO zgłosili zastrzeżenia do tego projektu bardzo podobne do tych, które przez ostatnie miesiące zgłaszały osoby z naszej strony przeciwne PACS-opodobnemu kształtowi ustawy. Członkowie podkomisji byli też zgodni co do jeszcze jednej rzeczy - że, paradoksalnie, łatwiejsze wydaje się stworzenie osobnej instytucji wyłącznie dla par jednopłciowych niż pisanie ustawy pod wszystkie pary, bo takie rozwiązanie (tylko dla osób niehetero) mniej komplikowałoby obowiązujące prawo.

Nie mam złudzeń co do losów tego projektu. Nawet jeżeli przed wyborami odbędzie się kolejne posiedzenie podkomisji, to i tak nie wejdzie on pod obrady Sejmu i ustawa pójdzie do kosza. Ale to - nabyte nabyte dosłownie na chwilę przed końcem kadencji Sejmu - doświadczenie jest cenne z kilku powodów. Po pierwsze, wiemy już, jak wyglądają prace komisji i na czym polega ich rola: nie na ideologicznych debatach, które tak dobrze znamy z posiedzeń Sejmu, a na przygotowaniu ustawy, której nie będzie można odrzucić ze względów formalnych. Czyli po prostu chodzi o to, by wszelkie buble prawne (a takim jest obecny projekt) wyprowadzić na prostą i dać im szanse na uchwalenie. Po drugie, wiemy też, jaką my możemy spełnić rolę i jak się do tego na przyszłość przygotować. Podczas obrad mieliśmy z Wojtkiem swoje pięć minut i zaprezentowaliśmy (no, głównie Wojtek prezentował, bo mnie nerwy zjadły) krótko nasze zastrzeżenia do ustawy (skrót tego dokumentu), które - uzupełnione o pytania do wnioskodawcy - przekażemy jutro do sekretariatu Komisji, skąd trafią do wszystkich posłów i posłanek uczestniczących w pracach nad nią. Będziemy też obecni na kolejnych posiedzeniach i, choć jako strona społeczna nie możemy zgłaszać poprawek, to możemy przekonywać posłów i posłanki do ich zgłaszania. Czyli, paradoksalnie, to, co się nie udało na poziomie spotkań z Grupą Inicjatywną (która, delikatnie mówiąc, mało entuzjastycznie przyjmowała wszelkie uwagi i zastrzeżenia co do swojego projektu), może się udać na posiedzeniach podkomisji.

Tak że, mimo że jestem nadal zła, że ten projekt pojawił się tuż przed wyborami, co już na starcie przekreśliło jego szanse na uchwalenie, to mam choć malutki powód, by się cieszyć z tego, że w ogóle się pojawił. Bo mamy szanse zdobyć doświadczenie przydatne w przyszłości, gdy będzie już nowy Sejm i pojawi się szansa na ponowne wniesienie projektu (mam nadzieję, że lepszego). Czy, jak i kiedy się to wydarzy, trudno powiedzieć. Choć światełko w tunelu jest, bo od paru tygodni organizatorzy akcji "Miłość nie wyklucza" przymierzają się do zebrania 100 tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem ustawy. Na razie trwa wirtualna próba na Facebooku, tak że jeżeli jeszcze nie kliknęliście i kliknęłyście, że jesteście na "tak", to zapraszam tutaj. Tak, wiem, że ten pomysł, jeżeli weźmiemy pod uwagę nasze dotychczasowe doświadczenia w zbieraniu podpisów poparcia pod jakimikolwiek akcjami, wygląda na średnio realny. Ale z drugiej strony o jego realności przekonamy się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy spróbujemy wprowadzić go w życie.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Z życia homoseksualistek: inne spojrzenie

Dziś nietypowo, bo korzystam głównie z forum portalu Crossdressing.pl (choć forum Kobiety Kobietom też musi się pojawić). Tę ożywczą zmianę w dość przewidywalnych w sumie rozważaniach o zawartości kobiety w kobiecie zawdzięczacie Allkowi, który zwrócił mi uwagę na drugą, kompletnie mi dotąd nieznaną, stronę tej dyskusji. Gwoli wprowadzenia - otóż w debatach na KK co jakiś czas pojawia się stwierdzenie, że butche to po prostu transwestytki. Na co osoby, które ośmielają się dostrzegać w butchach kobiety, i to na dodatek atrakcyjne, zazwyczaj odpowiadają, że jednak nie. Czy mają rację? Jakie są inne opcje? Zapraszam w kolejną podróż po jakże fascynującym świecie etykiet. Dziś będzie dłuższa niż zwykle, ale wytrwałych i wytrwałe czeka pod koniec mała niespodzianka.

Na ten portal trafiłam całkiem przypadkiem - pisze na Crossdressing.pl Janis. - Wcześniej nie miałam w ogóle pojęcia o jego istnieniu, bo samo zjawisko transwestytyzmu było mi znane - nie tyle z teorii, co z praktyki. Odkąd pamiętam wolę ubierać męskie ubrania, czuję się w nich lepiej i nie wyobrażam sobie, by równie dobrze czuć się w sukience, czy spódnicy (...). Od zawsze tak było, jest i najpewniej będzie, bo nie zamierzam jakoś z tym walczyć (...). Pamiętam, jakie było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że na to, kim jestem jest konkretna nazwa. Wcześniej nie zastanawiałam się, dlaczego tak jest, że moje koleżanki wolą takie ubrania a ja inne, traktowałam to po prostu jako coś zwyczajnego. (...) Mnie wiele czasu zajęło zrozumienie, kim jestem oraz w pewnym choć niewielkim stopniu zrozumienie tego, że tak jest po prostu. 

Teraz oczyma duszy widzę te wiwatujące tłumy zwolenniczek Lesbijek i Bi Prawdziwie Kobiecych (to nie moje określenie, a autentyczna nazwa grupy na Innej Stronie). Przyznała się, jest, jest! Ale, ale, nie tak szybko, moje drogie. Bo oto pojawiają się schody. Po pierwsze, nic nie wiemy o orientacji psychoseksualnej Janis (tym, którzy i które nie pamiętają już pierwszej części "Z życia homoseksualistek" przypominam, że dotąd nie wiadomo, czy butch może być zarazem hetero). A po drugie, nawet jeżeli uznamy kwestię orientacji za nieistotną, użytkowniczki i użytkownicy Crossdressing.pl mają do Janis pytania. (Co ciekawe, część pytających zwraca się do niej w rodzaju męskim, a część - w żeńskim.)

Czy Janis nosi męskie ubrania, bo sprawia jej to erotyczną frajdę lub frajdę innego rodzaju? Czy czuje niechęć do własnego ciała? Czy chce, aby inni uważali ją za mężczyznę, czy też chce pełnić męskie role? Czy takie męskie cechy jak czułość i opiekuńczość również są integralną częścią jej osobowości? (Straszne mi się podoba to ostatnie pytanie, bo na KK czułość i opiekuńczość to jedne z częściej wymienianych cech wśród składowych... kobiecości.)

