niedziela, 11 marca 2012

Z życia homoseksualistek: inteligentny człowiek bez kompleksów


W tym odcinku cyklu "Z życia homoseksualistek" wrócimy do miejsca, które zainspirowało jego powstanie, czyli na forum Kobiety Kobietom. W moich ulubionych debatach wizerunkowych (tak, nadal trwają!) nastąpił bowiem pewien przełom - otóż do wywodów o "męskości", "kobiecości" i o tym, dlaczego mężczyźni z waginami śmią uważać się za kobiety, doszedł jeszcze jeden element - nieokreślanie się. Co to ma wspólnego z największą dyskusją filozoficzną wszech czasów, zapoczątkowaną wiekopomnym pytaniem "Dlaczego bucz?". Ha, wszystko! Ale zacznijmy od początku:

To się bardzo często powtarza na tym forum. O ile jeszcze jakoś rozumiem niechęć do wartościowania, to skąd niechęć do zwykłego określania? Nieokreślone kojarzy mi się z nieistniejącym, nijakim, specjalnie ukrywanym / pomijanym. Oczywiście nie chodzi mi o lesbijki, które dopiero co odkryły swoją orientację i nie chcą od razu przyjąć jej do wiadomości i wolą siebie nie określać, ale niektóre z Was jakby zrobiły z tego całą ideologię, której nie rozumiem. Z jakiej racji lepiej za bardzo siebie nie określać, nie dzielić, skoro podziały i tak istnieją? Np. na buczki i femki, nieważne jak go nazwiemy i gdzie wytyczymy mu granicę, taki podział po prostu widać, po co od tego aż tak uciekać?

Och, łał. Po takim zajawieniu tematu naprawdę nie wiedziałabym, co napisać. Bo z tego, co powyżej, wynika, że: określanie to wprawdzie nie wartościowanie, ale za to z pewnością dzielenie. I nieważne, gdzie właściwie ów podział przebiega i jak się go nazywa, ale z pewnością istnieje i go widać. Po prostu! Szczęśliwie czytelniczki forum (w tym autorka tego, co powyżej) okazały się mądrzejsze ode mnie i ową nieokreśloność określoności bijącą z założycielskiego posta wątku "Skąd w was ta niechęć do podziałów, określania się?"  twórczo rozwinęły. I to nawet w kilku teoriach. Pierwsza:

Jestem w stanie zrozumieć to, że ktoś nie chce się określać. (...) ludzie z reguły nie lubią być szufladkowani, bo chcą się czuć wyjątkowi, indywidualni. Nie lubią przyjmować do świadomości, że są tak naprawdę zwyczajni, tacy jak wielu innych.

I w związku z tym wybierają opcję "nieistniejące, nijakie, specjalnie ukrywane / pomijane"? Hm, trochę dziwnie to wygląda w zestawieniu z wyjątkowością i indywidualizmem, ale co ja tam wiem. Choć coś w tym jest - nie lubię przyjmować "do świadomości". Do wiadomości - czasami. Czy to już świadczy o mojej wyjątkowości? Niestety niekoniecznie. Patrz - teoria druga:

Inteligentny człowiek bez kompleksów, dobrze znający siebie, nie dość że dobrze się czuje w swojej szufladce, to jeszcze szczyci się tym, kim jest. Człowiek widzi różnorodność, ale widzi też (...) powtarzalność w tej różnorodności, często występujące schematy i potrafi siebie w tym umieścić, czy faktycznie się wyróżnia, czy wpasowuje jednak w schemat.

