niedziela, 5 sierpnia 2012

Nie pisałam o...

Ostatnie tygodnie upłynęły nam na blogu pod znakiem związków partnerskich. Nie dlatego, że nic innego, o czym bym mogła napisać, w tym czasie się nie działo, ale dlatego, że najzwyczajniej w świecie nie miałam głowy do innych tematów. O czym zatem chciałam napisać?

Fot. NASA
O śmierci Sally Ride, pierwszej Amerykanki w kosmosie, promotorki udziału kobiet w naukach ścisłych, dzięki której miliony młodych dziewczyn uwierzyły, że i one mogą być astronautkami, bohaterkami, eksploratorkami i badaczkami. 23 lipca Ride przegrała 17-miesięczną walkę z rakiem trzustki. Dopiero po jej śmierci jej bliscy publicznie powiedzieli, że przez ostatnie 27 lat życia była związana z Tam O'Shaugnessy, z którą przyjaźniła się od 12 roku życia. Na naszym bardziej mainstreamowym profilu na fejsie (czyli niedawno odzyskanym "Gosia & Ewa in the Air") padło z tej okazji pytanie, jaki związek jej orientacja miała z tym, czym się zajmowała. Czyli, w domyśle, po co w ogóle o tym pisać, szczególnie w kontekście jej śmierci. W idealnym świecie odpowiedziałabym: po nic. W tymże samym idealnym świecie tę informację można by było wyczytać z rozlicznych kondolencji składanych jej partnerce, o której istnieniu wszyscy by już dawno wiedzieli i nikogo by ono nie dziwiło. Sally Ride nie musiałaby wiązać się z kolegą z NASA, decydować się na ukrywanie swojej tożsamości, aby mieć szansę na spełnienie marzeń o kosmicznych podróżach, a dziennikarze nie pytaliby jej, czy często płacze, czy nie zastanawia się, jak loty kosmiczne wpłyną na jej rozrodczość i czy zamierza się malować podczas pobytu na orbicie. Tyle że nie żyjemy w idealnym świecie. Ale być może decyzja jej bliskich, by opowiedzieć o jej orientacji, sprawi, że dla paru osób, które zobaczyły, że ich bohaterka była taka jak one, stał się trochę lepszy.

Chciałam też napisać o dwóch świetnych tekstach Marcina Rzeczkowskiego. Pierwszy to jego polemika z samym sobą sprzed 6 lat "Transgenderyzm – życie w zawieszeniu, cz. 2: Czy aby na pewno?". Streszczać nie będę, bo warto przeczytać całość, a chodzi o, jak to zwykle bywa z tożsamościowymi tekstami, które lubię, kwestię bycia sobą, niezależnie od tego, czy oznacza to wpisywanie się w normy i (pozorną) łatwość określenia i wyjaśnienia, kim się jest, czy wręcz przeciwnie. Drugi tekst Marcina traktuje o fikcji, jaką okazuje się orientacja seksualna, gdy przepuścimy ją przez transpłciowość. A oba, jak to zwykle u niego bywa, pokazują, że nic nie jest ani tak oczywiste, ani proste, jak wiele osób by chciało. Swoją drogą chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak wiele osób nieheteronormatywnych alergicznie reaguje na wszelkie rozważania tego typu i jak silne są tendencje normatywizujące wśród nas samych. Niby rozumiem, skąd się to bierze, ale mimo wszystko tak zażarta czasami obrona porządku, w który bynajmniej się nie wpisujemy, zawsze mnie zaskakuje. Oczywiście piję do wszelkich tekstów o osobach biseksualnych, niewpisujących się w płciowe stereotypy, działaczach i aktywistkach, i innych takich, bo to jest, oczywiście uśredniając, nasz poziom "debaty" o inności. Rozważań nad tekstami Marcina ani sobie nie wyobrażam, ani nawet nie wyobrażam sobie, że sobie wyobrażam.