Powód dobrego samopoczucia to na pewno poczucie wygody - wyjaśnia Janis. - W takich ubraniach po prostu o wiele lepiej się czuję (chodzę w nich na co dzień).  Z podanych powodów mogę wykluczyć niechęć do własnego ciała i erotyczną frajdę, bo to absolutnie mnie nie dotyczy. Pełnienie męskich ról - to na pewno tak, bo zawsze takie role lepiej mi pasowały. 

No i bu, Janis z butchami nic wspólnego nie ma. Po czym wnioskuję? Ano po tym, że butche, jak powszechnie wiadomo, nie akceptują swoich ciał i dlatego zakrywają je luźnymi, workowatymi ciuchami (forum KK mówi: "To, czy akceptujesz swoje ciało, ma olbrzymi wpływ na to jak przeżywasz swoją kobiecość, czy ogólniej - cielesność, seksualność").

Ale pójdźmy dalej. Czy zatem butcha od transwestytki odróżnia to, że butch nie akceptuje swojego ciała, więc nie ma szans poprzeżywać odpowiednio swojej kobiecości, czy, ogólniej, cielesności, seksualności? Cóż, to nie takie proste. Bo nie wiadomo, czy Janis naprawdę jest transwestytką (bo to, że się za nią uważa, to wszak za mało). XL z Crossdressing.pl analizuje:

K/m chyba rzadziej będą się utożsamiały z byciem mężczyzną. Jak wywnioskowałam z wypowiedzi Janis, nie ma ona potrzeby "pobycia sobie facetem", nie ma męskiego nicka, męskich końcówek i zgrywania się na macho, a w przypadku m/k odpowiednie elementy występują nagminne. Pytanie, czy w takim razie możemy mówić o transwestytyzmie, czy po prostu o crossdressingu? (...) Forma "transowania" k/m jest (bo może być) dużo obszerniejsza. K/m nie ma takich ograniczeń, jak m/k, przez co być może łaszki przestają być takim tabu. W końcu - inna może być motywacja. Janis mówi, że lubi męskie ciuchy, bo są wygodniejsze. M/k nigdy nie poda takiego argumentu.

W tym momencie wątek o transwestytkach/crossdresserkach/ale na pewno nie butchach zmienia się w dwa. Pierwszy o ciuchach i o tym, w czym jest właściwie wygodniej (świetny, polecam), drugi o tym, na czym właściwie polega transowanie w wydaniu kobiecym (i na tym się skupię). Najpierw natalka_mira:

Można zaryzykować stwierdzenie, że wszystkie kobiety są crossdresserkami. Zapewne każdej z pań zdarzyło się założyć coś typowo męskiego. Natomiast transwestytyzm wiąże się już ze sferą psychiczną, z chęcią zaadoptowania pewnych cech przypisanych płci przeciwnej. Sam wygląd nie jest jedynym aspektem zjawiska tv. Oczywiście ruch feministyczny sprawił, że kobieta może obecnie pozwolić sobie na znacznie więcej niż mężczyzna. Stąd tak niewiele kobiet zdaje sobie sprawę ze swoich skłonności trans. I w efekcie tak niewiele wiadomo jak postrzegają swoje transowanie genetyczne kobiety.

Uwielbiam to! Czyli: jak jesteś kobietą, to jesteś crossdresserką. Aby być tv, potrzebujesz czegoś więcej. Kłopot w tym, że kobiety już mają to więcej (bo ruch feministyczny). Czyli co, wszystkie jesteśmy tv? Szczęśliwie natalka_mira po chwili uściśla, przy okazji odpowiadając na pytanie xL (które, przyznam, i w mojej głowie się zalęgło), czy crossdressing, z racji powszechności, nadal nim jest:

Zgodnie z definicją, niezależnie od nagminności zjawiska, zakładanie ciuszków płci przeciwnej jest i tak crossdressingiem. Natomiast czy jest to już transwestytyzm? (...) Pochodzić w męskich ciuchach i pokląć sobie dla kurażu, nie oznacza jeszcze, że ktoś jest transwestytą. To, co napisała Janis, nie oznacza, że jest transwestytą. 

No i zonk, proszę drogich pań i panów. Janis nie jest butchem, bo akceptuje swoje ciało. Nie jest też transwestytką (w ogóle nie wiadomo, kto nią jest, nie wiadomo też, czy transwestyta pisany z męską końcówką to genetyczny mężczyzna, a transwestytka to genetyczna kobieta, czy też jest odwrotnie). Jest, a i owszem, crossdresserką, kłopot w tym, że są nimi wszystkie kobiety. Prawdopodobnie również butche, choć nie udało się jeszcze tak do końca stwierdzić, czy akurat te ostatnie w ogóle są kobietami.

Czyżby zatem transwestytki nie istniały (jako i chce nauka, która zjawiska kobiecego transwestytyzmu po prostu nie uwzględnia)? Zanim poznamy (a może i nie poznamy?) odpowiedź na to pytanie, dodajmy jeszcze jeden głos w dyskusji. Emma, moderatorka forum, pisze:

Podstawowym problemem, jak sądzę, jest rozróżnienie gdzie zaczyna się RZECZYWIŚCIE transwestytyzm. Jeśli przyjąć sztywną definicję, to każdorazowe ubranie stroju płci przeciwnej nim jest. Stroju, a nie elementu. A zatem, nie kapelusz, męski zegarek i bokserki, a do tego żakiet ze spodniami od damskiego krawca, tylko 100% męskich ciuchów na ciele. Kwestią do ustalenia pozostaje, czy makijaż uważamy za część stroju. Trzeba sobie też odpowiedzieć na pytanie, czy uważamy transwestytyzm za zjawisko socjologiczne czy psychoseksualne. (...) Dla mnie transwestytyzm jest konsekwencją transseksualizmu, jego zewnętrzną oznaką, ponieważ, transseksualizm, będący zaburzeniem psychoseksualnym, tak naprawdę, nie ma żadnych zewnętrznych objawów. To stan umysłu. 

No i jesteśmy w domu. 100 procent męskich ciuchów na ciele (choć nie wiadomo, czy z makijażem, czy bez, no i aż się boję zapytać o koraliki) równa się tv równa się zewnętrzna oznaka ts, czyli butch w swej istocie nie jest kobietą. Co było do udowodnienia. Stowarzyszenie Lesbijek i Bi Prawdziwie Kobiecych robi meksykańską falę.