A zatem niechęć do określania się, bycie nijaką, nieistniejącą, wynika z głupoty, kompleksów i nieznajomości siebie. Czyli po prostu z bycia facetem z waginą. Nie wierzycie? To przeczytajcie teorię numer trzy:

Dlaczego to zazwyczaj osoby typu butch (bądź takie, które za cholerę nie chcą przyznać, że są butch, ale doskonale wiedzą, że ktoś tak mógłby je określić) tak niechętnie, czasem z odrazą odnoszą się do tych podziałów? Zdążyłam zauważyć, że po prostu najczęściej ładne, kobiece panie lub panie wykształcone, zadbane, o dużej pewności siebie, świadome własnego intelektu raczej mają z tym mniejsze problemy. Wydaje mi się, że niechęć do "podziałów" wynika z tego, że te które czują, że są gorsze (a przecież niekoniecznie są), są niedowartościowane w jakiś sposób (czy to pod względem wyglądu, atrakcyjności, wiedzy czy czego tam jeszcze), "nie mają jaj" żeby spróbować się określić, lub przyznać, że podziały istnieją. Uwaga do tego co napisałam: ja za femme uważam kobiety, które same siebie uważają za atrakcyjne (tylko tak szczerze), które są świadome własnej wartości, przy czym w dużym stopniu są kobiece (co nie oznacza ładne/piękne).

O kurczę! Tyle treści w tak krótkim komentarzu, że właściwie powinnam przeanalizować go po kawałku, ale może uda się całościowo. Po pierwsze - wychodzi na to, że osoba (bo przecież nie kobieta ani tym bardziej pani!) typu butch jest niewykształcona, zaniedbana, niepewna siebie, niedowartościowana (a miało nie być wartościowania!) z powodu wyglądu i nieświadoma własnego intelektu (i jak tu się określić jako butch?). Na dodatek nie ma jaj (oj, a femka ma? Oj!). Po drugie, jeżeli już osoba typu butch się określi (nie wiem do końca, jako kto, ale pewnie jako butch, albo, o zgrozo, lesbijka) lub chociaż przyzna, że podziały istnieją, to z automatu stanie się ładna, kobieca lub (uwielbiam to "lub" w tym komentarzu, pozwalające na interpretację, że albo jesteś ładna, kobieca, albo wykształcona, zadbana itd.) pewna siebie, dowartościowana, wykształcona, zadbana. Czyli przestanie być butch. Wniosek? Proszę pań i panów, mamy spisek mający na celu sprawienie, że buczki przestaną być buczkami. Ukryty pod jakże niewinnym i niewartościującym zabiegiem "określania się".

A jeśli któraś osoba zaprotestuje przeciw powszechnej unifikacji spod znaku "lub" i mimo tego, co powyżej, odmówi określenia się? To oberwie teorią numer cztery:

To... wyniosłość albo tchórzostwo. Macie jakieś cechy i nawet nie chcecie przyznać, że je "reprezentujecie". Prawie żaden schemat, żadna grupa nie jest warta, żeby całkowicie do niej należeć i brać za to odpowiedzialność, i być z tego dumnym?

No i chała. Już zaczynałam odnajdywać coś określonego w owej dyskusji o określoności, a tu nagle okazuje się, że wcale nie chodzi o niedowartościowanie, a o wyniosłość, czyli poczucie bycia lepszą (osobą, bo nie kobietą lub panią). Albo o tchórzostwo, no ale skoro jest wybór, to ja wolę wyniosłość. A na dodatek określanie się, czyli wchodzenie w schematy, to to samo co przynależność do grupy (kółka zainteresowań, organizacji, stowarzyszenia, grupy wsparcia, zespołu rockowego?), i to nie byle jakiej, a takiej, do której się należy całkowicie, odpowiedzialnie i z dumą. Czyli stanowczo coś nie dla mnie. Chociaż... Troszkę mniej niż dwadzieścia lat temu śpiewałam w zespole noise'owym - całkowicie, odpowiedzialnie i z dumą. Nada się? To ja poproszę o opcję bez "lub".

