Przejdź do głównej zawartości

Kolejny kamyczek do ogródka


"Przecież nikt z nas nie jest bipolarny" - usłyszałam niedawno na spotkaniu kilkunastu lepiej lub gorzej znających się wzajemnie osób. "Bipolarny" (czyli po prostu mający ChAD - chorobę afektywną dwubiegunową) padło jako bardziej wyrafinowany zamiennik starego dobrego "psychicznego".

Sytuacja ta miała miejsce, jak to zwykle bywa z przytaczanymi tutaj historyjkami, w gronie oświeconych i uwrażliwionych na dyskryminację ludzi. Nikt, oprócz kilku osób, z którymi rozmawiałam po spotkaniu, nie zwrócił uwagi na te słowa. Ja też nie - dopiero po fakcie uświadomiłam sobie, że padły. I że nie powinny pozostać bez odzewu. A jednak pozostały.

Nie powinny chociażby dlatego, że wśród osób, które znam i ja, i autor tych słów, są co najmniej trzy z ChAD-em. To nie jest rzadka choroba. W ogóle choroby psychiczne nie są rzadkie. Ba, możliwe, że również ów autor jest na coś chory i po prostu jeszcze o tym nie wie, bo nie miał okazji odwiedzić psychiatry (to nie żart - moja zaprzyjaźniona terapeutka zupełnie poważnie twierdzi, że nie ma osób w pełni zdrowych, są tylko niezdiagnozowane). Tak jak jest całkiem prawdopodobne, że na tym spotkaniu był ktoś dwubiegunowy. Może nawet więcej niż jeden ktoś. Tylko że pan "przecież nikt z nas nie jest" najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że osoby leczące się psychiatrycznie nie mają tego wytatuowanego na czole. Że mogą świetnie funkcjonować w społeczeństwie. Na tyle świetnie, że, dopóki nie powiedzą o sobie wprost, nikt się nie dowie.

Nie tylko osoby nieheteronormatywne robią coming outy. Nie tylko one boją się odrzucenia, stygmatyzacji, wykluczenia. Nie tylko one borykają się z brakiem wiedzy otoczenia na ich temat, padają ofiarami dyskryminującego języka, są przedmiotem "żarcików". Tak, "pedał" i "ciota" to, według sondażu CBOS z 2007 roku, uznawane za najbardziej obraźliwe słowa z katalogu wyrażeń dyskryminujących określone grupy. "Psychiczny" pewnie nawet się nie znalazło na liście do wyboru. Wszak określenia tego typu nie są zaliczane, przynajmniej w powszechnym odbiorze, do mowy nienawiści. Ot, takie niewinne słówko. Wszyscy go czasami używamy, nieprawdaż?

Nie, nie zmierzam do jakiejś wyrazistej pointy czy mojego psychiatrycznego coming outu, choć byłby to piękny akcent na zakończenie tego posta. Po prostu wrzucam kolejny kamyczek do mojego ulubionego ogródka "jak to osoby dyskryminowane nie mają świadomości, że również dyskryminują". Ku przemyśleniu i przestrodze. Nie wiem, jak wam, ale mnie się zdarzyło parę razy w życiu zastygnąć z przerażenia, gdy ktoś, kto o mnie nie wiedział, powiedział przy mnie coś w stylu "niech ci zboczeńcy robią ze sobą, co chcą, ale od dzieci im wara". I czasami jest tak, że gdy my coś mówimy, to ktoś inny czuje dokładnie to samo, choć z zupełnie innego powodu. A nam to nawet nie przyjdzie do głowy.

Komentarze

  1. zgadzam się w pełni, moim ulubionym przykładem dyskryminacji w miejscu publicznym jest toaleta dla niepełnosprawnych, może się czepiam, ale jest toaleta dla męska, damska i dla niepełnosprawnych. Ewidentnie społeczeństwo akceptuje trzecią płeć, albo niepełnosprawni jej nie mają.

    OdpowiedzUsuń
  2. Żeby było zabawniej, ta dla niepełnosprawnych prawie zawsze jest dla kobiet i niepełnosprawnych, z czego ja wyprowadzam zawsze już monolog na co najmniej cztery tematy.