A mnie się przypominają obrazki z niekoniecznie dobrego filmu braci Wachowskich "Bound" (dla nieuświadomionych - ta pani ma na sobie 100 procent męskich ciuchów, z bielizną włącznie, ima się też tak męskich zajęć jak hydraulika i w ogóle przyjmuje role uważane za męskie):
Do dyskusji zaś wkracza sprawca tego tekstu, czyli All, i pyta o przyjemność z transowania:

Stereotyp na temat męskich lasek mówi, że one "uciekają od kobiecości", "nie potrafią być kobiece, nie nauczyły się", "są męskie przeciw kobiecości", "w ogóle są męskie przeciw czemuś", "są skrzywdzone", "nie potrafią się cieszyć swoim ciałem". Stereotyp nie mówi, że męskie laski robią to dla przyjemności i tu jest problem. (...) A transwestytę przecież do przebieranek pcha dzika żądza przyjemności. (...) Kompleks - tego słowa mi zabrakło. Babochłopizm to oznaka kompleksów, transwestytyzm to oznaka wyuzdania. A nazwijcie to tomboy albo butch i zobaczcie, od razu lepiej brzmi i łatwiej daje się ogarnąć, co?

No właśnie, przyjemność. Satysfakcja. Zanim rozwinę ten wątek, wrócę jeszcze na chwilę do etapu dyskusji, w którym dyskutantki i dyskutanci zastanawiają się nad różnicami między transowaniem m/k a k/m:

Wydaje mi się, że pomiędzy transwestytą m/k i k/m będzie sporo różnic. Przede wszystkim transwestytyzm m/k na pewno dużo częściej będzie miał podłoże erotyczne albo - m.in. erotyczne. W końcu damska garderoba od dawna była robiona tak, by kusić mężczyzn - pisze xL (opierając się na wypowiedzi Janis).

A teraz przypomnijcie sobie napięcie erotyczne między bohaterkami wzmiankowanego "Bounda". Histerię, jaką wywołała Marlena Dietrich, zakładając w "Maroku" frak i cylinder, i całując kobietę w usta. Oraz co się dzieje na występach drag kingów. Czy oglądające je dziewczyny tak się ekscytują, bo nagle, na tę chwilę, co do jednej stają się hetero i piszczą do chłopaków, których widzą? Czy też jest coś nieodparcie kuszącego w kobiecie odgrywającej mężczyznę? Tak, męska garderoba nie jest robiona tak, by kusić kobiety. Ale czy to oznacza, że w kobiecie odgrywającej mężczyznę nie ma nic kuszącego? Inny przykład: pamiętacie, w którym momencie Nan, bohaterka "Muskając aksamit", zakochuje się w Kit? Kiedy zobaczy ją na scenie odgrywającą chłopca i śpiewającą piosenki zarezerwowane dla scenicznych łotrzyków i uwodzicieli. A kiedy dobra, słodka Florence uświadamia sobie, że kręci ją Nan? Gdy widzi ją myjącą okna i przebraną na tę okoliczność w męskie portki i koszulę.

Seks, proszę pań i panów. Erotyczna przyjemność. Ekscytacja niejednoznacznością. To jest to, co w rozmowach o męskości i kobiecości na Kobiety Kobietom praktycznie się nie pojawia. Owszem, zdarzają się wzmianki, że pojęcia butch i femme mają coś wspólnego z rolami przyjmowanymi w łóżku, ale natychmiast są ucinane prostym "to prehistoria, tego już nie ma". Co zatem jest? Jedynie nieśmiałe wzmianki obrończyń facetów z waginami, że dla nich panie butch są jak najbardziej pociągające. Na co dostają odpowiedź, że jest to pociąg poniekąd nienaturalny dla lesbijek. Bo w heteronormatywnym świecie atrakcyjna kobieta będzie podkreślać i uwypuklać, a atrakcyjny mężczyzna będzie niedogolonym macho (metro nie jest atrakcyjny, bo, jak wiadomo, wymyślili go geje). W sumie mogłam na to wpaść wcześniej, wszak już w drugiej odsłonie cyklu "Z życia homoseksualistek" pojawia się opinia, że "Kobiece jest to, co się podoba facetom, a męskie to, co kobietom". Wiecie, co z tego wynika, prawda? Otóż: albo zwolenniczki Lesbijek i Bi Prawdziwie Kobiecych są mężczyznami (a konkretnie posiadają męskie pragnienia, kulturowo męskie, rzecz jasna), albo też te butche kręcą je tak potwornie, że aż boją się do tego przyznać (wolą już wyprzeć się swojej, kulturowej, a jakże, kobiecości). I w sumie nic w tym dziwnego, wszak, choć kobietom niby wolno więcej, to w sferze docenienia (również samodocenienia) swojej seksualności są 100 lat za mężczyznami. Łatwiej jest im zatem wejść w rolę mężczyzny niż poszukać własnych, specyficznie kobiecych, pragnień.

Ojej, czy ja właśnie napisałam, panie Prawdziwie Kobiece mają problem z własną seksualnością? Nie, niemożliwe. No i pamiętajmy o ewentualności, że butch jest jednak mężczyzną, tylko jeszcze o tym nie wie. Wtedy jak najbardziej może być obiektem westchnień Prawdziwie Kobiecych i wszystkie szufladki wracają na swoje miejsce. A co, gdy wolą one wzdychać do innych sobie podobnych? No wtedy mamy dwóch panów i wszystko gra i buczy (nie mylić z: butchy).

Ciąg dalszy nastąpi. Bo oto w następnym odcinku dowiecie się, czy rzeczywiście kobietom wolno więcej i czy atrakcyjność zawsze znaczy to samo. No chyba że znajdę dla was coś innego.

piątek, 12 sierpnia 2011

Spóźnione świętowanie

Zdarzyło się wam kiedyś przegapić własne urodziny? Nam się to właśnie udało. Trzy dni temu, 9 sierpnia, nasz blog skończył dwa lata. Mimo spóźnienia tradycji musi się stać zadość i zamiast zarezerwowanego na zwykłe dni mędrkowania będą fakty i liczby.

Po pierwsze - ci i te, bez których to, co robimy, nie miałoby sensu, czyli wy, nasi czytelnicy i nasze czytelniczki. Jest was więcej niż w ubiegłym roku, bo miesięcznie odwiedza nas średnio 2,5 tysiąca osób. Najwięcej było was z nami w październiku (ponad 4 tysiące unikalnych użytkowników i użytkowniczek, którzy i które zrobili ponad 22 tysiące odsłon), listopadzie i grudniu (ponad 3,5 tysiąca UU i po 15 tysięcy odsłon). Powód chyba oczywisty - konkurs SAS. Przez ten rok zostawiliście i zostawiłyście w sumie 2416 komentarzy, co daje niebanalną średnią 14 komentarzy na post. Oczywiście zdarzały się teksty mniej lub bardziej komentowane, ale, co mnie strasznie cieszy, żaden nie pozostał bez odzewu (choćby w postaci małego lajka). Skąd do nas trafiacie? Większość z was, bo 44 procent, z witryn odsyłających (tu rządzi, co było do przewidzenia, Facebook, o pozostałych za chwilę), 27 procent z wyszukiwarek, 21 - bezpośrednio, a 7 - z innych źródeł (Twitter, BLIP itd.).