Nie pisałam też o igrzyskach w Londynie. A konkretnie o tym, dlaczego, choć biorą w nich udział osoby otwarcie nieheteroseksualne, choć po raz pierwszy Arabia Saudyjska pozwoliła wystąpić w nich kobietom, choć w ogóle kobiety po raz pierwszy stanowią połowę uczestników i uczestniczek, i na dodatek startują w niemal każdej dyscyplinie, i choć mowa nienawiści w wydaniu zawodników i zawodniczek jest piętnowana i stała się powodem wyrzucenia paru osób, to jakoś nie potrafię się nimi cieszyć. A nie potrafię, bo ta cała otoczką równości, otwartości, akceptacji i innych rzeczy nie sprawia, że jest to miłe sportowe wydarzenie, przyjacielska rywalizacja między narodami. Nie mogę patrzeć na tę cudowną, zdolną, pracowitą chińską ekipę i nie myśleć o tym, że wywodzi się z hodowli, bo trudno to nazwać inaczej, sportowców, bezlitosnej dla pewnie 99 procent hodowanych jednostek, które mimo morderczego treningu od najmłodszych lat okazały się zbyt kruche, by sięgać po medale. Przerażają mnie takie dyscypliny jak podnoszenie ciężarów, może i efektowne, tyle że zabójcze dla kręgosłupa, kolan i paru innych rzeczy. Nie łapię nagonki na Radwańską, która ośmieliła się powiedzieć, że igrzyska naprawdę nie są dla niej najważniejszą rzeczą w życiu. Fajnie, że żyje w kraju, w którym nie muszą być. W którym brak medalu jest po prostu brakiem medalu.

I na koniec - nie pisałam też o przedziwnym przejawie dziennikarskiego "obiektywizmu", który kazał TVP zrobić program o "leczeniu" z homoseksualności jako kontrę (nazwaną drugą stroną medalu) do występu w tejże telewizji Beaty i Justyny, mam Jasia, a w którym Marzena Rogalska, którą dotąd ceniłam, uparcie próbowała wyciągnąć z zaproszonych gości stwierdzenie, że coś w tym jednak musi być. Na podobnej zasadzie w "Wyborczej" ukazał się właśnie pseudoobiektywny tekst dyżurnego socjologa mainstreamowych mediów Jarosława Flisa "Małżeństwa śmieciowe, czyli nie przestawiajmy drogowskazów" o tym, jakim to zagrożeniem dla społeczeństwa są związki partnerskie. Pełny tekst nie jest dostępny online, ale jak ktoś sobie życzy podnieść ciśnienie, to mogę podesłać na maila. Komentarza nie będzie, bo dziś o związkach nie piszę. A w każdym razie próbuję nie pisać.

37 komentarze :

dlaczego nie wyobrazasz sobie rozwazan nad tekstami Marcina? ja bez problemu potrafie sobie wyobrazic a nawet nie raz bralam udzial w takich rozwazaniach- shadow

no np- fascynujace jest rozwazanie czy tozsamosc czlowieka to tylko to co on sam mysli na swoj temat czy jednak ma tez znaczenie to jak jest postrzegany przez innych czyli uwzglednienie reakcji zwrotnej i potraktowanie jej jako wartosciowej wiedzy na swoj temat, a moze to typ relacji jaki nawiazuje z ludzmi( kobietami i mezczyznami) okresla istote czyjejs tozsamosci, moze tozsamosc czlowieka mozna okreslic tylko w relacji do innego czlowieka itd, itp

Tożsamość to tylko to jak się ktoś czuje/identyfikuje. Ale otoczenie widzi nasze "zewnętrze" ;] Tego właśnie osoby transseksualne nie są w stanie znieść, bo tłumaczenie każdemu i na każdym kroku na temat "ja się identyfikuję tak, a wygląd jest niestety inny" to trochę męczące (w praktyce niemożliwe). Dlatego zmiana wyglądu niejako narzuca traktowanie zgodne z płcią psychicznie przeżywaną i osoba transseksualna osiąga wewnętrzny spokój.
Relacje z innymi czyli zachowania zgodne z normami genderowymi są drugorzędne, aczkolwiek dopełniają całości i przeważnie są dla osób trans bardziej naturalne niż te narzucone im przez wychowanie.