    OdpowiedzUsuń
  3. No, nie podzielam na pewno entuzjazmu pod adresem diagnostyki psyche, bo grozi nam raczej zawłaszczenie wszystkiego przez psychiatrów i psychologów, co się zresztą już powoli dzieje (brrr jak ja ich nie lubię...) - po prostu kolejna instancja władzy, dodajmy: apodyktycznej i skorumpowanej.

    Dlatego moim zdaniem bardziej niż kampania na rzecz uwrażliwiania ogółu pod kątem traktowania ludzi zdiagnozowanych, ciekawsza byłaby praktyka powszechnej samodiagnozy: jesteśmy nienormalni i psychiczni, więc co nam zrobisz, doktorku?

    Moim zdaniem wcale nie rechot jakiejś przypadkowej grupy, gdzie lecą bezmyślne żarty, ale władza tych doktorów i doktorek (najbardziej patologiczny przykład: pani psychiatra sądowy Teresa G. wypowiadająca się w telewizji na temat sprawy z Sosnowca średnio co drugi dzień) powinna w końcu spotkać się z napiętnowaniem i sprzeciwem!

    A nie ma lepszego sprzeciwu niż... odbieranie im kompetencji poprzez powszechną samodiagnozę. Nie stwierdzę oczywiście, że w każdym przypadku przyniosłoby to otuchę osobom zdiagnozowanym (spoko, nie martw się, ja to dopiero jestem czubkiem i patologią ;-) ale... właściwie dlaczego zawsze musimy działać według z góry ustalonych zasad? Znam osoby, którym przyniosłoby to otuchę. To trochę jak "dzień bez nieustannego gadania o anoreksji" w szpitalu dla anorektyczek - dzień ulgi!

    Inna sprawa to dobór słownictwa. Jak słyszę, że ktoś się popisuje nowym najmodniejszym zwrotem typu "choroba bipolarna" to też mnie skręca do sarkazmu: Chcesz komuś dosrać, to przynajmniej nie zakładaj, że ogół nie zrozumie, użyj słowa wariat, czubek, itd. - graj w otwarte karty!

    To tak jak ze zboczeniami - jak im się znudziła inwersja, to wprowadzili perwersję, potem dewiację no a w końcu - chyba jeszcze aktualny trend - parafilię!
    No cóż, właśnie te najnowsze obrażają bardziej niż te stare...

    OdpowiedzUsuń
  4. Dorzucę jeszcze jedno. Dla niepełnosprawnych, dla kobiet i dla matek z dziećmi.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czy naprawdę nie można przyjąć, że są osoby potrafiące ani tak nie myślec, ani - tym bardziej - nie mówić? Otóż są.

    OdpowiedzUsuń
  6. Inne niewinne słówka:

    wiocha, gówniażeria, zawodówa, plastik (o kobiecie a la barbie), mohery (nadużywane jako synonim starszej religijnej osoby)

    Przyznam, że z "wiochą" sam mam problem, nie daję rady u siebie wyplenić.

    OdpowiedzUsuń
  7. @bejbe
    Wszystko pięknie, tylko że czasami ta diagnoza ratuje życie. Tak że tak, oczywiście, samodiagnozujmy się i bądźmy patologią, ale jednak psychiatra czy psycholog nie musi być zły.

    @nikt
    Ależ z pewnością są.

    @Allek
    Ja mam problem z "dzieciakiem". Lubię używać, choć wiem, że to protekcjonalne. I chyba niefajne.

    OdpowiedzUsuń
  8. są jeszcze zawodowe:)

    urzędas, biurwa, pismak, robol, fizol, do łopaty, od pługa, przekupka, prywaciarz, psy...

    i jeszcze takie:

    denaturat, margines, patol, dupodajka

    OdpowiedzUsuń
  9. Tylko że, wracając do samego posta, większość grup (zawodowych i innych), od których pochodzą te określenia, raczej nie ma problemów z coming outem. Osoby chore psychicznie - tak. Więc to trochę inna historia.