Gdzie mieszkacie? W większości w Polsce, ale całkiem sporo z was zagląda tu z Wielkiej Brytanii, Australii, Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Danii, Holandii, Francji, Szwecji, Irlandii, Belgii, Kanady, Włoch, Norwegii, Grecji, Hiszpanii, Szwajcarii, Austrii, Brazylii czy Chin. Czyli niemal z każdego kraju, który chciałybyśmy odwiedzić (to taka mała coroczna aluzja).
Po drugie - ci i te, którzy i które uznali to, co piszemy, za na tyle ciekawe i/lub irytujące, by do nas linkować ze swoich serwisów lub blogów, czyli kategoria najsilniejsze witryny odsyłające (Facebooka nie liczę, bo to oczywisty lider stawki, na dodatek specyficzny).

Blogi (pierwsze 10)
Abiekt (choć musiał oddać pierwsze miejsce na podium Facebookowi, to nadal pozostaje niekwestionowanym królem wśród odsyłających, wliczając w to portale)
Chyłkiem i duszkiem
gierki w mówionego
Biseksblog (już nieistniejący)
Gej dresiarz
Lipshit
Blog (wielo)branżowy
Gdyby ściany mogły mówić
Krzysztof PL
Dwie poważne damy
Zakochana w dziewczynie

Portale (pierwsze 5)
Kobiety Kobietom
Homiki
Lesploty
Inna Strona
Gaylife

I po trzecie - teksty. Przez ten rok napisałyśmy 167 postów. To trochę mniej niż od sierpnia 2009 do sierpnia 2010, tym bardziej cieszy rosnąca liczba czytelniczek i czytelników. Które z nich cieszyły się największą popularnością? Najwięcej osób przeczytało Znak smoka, czyli Gosi przymiarki do stworzenia lesbijskiego fantasy (przy okazji - jak autorka się kiedyś odkopie z obowiązków zawodowych, to obiecuje wrócić i do tematu, i na bloga). Na drugim miejscu uplasował się tekst o ślubie Ani i Grety (Ania plus Greta = W.N.M. Oficjalnie!). Kolejne to wpisy poświęcone konkursowi SAS i relacje z naszego ślubu i podróży (np. Ostateczne odliczanie - relacja na żywo, Garść impresji ze ślubu i podróżyOd Świętej Łucji do serwetki na kolanach, Ślubny lans). Doceniliście i doceniłyście też pomysł z galerią potworów, czyli subiektywnymi portretami działaczy i działaczek (pierwsza część tu, druga tu), wizerunkowe Stada lesb w wynajętych kawalerkach, lekcje historii w wydaniu Gosi oraz okołoparadowe Celem parady nie jest walka o związki i Mizoginia z maślanką. Spośród tekstów poświęconych kulturze najczęściej czytane były Dzienniki Anne Lister.

A które teksty wzbudziły największe emocje, wyrażone w liczbie komentarzy (i komentujących)? Oprócz skomentowania zawiadomienia o tym, że wygrałyśmy ślub w przestworzach, najchętniej dyskutowaliście i dyskutowałyście o zawirowaniach wokół tegorocznej Parady Równości (Celem Parady nie jest walka o związki, Co, jeśli Parady Równości nie będzie, Zmiany, zmiany, zmiany), mszy za Darię Chmielewską, nieśmiertelnych kwestiach wizerunkowych (Gdzie tu sens i logika), subiektywnej historii polskiego ruchu LGBTQetcetera, działaczach i działaczkach (Wojna torebkowa) oraz o tym, czym jest akceptacja, czym tolerancja i czego właściwie mamy chcieć (To straszne słowo na "a").

Z okołoblogowych wydarzeń, których nie da się znaleźć w statystykach, nie mogę nie wspomnieć o nawiązanych dzięki garniturkowi znajomościach. Spośród zaprzyjaźnionych blogerów i blogerek miałyśmy szczęście w końcu poznać hds-a, Elę ze Scenek i Piotra z Fragmencików i osobiście przywitać się z twórcami Hodowli Idei, nie mówiąc już o znajomościach i przyjaźniach (mailowych i osobistych) zawartych z czytelnikami i czytelniczkami. To jest ten aspekt blogowania, który lubię najbardziej (no dobrze, tuż za wieczną sławą, chwałą, pieniędzmi i możliwością polansowania się jako blogerka w innych mediach) - możliwość poznawania ludzi, których, gdyby nie blog, raczej nie miałabym okazji spotkać.

Dziękuję wam za wszystko i oby do następnego podsumowania za rok!

Gry wyborcze

Od ostatniego politycznego wpisu minęło już sporo czasu i miałam nawet niewielką nadzieję, że uda mi przeżyć lato (choć co to za lato?) bez SLD i innych POPiSów, no ale się nie udało. Bo oto zaczęły się gry przedwyborcze, rozdawanie uśmiechów i klapsów w postaci mniej lub bardziej wyeksponowanych miejsc na listach wyborczych, nieoczekiwane (?) awanse i rezygnacje. Mamy okazję poobserwować, jak się sprawdza w praktyce system kwotowy, który miał pomóc kobietom zaistnieć w polityce (nie sprawdza się). Jak zwykle jest trochę międzypartyjnych transferów last minute, pokazujących, że może i jakieś tam różnice między większymi ugrupowaniami są, ale to właściwie obojętne dla iluś tam ich członkiń i członków. Najcenniejsze łupy zbiera PO (Arłukowicz, Kluzik-Rostkowska, Rosati, być może też Gintowt-Dziewałtowski), najwięcej za to obrywa się SLD, które tradycyjnie postawiło na aparatczyków (w rodzaju Millera, który startuje z jedynką w Gdyni, co mnie szczególnie boli, bo to okręg Jarugi-Nowackiej) i, wbrew wcześniejszym deklaracjom (ale to mnie akurat zupełnie nie dziwi), olało kobiety.