W kontekście transpłciowości podpisuję się pod userem999.

Natomiast ogólnie i a propos "w relacji do innego człowieka".
Kiedyś na wykładzie usłyszałem, że Azjata nie zrozumie pytania Amerykanina "powiedz mi, jaki jesteś" i zapyta: "dobrze, ale w relacji z kim?" - bo tam dla każdego jest się kimś innym. U nas mówi się o pełnieniu różnych ról społecznych, tam - w kulturze kolektywnej - nabiera to głębszego znaczenia. Podoba mi się takie podejście, choć oczywiście nie potrafię nim myśleć. Włącza mi się tylko w relacji z moim partnerem - dla niego mam zupełnie odrębną tożsamość, którą bardzo lubię, ale nie jest ona przeznaczona dla nikogo innego.
Samą tożsamość traktowałbym jako miks wszystkiego, co wymieniasz, shadow?, ale w różnych proporcjach u różnych ludzi, grup ludzi (patrz wypowiedź usera o transach) i w różnych kulturach (indywidualistyczne c. kolektywne).


Ewo, mnie też ciekawi, dlaczego nie wyobrażasz sobie rozważań o moich tekstach ;)
Ach, i dziękuję Ci bardzo za ten akapit we wpisie. Nie mam poczucia, że tekst o orientacji jest dobry i dziwiło mnie, że zrobił się taki popularny - Twój komentarz do niego jest dla mnie ważny.

no dobrze- w przypadku osob transseksualnych, ktore wpisuja sie w dychotomie kobieta, mezczyzna wszystko jest proste w relacjach ale wlasnie w przypadku osob transgenderowych widze problem w komunikacji wcale nie wynikajacy z nietolerancji; czytalam kiedys, ze myslenie o ludziach w kategoriach kobieta, mezczyzna jest tak pierwotne i fundamentalne, ze gdy spotykamy osobe, ktorej nie jestesmy w stanie przyporzadkowac do jakiejs plci, ktorej wizerunek jest niespojny( wyglad, ekspresja ciala, zachowanie) nie jestemy w stanie nawiazac z nia realnego kontaktu bo wszelkie pojeciowe konstrukcje jakie mamy w glowie nie znajduja tu zastosowania
ja np. moge teoretycznie uznac, ze butch czuje sie kobieta ale juz na poziomie realnego konaktu nie mam poczucia obcowania z kobieta- mam poczucie, ze jest to osoba transgenderowa i tylko z braku kategorii, odpowiedniego jezyka moge okreslac ja jako kobiete( potwierdzajac biologiczny fakt ale napewno nie moja psychiczna percepcje, uczucia, zdolnosc do identyfikacji sie z nia) wiec widze tu problem pomiedzy tym, ze kazdy moze samodefiniowac swoja tozsamosc jak chce a percepcja z zewnatrz, ktora chyba tez jest uprawniona i moze wystapic rozdzwiek pomiedzy tymi dwoma punktami widzenia

@user999
W przypadku osób trans relacje z otoczeniem i zachowania zgodne z normami genderowymi są wyuczone czyli, w pewnym sensie, także narzucone przez wychowanie.
A, może, tożsamość to tylko to, jak komuś się wydaje, że się czuje?
W końcu, nauka nie ma zielonego pojęcia skąd się bierze transseksualizm, opisuje tylko jego objawy i mnoży teorie.
Osoby transseksualne są w stanie znieść wiele, wszystko zależy od stopnia samoakceptacji i pogodzenia się z faktem posiadania zaburzenia psychicznego. Zgoda, wygląd zewnętrzny (tu, pytanie co rozumiemy przez wygląd zewnętrzny) ma znaczenie dla postrzegania przez otoczenie i, w wielu przypadkach, warunkuje to, co nazywasz "spokojem wewnętrznym". Ale patrząc na Amandę Lepore, "ikonę transseksualizmu" (to, cytat), która ma ciele więcej blizn pooperacyjnych niż bohaterowie walk o wolność i demokrację, z tym spokojem może być różnie...