    OdpowiedzUsuń
  10. No inna, ale powiązana.
    Dla mnie sprawa wygląda tak:
    jeśli mówimy o języku, to wszelkie nienawistne etykiety są głupie, warto zwracać uwagę na wszelkie przejawy i nie używać, w myśl złotej zasady: nie mów głupot. Język nienawiści to szczególne, wredne i często tragiczne w skutkach egzemplum języka głupoty.

    Edukowanie w kierunku bezsensu szerokiego i sztywnego kategoryzowania w ogóle i w kierunku refleksyjnego podejścia do stereotypów w ogóle jest równie ważne co edukowanie "nie mów: cyganić, ciota, świr, bo robisz tym komuś krzywdę".

    Odróżnienie na podstawie "mieć/nie mieć problemu z coming outem"? A nie o intensywność hejtu (powodującą zastraszenie, powodujące problem z coming outem) chodzi i o to, czy hejt słowo funkcjonuje jako przekleństwo-zastraszacz?

    OdpowiedzUsuń
  11. Akurat w tym przypadku coming out jest dobrym przykładem (choć niejedynym). To nie jest przecież tak, że osoby chore psychiczne są znienawidzone czy że określenie "psychiczny" jest bardzo nienawistne. Ale to one, nie "biurwy" czy "wieśniaki" mogą ponieść konsekwencje uprzedzeń i braku wiedzy na swój temat. O tej różnicy piszę.

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo ważny głos.

    Ja mam 26-letniego brata (heteryka), który od lat zmaga się ze schizofrenią. Byłam świadkiem kilku jego "coming outów", które zwykle miały tragiczny skutek (tak na serio cofały go w terapii o kilka miesięcy). Kiedyś, podczas gorszych dni, powiedział mi (a z mojego powodu interesuje się kwestiami LGBT), że "czasem sobie myśli, że wolałby być zdrowym gejem niż heterykiem ze schizofrenią".

    wish

    OdpowiedzUsuń
  13. Problem chyba tkwi w samym nazewnictwie - do dziś nie rozumiem dodatku choroba "psychiczna". Choroby takie w dużej mierze są takimi samymi chorobami jak każde inne, wynikają z nieprawidłowego funcjonowania organizmu. Owszem, mają też podłoże psychiczne, jednak wiele "normalnych" chorób i ich przebieg również skorelowane są w dużym stopniu z psychiką. Nic dziwnego, że przy takim nazewnictwie ludzie mają poczucie, że z nimi samymi jest coś nie tak, taki sam mechanizm działa przy byciu nazywanym "pedałem" i "ciotą".

    Nie jest to atak na znajomych Ewy - ale często bywa tak, że ludzie, nawet mając świadomość zmagań innych czy swoich(czy to z chorobą, czy z homoseksualnością), wcale nie wykazują zwiększonej empatii i zrozumienia. Największy ból ma miejsce w samotności, tam gdzie nie sięga wzrok postronnych. Ludziom się często po prostu nie chce się tam docierać myślą, a jednocześnie nie przeszkadza im to formować osądów, bo do tego wiele myślenia nie trzeba.

    Notabene, myślę, że lekceważenie obu grup w dużej mierze wynika z cierpiętniczej natury wielu spośród nas, na zasadzie "właśnie że ja mam gorzej", jednak nie mam żadnych dowodów na poparcie mojej intuicyjnej tezy :)

    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  14. Żeby rozwiązać problem lub zagadkę, najpierw - trzeba zawiązać węzeł!

    Dlatego ta dyskusja robi się coraz ciekawsza, bo padło już kilka "węzłowatych" pytań.

    Np. to: czym mierzyć zagrożenie grupy - czy jej problemami z coming outem? A może miarą siły nienawiści?


    Obie rzeczy trudno zmierzyć, ale są przecież do pewnego stopnia wzajemnie uwarunkowane.

    Może to po prostu obrazuje, czy patrząc z boku potrafimy się jakoś ustosunkować do przemocy: czy wystarczy nam ocena zachowania agresora, czy potrzebujemy jednak jakiegoś rysu ofiar (ofiary), jej charakterystyki, sylwetki, dla której poczujemy empatię.