W efekcie mamy kilka małych skandali. Wanda Nowicka zrezygnowała z jakże obiecującej czwórki (wcześniej miała obiecaną dwójkę i trójkę, a o ostatecznej decyzji dowiedziała się z mediów) na liście warszawskiej. Co zabawne, sporo osób, sądząc z dyskusji na Facebooku, ma jej to za złe, bo według nich do polityki idzie się dla idei, a nie dla miejsc na listach, a poza tym jak ktoś jest naprawdę dobry, to dostanie się z każdego miejsca. Piękne słowa, kłopot w tym, że, po pierwsze, miejsce na liście nie świadczy o ideowości (patrz: Miller), a o miejscu w łańcuchu pokarmowym, a, po drugie, mamy w Polsce taki dziwny zwyczaj głosowania nie na dobrych czy złych, a na pierwsze lub ostatnie miejsce, no chyba że trafi się prawdziwy celebryta czy celebrytka. Wanda celebrytką nie jest, jest za to aktywistką, więc nie dziwię się, że nie ma ochoty robić za trampolinę dla tych, którzy mieli szczęście znaleźć się wyżej od niej. W końcu jak NGO-sy idą do polityki, to po to, by w niej być, a nie po to, by wspierać ugrupowania, z którymi nie do końca im po drodze, ale były na tyle łaskawe (czytaj: cwane), by przygarnąć parę ideowych osób na listy. I to jest w sumie największy dramat w tym wszystkim - że aby wprowadzić kogoś fajnego do Sejmu czy Senatu, trzeba się sprzedać, i to nie komuś, kto jest ci szczególnie bliski, a temu, kto zechce cię kupić. Jakkolwiek niefajne by mi się to wydawało, jestem w stanie zrozumieć, że ktoś na to pójdzie, o ile profity w postaci miejsca na tej czy innej ławie będą się wydawać osiągalne. Bo niestety rację mają ci, którzy twierdzą, że zmiany najłatwiej wprowadzać od środka. Szczególnie jak nie dysponuje się realną siłą społeczną, z którą politycy po prostu muszą się liczyć. A organizacje feministyczne nie dysponują.

W miejsce Nowickiej SLD złowiło inny łakomy kąsek - Krystiana Legierskiego. I to dzień po tym, jak z kandydowania zrezygnował, w dość dziwnej atmosferze, Robert Biedroń. Dziwnej, bo oto rzecznik SLD Tomasz Kalita natychmiast stwierdził, że Biedroń, jako osoba z zarzutami za napaść na policjanta, nigdy na liście SLD nie był, a wiceszef klubu poselskiego SLD, zapytany o oświadczenie Roberta, w którym ten poinformował o swojej rezygnacji i stwierdził, że partia ta traktuje postulaty osób nieheteroseksualnych i organizacji kobiecych instrumentalnie, popisał się taką oto wypowiedzią: "Jestem tak taktowny wobec pana Roberta Biedronia, że aż się obawiam, żebym nie stał się obiektem adoracji z jego strony. (...) Biedroń zmarnował szansę, jaką dał mu SLD, bycia pierwszym polskim parlamentarzystą, który oficjalnie obnosiłby się ze swoimi poglądami w obszarze obyczajowym". Żenujące? Tak. Zaskakujące? Nie bardzo.

Trudno jest mi w tym kontekście ocenić decyzję Krystiana. Z jednej strony nie lubię, gdy ktoś mandat radnego ochoczo zamienia na mandat poselski, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Z drugiej - to dość powszechna praktyka, więc skreślanie kogoś z tego powodu byłoby absurdalne. Większy kłopot mam z tym, że nie wiem, czy Krystian rzeczywiście wierzy, że ma szansę dostać się do Sejmu, czy też spłaca w ten sposób dług wdzięczności wobec SLD za to, że umożliwiło mu zostanie radnym. Jeżeli to drugie, to mam nadzieję, że ma świadomość, że służy jedynie jako narzędzie do pozyskania głosów tych, którzy po rezygnacji Nowickiej i Biedronia stracili resztkę sympatii do Sojuszu (bo w oczach sporej części członków i członkiń tej partii nadal jesteśmy bezmyślnym mięsem wyborczym, i w sumie mnie to nie dziwi). Zgadzam się z Wojtkiem, że tu nie chodzi o Krystiana, Wandę czy Roberta, a o to, by nas z jednej strony skłócić, a z drugiej pokazać, że jak najbardziej popieramy SLD. Dlatego odpuszczę sobie rozważania z kategorii "Krystian Legierski - karierowicz czy idealista?".

"Wierzę głęboko, że środowisko (Biedronia) udzieli poparcia SLD" - to znowuż słowa Wiklińskiego. Ja nie wierzę. Nie wiem, komu udzieli poparcia, a raczej domyślam się, że, jak zwykle, część nikomu, a reszta w większości PO, potem SLD i PiS, a na końcu Palikotowi i reszcie. Bo my mamy taki głupi zwyczaj głosowania na tych, co to "mają szanse", a potem narzekania, że to nie nasi reprezentanci, zamiast poprzeć w końcu tych, co może i mieliby szanse, gdyby ktoś w nich uwierzył. Co przekłada się też na to, że małe partie wiążą się z dużymi (jak Zieloni z SLD), więc nawet nie mamy możliwości się przekonać, co by się tym razem wydarzyło, gdyby tego nie zrobiły. Ale pewnie nic. W każdym razie ja jak zwykle zupełnie nie wiem, co zrobię z moją kartą do głosowania. O ile ją w ogóle pobiorę.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Science fiction na bazie dyskusji tożsamościowych

Jakiś czas temu próbowałam sobie przypomnieć, dlaczego nie lubię, przywołanej niedawno w jednej z moich ulubionych dyskusji na moim ulubionym forum, a napisanej w stylu "psychologicznych" artykułów z kolorowych magazynów książeczki Anne Moir i Davida Jessela "Płeć mózgu". Z czasów licealnych (kiedy taka literatura była w modzie) pamiętałam jedynie oświadczenie, jakie wówczas złożyliśmy z przyjacielem, że nie ma żadnych hormonów i niech państwo naukowcy spadają z tłumaczeniem wszystkiego oddziaływaniem czegoś tam na coś tam w jakimś tam czasie. Gdy parę dni temu postanowiłam w końcu sprawdzić, co mi tam właściwie nie grało, przez chwilę była to nawet zabawna lektura, tyle że w pewnym momencie zrobiła się dość straszna.

Ale zacznę od tego, co zabawne. Pierwsza rzecz to oczywiście osławiony "Test na płeć mózgu", zrobiony w stylu gazetowych psychozabaw i o dokładnie tej samej wartości, a jednak wiecznie w modzie (może właśnie ze względu na ów zabawowy charakter?). Kolejna - język. W tej ponoć naukowej publikacji, na którą całkiem sporo osób nadal lubi się powoływać, roi się od sformułowań w stylu: "hormony zbliżone do męskich", "tajemnicze procesy zachodzące w ciemnościach kobiecego łona", "rasa niegenetyczna" (to o osobach homoseksualnych) czy wywodów w rodzaju: "wśród śpiewaków operowych basy mają mniej wytrysków tygodniowo niż tenory". Najzabawniejszy jest chyba rozdział o małżeństwie, pełen afektowanych wynurzeń, jak to: "I nagle te obce sobie gatunki rzucają się sobie w ramiona za sprawą biologii - biologii, która powoduje, że są dla siebie pociągający fizycznie, choć jednocześnie przeciwstawni pod tyloma innymi względami". Najlepszy smaczek czeka jednak uważnych czytelników i czytelniczki w okolicach 2/3 książki, kiedy to okazuje się, że mimo wielu szczegółowych opisów tego, co i gdzie owe hormony robią, autorzy wcale nie są przekonani, że ich teoria jest słuszna: "Z pewnością nadeszła już pora na zawieszenie broni w walce pomiędzy tymi, którzy dążą do wyjaśnienia biologicznego zachowań ludzkich, a tymi, którzy poszukują dla nich wyjaśnień psychologicznych" - deklarują ostrożnie.