Marcinie, może od końca - jest dobry, bo jest prosty, choć wcale nie traktuje ani o prostych, ani o oczywistych kwestiach. Dla mnie to sztuka - pisać tak, by dodatkowo tematu nie zagmatwać, ale też unikać złudnego poczucia, że wszystko jest jasne i dookreślone.

Dlaczego nie wyobrażam sobie debaty? Próbkę masz i na "Czytam lewicową..." (wbrew pozorom to wcale nie jest odosobnione podejście), i na Homikach, i trochę też tu. Co osoba, to inna perspektywa, inne rozumienie, inna świadomość tego, o czym się mówi. W efekcie otrzymujemy ileś tam opinii, które nawet nie tyle nie są ze sobą do pogodzenia (bo na jakimś poziomie są), co po prostu są z innej bajki.

Ewo, dziękuję w takim razie raz jeszcze, Twój feedback jest dla mnie bardzo cenny.

@la_petite_parisienne:
"Osoby transseksualne są w stanie znieść wiele, wszystko zależy od stopnia samoakceptacji i pogodzenia się z faktem posiadania zaburzenia psychicznego".
Przepraszam, jakiego zaburzenia psychicznego? Jakie objawy transseksualizmu? Innymi słowy: czemu patologizujesz moją tożsamość płciową?
Akurat tu mam za wysoki stopień samoakceptacji, by potulnie godzić się z faktem, że inni ludzie uważają, że mam zaburzenie psychiczne.

@anonimowy/wciąż shadow?
Mnie na psychologii intensywnie uczyli, jak nawiązywać kontakt z ludźmi: wejść w ich świat, zaakceptować ich perspektywę.
Owszem, pod kątem stosowania tego w psychoterapii, w realnym życiu jest trochę trudno - szczególnie w dyskusjach światopoglądowych.
Niemniej jednak ja wierzę, że można i że tylko wewnętrzne lenistwo przed wyjściem poza swoje schematy poznawcze utrudnia ten kontakt. Akurat osoby trans, nie wpisując się kompletnie w heteronormę, wymuszają wyjście poza ten schemat... ale gdyby było jak mówisz, heteryk nie byłby w stanie nawiązać prawdziwego kontaktu z gejem, a heteryczka z lesbijką, bo przecież wg heteronormy mężczyzna to ktoś, kto się wiąże z kobietami, więc wiązanie się z innymi mężczyznami jest niespójne z zaszczepionym schematem mężczyzny. Ludzie zaczęli sobie z tym radzić, więc czemu nie mieliby kiedyś nauczyć się transpłciowości?

owszem, byc moze jest to lenistwo zeby przedefiniowac poznawcze schematy;) ja np. miala ostatnio problem zeby przedefiniowac swoja percepcje podczas ogladania dokumentu na tvn style o roznych "dziwnych" parach- nie mialam zadnych problemow z osoba trans k/m ktora tworzyla pare z ex lesbijka, zwiazek stworzony przez rodzenstwo przyrodnie itd; problem mialam z para dwoch doroslych osob, ktore zachowywaly sie jak 5 letnie dzieci i adekwatnie do tego ubieraly sie i zachowywaly; autentycznie mimo szczerych checi nie potrafilam mentalnie i emocjonalnie wczuc sie w doroslego faceta w krotkich portkach na szeleczki, z proca, infantylnie sie zachowujacego i doroslej kobiety w stroju elfa; oczywiscie- nikomu oni krzywdy tym nie czynia, jest to ekspresja ich tozsamosci ale ja chyba nie jestem zdolna do autentycznej relacji z taka osoba i mam z tym klopot

@Marcin
W odpowiedzi, posłużę się cytatem:
"...cieszę się ze szczęścia wszystkich osób trans, które mają zdrowe, uporządkowane życie – bez względu na użytą metodę."

