czwartek, 30 sierpnia 2012

Shepardowie w Polsce, związki i szafa

Ostatnio jestem aktywna "pisarsko" jedynie na Facebooku. Inspiracji wystarcza na krótkie notki, dłuższe rzeczy siadają po kilkunastu zdaniach i lądują w koszu. Wiem, że to raczej przejściowe, ale mimo wszystko irytuje mnie to. Truizm "zdrowie jest najważniejsze" w praktyce okazał się być, niespodzianka, prawdziwy. Inne rzeczy nie budzą aż takich emocji. Choć może to kwestia przyzwyczajenia, że jest jak jest i przez pewien czas inaczej nie będzie. Liczę na to. A póki co znów będzie głównie newsowo.

Bo w czasie, gdy ja przeżywam męki twórcze, dzieje się. Znowu wokółzwiązkowo, bo oto, podczas gdy w Brazylii właśnie zarejestrowano pierwszy związek poliamoryczny, PO zapowiedziało złożenie swojego bubla do laski marszałkowskiej jeszcze w tym tygodniu. Poseł Dunin przyznał, że chce przepchnąć swój projekt nawet za cenę jego okrojenia. A media uparcie piszą o niesamowitym przywileju w nim zawartym, jakim jest możliwość wspólnego brania kredytów. Choć może nie jest to aż tak zła rzecz - zawsze można ów ogryzek Dunina pozbawić tego nieszczęsnego zapisu i może jeszcze fragmentów o możliwości ubiegania się o wspólny pokój w akademiku i prawie do korzystania ze sprzętu AGD partnerki/partnera, i już zrobi się chudziej. A jeżeli nikt kosiarzom umysłów z PO w międzyczasie nie podpowie, że te kredyty, sprzęty i wspólne pokoje to, ten tego, my już mamy, to jest szansa, że poczują się, jakby naprawdę nam coś zabrali. Oczywiście ironizuję. Idea okrawania projektu, który nie daje niemal nic, jest żałosna.

Dzieje się też niezwiązkowo. W przyszłym tygodniu do Warszawy przyjeżdżają Judy i Dennis Shepardowie - rodzice bestialsko zamordowanego w 1998 roku Matthew, którego historia wstrząsnęła Stanami Zjednoczonymi. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie film o Matthew "Projekt Laramie", gdy dobre parę lat temu oglądałam go po raz pierwszy. Szczególnie utkwiły mi w pamięci dwa momenty - gdy jego rodzice zgodzili się na darowanie życia jego mordercom i gdy przed sądem i na pogrzebie chłopaka pastor lokalnego kościoła baptystów i grupka jego wyznawców manifestowali nienawiść do osób nieheteronormatywnych, wznosząc transparenty "Bóg nienawidzi pedałów", "Nie płaczemy nad ciotami" czy "Wolność wyboru to prawo do nienawiści" (zresztą nie tylko oni "nie płakali" po Matthew).
Po śmierci syna Judy i Dennis założyli fundację jego imienia. Judy stała się nieformalną rzeczniczką starań o doprowadzenie do uchwalenia w USA ustawy o zapobieganiu przestępstwom z nienawiści. Ustawa ta, nazwana "Matthew Shepard Act", została podpisana w 2009 r. przez Baracka Obamę. Teraz oboje działają na rzecz równości na arenie międzynarodowej. Stąd ich przyjazd do Polski i wyjątkowa okazja, by ich poznać i porozmawiać o ich działalności. A dla mnie - dodatkowo - by przeprowadzić z nimi wywiad. Co mnie i cieszy, i, szczerze mówiąc, lekko stresuje.

I w końcu, nie tylko związkowo, dzieje się w mediach. Ważna rzecz ukazała się na Gazeta.pl:
Po kilku dniach funkcjonowania założonej przeze mnie strony na Facebooku [Tak dla marszu równości w Lublinie] jedna z osób, która zostawiła swój komentarz, zaczęła dostawać obraźliwe, poniżające ją SMS-y i telefony z groźbami. W rozmowie telefonicznej Mariusz (bo tak ma na imię) przyznał, że to nie pierwsze ataki na jego osobę. W jego wsi ludzie wypisują na przystankach na niego obraźliwe graffiti, zdarzały się nawet fizyczne ataki, kiedy to dwóch chłopaków zaczynało rzucać cegłami w jego kierunku. Sam z własnego doświadczenia pamiętam, jak moi rodzice kropili mnie wodą święconą po tym, jak dowiedzieli się, że jestem gejem.
- pisze Wojtek z Lublina. Jego list to ciekawy przyczynek do jednego z wątków dyskusji o kampanii W związku z miłością, a konkretnie tego, ile jest wart coming out na Facebooku. Czasami właśnie tyle. Tak że nie ma co nie doceniać takich aktów, bo nadal dla iluś osób jest to po prostu bohaterstwo. To też ładne uzupełnienie tekstu Jerzego Piątka "Szafa trzyma się mocno", który niedawno ukazał się na Homikach i traktuje o tym, że niezależnie od tego, gdzie w danym momencie jest ruch LGBTQetcetera, dla większości osób niehetero nadal największym problemem pozostaje to, że są niehetero.