    No i tu zawsze podchodzi kwestia wtórnej wiktymizacji i trudne chyba do uniknięcia rozterki - czy ofiara chce być nazwana ofiarą? I w którym momencie ten wytwór-tożsamość ofiary stanie się jej czynnym orężem obronnym? Czy to nastąpi?


    Więc co do oceny siły nienawiści, to przecież wbrew pozorom nie jest takie proste. Coś nami potrząsa i wydaje się nam, że widzimy przemoc, ale od razu brakuje nam danych, chwytamy się braku kontekstu - niekiedy jest to potrzebny trop myślenia.

    I tutaj ma nam niby przyjść z pomocą wyobrażenie (a niekiedy stereotyp) tożsamości ofiary, nie wystarczy ujrzeć sam czyn, trzeba sobie wyobrazić skutki i znaki.

    Może to po prostu empatyczna reakcja - nie chcemy za blisko przyglądać się przemocy, to naprawdę przykry widok i nie chcemy podchodzić jeszcze bliżej, brać to jeszcze pod lupę, raczej machinalnie odwracamy wzrok. A jak zamkniemy oczy, to przychodzą utarte symbole i możemy spróbować skupić się na ofierze.



    No ale jeśli chodzi o mowę nienawiści, to czy ciężar na tej huśtawce nie powinien zostać jednak położony na ciężarze czynu niż na tożsamości ofiary?

    Owszem, przy przemocy słownej, emocjonalnej, pojawiają się również cielesne syndromy zastraszenia, ale skoro to wszystko tak mocno zawieszone jest w języku i symbolach (czasami banalnych ale nośnych, np. "wieśniak"), to czy należy jeszcze dalej brnąć w tożsamości i symbole?

    Weźmy coming out osoby ze chorobą bipolarną: czy ta nieprzyjemna odzywka, o której była mowa, nawołuje do coming outu lub wprost zabrania tego coming outu? Oczywiście może wpłynąć na to, że ta osoba nie będzie chciała o tym mówić, ale z drugiej strony uzmysławia, że jest o czym mówić, że jest coś na rzeczy... Tyle że z intencji agresora w ogóle nie da się wyczytać jakiegokolwiek stosunku do tożsamości, gdy tę obelgę, o której mowa, traktuje zupełnie abstrakcyjnie i może nawet nie brać pod uwagę, że takie osoby realnie istnieją.

    W takich sytuacjach - jeśli akurat w tym gronie mamy odwagę - to można posłużyć się argumentami dotyczącymi aktu agresji, a nie tożsamości, w którą ta agresja godzi (albo - którą tworzy...).

    No ale są też takie sytuacje, gdy w ataku chodzi o to, że kogoś się prowokuje konkretnie... i nie chodzi o "jakichś tam" schizofreników albo zboczeńców, tylko wiadomo, o kogo chodzi. Wtedy... to już kwestia normalnego wyboru, jak w grze w zbijanego: po czyjej stronie stoimy, kogo chcemy obronić (w taki czy inny sposób), a kto jest nam w gruncie rzeczy obojętny...