@la_petite_parisienne
Napisałem to w tak odmiennym kontekście, że naprawdę nie rozumiem, co to ma wspólnego z tematem dyskusji i co dokładnie chcesz mi powiedzieć.

@anonimowy
Łatwiej jest, kiedy z kimś rozmawiasz i na bieżąco wysyłacie sobie sygnały, jak się odbieracie. Trudno nawiązać autentyczną relację z kimś z telewizora, prawda?

@Marcin
Odpowiedziałam Ci tym zdaniem, bo mi się spodobało.
Chcę Ci powiedzieć, że mam inaczej. Znam Twoje poglądy, z niektórymi się zgadzam, z innym, nie. Wyraziłam swój pogląd, dość z resztą, ogólnie, nie bardzo wiem, dlaczego uznałeś, że patologizuje Twoją tożsamość płciową? Mimo, iż uważam, że cierpię na zaburzenie psychiczne zwane transseksualizmem, nie postrzegam siebie jako osoby gorszej (czy lepszej) od innych ani, w żadnym wypadku, nie czuję się osobą patologiczną.
Są osoby transsekualne, które postrzegają siebie w sposób podobny do mojego, są, oczywiście i takie, które robią to podobnie jak Ty. Powody są różne, każdy z nas ma swoje. Nie mam najmniejszego zamiaru przekonywać Cię do mojego postrzegania transseksualizmu, zwłaszcza, że jest to debata o indywidualnych odczuciach, doświadczeniach, przeżyciach. Mówimy o czymś, co jest niemierzalne i, jak na razie, "niebadalne" naukowo. Wszelkie próby opisania tego zjawiska są, li tylko, próbami a definicje, z tychże prób wynikające mogą być akceptowane przez jednych a, odrzucane przez innych na zasadzie "lubię - nie lubię".

mme la_petite_parisienne: ...opisuje tylko jego objawy...
p.Marcin: Jakie objawy transseksualizmu?

Myślę, że chodzi o wypracowywanie standardów pozwalających daną osobę "zakwalifikować jako przypadek", zezwolić na [formalną] tranzycję. Inna sprawa, jakie te standardy (testy, wytyczne, etc.) są niesprawiedliwe i oparte na stereotypach ...

@Ewa: Ale o samym tekście można dyskutować. Na przykładzik: "A co z innymi osobami trans? Część ma ciało niezgodne z tożsamością płciową (np. transkobieta niezainteresowana korektą). Część ma ciało, którego nie da się jednoznacznie przypisać jednej płci (osoba po niepełnej korekcie płci lub w jej trakcie). Wiele osób trans nie ma nawet jednoznacznie męskiej lub kobiecej tożsamości płciowej (agenderysta, bigenderysta, genderqueer…)".
Dwa pierwsze zdania dotyczą cielesności, trzecie tożsamości nie płciowej (jak jest napisane), tylko genderowej (jak dowodzi to, co w nawiasie). To jest niespójne. I czy jest tu miejsce na interseksualność? czy nie brzmi to tak chic, jak agenderysta, bigenderysta, genderqueer czy genderfuck?

@Nowa
Mme? Wypraszam sobie! Mlle! :P:P:P

Oczywiście, że można dyskutować. Interseksualność jest określeniem cech biologicznych, pozostałe dotyczą tożsamości, tak że nie, tu akurat nie pasuje. Podejście do ciała (kwestia zainteresowania korektą, pełną lub niekoniecznie) jest pochodną tożsamości, tak że nie widzę niespójności.

@Ewa
Kobieta niezainteresowana korektą, nie jest zatem, kobietą, bo jak sama napisałaś podejście do ciała jest pochodną tożsamości.

Skąd ta konkluzja? Nie rozumiem.

Interseksualność nie tyczy się wyłącznie podręcznika biologii!

Znaną aktywistką walczącą o miejsce dla osób interseksualnych w społeczeństwie jest Cheryl Chase.