A co jest straszne? Ano, jak można się domyśleć, rozdział o dewiacjach seksualnych (bo w tej kategorii autorzy sytuują homoseksualność, choć mitygują się od razu, że używają tego określenia wyłącznie w celach statystycznych). A konkretnie finalna część rozważań na temat lesbijek i gejów, w której piszą, że ich teoria  "pozwala podjąć decyzję co do odpowiedniego modelu seksualizmu społeczeństwa - dokonać wyboru, czy pozwolimy istnieć homoseksualizmowi, wyeliminować najskrajniejsze perwersje seksualne, chemicznie przekształcić podwzgórze u mężczyzn i kobiet tak, by doprowadzić do większej zgodności libido obu płci". I mimo że od razu zastrzegają się, że to absurdalny pomysł, to niesmak pozostaje (szczególnie gdy człowiek sobie przypomni, że w czasach, gdy autorzy pewnie już prowadzili swoje badania, Alan Turing w efekcie hormonalnej "terapii reperatywnej" popełnił samobójstwo). Bo skoro to takie absurdalne, to po co o tym pisać? Dla celów statystycznych?

Trzy lata po tym, jak "Płeć mózgu" ukazała się na polskim rynku (wydanie angielskie to 1969 rok, co pewnie do jakiegoś stopnia tłumaczy język publikacji, polskie - 1993) Amerykanie nakręcili telewizyjny film "The Twighlight of the Golds" (polska wersja to "Zmierzch złota"; nawet nie chce mi się tego komentować). Nie wiem, czy to czas prosperity przekonania, że za chwilę dojdziemy do biologicznego wyjaśnienia, czemu jedni ludzie są tacy, a inni - inni (czytaj: czym się różni chora homoseksualność od zdrowej heteroseksualności), ale w każdym razie główna bohaterka (grana, co może niektóre zainteresować, przez Jennifer Beals) robi test genetyczny płodu i dowiaduje się, że jest spore prawdopodobieństwo, że choć jej przyszły syn jest jak najbardziej zdrowy, to jednak będzie gejem. No i ma kobieta dylemat - urodzić czy nie urodzić. Żeby było jeszcze ciekawiej, jej brat jest gejem (w tej roli wtedy jeszcze bardzo młodziutki Brendan Fraser), więc dylemat siostry nim nieźle wstrząsa, a swoje do jego dramatu dodaje jeszcze ich matka (Faye Dunaway, więc choć nie jest to specjalnie dobry film, to z pewnością ma niezłą obsadę), która, zapytana przez syna, czy gdyby wiedziała, jaki będzie, zrobiłaby aborcję, nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć (choć oczywiście go kocha, akceptuje itd., itp.).

I tak w owej nieszczególnie ambitnej produkcji telewizyjnej teza Moir i Jessela o tym, że ich "odkrycie" pozwoli wyeliminować ze społeczeństwa tych, którzy mniej lub bardziej odstają od normy, okazuje się wcale nie być taka absurdalna. To tylko film, jasne. Tyle że co jakiś czas docierają do nas kolejne wieści o tym, że oto odkryto, że geje mają mózgi podobne do kobiecych, lesbijki do męskich, a na dodatek mają zazwyczaj dłuższy palec serdeczny od dużego, ale za to nie podniecają się gejowską pornografią, która działa zarówno na gejów, jak i mężczyzn heteroseksualnych itd., itp. I co jakiś czas ktoś się tym ekscytuje, w mniejszym lub większym stopniu (a nawet nadal zdarzają się osoby niehetero podekscytowane archaiczną "Płcią mózgu"!). Lubię naukę, ba, nawet zajmuję się zawodowo jej popularyzowaniem. I nie uważam, że są rzeczy, którymi nie powinna się zajmować, nawet jeżeli wydają się bezdennie głupie (anegdotyczni amerykańscy naukowcy), wszak nawet zdobywcom Antynobla udało się jakiś czas potem chapnąć Nobla. Tyle że owo zagłębianie się w pochodzenie wszystkiego, co nie jest "takie, jak być powinno" powolutku i po cichutku tworzy nową rzeczywistość, która wcale mi się nie podoba.

No bo tak: nie da się nie zauważyć, że, przynajmniej jeśli chodzi o kulturę Zachodu, świat powoli staje się przyjaźniejszy dla wszelkiej maści odmieńców (co nie znaczy, że inne kultury są pod tym względem takie straszne, bynajmniej, czasami są, subiektywnie patrząc, mocno przed nami). Pewnie, że do mitycznego queerowego wkluczania nam daleko i raczej nigdy się ono nie urzeczywistni, ale spora część ludzi nie ma już problemu z tym, że niektórzy nie są heteroseksualni, nie są typowi pod względem wyglądu, seksualności, zachowania. Mieszają się role płciowe, narodowości, rasy, tożsamości, ogólnie jest fajnie. Tyle że pod tym wszystkim badacze pracują nie tylko nad tym, by żyło się nam lepiej, zdrowiej i dłużej (i byśmy mogli zabijać szybciej, łatwiej i mniej boleśnie), ale też nad określeniem, czym się różnią ci "inni" od "większości" czy udoskonalaniem cech uznawanych przez ową "większość" za pożądane. Brzmi trochę jak science fiction, tyle że w niektórych dziedzinach (sport wyczynowy jest tu chyba najlepszym przykładem) to już nie jest przyszłość, a tu i teraz.

Pytanie brzmi, co (a właściwie kto) będzie uznawane za pożądane, gdy projektowanie ludzi stanie się faktem, a nie czymś, co odbywa się w zaciszu mniej lub bardziej legalnych laboratoriów. W chwilach, w których się nad tym zastanawiam, zdecydowanie przestaję lubić nauki ścisłe. Bo, choć jest to pieśń przyszłości (o ile wcześniej ktoś nie naciśnie czerwonego guzika) i mnie z pewnością nie dotknie, to jednak jakoś nie mogę się pogodzić z utożsamianiem wartości czy sensowności czyjegoś życia z tym, czy ten ktoś wpisuje się w normę i posiada ileś tam społecznie pożądanych cech. Z tym, że gdybym urodziła się za te ileś tam lat, to byłabym (a może byłbym, kto wie?) np. heteroseksualną biuściastą blondynką z nogami do samej ziemi i zawiniętymi na końcach, uwielbiającą obsługę swego zmechanizowanego domku i wysokiego męża w typie nordyckim, bo ktoś nie tylko by uznał, że tak wygląda i działa idealna kobieta, ale też miałby moc sprawczą, by właśnie taka była i tak działała.

