niedziela, 4 sierpnia 2013

"Po stronie duchów, na lewym brzegu"

To nie tak miało być.

To nie był mój pierwszy blog. Schemat "blog-blog-blog-block!" mam już przećwiczony gdzie indziej. Ale to nie tak miało być.

Alek miał zostać felietonistą Wysokich Obcasów i czarować Was swoją niepokojącą osobowością w "męskiej końcówce". Rachunki z tytułu umowy o dzieło wystawiałby na fikcyjne nazwisko. Miał za trzecim razem dać się namówić na wystąpienie w Mieście Kobiet. Zapewne pokazałby się jako przyciemniona sylwetka, mówiąca sztucznym głosem z puszki. Przede wszystkim zaś miał stać się stałym elementem trzyczęściowego garnituru, kto wie, może z czasem nawet krawatem? Przecież chyłkiem, skoczkiem, boczkiem mógłby się nawet kiedyś spotkać w realu z pozostałym autorkami czy kilkoma uroczymi dyskutant(k)ami. Może by się nie wydało. Na pewno udawałoby się balansować na granicy zwierzenia osobistego i bezosobowego ogólnika. Że kto jak kto, ale ja umiem sobie z takimi rzeczami radzić. Śpiewająco.


Co zamiast tego? Miesiące przymusowej ciszy podczas której trwała skupiona praca nad tym, by się nie pogrążyć. By nie dać się pogrążyć, mówiąc ściślej. "Wszystko będzie dobrze, trzeba tylko wszystko zmienić", powiedział mi dziś obrazek na ryjbuku. Uśmiecham się, bo, patrząc po łebkach, "zmienianie wszystkiego" mam już za sobą, ale to się też dzieje cały czas, każda minuta jest pełna zmian. Mam nowy adres, nowe nazwisko, nowy stan cywilny. Nie wiem, czemu to musiało być takie trudne, ale wiem, że przeważnie bywa. Wejdźcie na Kobiety Kobietom, na dział "Kobieta z mężczyzną w tle". Mojej pełnej zakrętasów i niuansów, historii tam nie ma, ale wątki w pewnej mierze się powielają, zwłaszcza te sensacyjne.


Jestem w nowym związku. Nie mam pojęcia, jak to możliwe, żeby coś tak sensownego i pięknego zakwitło sobie na zgliszczach. Może wy wiecie, bo takie cuda ponoć się zdarzają, nie tylko mnie. Nie dowierzam, boję się, krzycząc "chwilo trwaj".

Parę szufladek z trzaskiem wskoczyło w mojej głowie na z góry upatrzone pozycje. Poziomuję i dokręcam.


Tytuł tego postu pochodzi z biografii Tove Jansson, która w roku 1952 roku pisała do jednej z przyjaciółek:
Wydaje mi się, że wreszcie wiem, czego chcę, a ponieważ przyjaźń z tobą tak wiele dla mnie znaczy i w dużej mierze zasadza się na szczerości, chcę ci się z tego zwierzyć. Jeszcze nie zdecydowałam, ale jestem przekonana, że najprawdziwszym i najszczęśliwszym dla mnie posunięciem będzie przejście na stronę Duchów. Byłoby niedorzeczne, żebyś smuciła się z tego powodu. Czuję radość oraz mam silne wrażenie uwolnienia się i spokoju.

Partnerka życiowa Tove – Tuulliki – ma uśmiech całkiem podobny do uśmiechu mojej M.

Bujam się w hamaku, pijąc, a jakże, whisky i paląc cygaretkę, spełniwszy pierwszy etap misji wyprowadzenia się na ludzi, znaczony, jak kamieniami milowymi, wpisami na trzyczęściowym. Usiłuję odpocząć, ale też jest tyle wyzwań i przygód.

grafika: moomin.npx.org.pl, www.na-pulpit.com, intheinsanityhouse.blogspot.com

6 komentarze :

Brak komentarzy nie jest niczym nagannym. Jednak ich brak na blogu wydaje mi się nieco bezsensowny. Bo, jeśli się nie mylę, blogowicz pisze nie sobie a muzom, lecz spodziewając się odzewu. Jednak w tej tutaj oto konkretnej sytuacji, trudno o jakąś sensowną reakcję. Poziom niedomówień, kamuflażu itp., są tak wyrafinowane, że jedyne, co można powiedzieć to to, że coś w Twoim życiu problematycznego, czego zmiana budziła wątpliwości i wymagała odwagi (nie wnikam czy np. natury moralnej czy innej)udało Ci się pokonać, zmienić (pewnie radykalnie) i okazało się, że było to możliwe, a - co więcej - przyniosło zaskakująco pozytywne konsekwencje. Toteż moje serdeczne gratulacje:)