Część osób interseksualnych wprost walczy z doktrynami medycznymi nakazującymi operacyjne rozstrzyganie o płci, chcieliby żyć z taką budową ciała jaką mieli od urodzenia bez względu na to, czy to się medykom podoba, czy nie.

To właśnie osoby interseksualne doświadczyły i nadal doświadczają na własnym ciele skalpela binarnej heteronormy.

A od strony kulturowej były często instrumentalnie traktowane przez prawicę (choć nie tylko) jako przykład "psychicznych ofiar" rewolucji (tak zwanej) obyczajowej, feminizmu, homoseksualizmu i czegokolwiek chcecie.

Obecnie są albo "niewinnie" pomijane przez lgbt jako "grząski temat", ale instrumentalnie traktowane przez jednostronne ugrupowania transowe. Często np. są przytaczane analizy przypadków że komuś po urodzeniu skrojono płeć nie taką jak trzeba, bo trzeba było zdecydować się na... przeciwną... paranoja!

@Ewa
To Twoje słowa:
"Podejście do ciała (kwestia zainteresowania korektą, pełną lub niekoniecznie) jest pochodną tożsamości...
To słowa Marcina, zacytowane przez Gryn:
"Część ma ciało niezgodne z tożsamością płciową (np. transkobieta niezainteresowana korektą)."
Zatem, jeśli przywołana przez Marcina (trans)kobieta (wedle tożsamości płciowej) nie jest zainteresowana korektą, która wynika z tożsamości (według tego, Ty co napisałaś) ergo, nie jest (trans)kobietą.

@Ewa
Post scriptum.
Podejście do ciała jest pochodną tożsamości. Zgoda.
Kwestia zainteresowania korektą, niekoniecznie jest pochodną tożsamości.

Akurat to zdanie "Część ma ciało niezgodne z tożsamością płciową (np. transkobieta niezainteresowana korektą)."

w tekście Marcina jest moim zdaniem pomylone - albo mam nadzieję po prostu z pośpiechu pomylone. Transkobieta ma prawo nie być zainteresowana operacją. Wtedy pojęcie "korekty" w ogóle nie ma dla niej sensu, bo nie ma czego tu korygować. Nikt nie powinien się tu doszukiwać "niezgodności".

@Interb
Pełna zgoda! Transkobieta, która nie jest zainteresowana terapią hormonalną i operacjami nadal pozostaje transkobietą.
Zareagowałam na wpis Ewy, bo, IMHO, niezbyt szczęśliwie zabrzmiało zdanie o korekcie WYNIKAJĄCEJ z tożsamości.

@interb
Ależ nie twierdzę, że dotyczy wyłącznie podręcznika biologii. Twierdzę jedynie, że, w przeciwieństwie do pozostałych wymienionych, nie dotyczy wyłącznie kwestii tożsamościowych, jest związana z ciałem. Czyli osoba interseksualna może być genderqueer, genderfuck, bigender, ale też interseksualność jest czymś innym. Jeśli źle się wyraziłam, to przepraszam.

@la_petite_parisienne
Nadal nie rozumiem. Napisałam, że tożsamość (najprościej: bycie sobą i w efekcie to, czego potrzebujemy, aby sobą być) decyduje o tym, co robimy z ciałem, a nie - że ciało jest wyznacznikiem tożsamości. To, że są osoby trans niezainteresowane korektą jest wystarczającym na to dowodem. I jasne, że owo niezainteresowanie może mieć różne przyczyny, np. finansowe czy związane z niedostatkami chirurgii, ale to jest dla mnie bardziej kwestia potencjalnego zainteresowania w ogóle, niezależnie od czynników tego typu.

PS Nie miałam na myśli tożsamości płciowej, bo zdaje się, że do niej się cały czas odnosisz.

@Ewa
Wystarczy mi, że się zgadzasz, iż są osoby trans, niezainteresowane korektą i, że w związku z tym, tożsamość płciowa nie jest wyznacznikiem korekty ciała lub jej braku.