    OdpowiedzUsuń
  15. Witam. Włączając się w dyskusję, najpierw chcę zgodzić się z bejbe: niemal w 100 proc. zgadzam się z tą opinią! Niemal, bo, po pierwsze chcę zwrócić uwagę, że na "kontakt" z psychologiem napędzają nie tyle oni sami (chociaż im w to graj), ale media (w tym moje ulubione TokFm), jak i zatrzęsienie owych śniadań, herbatek, kaw i innych głupot telewizyjnych, w których prym wiodą psycholodzy różnej maści "izmów". Żeby nie było, iż ot tak się przyczepiam: po pierwsze, jestem z wykształcenia psychologiem klinicznym, więc mam "glejt" na owe "izmy", czyż nie? ; po drugie, mam zdiagnozowaną depresję i od wielu lat zażywam lek, którego zadaniem jest wspomaganie produkcji serotoniny - neurohormonu zawiadującego, z grubsza, utrzymywaniem w normie nastroju (jest to problem dziedziczny - moja mama chorowała na depresje począwszy circa od 30 roku życia, miała 9 prób samobójczych, spędziła w okropnych szpitalach psychiatrycznych, bez sensu, sumując, 4-5 lat); po trzecie: pod koniec studiów (praktyki itp.) nabrałam przekonania, że nie tylko kompetencje, ale i predyspozycje osobowościowe większości absolwentów tego kierunku są tak zatrważające, że biada tym, którzy zechcą z nich skorzystać. Ale wprost: psychologia NIE jest nauką. To najwyżej zlepek pseudonaukowych koncepcji, które - jak spektakularne eksperymenty w stylu Zimbardo - niczego nie wnoszą, ale dają pole do popisu dla tworzenia efektownych, chwytliwych lecz bezwartościowych koncepcji.

    OdpowiedzUsuń
  16. Od lat spotykam się z szeroką detabuizacją faktu, że ktoś jest leczony psychiatrycznie, mowa np. o lekach. (tu @Allek) A jako obelga może zadziałać niemal cokolwiek, niestety. Pytanie o polityczną poprawność: jeśli tyle razy się słyszy, że np. jakaś osoba publiczna przeprasza za obraźliwe słowa wypowiedziane bezmyślnie, czy przy życzliwym założeniu realnego żalu z powodu takiej sytuacji (czyli że przeprosiny są szczere, a nie wymuszone) mamy raczej dowód lekkomyślności i braku świadomości możliwego rezonansu, nie intencji obrażania czy siania antypatii (by nie powiedzieć nienawiści)? Skoro takie wyjaśnienie jest z grubsza adekwatne do opisanej (w pierwotnym poście) wypowiedzi usłyszanej na spotkaniu towarzyskim, problem w braku wrażliwości. (@Bejbola: sytuację prowokacji wyłączam!). Jednak są słowa, których kontekst się zatarł. Wymienione zostały np. „ciota”, „świr”, ok. A „judzić”? antysemickie skojarzenie z Judaszem jako antybohaterem imaginarium chrześcijańskiego… czy to jest powszechnie rozumiane? Hm. To tylko jeden przykład… Drugie pytanie: w związku z komentarzem – czy głupota językowa zawsze jest powiązana z mową nienawiści?


    Z drugiej strony krycie tego, co jest diagnozowane albo postrzegane jako zaburzenie psychiczne (a to pojęcie relatywne do danych czasów, czego tu nie trzeba przypominać) może też być powiązane z wyobrażeniem „pokoju bez klamek” i kaftana bezpieczeństwa: choroba psychiczna konotuje niezborne, nieprzewidywalne reakcje, albo nawet nie reakcje, nagłe zachowania, wśród których mogą być gesty ingerujące w przestrzeń osobistą „zdrowych”, ba! Można się bać fizycznego ataku. Irracjonalne, ale w pewien sposób niestety działa.


    @Atlu: Tak. W tym sensie osoby niepełnosprawne nie mają płci. Nie mówię o squeerowaniu, przekroczeniu, wyjściu poza stereotyp binarny! Typowym postępowaniem np. wobec chorych dzieci w rodzinach jest długoletnie przeczenie, milczenie wokół seksualności, ubieranie „bezpłciowo” (w sensie niwelowania ewentualnych autów fizycznych, stawianie na dresy – jakie to wygodne – i infantylizację) i pewność, że takie dotknięcie nieszczęściem kieruje ku pobożności, nie ku cielesności. Ta „przecież” nie może dawać radości, może tylko zawstydzać. Dopowiem, że rzecz jasna nieco przejaskrawiam, i bazuję na tym, co obserwuję w Polsce.


    @Orso: Tym gorzej, że przyjmuje się w tym momencie, iż np. do muzeum z dzieckiem idzie tylko matka, że ojciec albo np. dziadek nie może się podjąć przewijania. Druga sprawa, jeszcze bardziej drastyczna, to miejsce do karmienia. Przy WC.