18 komentarze :

:) LUB jest prawdziwe, jesli jeden element jest prawdziwy, lub wszystkie:)) Tak wiec nie mozna sie czepiac :) . "Jestes kobieca LUB wyksztalcona"? To znaczy - jestes kobieca BADZ jestes wyksztalcona BADZ jestes i kobieca, i wyksztalcona :)
pozdrowienia!
Maciek :)

W logice matematycznej - bezwzględnie tak. W potocznej polszczyźnie "lub" bywa zastępnikiem "albo". Czyli można interpretować i tak, i tak. A jako że tekst jest satyryczny, to... :)

Ale to bardzo ciekawe wypowiedzi tym razem z forum!

Ja się z nimi w większości zgadzam, oczywiście z wyłączeniem tych docinków, które w niektórych wypowiedziach są, ale:

1) panuje "wiercipięctwo": kategoria "nieokreślona" zrobiła karierę, ale nie na zasadzie wyboru politycznego, tylko na zasadzie nowej taryfy w telefonii komórkowej - musisz zmienić taryfę i telefon, żeby nie czuć się zaszufladkowaną. Beznadziejny indywidualizm "rynkowy", wszyscy są tak "wyindywidualizowani", że aż śmiesznie identyczni w swoim dążeniu.

2) w związku z powyższym: czy nieokreśloność jest w ogóle sensowym wyborem politycznym na dziś? (także w sensie polityki "wewnętrznej", wewnętrznego dialogu lgbt)?


Ucieczka od stereotypów jest karkołomna i eskaluje tak naprawdę jeszcze więcej podziałów. Czasem oczywiście, jest to potrzebne, bo podziałów nie trzeba ukrywać, ale zazwyczaj kończy się to pod ścianą: jak ktos/ia daje tyradę na temat, jaka to NIE jest stereotypowa, to jak wołem z usteczek wychodzą uprzedzenia klasowe a nawet i rasowe nierzadko.


Dlatego te wypowiedzi z forum odbieram dość ciepło tym razem. Sporo cierpkich słów no i cóż: pokochajmy w końcu stereotypy, są na wymarciu, żywe chodzące stereotypy zostały poddane już takiej nagonce, że powinny mieć przyczepioną tabliczkę: ratunku!

Ależ ja kocham stereotypy. Bez nich często nie miałabym o czym pisać!
Tylko dlaczego ich wybór jest wciąż tak ograniczony? Przy takim menu często jedynym sensownym wyjściem jest zmiana restauracji.

Moim zdaniem wybór nie jest aż tak ograniczony.

Stereotyp zawsze mozna podkręcić, ale zdaję sobie sprawę, że nie w każdej sytuacji i nie w każdych okolicznościach mamy taką siłę.

Nie chcą w tej restauracji obleśnych obmacujących się lesb? No to będą je mieli, właśnie dlatego, że pewnie nawet na oczy takich w życiu nie widzieli, to może wreszcie zobaczą!

No ale nie zawsze, nie zawsze mamy na to siłę. A szkoda, bo można by wreszcie coś ten tego i to na tzw. publicznym widoku :P


Natomiast w restauracjach, gdzie zapraszają ludzi "gay'friendly" z odpowiednim portfelem do partycypacji w najnowszych trendach, to małpki, czyli my, wylatują na zbity pysk za jedno buzi. Więc w takich sytuacjach, to ja się wolę jednak zdobyć na coś więcej, niż jedno buzi, skoro i tak mi zwrócą uwagę i "grzecznie wyproszą".

Ściema indywidualizmu jest naprawdę rozległa i obopólna: tacy goście w klubie nawet nie wiedzą, że odwiedzając w zoo swoich ukochanych odmieńców tak naprawdę ich krzywdzą. Albo... zupełnie świadomie normalizują. Myślę, że metafora zoo mogłaby tu w ogóle się jeszcze rozwinąć w różne refleksje.


W każdym razie im bardziej zaprzeczysz, powiesz, że nie jesteś małpą, to tym więcej biletów się sprzeda a ty i tak wyjdziesz na małpkę.