W tymże artykule pojawia się też akapit, który był punktem wyjścia do jednego z tekstów, którego nie udało mi się napisać:
Jest jeszcze jedna grupa gejów, moim zdaniem większościowa. Są to ludzie, których nie ma ani w portalach społecznościowych, ani na czatach czy forach internetowych, próżno ich szukać w szeregach organizacji walczących o emancypację. Nie ma ich także wśród znajomych znajomych w realu. Gdzie są ci nieobecni, istnienie których dowodzi statystyka? Jak sobie dają radę z własną tożsamością?
Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy po przeczytaniu tych pytań, była taka, że zapewne średnio sobie radzą. A potem zreflektowałam się, że to nie jest średnio, to jest po prostu inaczej. I równie uprawniona jest odpowiedź, że i bez coming outu czy szukania grona osób podobnych sobie można sobie całkiem fajnie ze swoją orientacją egzystować. Zupełnie obiektywnie fajnie, a nie na zasadzie wyparcia czy z braku laku. Gdyby te osoby żyły w innych czasach czy miejscu, gdzie ich orientacja jest przezroczysta, to pewnie by wybrały dla siebie inną drogę. Sęk w tym, że gdybym ja w owych czasach i miejscu żyła, to też bym pewnie inaczej wybrała. Słowem opresja nie zawsze musi być opresją, a brak coming outu wynikać z lęku przed nim. I choć nie jestem (nikt nie jest) w stanie ocenić, w ilu przypadkach chodzi o przymus czy strach, a w ilu o świadomy wybór, miło jest pomyśleć, że tym nieobecnym jest po prostu ze sobą dobrze. I nie potrzebują, by się nad nimi pochylać.

środa, 22 sierpnia 2012

Szlachetne zdrowie


Zazwyczaj w sierpniu piszemy mniej. Tak jest i tym razem, ale niestety powodem nie jest urlop. Nie jest nim też brak tematów, bo te zawsze się znajdą. Ot, chociażby od kilku dni, za sprawą komentarzy pod ostatnim postem, chodzi mi po głowie rozwinięcie idei reprezentantki/reprezentanta. Mam też ochotę odnieść się do komentarzy pod moim tekstem na Innej Stronie, gdzie towarzystwo dyskutuje o polskich wzorcach par jednopłciowych, a właściwie o ich braku. Nazbierało się też trochę książeczek, w tym fenomenalne "Nie licząc psa" Connie Willis, które wprawdzie z "naszymi" sprawami wiele wspólnego nie ma, ale za to jest uroczą lekturą, szczególnie na trudne czasy. A czas mamy z Gosią rzeczywiście nie najłatwiejszy. I to, a nie kolejna wędrówka po górach, jest niestety przyczyną braku weny, a w efekcie mniejszej liczby tekstów na blogu.

Wczoraj Gosia trafiła do szpitala. Po raz piąty od maja, po raz drugi planowo. Cel: leczenie, problem: to dopiero druga wizyta z bodaj dziesięciu (bodaj, bo tak do końca się tego przewidzieć nie da), które jeszcze przed nią. Wszystko zaczęło się na początku maja, od grypy, która nie była grypą, zapalenia nadnerczy, które nie było zapaleniem nadnerczy, zakażenia bakteryjnego, które nie było zakażeniem bakteryjnym, i paru innych rzeczy, które w sumie czternaścioro lekarzy i lekarek podejrzewało i próbowało leczyć, zanim, po miesiącu wizyt w przychodniach i na ostrych dyżurach, narastającej frustracji i strachu, co to może być, skoro nic nie pomaga i jest coraz gorzej, postawili diagnozę. Żeby było jeszcze zabawniej, wcale nie samodzielnie, ale przy mojej pomocy, kiedy to, po konsultacji z doktorem Google, zażądałam, by, zamiast robić kolejne USG brzucha i ogólne badanie krwi, zbadali hormony tarczycy. No i bingo - nadczynność. Czyli, co już teraz wiemy, wcale nie koniec, a początek problemów. Bo oto do nadczynności doszedł nam basedow z prześliczną orbitopatią, a to oznacza, że trzeba sobie poradzić już nie tylko z tarczycą, ale i z oczami. No więc sobie radzimy, a właściwie radzi sobie zespół lekarzy (tak na marginesie - jak z problemami endokrynologicznymi, to tylko na Banacha), a Gosia im pomaga, grzecznie łykając i przyjmując dożylnie różne paskudztwa oraz ucząc się żyć bez cukru, słodyczy, sporej części owoców i wielu innych rzeczy, które czynią życie milszym. 