To był sen, który wracał i dusił. Podobnie jak w okresie dorastania, nawracający Koszmar O Wejściu W Toń. Wtedy toń była w różnych miejscach, zazwyczaj dziwnych, na boisku szkolnym, w zawalonych ruinach, na podwórku pod domem, rzadko zdarzało się konwencjonalne jezioro. Zawsze byli tam ludzie - ich obecność, obojętność, milczenie były najkoszmarniejszym koszmarem. To chyba ich spojrzenia wywoływały przymus, żeby iść dalej – woda dotykała butów, dalej – było jej już po kolana, dalej, krok po kroku, aż w końcu zalewała oczy i zamykała się nade mną. Koszmar przychodził znikąd, odchodził nie wiadomo gdzie, wracał z zaskoczenia, kiedyś ustał, podobnie jak ustały potem Pumy- Psy-Niedźwiedzie-Wilki, które na pożegnanie położyły mi się u stóp. Standardowy koszmar młodego dorosłego – pisanie egzaminu maturalnego - pożegnał się ze mną niestandardowo. Kiedy opowiadam innym, że pewnego razu, siedząc w koszmarnej ławce, udało mi się dojść do półświadomości, stwierdzić, że mam już dwadzieścia parę lat, zdaną maturę i prawo do decydowania co w danej chwili robię, a następnie wstać i wyjść , patrzą na mnie z niedowierzaniem i zazdrością.

Zdjęcie numer jeden z poprzedniego wpisu znalazło się samo w pięć sekund po wpisaniu do googla „czarna postać w kapeluszu”, dopiero teraz widzę, jak bardzo niepokoi mnie ten materiał na zrobionej czarnymi okularami „twarzy”, w której nie ma ust. Jeszcze chwila a zacznie mnie przerażać.

Patrząc na ten materiał, czuję smak szmat, papieru, włókna, nonsensownie przerośniętej gumy do żucia, nagle niejadalnego, rosnącego kawałka jedzenia. Pełne usta paskudnej masy, niemożliwość przełknięcia, wyplucia, wołania o ratunek, powiedzenia czegokolwiek, uczucie dławienia się. Całodniowy niesmak. Ten sen prześladował mnie przez większość mojego dorosłego życia. To miał być kac. To miały być kłopoty z sercem. To miało być lęgnące się chrapanie, bezdechy, whatever. Chrapię dalej, nie piję, mam dobre wyniki. Mam nadzieję, że nieprędko przyśni mi się paskudna masa, nie odwiedzała mnie od miesięcy.

Tyle, że chyba znów zafunduję sobie warsztaty krzyku lub śpiewu. Bo kiedy wydaje mi się, że wychodzę na wielką górę i krzyczę, to okazuje się to pełnym zakłopotania, perfidnie zakamuflowanym szeptem w materiał, który może już nie knebluje mi ust, ale wygodnie i poręcznie trwa tuż koło nich, jako szalik. Głosik ten – jak widać - zrozumiały jest jedynie dla przyjaciółek i znajomych, wiedzących o moich komplikacjach rozwodowych, które zjadły mi ponad rok życia i znających – choćby z opowiadań – moją partnerkę. Napisanie „ej, trochę mnie tu nie było, ale wiecie, jestem po rozwodzie i mam fantastyczną dziewczynę, dołączam do was z nowej perspektywy, nie wiem czy umiem z niej pisać, ale się zobaczy” byłoby zapewne prostsze…

Brak komentarzy nie dał mi do myślenia, trudno spodziewać się pod takim wpisem komentarzy, podobnie komentarza nie wymagałoby wyrżnięte na ławce serce przebite strzałą. Cieszę się jednak, że żabopsu chciało się napisać parę zdań, zwracających mi uwagę na to, że nie sposób pozbyć się koszmarów ot tak. No i znowu to samo, LOL, nie mam do siebie siły.... Unikając kamuflaży i dwuznaczników – moim koszmarem było nie mówienie, ani nikomu ani sobie o tym jak bardzo unieszczęśliwia mnie moje życie oraz nie mówienie ani nikomu ani sobie o moim biseksualizmie (biseksualizm to etykieta pasująca do mnie równie świetnie jak „agenderyzm”, ale jakieś formy zrozumiałego komunikatu chyba trzeba wybrać). I znowu to samo. OK. Prrrr. Ekhm, ekhm!