@Ewa
Tak, odnoszę się do tożsamości płciowej, bo Marcin się do niej właśnie odniósł, a Ty odniosłaś się do jego wpisu bez zdefiniowania o jakiej tożsamości, mówisz. Się wyjaśniło...

Dzięki za komentarz :-)

Czyli o tekście Marcina dyskutować da się i nie jest to nic strasznego :-) Co niniejszym czynimy!

Moim zdaniem jedyne, czego w tekście brakuje, to zachęta do oporu, albo chociaż zasygnalizowanie możliwości, że także czynny opór wobec wykluczeniom jest możliwy.

Jest zachęta intelektualna do utorowania ścieżek, do rozmawiania na jakichś wspólnych płaszczyznach o seksualności i pożądaniu z różnymi ludźmi.

No ale czasami trzeba też liczyć się z konfrontacjami (czyli że nie zawsze jest tak miło...), przygotowywać się na nie i czerpać tez z nich doświadczenie.

Można, można. Tak po cichu na to liczyłam, pisząc, że sobie tego nie wyobrażam:) Choć fakt faktem, że skoro tu, gdzie jest nas niewiele, jest tak pogmatwana, to trudno mi sobie wyobrazić poziom skomplikowania w mniej niszowym miejscu.

Zachęta do oporu, może nie za wielka, jednak chyba jest - w pierwszym przywołanym tekście, a konkretnie w historii z restauracji.

A, moim zdaniem, historia z restauracji, nie jest zachętą do oporu tylko do egzekwowania swoich praw. Istniejących.

Oj, mnie ta historia z restauracji zjeżyła i nie podoba mi się.

W ostateczności - proszę, to zawsze można zrobić, ale po pierwsze nie zawsze, bo odnosi się wyłącznie do bardzo sformalizowanych sytuacji, a po drugie eskalowanie problemu to sytuacja, w której ktoś pracujący na czarno albo na śmieciowej umowie w gastronomii dostanie po głowie od zwierzchnictwa...

No ale bardziej już chodzi mi o to, że to scenariusz na bardzo zawężoną listę sytuacji.

A jak widzicie opór?

@interb:
"Akurat to zdanie "Część ma ciało niezgodne z tożsamością płciową (np. transkobieta niezainteresowana korektą)."

w tekście Marcina jest moim zdaniem pomylone - albo mam nadzieję po prostu z pośpiechu pomylone. Transkobieta ma prawo nie być zainteresowana operacją. Wtedy pojęcie "korekty" w ogóle nie ma dla niej sensu, bo nie ma czego tu korygować. Nikt nie powinien się tu doszukiwać "niezgodności"."

Jest inaczej interpretowane, mam wrażenie.

W całym akapicie chodzi o gradację stopnia komplikacji w relacjach ciało/tożsamość u osoby w jakiś sposób trans. (Dlatego pod koniec pojawiają się tożsamości, które trudno zaszufladkować jako jednoznacznie męskie lub żeńskie).
W tym konkretnym zdaniu chodzi o taką sytuację, jak do pewnego stopnia mam w tym momencie ja, tylko odwróconą dla niepoznaki ;) Czyli o sytuację, w której nie ma i nie będzie zgodności pomiędzy tożsamością płciową (np. kobiecą), a ciałem (np. męskim). Bez ocen, że coś jest ok, nie ok, ma prawo, nie ma prawa. Natomiast bardzo, bardzo ciężko to opisać, szczególnie przy limicie słów (przekroczonym o 25%).
Ogólnie pisanie o transach to masakra, nawet niewinne "po zmianach" jest heteronormatywne, bo domyślnie oznacza "po SRS/trójce".