    @Kasia: Choroba psychiczna jako rodzaj choroby (dysfukcji) organizmu walczy z chorobą psychiczną jako rodzajem niedostosowania społecznego, w zależności od czasów na swoisty sposób rozumianego.


    @Bejbola: Jeśli chcę, by pomogło mi to, co da się w mojej sprawie zrobić w ramach prawnych, muszę siebie zdefiniować jako ofiarę. Inna sprawa, że prawo nie nadąża za każdym przypadkiem, który intuicyjnie może być postrzegany jako krzywda. W każdym razie mogę się uznać za ofiarę (na zasadzie odpowiadającej znanemu tytułowi: 50 000 000 Elvis Fans Can't Be Wrong) i sobie samotnie cierpieć w małym kąciku – lub urbi et orbi w internecie – przyjmując status ofiary jako swoistą część tożsamości. Mogę się jednak też uznać za ofiarę „operacyjnie”, np. by złożyć pozew, bo czuję się czymś pokrzywdzona.

    OdpowiedzUsuń
  17. frog@dog
    "Ale wprost: psychologia NIE jest nauką."
    Znam jedną wredną Maupę (czy to już mowa nienawiści jest?), która po przeczytaniu powyższego, szczerzy się jak hiena i zaciera przednie łapki. Ona też to w kółko powtarza ale jej nikt nie wierzy. Bo nie ma "glejtu".
    Psyche nie istnieje, to ludzki wymysł. Wszystko co się dzieje w mózgu to tylko procesy fizykochemiczne, nie do końca poznane...

    OdpowiedzUsuń
  18. la petite parisienne
    "Psyche nie istnieje, to ludzki wymysł". Według mnie Psyche nie jest odrębnym obiektywnym bytem zagnieżdżającym się w ludzkich istotach, ha, ha. Ale rozważania o Psyche to domena filozofów i nic tu po mnie. Mówiąc, że psychologia nie jest nauką, nie neguję istnienia psychiki, lecz uważam, że narzędzia badawcze, jakimi obecnie dysponujemy do opisu zjawisk i procesów psychicznych są marne. To sprawia, że istnieje mnogość osobnych teorii, pozornie wewnętrznie spójnych, ale nie dających podstaw do interpretacji. Tymczasem psychologia stała się już biznesem, który żeruje na milionach ludzi wmawiając im, że poprzez korzystanie z tego psychobiznesu rozwiążą swoje prawdziwe lub wmówione problemy. W gruncie rzeczy prowadzi to do rozdymania Ego zarówno tych nieszczęsnych psychologów, jak i ich klienteli. Horror. Czy ktoś pokusił się na zbadanie, jakie zmiany następują w osobowości, systemach wartości tej armii psychoterapeutów? "Znaj proporcje, mocium panie", to nie jest ulubione hasło ludzi tej profesji.

    OdpowiedzUsuń
  19. frog@dog
    Zgadzam się, to kwestia braku narzędzi.
    Psychologia pożera własny ogon, na fali różnych mód, pojawiają się kolejne "światłe" teorie i koncepcje. Za dużo w tym ideologii...

    OdpowiedzUsuń
  20. @Gryna

    Nie kwestionuję korzystania z możliwych narzędzi prawnych, w tym również statusu ofiary. Ale... w praktyce nie zawsze bycie ofiarą automatycznie oznacza uznanie za ofiarę przez organy prawa, często w system prawny wbudowany jest przymus do przybrania określonej postawy ofiary. Najczęściej - pokornej ofiary, ale również i w tym aspekcie, że najpierw ktoś musi cię uznać za ofiarę w świetle prawa, zanim ten status naprawdę uzyskasz.

    OdpowiedzUsuń
  21. A propos...Kto, co i dlaczego uważa za niebezpieczne/obraźliwe/niepoprawne politycznie?
    http://wyborcza.pl/1,99069,11162567,Niebezpieczne_robotki.html
    O siebie dodam, że wykazanie związku symbolu swastyki z operą "Halka" Stanisława Moniuszki , jest dziecinnie proste.
    Nie daj Boże, gdyby sie na makatkach Drożyńskiej pojawiło słowo "Murzyn" albo, co gorsze, "ciota".