Miłe to wszystko nie jest, choć zdarzają się i plusy. Jak chociażby nie do końca legalne (wszak pacjentka terenu szpitala opuszczać nie powinna) wieczorne wyprawy na Pola Mokotowskie, sąsiadujące ze szpitalem na Banacha. Zazwyczaj trudno nam znaleźć więcej czasu na spacery niż te obowiązkowe godziny z psem, i proszę, nagle go mamy. Jak przekonanie się, że mimo owych spacerków i upartego paradowania po cywilnemu Gosia jest naprawdę grzeczną pacjentką, bo jej koleżanka z tego samego oddziału trzyma przed szpitalem rower, na który się urywa, gdy tylko może. Jak okazje, by popromować homoseksualizm i przekonać się, że ludzie są naprawdę fajni i otwarci, i bynajmniej nie mam na myśli jedynie personelu medycznego, ale też pacjentki, jak chociażby współtowarzyszkę Gosi z celi, zwykłą babkę z małego miasta, która kompletnie nie rozumie, co ludzie mają przeciw związkom osób tej samej płci. Albo zgorszyć szpitalnego podrywacza, który zamierzał towarzyszyć Gosi w wieczornym spacerze, dopóki nie usłyszał, że jej kochanka już na nią czeka. Choć, co by tu nie mówić, z przyjemnością byśmy się bez tego wszystkiego obyły. No chyba że uda zorganizować planowany od jakiegoś czasu wyścig na wózkach szpitalnymi korytarzami, to może zmienię zdanie.

Ostatni plus jest taki, że możemy zupełnie spokojnie i bez specjalnych wyrzutów sumienia odpocząć od tej całej związkowej kołomyi, która się zacznie już pod koniec sierpnia. Choć jak nas znam, to akurat się nam nie uda.

fot. Nanoxyde, Wikimedia Commons

piątek, 17 sierpnia 2012

Tydzień kiepskich wiadomości


Niezbyt ciekawy tydzień za nami. Na start wygłupił się Robert Biedroń, biorąc udział w "kabaretowym" projekcie młodych sympatyków Ruchu Palikota o niewiele mówiącej nazwie "Epidiaskop - grypa satyryczna". Choć pierwszy film grupy zniknął z jej oficjalnych stron równie szybko, jak się pojawił (co nie znaczy, że go nie ma - jak ktoś/ktosia ma ochotę się nad sobą poznęcać, to można go zobaczyć między innymi tu), twórcy niestety zapowiadają kolejne. Kiepskich produkcji w sieci jest wiele, więc kolejna jakoś mnie specjalnie nie rusza, ruszyło mnie za to, że tę postanowił firmować swoim nazwiskiem "nasz" poseł. I choć nie podpisuję się pod wszystkimi działami wytoczonymi przeciw niemu z tej okazji przez naczelną Homików w tekście "Wizerunek", to zgadzam się z nią co do idei - Robert Biedroń po raz kolejny zrobił i sobie, i sprawom, których jest rzecznikiem, niedźwiedzią przysługę. I nie chodzi mi tylko o debilny fragment (parodię ceremonii ślubnej), w którym udzielił się "aktorsko", ale o legitymizowanie swoim nazwiskiem całego projektu, który jest po prostu prostacki i obrzydliwy. I nie ma nic wspólnego z Monty Pythonem, do którego jego twórcy ponoć nawiązują. Nie wystarczy powiedzieć "kur..., papież" i podać przepis na relikwię z wnętrzności, by być, ach, och, krytycznym i dowcipnym. No ale gdyby państwo od "Epidiaskopu" widzieli drugie dno w pythonowskich skeczach, to raczej nie robiliby tego, co robią.

Wygłupiła się też po raz kolejny nowa gwiazda Prawa i Sprawiedliwości Krystyna Pawłowicz, tym razem stwierdzeniem, że śmierć małej Madzi to efekt propagowanego przez feministki stylu życia, polegającego na odrzuceniu tradycyjnych wartości oraz naturalnych społecznych i biologicznych ról kobiety. Oraz pomysłem, by osobom homoseksualnym odbierać dzieci (a może i zrobić coś więcej). Polemizować z nią nie ma co (za to bardzo polecam wychodzący od jej dokonań wpis na Gierkach w mówionego), za to ciekawie, a właściwie to niezbyt ciekawie zrobiło się w dyskusjach na temat jej pomysłów w naszych mediach. A konkretnie okazało się, że ileś tam osób ma problem z oddzieleniem tego, kim jest pani Pawłowicz, od tego, co robi. A jest, tak się złożyło, niezamężna i bezdzietna, w związku z czym według niektórych jej poglądy są efektem "syndromu niedopchnięcia". I w ogóle nie przeszkadza im to, że tegoż samego "argumentu" używa się w stosunku do feministek czy lesbijek (że chłopa im brak, że wystarczyłoby je porządnie..., aby im minęło). I że jest on równie niefajny w obu przypadkach.