Stereotypy - no niby to nie my je wybieramy, ale kto tak naprawdę je wybiera? I kto ma niby większy wybór?

PS.

Chyba jednak stereotypy nie powinny podlegać kategorii "wyboru".

Gdyby mozna było sobie wybierać stereotypy jak dania w restauracji, to gdzie problem przemocy, cierpienia, doświadczenia?

Ło, matko z córko! Przeczytałam raz, wypiłam kolejną kawę, przeczytałam jeszcze raz i pijąc kolejną kawę, doszłam do wniosku, że lepiej pość na spacer...(Żeby nie było żadnych watpliwości, mówię o tekscie pisanym kursywą.)
Napiszę tylko (bom przeczulona na tym punkcie), że nie istnieją mężczyźni z waginami, tak jak nie istnieją kobiety z penisami.

"Napiszę tylko (bom przeczulona na tym punkcie), że nie istnieją mężczyźni z waginami, tak jak nie istnieją kobiety z penisami."
Nie tylko istnieją jedni i drudzy, ale nawet niektórzy panowie byli w ciąży. ;)

Borze, borze, jakie to złe jest!
Jest łątka o nazwie Butch, o której już z samego zestawienia Butch vs. Femme nieciężko się domyślić kto ma plusa a kto minusa, która jest przydzielana ludziom na zasadzie >>bo tak<< - "a te gupie flondry, Pani, nie chco sie do bycia buczami przyznać, chyba trzeba będzie je troche butem przycisnąć żeby wreszcie zrozumiały gdzie ich miejsce".
Strasznie to przygnębiające, bo jakby nie spojrzeć i femki i bucze dostaną takiego samego kopa w zad od społeczeństwa, zwyczajnie za lesbijstwo, więc rzeczywiście robienie sobie bagna między sobą nawzajem na pewno jest bardoz pomocne.
Oczywiście jasne że tak to niestety działa, że jak się przynależy do grupy opresjonowanej to łatwo wpaść w kanał dosrywania sąsiadce/sąsiadowi z oślej ławki, żeby przez chwilę poczuć się jak ci lepsi, ci co to dosrywają a nie są glanowani, wystarczy posłuchać dowcipów o głupich kobietach opowiadanych przez i bawiących do rozpuku same kobiety. Tylko to tak strasznie smutne.

P.S. Witam wychodząc z lurkerskiego cienia

@reader
Prosze Cię...Krew się we mnie burzy...

Pogubiłam się trochę w tych podziałach..Ja jako standardowy butch z niestandardowym mniemaniem o sobie, a co tam wolno mi!Pewne jest jedno stereotypy tworzymy sami gdy "kilka" podnosimy do "wszyscy".A Ja i tak mam swoją szufladę.:)

Taaa, ja też nic z tego [wątku na KK] nie zrozumiałam. Ale bardzo się cieszę, że ktosie mają tyle samozaparcia, próbują zrozumieć i jeszcze się roztropnie ustosunkować. Szacunek.

@bejbe
Ty piszesz ogólnie, ja o tej konkretnej dyskusji. Przytoczone fragmenty to właściwie całość głosów "anty", tak że potencjalne określanie się zostało ograniczone do femme, butch, lesbijka, nielesbijka. I tylko w tym kontekście piszę o ograniczonym wyborze.

@la_petite_parisienne
Zgadzam się z reader. Choć akurat dla tego tekstu to nieistotne, bo "mężczyzna z waginą" to na wzmiankowanym forum po prostu "osoba typu butch". Serio, serio, to bardzo popularne określenie:)

@Janna
Również witam!

@Drejfer
Na tym polega idea cyklu "Z życia...", by się gubić:)

@Kratka
No roztropnie jak roztropnie. Taki hejcik malutki.

@Ewa
Tak, wiem. Popularne określenie. Tak, wiem, dla tego tekstu, to jest nieistotne. Nie zmienia to faktu, że to tylko określenie a nie stan faktyczny. Taki, (po)twór językowy;). Jak kobieta z jajami.