    OdpowiedzUsuń
  22. frog@dog, @la petite - PSYCHOOFFTOP

    Oszfak, to po co mi te studia (po cholerę mi te pióra, po cholerę mi te pióra, krzyczała pijana papuga)? I jak o mnie świadczy wybranie tego właśnie kierunku (wiem i bez Was :D)?

    Obija mi się po głowie wykład Seligmana, który należało obejrzeć na pierwsze zajęcia ze społecznej, w którym niezwykle dowcipnie mówił, że stan współczesnej psychologii jest "not good enough" ponieważ bardzo, ale to bardzo wydrążono kierunek jak zrobić, by ludzie byli "less miserable" a za to prawie wcale nie wydrążono kierunku, jak zrobić, by ludzie byli "happier".


    Uparcie nie potrafię znaleźć nic złego w szukaniu technik/podejść/ba, nawet tricków, które pomogą zrobić coś w jednym lub drugim kierunku, zwłaszcza w drugim.

    Aczkolwiek to, że psychologia zastępuje filozofię (nie?) i kreśli wszystkim horyzonty myślenia właśnie czymś w rodzaju "dyskursu choroby i ozdrowienia" nie jest fajne. Stawanie obok nauk przyrodniczych i lśnienie jako "teoria człowieka", eeee, nie powiem, że na to jest za wcześnie, choć niektórzy scjentyści właśnie tak uważają (bo zaraz, za chwilunię dorwą i przesłuchają te wszystkie komórki w mózgu i te 97% znaczenia DNA i już).
    A tak w ogóle, to co jest problemem? To, że psychologowie każą sobie oddawać kult jako kapłanom nowej religii, czy duch czasu, niezmordowanie poszukujący WYJAŚNIENIA przez wielkie WU?

    Już dalej nie można było odbiec od tego potencjalnego człowieka leczącego się na CHAD, słuchającego znajomego Ewy...
    Pewnie znajomemu wystarczyłaby przyjemna sytuacja towarzyska, typu "mamy, konkretnie to ja mam i w ogóle to się nie klei z tym co mówisz".
    Bądź kilkukrotne zwrócenie uwagi przez osoby, które zna i ceni.
    I żadne specjalne regulacje i zakazy nie są tu potrzebne.
    Aczkolwiek pisząc to mam wrażenie, że ulegam (oj, przepraszam frog@dog, przepraszam @parisienne) efektowi fałszywej powszechności. Obracam się wśród reformowalnych i w miarę życzliwych światu ludzi, to mi się zdaje, że wszyscy tacy są, więc w każdym wypadku "ktoś zareaguje", w każdym przypadku "ktoś się zastanowi" i w efekcie zamknie głupią jadaczkę swą.

    OdpowiedzUsuń
  23. Allek, ja bym na to nie liczyła. Wszechpotężna jadaczka lubi podążać przed myślą, często także u tych, którzy są "reformowalni i w miarę życzliwi światu". Wystarczy więc o tym pamiętać, by nie brać zbyt serio chlapnięć pod naszym adresem, co uczyni nas szczęśliwszymi :)

    OdpowiedzUsuń
  24. No, to psychologom juz "dokopaliśmy":) Psychiatrom już nie wypada bo nie kopie się leżącego (patrz: biegli psychiatrzy vs Breivik).
    Ale ja nie o tym...
    frog@dog , All_ek - całe szczęście, że jadaczka przed myślą bo, po pierwsze, Ewa mogła zweryfikowac swoja opinię o znajomym, po drugie, zdecydowanie wolę kiedy ludzie mówią co myślą, nawet jeśli jest to "mowa nienawiści" a nie, w ramach politycznej poprawności, używają "mowy miłości", zgłaszają désintéressement albo wręcz okazują życzliwość np. w kwestii mojej nieheteronormatywności a potem robią mi koło dupy.
    Obszarem niezbadanym (bo, niebadalnym) jest ilość osób używających politycznie poprawnych zachowań i języka a myślących coś wręcz przeciwnego.