Naprawdę ciekawie zrobiło się za to wczoraj i dziś. Bo podziało się już nie w internecie i nie w sprawach, które w sumie zasługują na znacznie mniej uwagi, niż im poświęcono. Wczoraj Polskę nawiedził patriarcha Cyryl, który do spółki z naszymi kościelnym włodarzem Józefem Michalikiem ujawnił dziś wspólny apel Kościołów polskiego i rosyjskiego pod jakże pięknym tytułem "Przebaczyć to wyrzec się zemsty i nienawiści". Co proponują Kościoły? Ano zjednoczenie w imię nowych wyzwań i zagrożeń, którymi są między innymi związki osób tej samej płci. Jakżeż miło stać się motorem takiego pięknego pojednania. Rzecz jasna trudno sobie wyobrazić, by polski czy rosyjski Kościół był za związkami, problem w tym, że Cyryl był gościem nie tylko arcybiskupa Michalika, ale też miłościwie nam panujących, a ów wiekopomny dokument zaprezentowano nie w jakiejś pięknej katedrze, a na Zamku Królewskim. Na dodatek owo "pojednanie" jest rozpatrywane nie w kategorii zjednoczenia religii, a narodów. Nie najlepiej też w tym wszystkim wyglądają piania dziennikarzy, i to mediów uznawanych za liberalne (Wyborcza.pl, NaTemat.pl), nad wagą owego aktu.

Również wczoraj Moskwa zakazała urządzania tęczowych demonstracji przez najbliższe sto lat. A dziś kraj patriarchy Cyryla skazał na dwa lata łagru aktywistki z punkowej grupy Pussy Riot za ich antyputinowską i upominającą prawa kobiet oraz osób nieheteronormatywnych demonstrację w moskiewskiej cerkwi. Przykro było patrzeć, jak nasz kraj w tym samym czasie z wielką pompą witał przyjaznego przecież Putinowi patriarchę i wspierał przesłanie, które oznacza między innymi legitymizację kolejnych takich procesów jak ten, w wyniku którego skazano Pussy Riot.

sobota, 11 sierpnia 2012

Legalizacja aktów nieobyczajnych


Zainspirowane światłymi dokonaniami posła Dunina i posła Żalka, jak również wybiegając naprzeciw oczywistemu społecznemu zapotrzebowaniu na kolejne projekty ustaw o związkach partnerskich, w doborowym gronie Pan Joanna, dubiduu, Rude de Wredne i wyżej podpisana, przygotowałyśmy własny projekt. Mamy nadzieję, że znajdzie uznanie i poklask wśród posłów i posłanek ugrupowań, które póki co nie przygotowały własnych rozwiązań w tym zakresie, i szybko trafi co najmniej do pierwszego czytania.

Ustawa o paramałżeństwach sodomitów i trybad zawieranych w Tym Kraju

&1
Kto może zawrzeć paramałżeństwo sodomitów i trybad.

1. Paramałżeństwo sodomitów i trybad mogą zawrzeć wyłącznie sodomici i trybady o udowodnionym statusie sodomity lub trybady przez okres minimum pięciu lat.

2. Aby udowodnić status sodomity lub trybady, należy złożyć oświadczenie podpisane przez minimum piętnaście osób, w tym najbliższą rodzinę, które potwierdzą, że były świadkami niegodnych aktów nieobyczajnych popełnianych na terenie Tego Kraju przez starającego/starającą się o status sodomity/trybady. Za niegodny akt nieobyczajny nie uznaje się paradowania z piórem w odbycie w miejscu publicznym. Lista niegodnych aktów nieobyczajnych zostanie wydana osobnym rozporządzeniem do ustawy o paramałżeństwach sodomitów i trybad.

3. Paramałżeństwo sodomitów i trybad może zawrzeć osoba posiadająca zarówno czynne, jak i bierne prawa wyborcze do Sejmu, Senatu i w wyborach prezydenckich.

4. Sodomici i trybady pochodzący spoza Tego Kraju nie są zwolnieni z obowiązku złożenia oświadczenia wymienionego w punkcie 2, paragraf 1.

&2
Warunki zawarcia paramałżeństwa sodomitów i trybad.


1. Warunkiem zawarcia paramałżeństwa sodomitów i trybad jest posiadanie oświadczenia opisanego w punkcie 2, paragraf 1.

2. Oświadczenie o udowodnionym statusie sodomity lub trybady wymienione w punkcie 1, paragraf 2 należy złożyć przed Stosownym Organem na 365 dni (w roku przestępnym 366 dni) przed planowanym popełnieniem pierwszego niegodnego aktu nieobyczajnego przez osobę starającą się o status sodomity lub trybady.

3. Celem zawarcia paramałżeństwa sodomitów i trybad należy udać się, po wcześniejszym telefonicznym umówieniu, między godziną 8 a 9.30 do wyznaczonej placówki Poczty Polskiej (lista urzędów zostanie wydana osobnym rozporządzeniem do ustawy o paramałżeństwach sodomitów i trybad). Następnie, w obecności dwóch urzędników pocztowych należy wypełnić formularz (wzór formularza zostanie wydany osobnym rozporządzeniem do ustawy o paramałzeństwach sodomitów i trybad). Urzędnik pocztowy ma prawo do odmowy przyjęcia formularza bez podania przyczyn. Od odmowy przyjęcia nie przysługuje odwołanie.