Odnośnie restauracji - interb, jak to widzisz w takim razie? Mam rezygnować z obrony własnych praw, bo pracownik, który zachował się wybitnie nie w porządku (on mnie dosłownie rozbierał tam wzrokiem, nie mówiąc o postawie, tekstach i całej atmosferze), może ponieść jakieś konsekwencje swojego nie-w-porządku zachowania?

ja mysle, ze skoro osoba tg sama zauwaza, ze pisanie o swoim doswiadczeniu to masakra i jest to bardzo, bardzo trudne do opisania to zrozumienie tego przez osoby postronne jest trudniejsze jeszcze bardziej- te osoby nie maja takich doswiadczen, zadne znane schematy pojeciowe tez nie dzialaja
postawa- ktos sobie cos pomysli- no i co z tego jest postawa obronna- ale nie prowadzi do kontaktu tylko do lagodzenia sobie bolesnosci braku kontaktu

Hej,

pisanie jest trudne, bo zmagamy się z całą rozpiętością pozornie prostej binarnej normy.

Paradoksalnie to właśnie gdyby łatwo było ustalić jedno stanowisko dla wszystkich osób nienormatywnych, świadczyłoby to o spójności norm. Ale to jak toczą się debaty, gdy ludziom nareszcie rozwiążą się trochę języki, pokazuje, jak z pozoru już "ułożeni" ludzie są jednak nieustannie pod presją naginania się do narzuconych im standardów.

W kwestii restauracji, to oczywiście potrafię wyobrazić sobie tę sytuację, która jest trudniejsza tym bardziej, że chyba wkradł się tam również element pożądania tego kolesia w stosunku do ciebie.

Dla mnie jednak ten przypadek świadczy najbardziej o tym, że istnienie "praw" (np. prawa do do godnego traktowania) to kwestia umowna i zależąca ściśle od okoliczności.
Załóżmy, że to lokal stosujący zasady miękkiego zarządzania a utrzymanie klienteli jest priorytetem. Wtedy superwizor bierze twoją stronę. No ale załóżmy, że ktoś (powiedzmy - całkiem heteronormatywny) miesiąc wcześniej użył u nich nie-swojej karty i mieli już z tego tytułu jakąś kontrolę itd. Wtedy - nawet jeśli jeszcze bardziej zniechęci klienta, zwierzchnik i tak nie zaakceptuje transakcji, bo ma w tym momencie inny priorytet.

Niewątpliwie to jednak my jesteśmy w takim przypadku ofiarą, która musi dokonywać trudnych wyborów i szukać dla siebie jakiegoś pola manewru.

@Shadow, właśnie niekoniecznie. Wbrew pozorom często mam lepszy kontakt z ludźmi myślącymi schematami, bo umiem z nimi rozmawiać tymi schematami: powiedzieć coś najprościej jak się da, żeby dotarło. Oczywiście o ile są otwarci... Problem pojawia się wtedy, kiedy rozmówca i ja przychodzimy ze swoimi oczekiwaniami co do tego jak powinniśmy się komunikować i wtedy zwykle dowiaduję się, że mój język jest niedostatecznie friendly i powinienem pisać w bardzo specjalistyczny/akademicki/sztuczny/wprowadzający w błąd sposób.

@interb, nie chodziło o "cudzą" kartę. Chodziło o to, że ten człowiek mnie obraził w miejscu publicznym (wszyscy pracownicy byli bardzo zainteresowani, kolejki na szczęście nie było), co nastąpiło PO wyjaśnieniu sytuacji z kartą - kiedy powiedziałem, dlaczego dane się nie zgadzają z wyglądem, zaczął mnie pouczać w jakiej kolejności powinienem korygować płeć i dodatkowo podchodził do tej decyzji w bardzo lekceważący sposób. Nie chodziło też o to, że mnie pożądał. Chodziło o to, że chętnie obejrzałby z ciekawości, jak wygląda osoba trans pod ubraniem i nawet nie umiał tego ukryć. Kierownikowi zresztą natychmiast powiedziałem, że fragment z kartą jest ok.

Dodałem przypis do historii, skoro Twoje uwagi i moje odpowiedzi niestety nie wyświetlają się pod moim tekstem.

Prześlij komentarz