    OdpowiedzUsuń
  25. Przecież ten tekst nie jest o weryfikacji opinii o kimkolwiek, a o braku wiedzy i/lub wrażliwości czy empatii, skutkującym takimi właśnie "żarcikami".

    Co do psychologów, terapeutów itd. - jednym pomaga terapia, innym ksiądz, jeszcze innym grono życzliwych ludzi. Nie byłabym więc taka hej do przodu z ocenianiem cudzej pracy czy metod.

    OdpowiedzUsuń
  26. Obawianie się rozmowy z terapeutą, psychiatrą, psychologiem jest w moim przekonaniu objawem lęku. Trudno powiedzieć czy irracjonalnego, ja tego nie oceniam.
    Gdyby nie to, że pewna Młoda Dama nie chciała rozmawiać z "żadnym" terapeutą/psychiatrą/psychologiem, pewnie żyłaby do dziś. Ale powiesiła się na wieży w Kolibkach 20 października 2010r.

    OdpowiedzUsuń
  27. @Ewa, DV
    sprzeciwianie się hegemonii psychologii i uczulenie na jej nadużycia nie jest ani dyskredytowaniem psychoterapii jako całości ani obawą przed nią

    przynajmniej z mojej strony, a o ile dobrze widzę, nie tylko z mojej

    OdpowiedzUsuń
  28. @All_ek
    Dobrze widzisz, psychologu in spe;)

    OdpowiedzUsuń
  29. psycholgu:)
    nie rób błędów, proszę Cię:)

    OdpowiedzUsuń
  30. @Allek
    Ale też pisanie o pozytywnych efektach psychoterapii czy podawanie przykładów osób, którym pomogła/mogła pomóc nie jest zaprzeczaniem istnieniu nadużyć czy hegemonii, nieprawdaż?

    BTW, nigdy nie byłam fanką psychologii, a takie typki jak Eichelberger budzą we mnie wyłącznie irytację. Ale też z moich nielicznych kontaktów z psychologami czy psycholożkami (jako przedstawiciel(k)ami swojej profesji, a nie znajomymi) mam wyłącznie pozytywne doświadczenia. Stąd: pisanie jedynie o hegemonii średnio mi pasuje, bo giną w nim właśnie owe pozytywne przykłady. A brak zaufania może być równie szkodliwy co nadmierne zaufanie.

    OdpowiedzUsuń
  31. http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114757,11151430,Pobudzenie__agresja__psychoza__Ludzie_na_hustawce.html
    W temacie. Moim skromnym zdaniem, wyjątkowo obrzydliwy artykuł.

    Kasiek

    OdpowiedzUsuń
  32. Dziękuję za ten wpis, moja mama od pięciu lat choruje na ChAD. Wstydzę się o tym mówić komukolwiek, bo wiem jakie są reakcje ludzi na takie sprawy. Nasza dalsza rodzina odcięła się od nas, gdy się dowiedzieli. Zostałam z tym sama, bo nawet ci bardziej "oświeceni i wrażliwi" ze znajomych wolą się od tego trzymać z daleka, jakby to było coś zaraźliwego. Moja mama jest bardzo wartościową kobietą, bierze leki, które pomagają jej funkcjonować, a i tak skazana jest na ostracyzm. Cieszę się, że ktoś wreszcie zwrócił uwagę na ten problem. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  33. Założę się, że osoby, które się od Was odcięły, znają niejedną osobę z ChAD. Ba, może się nawet z nią przyjaźnią! Tylko nie mają o tym pojęcia (tak jak i ja swojego czasu nie miałam). Smutne jest to, co piszesz.

    OdpowiedzUsuń
  34. Dzięki również :) Z racji wykształcenia wiem sporo o problemach wśród moich znajomych - dużo osób mi się zwierza, a ponadto pewne rzeczy po prostu widać - i mniejsze lub większe zaburzenia psychiczne ma wielu z nich. Jednak publicznie o tym nie mówią, bo boją się odrzucenia.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…