4. Formularz rejestruje się w Urzędzie Komunikacyjnym właściwym dla miejsca zamieszkania starających się o status paramałżonka.

&3
Przywileje paramałżonków.


1. Paramałżonkowie mają przywilej

1.1. Odbierania poczty za paramałżonka w wyznaczonych urzędach pocztowych w okienkach oznaczonych specjalną ikonografiką (wzór ikonografiki zostanie wydany osobnym rozporządzeniem do ustawy o paramałżeństwach sodomitów i trybad).

1.2. Robienia wspólnych zakupów w IKEA, z wyłączeniem działów „sypialnia” i „łazienka”. Surowo zabronione jest wejście, nawet osobno, do działu dziecięcego.

1.3. Przebywania w jednym mieszkaniu, pod warunkiem że posiada ono co najmniej dwa pomieszczenia z osobnymi łóżkami.

1.4. Posiadania zwierząt domowych nie cięższych niż 500 gramów, o ile nie posiadają one bliższej rodziny.

1.5. Posiadania wspólnej zastawy stołowej, w tym widelców – 6 sztuk, noży – 6 sztuk, łyżek – 6 sztuk, łyżeczek – 6 sztuk, widelczyków deserowych – 6 sztuk, noży do ryb, nieplaterowanych – 6 sztuk.

&4
Obowiązki paramałżonków.


1. Paramałżonkowie mają obowiązek

1.1. Zrzeczenia się czynnych i biernych praw wyborczych.

1.2. Meldowania się raz w tygodniu w wyznaczonym urzędzie Poczty Polskiej celem potwierdzenia statusu paramałżeństwa sodomitów i trybad oraz złożenia oświadczenia podpisanego przez minimum piętnaście osób, w tym najbliższą rodzinę, potwierdzającego dopuszczenie się niegodnych aktów nieobyczajnych w ciągu ostatnich siedmiu dni.

1.3. Uczęszczania raz w roku, przez co najmniej trzy miesiące, czterdzieści godzin w tygodniu na rekolekcje u egzorcysty właściwego dla miejsca zamieszkania paramałżonków.

1.4. Zrzeczenia się prawa do renty, emerytury i zasiłku. Obowiązek ich zapewnienia i opieki nad paramałżonkiem spoczywa na drugim paramałżonku.

1.5. Odprowadzania do Urzędu Skarbowego składki za możliwość zawarcia paramałżeństwa sodomitów i trybad. Wysokość składki zostanie określona osobnym rozporządzeniem do ustawy o paramałżeństwach sodomitów i trybad.

&5
Odzyskiwanie zwłok i pochówek.


1. W przypadku śmierci paramałżonka należy bezzwłocznie udać się do urzędu Poczty Polskiej właściwego dla miejsca zgonu celem złożenia oświadczenia o ustaniu statusu paramałżeństwa podpisanego przez minimum piętnaście osób, w tym najbliższą rodzinę, które potwierdzą, że zgon nie nastąpił w trakcie niegodnego aktu nieobyczajnego. W przeciwnym wypadku zgon uznaje się za nieważny.

2. Oświadczenie należy zatwierdzić w Urzędzie Komunikacyjnym właściwym dla miejsca zamieszkania.

3. Po złożeniu oświadczeń wymienionych w punkcie 1 i 2, paragraf 5 należy odebrać zwłoki z miejsca ich położenia.

4. Pochówek odbywa się na koszt paramałżonka w wyznaczonym sektorze wyznaczonego cmentarza komunalnego. Sektor powinien być oznaczony odpowiednią ikonografiką, widoczną z daleka dla pozostałych obywateli Tego Kraju. Wzór ikonografiki zostanie określony osobnym rozporządzeniem do ustawy o paramałżeństwach sodomitów i trybad.

&6
Dziedziczenie.


1. Paramałżonkowie mogą po sobie dziedziczyć, pod warunkiem że

1.1. Nie posiadają krewnych, powinowatych, wstępnych, zstępnych, rozstępnych i przestępnych, a państwo nie zgłasza roszczeń do ich majątku.

1.2. Na 365 dni przed planowanym zgonem złożyli w odpowiednim wydziale Urzędu Dozoru Technicznego testament podpisany przez minimum piętnastu świadków, w tym najbliższą rodzinę.

2. Dziedzicząc majątek paramałżonka, należy uiścić 35 procent wartości majątku jako opłatę spadkową.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Mamy trzy lata!


Dziś nasz blogasek skończył trzy lata. Z tej okazji, tradycyjnie już, małe podsumowanie, głównie w liczbach, ale nie tylko.