Ej, trochę mnie tu nie było, ale wiecie, jestem po rozwodzie i mam fantastyczną dziewczynę - dołączam do was z nowej perspektywy. Nie wiem czy umiem z niej pisać, ale się zobaczy.

Żabopies dziękuje za odzew i zapewnia Cię - odwołując się do własnych doświadczeń - że koszmary, a najgorszym z nich jest życie wbrew sobie - upokarzają, zatruwają, duszą, ogłupiają i w końcu przestaje się odróżniać, co jest jawą, co snem, bo od żadnego z nich nie można umknąć, chyba że na amen. Ja swoje koszmary mam już dawno skodyfikowane, ujarzmione: leżą sobie nieprzytomne tam, gdzie ich miejsce, a ja od czasu do czasu, przywołując je w pamięci, uwierzyć wprost nie mogę, że takie byle co omal mnie nie ukatrupiło!
Przypuszczam, że jestem od Ciebie dwukrotnie starsza, zważ więc, w jakich czasach przyszło mnie koszmary swoje przeżywać i je pokonać.
Jestem szczęśliwa. Po młodej, czarno odzianej (oczywiście), przemądrzałej na zewnątrz egzystencjalistce (wewnątrz przerażonej swoją "innością") niewiele zostało. Dzisiaj Sartre, jeśli już o nim wspomnę, to raczej mnie rozbraja i wzrusza swoją naiwnością i karkołomnym "proletariuszowaniem" (Jego najbardziej uczciwe zachowanie, to nie przyjęcie Nagrody Nobla - jak domniemywam - ha, ha - w geście samokrytyki).
Jak zatem widzisz, życie ma tę właściwość, aby się do nas dopasować. Jedno tylko w Twoim powyższym tekście mnie zaniepokoiło. Mianowicie, że: "chyba znów zafunduję sobie warsztaty krzyku lub śpiewu". No, tego nie rozumiem, a jestem - cóż - z wykształcenia psychologiem - który (niepraktykujący od zawsze) wkurza się na ten "wachlarz" psychoterapeutycznych propozycji oferowanych dzisiaj, a - co gorsze - ochoczo kupowanych przez skołowanych ludzi. Chcesz śpiewać? Śpiewaj! Chcesz pokrzyczeć? Krzycz (pamiętasz tę scenę z "Kabaretu"?)Skorośmy wolni - zachowujmy się tak! Pamiętając oczywista o takim samym prawie do wolności bliźnich.
I tyle mamrotania. Pozdrawiam.

Ewa jaki masz username na tumblerze :)? Z checia zobacze :). /Karina

To pytanie chyba miało trafić pod poprzedni post. Ale odpowiem: nie powiem.:) Nie dlatego,że robię tam coś, czego się wstydzę, ale dlatego, że miło mieć przestrzeń, w której jest się zupełnie anonimową.

frog@dog
No i git:) Jedno tylko w Twoim powyższym tekście mnie zaniepokoiło.
Yyyy. Odpowiem nie jako kształcący się psycholog, tylko jako dziecię swoich czasów.
Czasy mamy właśnie warsztatowe. Warsztaty - nie "wachlarz propozycji pseudoterapeutycznych", ale różnorakie warsztaty tematyczne są signum temporis. Przyczyn - jak zawsze przy signumtemporisach należy szukać w cywilizacyjnych "przezroczystych" oczywistościach.

Twój zdecydowany jeż na ten temat nieco mnie dziwi. Mogę zrozumieć go tylko w kontekście różnorakich bredni pseudoterapeutycznych, które wkurzają (z drugiej strony jak ktoś za to płaci, to znaczy że istnieje jakaś ważna potrzeba do zagospodarowania), albo Twojej ogólnej niechęci do udziału w stadnych aktywnościach. Ludzie są różni a ja lubię uczestniczyć w zajęciach warsztatowych i nie wiem co by w tym miało być zdrożnego lub wątpliwego.

Prześlij komentarz