Piszę o tym wszystkim, bo w jakże fascynujących dyskusjach nad męskością, żeńskością i inną tożsamością wątki hormonalne i genetyczne pojawiają się nader często i na dodatek traktowane są w kategoriach prawdy objawionej. Tyle że osoby podnoszące takie argumenty zdają się kompletnie lekceważyć fakt, że to człowiek nadaje znaczenie czynnikom biologicznym i to on decyduje o tym, na ile naznaczają one życie jednostek. Z tego, że mózg biologicznej kobiety jest zbudowany inaczej niż mózg biologicznego mężczyzny, wynika jedynie to, że są zbudowane inaczej. Z tego, że ktoś dostał większą dawkę hormonów w życiu płodowym niż ktoś inny wynika tyle, że dostał większą dawkę. Reszta to TYLKO interpretacje, a przecież to od nich zależy, czy uznamy, czy dana osoba jest normalna, czy odbiega od normy, w ten sposób naznaczając całe jej życie. W tej całej fetyszyzacji i unaukowieniu normy ginie człowiek, autonomiczna jednostka, której prawo do samorealizacji, indywidualności, szczęścia i posiadania własnej opinii na swój temat już na wstępie pakowane jest do pudełka z odpowiednią etykietką, z którą musi sobie w taki czy inny sposób poradzić kosztem tego, kim mógłby być, gdyby najpierw nie dowiedział się, kim powinien być.

Dlatego w walce medycyna kontra poszerzanie granic normy kibicuję temu drugiemu.

sobota, 6 sierpnia 2011

Ja tylko wyrażam swoje zdanie

Mój prywatny hit internetu na dziś to list wysłany do firmy produkującej płatki śniadaniowe przez małego Krisa, który wychowywany jest przez dwóch ojców:
Jako że jest to sympatyczna ciekawostka, jakich wiele, nie znalazłby się na tym blogu, gdyby nie dyskusja, którą wywołał na Facebooku na profilu J. Jest to profil zaprzyjaźniony, więc, co ważne, w dyskusji wzięły udział osoby nieheteroseksualne oraz homofilne heteroseksualne. I tak, podczas gdy Amerykanie w podobnym gronie zastanawiają się, kiedy i jak firma General Mills zareaguje, u nas można przeczytać, że: takie akcje tylko wzmacniają stereotypy; list jest oczywistą fałszywką oraz próbą cenzury i/lub zastraszenia prywatnej firmy i dyktowaniem innym, na co mają wydawać pieniądze; to tak naprawdę preludium do masowych protestów, postulowania wprowadzenia kar finansowych dla takich firm i zakazu używania słów "mama" i "tata"; a tak w ogóle, to przez sam fakt jego istnienia wszyscy jeszcze bardziej nas znielubią. Żeby było jeszcze ciekawiej, w tej dyskusji osoby niehetero okazują się być podwójnie złe, bo nie dość, że chcą ocenzurować napis na pudełku płatków, to to samo robią z dyskutantkami, które się z nimi nie zgadzają. Na dowód tego twierdzenia obrończynie reklamy przywołują sytuacje, w których w rozmowach na innym profilu (!) i z innymi osobami (!) stały się obiektami wściekłych ataków i wyzwano je od ciemnogrodzianek i homofobek. A wszystko to tylko datego, że wyraziły swoje zdanie na temat parad. Najbardziej jednak rozczuliła mnie deklaracja, że, na skutek owego mało entuzjastycznego podejścia osób niehetero do jej zdania, jedna z dyskutantek nie zamierza już wspierać "akcji Miłość nie wyklucza i w ogóle Homików". Słowem wielki foch, a osoby niehetero są niedobre i nietolerancyjne, skoro atakują tych, którzy je wspierają.

Ilekroć czytam takie rozmowy, przypomina mi się tekst "Miś w ZOO" Damiana Niebieskiego o wdzięczności, której oczekuje się od osób niehetero w zamian za akceptację. A konkretnie ten fragment:

Nie chcę być takim miłym, milusińskim, serdecznym i grzecznym gejem. Orientacja nie powinna definiować mojego zachowania. Mojego prawa do gorszego dnia, do asertywności czy wypicia kawy bez cukru. Wydaje mi się, że część osób tego oczekuje. Pewnie nie wprost, i być może nieświadomie. Gdy już pozwolą nam być gejem czy lesbijką, to żądają w zamian jakiegoś bonusa. Nagrody. A co najmniej przyjęcia zaproszenia na Facebooku.

Nieodmiennie bawi mnie zaskoczenie (czasami wkurzenie) niektórych osób, które deklarują się jako homofilne, gdy nie odwdzięczamy się im się należytą dawką szacunku dla ich poglądów i na dodatek śmiemy uważać, że sami i same wiemy lepiej, co jest dla nas dobre, a za to kompletnie nie czujemy się odpowiedzialni/e za działania innych osób nieheteroseksualnych. Dyskusja o liście do producenta płatków śniadaniowych jest świetną ilustracją tego mechanizmu - niewinny temat, pozornie neutralny komentarz, że popularności ta akcja osobom niehetero raczej nie przysporzy, odpowiedź (tak, moja), że celem życia osób niehetero nie jest zabieganie o popularność i całkiem spora dyskusja pod tym, w której gdzieś znikły płatki, mały Kris i prawo konsumenta (również małoletniego) do zadawania pytań, a pojawiło się mnóstwo tekstów w rodzaju "sami jesteście sobie winni", "musicie zrozumieć, że ludzie oceniają was właśnie po takich akcjach" i nieśmiertelne "wy mnie atakujecie, a ja przecież tylko wyrażam swoje zdanie".

Rzecz jasna jest też tak, że w dyskusjach (zwłaszcza internetowych) również osoby LGBTQetcetera nie przebierają w słowach i czasem zbyt pochopnie wyskakują z ciemnogrodem i innymi inwektywami. Tyle że w homofobicznej aurze trudno nie mieć przynajmniej lekkiej paranoi. I gdy po raz enty próbujesz wytłumaczyć, że nie, nie jesteś wielbłądem, nie, nie pragniesz zbombardować wytwórni płatków Kix, nie, nie dążysz do supremacji nad światem, nie, nie postulujesz zakazu używania słów "mama" i "tata" (to ostatnie też pojawiło się w owej dyskusji o liście) itd., itp., to w pewnym momencie przestajesz tłumaczyć (a to akurat nie w tej dyskusji) i zaczynasz walić na odlew. I jest to coś zupełnie normalnego w sytuacji, gdy oczekuje się od ciebie, że będziesz się tłumaczyć z wszelkich aktywności osób niehetero, o których donoszą media. Gdy wciąż nie jesteś jednostką (choć masz imię, nazwisko i awatar), a nadal - grupą.