W tym roku nasz zespół autorski powiększył się o dwie osoby - Allka i dubiduu. A wraz z nimi pojawiły się nowe tematy i nowe spojrzenia na kwestie, które już się tu wcześniej pojawiały. Dorobiłyśmy się też nowego layoutu oraz logotypu. Garniturek zarobił również pierwsze pieniądze na reklamie Wiednia jako miasta przyjaznego osobom nieheteronormatywnym oraz rozpoczął nieśmiałą póki co współpracę z Outfilm.pl i Tongariro Releasing, w efekcie której udało się nam zrecenzować i rozdać parę filmów. Objęłyśmy też pierwsze matronaty - nad O'LESS Festiwalem i wrocławskimi imprezami kobiecymi. Nadal też dostajemy i opisujemy książki z Czarnej Owcy. Nasz profil na fejsie liczy sobie już 863 fanów i fanek, a grono obserwujących urosło do 198. Słowem rozwijamy się. Nie jakoś szaleńczo, ale jednak tak.

Przez ostatnie dwanaście miesięcy udało nam się napisać 134 posty. To mniej niż od sierpnia 2010 do sierpnia 2011, ale też nie da się ukryć, że ten rok był dla nas dość trudny i ze względów zdrowotnych, i zawodowych. Tym bardziej nas cieszy, że mimo naszej słabszej aktywności odwiedza nas coraz więcej osób - średnio około 3,5 tys. miesięcznie. Rekordowy pod tym względem był listopad, w którym przez garniturek, głównie za sprawą Alfabetu Biedronia (który jeszcze w tym podsumowaniu wróci), przez blog przewinęło się ponad 6,8 tys. osób. W sumie przez rok zajrzało do nas blisko 33 tys. osób, które wykonały aż 280 tys. odsłon i zostawiły 2459 komentarzy, co daje niezłą średnią 18 komentarzy na wpis.

Co czytałyście i czytaliście najchętniej? Tu niespodzianki nie będzie - niezaprzeczalnym liderem jest wspomniany już Alfabet Biedronia, który dorobił się 7394 wejść, 761 lajków i kilku przedruków. Co ciekawe, to jedyny tekst na blogu, którego autorstwo należy do kilkudziesięciu osób, bo narodził się w efekcie dyskusji na naszym fejsie. Za alfabetem uplasowały się Nasza bardzo wielka wina o tym, komu zawdzięczamy brak ustawy o związkach partnerskich, Dlaczego ona jest babochłopem? o prawdziwym obliczu babochłopizmu, wywiad z mamami z "Newsweeka" Brak dzieci w ustawach to błądFajni chłopcy, dobrze, że geje o pewnej fejsowej inicjatywie oraz Jedna znana lesbijka, której nie kochamy o reakcjach na coming out Kasi Adamik.

A które teksty wzbudziły największe emocje, czyli były najczęściej komentowane? Tekst Gosi o pewnej piosenkarce i pewnym prezenterze radiowym Niewychodzenie z szafy, wymieniony już Nasza bardzo wielka wina, tożsamościowy Gdzie się lesbijka kończy, a gdzie zaczynaPo Kolorowej Niepodległej o wydarzeniach z 11 listopada i Dlaczego ona jest babochłopem?.

Skąd do nas wchodzicie? 26 procent z Google'a, 25 - z fejsa, aż 15 - bezpośrednio, czyli wpisując adres bloga w wyszukiwarkę, 7 - z Wykopu. Pozostałe wejścia rozkładają się na inne blogi, portale, Blipa, Twittera i takie tam. Dziesiątka blogów, z których przychodzi do nas najwięcej osób, wygląda następująco:

Abiekt
Dwie poważne damy
Gej dresiarz
Chyłkiem i duszkiem
Blog wielobranżowy
Miłość po 30
Lipshit
Gdyby ściany mogły mówić
Scenki
Realia szaraka

Z portali, nie licząc Wykopu i fejsa, znaczącą liczbę wejść mamy z Innej Strony, Kobiety Kobietom i Homików. Dziękujemy!

A wam dziękujemy za te trzy lata. I oby do następnego podsumowania za rok!

niedziela, 5 sierpnia 2012

Nie pisałam o...