Może i hejcik, ale przynajmniej zgodny z regułami ortografii i gramatyki ;P

A czy potrzeba jeszcze więcej kategorii?

Wiadomo, że te cztery kategorie, o których było głównie w tekstach (femme, butch, lesbijka, nielesbijka) nie są zadowalające, ale co w takim razie można zdziałać na ich polu?

Znamy przecież te sytuacje, że gdy sporu przełożyć na konstruktywną stronę, to kolejna ławka się wyprowadza i idzie sobie gdzie indziej, ale chyba tylko po to, żeby zobaczyć, jak nam tu nudno w tym ścisłym gronie i jak w gruncie rzeczy - nijako (a za chwilę się jeszcze okazuje, że spotkały się ze sobą jednak wrogie bieguny i w końcu zostają z tego grupy... jednoosobowe).

Czy trzeba wytworzyć kolejny klub pod inną nazwą, czy może lepiej mówić wprost o lesbijkach lewicowych i lesbijkach liberalnych? Albo o butchach feministycznych i o klubowych boyach? O femme z proletariatu i o takich z katalogiem avonu na podorędziu (bo chcą mieć własne pieniądze :D )?
Więcej przymiotników i więcej konfrontacji.


Tak czy inaczej jest to skomplikowane, tylko że zabiegi językowo-nazewnicze powinny generalnie służyć zagęszczaniu dyskusji, a nie rozlewaniu jej na kałuże, z których nawet komar nie doleci do sąsiedniej. W Stanach np. starsze famme, które pracowały w fabrykach, postanowiły odzyskać to pojęcie dla siebie i opowiedziały swoje historie.
A u nas to jest tak, jakby liczyło się tylko to, co w przyszłości trzeba jeszcze będzie przeflancować i jaki nowy model uda się wymyślić, a jest ogromna luka w historii a właściwie w herstorii. Tej starszej i tej najnowszej.

A ta najnowsza objawia się również w tym jadzie, który się sączy na forach odnośnie wizerunku i nie tylko. Ale wszystko, co się wyłania, to tylko za pośrednictwem negacji: mówią, co ich mierzi, co im się nie podoba i jak powinno być, tylko że tym boksują w innych, a nie mówią, jakie jest ich własne życie tu i teraz, ile godzin dziennie dojeżdżają do pracy, czy zostawiają gumę w tramwajach, czy pogwizdują na laski, czy są samotne z wyboru, jak podrywają koleżanki na stołówce w fabryce albo czy mają jeszcze na to siły.


Po prostu jedna wielka smuta, a nie kwestia tego, czy komuś się układa teoria "złego środowiska" złożonego z dwóch, czterech, a może piętnastu kategorii.

Dalej nic nie rozumiem z tego, o czym piszecie ;P ale chciałam zgodzić się z przedpiśczynią, iż rzeczywiście. Strasznie w tym dużo szukania tego, co kobiety nieheteroseksualne dzieli, a nie tego, co je łączy.
Tylko dalej nie wiem, po co ;))))

@Janna
"Strasznie to przygnębiające, bo jakby nie spojrzeć i femki i bucze dostaną takiego samego kopa w zad od społeczeństwa, zwyczajnie za lesbijstwo, więc rzeczywiście robienie sobie bagna między sobą nawzajem na pewno jest bardzo pomocne".
Ot co! Zgadzam się w całej rozciągłości. Tyle, że to generalnie cecha porządku społecznego. Potrzeba - durna, atawistyczna, ale przez to mocna - hierarchizowania w myśl zasady porządku dziobania. A jak jeszcze przestrzeń jest ograniczona (nie tylko realnym murem, ma się rozumieć), to tym bardziej. Mentalne getto nie wymaga refleksji, wystarczą pięści albo niewyparzona gęba.

Prześlij komentarz