Jaki z tego morał? Że - z jednej strony - jest lepiej niż parę lat temu, bo nikogo już specjalnie nie dziwią (przynajmniej w zacnym gronie osób biorących udział w owej dyskusji) protesty przeciw ewidentnie obraźliwym akcjom, jak w przypadku świeżej jeszcze sprawy z pewnymi plakatami, o której od ponad tygodnia piszę na naszym fejsie (i która może niedługo doczeka się jakiejś szerszej refleksji na blogu). Z drugiej - że nie jest dobrze, skoro jakiś tam list jakiegoś tam Krisa zza oceanu staje się (w uważającym się za homofilne gronie!) przyczynkiem do wysuwania oskarżeń o cenzorskie zapędy i dyktowanie innym, co mają robić. Czyli: w porządku, możecie się bronić, gdy ktoś was atakuje, ale nie ważcie się przypadkiem nawet pytać o te elementy rzeczywistości, które was uwierają. Choćby był to napis na opakowaniu płatków śniadaniowych, wszak płatki to ostoja heterorodziny, więc wasze pytanie jest w istocie atakiem na nią i preludium do wprowadzenia zakazu używania słowa "mama". Swoją drogą, ciekawa jestem, co by było, gdyby mały Kris był po prostu wychowywany przez samotnego i jak najbardziej heteroseksualnego ojca. Zakład, że wszyscy by się wzruszyli?

PS Na wszelki wypadek - nie oczekuję od osób deklarujących się jako homofilne (tak jak od nikogo innego), że we wszystkim będą się ze mną zgadzać. Wspieranie kogoś nie polega na wyzbyciu się swoich poglądów. Ale tak samo proszę, by nikt nie oczekiwał ode mnie, że wyzbędę się swoich poglądów za cenę spojrzenia na mnie życzliwym okiem.

środa, 3 sierpnia 2011

Tragedia między Kayah z Nergalem a Dodą w bikini

Krótko po tragedii w Norwegii na Gazeta.pl ukazał się news o bohaterskim Niemcu, który uratował dwadzieścioro nastolatków z wyspy Utoya. Kilka dni później okazało się, że nie on jeden narażał życie, aby pomóc zaatakowanym przez Breivika - wśród ludzi, którzy pospieszyli z pomocą uczestnikom i uczestniczkom obozu młodzieżówki norweskiej partii rządzącej, była również między innymi para lesbijek Hege Dalen i Toril Hansen, którym udało się zabrać z wyspy czterdzieści osób. Napisał o tym portal W stronę kobiet, a kilka dni później... Plotek.pl, okraszając wiadomość tytułem "Lesbijki uratowały 40-stu nastolatków". Dla niewtajemniczonych (o ile istnieją) - Plotek to agorowy portal plotkarski, tak że news znalazł się w doborowym towarzystwie Kayah zachwyconej Nergalem i Dody w bikini na wakacjach.

Komentarze pod tekstem o Hege i Toril są, jak się łatwo domyśleć, momentami niewybredne, jednak przeważają te, w których forumowicze zapytują, co ma właściwie orientacja tych kobiet do tematu tekstu. Gdybyśmy żyły i żyli w trochę lepszym świecie, stwierdziłabym, że nic. Ale jako że nie żyjemy, zaryzykuję tezę, że to właśnie ona była powodem, dla której ów tekst znalazł się nie w dziale "Świat" na Gazeta.pl (tam, gdzie bohaterski Niemiec), a na Plotku. Kłopot tylko w tym, że to nie jest plotkowa informacja, bo to, że Hege i Toril są parą, nie unieważnia kontekstu całej sytuacji i nie sprawia, że automatycznie trafia ona do kategorii "sensacja". To nie jest sensacja, to jest tragedia, w wyniku której zginęło kilkadziesiąt osób. Ofiar mogło być więcej, gdyby nie te dwie kobiety. Skupianie się na ich orientacji, a nie na tym, co zrobiły, tak naprawdę im uwłacza, choć nie sądzę, żeby podpisanemu pod tekstem "Rudemu" w ogóle to przyszło do głowy.

Zastanawiam, czy naprawdę tak trudno jest pisać o czyjejś orientacji psychoseksualnej bez robienia wokół tego wielkiego halo. O ileż lepiej wyglądałby przecież tytuł tekstu, gdyby były to po prostu "dwie kobiety", a nie "dwie lesbijki". O ile fajniej byłoby zamiast "Para lesbijek: Hege Dalen i Toril Hansen, jadła właśnie kolację niedaleko wyspy Utoya, gdy nagle usłyszała strzały i krzyki przerażonych ludzi", przeczytać: "Para kobiet: Hege Dalen i Toril Hansen..." czy "Hege Dalen i jej żona Toril Hansen...". Znaczenie dokładnie to samo, informacja o orientacji bohaterek jawna, a wydźwięk kompletnie inny, coś jak "premier z żoną". Naturalnie, zwyczajnie, przezroczyście. Oczywiście hejterzy i tak swoje by wiedzieli, tyle że nikt już nie mógłby stwierdzić, że w tekście o tragedii najważniejszą rzeczą jest orientacja bohaterek. Nie, nie chodzi mi o to, by (szczególnie w mainstreamie, bo nasze media mimo wszystko rządzą się innymi prawami) nie używać "pewnych słów", ale o to, by o każdej tożsamości pisać dokładnie tak samo i nie robić z niej głównego tematu tam, gdzie ona tematem nie jest. W końcu ten sam autor w życiu nie użyłby sformułowania "para heteroseksualistów jadła właśnie kolację..." czy "heteroseksualny Nergal fascynuje heteroseksualną Kayah".

Jasne, że pisanie o innej niż heteroseksualna orientacji psychoseksualnej w sposób neutralny nie jest łatwe i wymaga tak naprawdę wcześniejszego przepracowania tego tematu z samym sobą. Nie wiem, jaka lampka zapaliła się w głowie "Rudego", gdy znalazł tę informację w zagranicznych mediach (lub na W stronę kobiet), ale obawiam się, że błysnęło mu między innymi coś w stylu: "Ojej, bohaterskie lesbijki, ale temat!". I jakoś mam dziwne wrażenie, że fińskiemu dziennikarzowi, który stworzył tego newsa:
tego typu myśli nie chodziły po głowie (a przynajmniej nie na tyle mocno, by odzwierciedlił je w tytule tekstu, w którym jest kilka intrygujących dla mnie, jako nieznającej fińskiego, słów, ale żadne z nich z pewnością nie jest "lesbijką").

To, w jaki sposób media piszą o osobach nieheteroseksualnych, jest tak naprawdę niezłym probierzem etapu, na którym jest społeczeństwo. My niestety najwyraźniej jesteśmy wciąż gdzieś na początku drogi, która prowadzi do tego, by przestać myśleć i pisać o lesbijkach, gejach, osobach biseksualnych itd., itp., a zacząć - o ludziach.

PS Oczywiście doceniam PR-owy aspekt tekstu. Tyle że w tej całej akceptacji nie chodzi o to, by widzieć w nas bohaterów i bohaterki, a o to, by widzieć, no właśnie, po prostu ludzi.