Ostatnie tygodnie upłynęły nam na blogu pod znakiem związków partnerskich. Nie dlatego, że nic innego, o czym bym mogła napisać, w tym czasie się nie działo, ale dlatego, że najzwyczajniej w świecie nie miałam głowy do innych tematów. O czym zatem chciałam napisać?
Fot. NASA
O śmierci Sally Ride, pierwszej Amerykanki w kosmosie, promotorki udziału kobiet w naukach ścisłych, dzięki której miliony młodych dziewczyn uwierzyły, że i one mogą być astronautkami, bohaterkami, eksploratorkami i badaczkami. 23 lipca Ride przegrała 17-miesięczną walkę z rakiem trzustki. Dopiero po jej śmierci jej bliscy publicznie powiedzieli, że przez ostatnie 27 lat życia była związana z Tam O'Shaugnessy, z którą przyjaźniła się od 12 roku życia. Na naszym bardziej mainstreamowym profilu na fejsie (czyli niedawno odzyskanym "Gosia & Ewa in the Air") padło z tej okazji pytanie, jaki związek jej orientacja miała z tym, czym się zajmowała. Czyli, w domyśle, po co w ogóle o tym pisać, szczególnie w kontekście jej śmierci. W idealnym świecie odpowiedziałabym: po nic. W tymże samym idealnym świecie tę informację można by było wyczytać z rozlicznych kondolencji składanych jej partnerce, o której istnieniu wszyscy by już dawno wiedzieli i nikogo by ono nie dziwiło. Sally Ride nie musiałaby wiązać się z kolegą z NASA, decydować się na ukrywanie swojej tożsamości, aby mieć szansę na spełnienie marzeń o kosmicznych podróżach, a dziennikarze nie pytaliby jej, czy często płacze, czy nie zastanawia się, jak loty kosmiczne wpłyną na jej rozrodczość i czy zamierza się malować podczas pobytu na orbicie. Tyle że nie żyjemy w idealnym świecie. Ale być może decyzja jej bliskich, by opowiedzieć o jej orientacji, sprawi, że dla paru osób, które zobaczyły, że ich bohaterka była taka jak one, stał się trochę lepszy.

Chciałam też napisać o dwóch świetnych tekstach Marcina Rzeczkowskiego. Pierwszy to jego polemika z samym sobą sprzed 6 lat "Transgenderyzm – życie w zawieszeniu, cz. 2: Czy aby na pewno?". Streszczać nie będę, bo warto przeczytać całość, a chodzi o, jak to zwykle bywa z tożsamościowymi tekstami, które lubię, kwestię bycia sobą, niezależnie od tego, czy oznacza to wpisywanie się w normy i (pozorną) łatwość określenia i wyjaśnienia, kim się jest, czy wręcz przeciwnie. Drugi tekst Marcina traktuje o fikcji, jaką okazuje się orientacja seksualna, gdy przepuścimy ją przez transpłciowość. A oba, jak to zwykle u niego bywa, pokazują, że nic nie jest ani tak oczywiste, ani proste, jak wiele osób by chciało. Swoją drogą chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak wiele osób nieheteronormatywnych alergicznie reaguje na wszelkie rozważania tego typu i jak silne są tendencje normatywizujące wśród nas samych. Niby rozumiem, skąd się to bierze, ale mimo wszystko tak zażarta czasami obrona porządku, w który bynajmniej się nie wpisujemy, zawsze mnie zaskakuje. Oczywiście piję do wszelkich tekstów o osobach biseksualnych, niewpisujących się w płciowe stereotypy, działaczach i aktywistkach, i innych takich, bo to jest, oczywiście uśredniając, nasz poziom "debaty" o inności. Rozważań nad tekstami Marcina ani sobie nie wyobrażam, ani nawet nie wyobrażam sobie, że sobie wyobrażam.

Nie pisałam też o igrzyskach w Londynie. A konkretnie o tym, dlaczego, choć biorą w nich udział osoby otwarcie nieheteroseksualne, choć po raz pierwszy Arabia Saudyjska pozwoliła wystąpić w nich kobietom, choć w ogóle kobiety po raz pierwszy stanowią połowę uczestników i uczestniczek, i na dodatek startują w niemal każdej dyscyplinie, i choć mowa nienawiści w wydaniu zawodników i zawodniczek jest piętnowana i stała się powodem wyrzucenia paru osób, to jakoś nie potrafię się nimi cieszyć. A nie potrafię, bo ta cała otoczką równości, otwartości, akceptacji i innych rzeczy nie sprawia, że jest to miłe sportowe wydarzenie, przyjacielska rywalizacja między narodami. Nie mogę patrzeć na tę cudowną, zdolną, pracowitą chińską ekipę i nie myśleć o tym, że wywodzi się z hodowli, bo trudno to nazwać inaczej, sportowców, bezlitosnej dla pewnie 99 procent hodowanych jednostek, które mimo morderczego treningu od najmłodszych lat okazały się zbyt kruche, by sięgać po medale. Przerażają mnie takie dyscypliny jak podnoszenie ciężarów, może i efektowne, tyle że zabójcze dla kręgosłupa, kolan i paru innych rzeczy. Nie łapię nagonki na Radwańską, która ośmieliła się powiedzieć, że igrzyska naprawdę nie są dla niej najważniejszą rzeczą w życiu. Fajnie, że żyje w kraju, w którym nie muszą być. W którym brak medalu jest po prostu brakiem medalu.

I na koniec - nie pisałam też o przedziwnym przejawie dziennikarskiego "obiektywizmu", który kazał TVP zrobić program o "leczeniu" z homoseksualności jako kontrę (nazwaną drugą stroną medalu) do występu w tejże telewizji Beaty i Justyny, mam Jasia, a w którym Marzena Rogalska, którą dotąd ceniłam, uparcie próbowała wyciągnąć z zaproszonych gości stwierdzenie, że coś w tym jednak musi być. Na podobnej zasadzie w "Wyborczej" ukazał się właśnie pseudoobiektywny tekst dyżurnego socjologa mainstreamowych mediów Jarosława Flisa "Małżeństwa śmieciowe, czyli nie przestawiajmy drogowskazów" o tym, jakim to zagrożeniem dla społeczeństwa są związki partnerskie. Pełny tekst nie jest dostępny online, ale jak ktoś sobie życzy podnieść ciśnienie, to mogę podesłać na maila. Komentarza nie będzie, bo dziś o związkach nie piszę. A w każdym razie próbuję nie pisać.

środa, 1 sierpnia 2012

Zamiast ustawy: ochłapy i "kompromis"


Przyznaję - pomyliłam się. Redagując tekst o projekcie PO, wykreśliłam padające w nim kilkakrotnie słowo "ochłap". Dlaczego? Bo uznałam, że się nie znam i że z pewnością nie jest tak źle, jak się wydaje. W końcu poszerza definicję osoby bliskiej o partnera lub partnerkę, z czego jakiś konkret musi wynikać. No i zakłada, że osoby, które zawarły taki związek, dziedziczą niemal (niemal, bo dopiero po roku od zawarcia związku) jak małżonkowie. A to zawsze jakaś podstawa do rozmowy o dodaniu innych praw. Tyle że niestety tej podstawy nie ma. Bo "jak małżonkowie" oznacza w tym przypadku "ustawowo" (czyli bez testamentu), a nie - bez podatku. Odpowiedniej zmiany w ustawie o podatkach i spadkach, która by umożliwiła zwolnienie partnera czy partnerki z podatku od spadku, w projekcie PO bowiem nie ma. Tak jak i jakichkolwiek innych świadczeń rzeczywiście ułatwiających życie osobom, które taki związek zdecydują się zawrzeć.

Nie wierzycie? To spójrzcie na infografikę przygotowaną przez Partnerstwo dla Związków:

Jakie zatem prawa tak naprawdę przewiduje projekt PO? Prawo do pochówku, które akurat można sobie zagwarantować notarialnie, i prawo do odmowy zeznań oraz najmu lokalu. A przy okazji nakłada obowiązek wsparcia materialnego partnera czy partnerki (którego to obowiązku, tak na marginesie nie mają małżonkowie). Efekt? Zdejmuje z państwa ewentualny obowiązek wypłacania świadczeń osobom chorym czy będącym w niedostatku. Państwo więc korzysta, osoby w związkach tracą i nie zyskują w zamian żadnej gwarancji bezpieczeństwa. A choćby i takiej, jak możliwość dziedziczenia emerytury czy renty, co byłoby jak najbardziej uzasadnione w sytuacji, gdy pracować może tylko jedna osoba lub gdy nawet ta jedna nie może pracować, bo musi opiekować się chorą partnerką czy partnerem.

Żeby było jeszcze zabawniej, ten projekt to i tak stanowczo zbyt wiele według konserwatywnej frakcji w PO. Bo, uwaga, "pod pretekstem równości chodzi o legalizację małżeństw homoseksualnych i nadanie im przywilejów bez nałożenia żadnych obowiązków", jak powiedział "Rzeczpospolitej" anonimowy polityk PO. W zamian konserwatyści proponują kompromis (kocham to słowo): zmiany w niektórych przepisach, m.in. regulujących kwestie dziedziczenia, decyzji o pochówku czy dostępu do informacji medycznej. Paradoksalnie ta propozycja, w przeciwieństwie do projektu Dunina, daje prawa, nie nakładając żadnych obowiązków. No ale przy okazji sprawia, że w Polsce nie pojawia się twór zwany związkiem partnerskim, a o to zdaje się tak naprawdę konserwatystom chodzić, nawet jeśli przy okazji zrobią sobie wbrew.

Wnioski? Niestety niewesołe dla wszystkich, którzy chcą związków, aby zabezpieczyć siebie i partnera czy partnerkę, a nie po to, by na przykład uniknąć zeznawania na czyjąś niekorzyść. Bardziej już się opłaca w takim związku nie być, bo wtedy jest szansa na zasiłek czy możliwość ustanowienia drugiej osoby opiekunem czy opiekunką i uniknięcia w ten sposób konieczności płacenia przynajmniej części podatku od spadku, niż w nim być. Słowem nawet jeśli projekt Dunina zostanie przyjęty, to, jeśli pozostanie w obecnym kształcie, jest spora szansa, że niemal nikt nie będzie z tego korzystać. A propozycja konserwatystów, mimo jawnie homofobicznego, wydźwięku, może się okazać od niego atrakcyjniejsza. Słowem słabo. Bardzo słabo.