Przejdź do głównej zawartości

Kalendarz na 2011?

Na stronie Velvetpark Magazine pojawił się ranking 25 kobiet LBTQ, które przyczyniły się w tym roku do zwiększenia widoczności kobiet nieheteroseksualnych w takich obszarach jak kultura oraz walka o równe prawa. Dlaczego zwracam uwagę właśnie na to podsumowanie? Bo bierze pod uwagę wyłącznie inicjatywy pozamainstreamowe lub, w najgorszym wypadku, niecelebryckie. Przy okazji czytania (bardzo polecam) naszła mnie refleksja, że w swoim podsumowaniu skupiłam się na inicjatywach i nazwiskach, o których było, cóż, dość głośno. Tak że dziś mały i niedoskonały (oraz niemal czysto kobiecy) suplement. Oraz prezent na Nowy Rok, ale to na końcu.

Zacznę od czegoś oczywistego: za niemal każdą inicjatywą stoi nie tylko osoba (osoby), która jest najbardziej widoczna, ale też przynajmniej kilka innych, które pracują równie ciężko jak liderzy. O większości z nich nie mamy szansy usłyszeć, a więc tym bardziej ich docenić, dlatego trudno się zżymać, że nie ma ich we wszelkich rankingach i podsumowaniach. Dla mnie w tym (zresztą nie tylko w tym) roku taką właśnie pozarankingową gwiazdą jest Uschi Pawlik, prezeska Stowarzyszenia Otwarte Forum, wiczenaczelna portalu Homiki.pl, jedna z pozywających w Naszej Sprawie 2, członkini Grupy Tel-Aviv, współtwórczyni i, obok Abiekta i Bartka (twórca strony i plakatów), główna siła napędowa oraz najbardziej racjonalna część akcji "Miłość nie wyklucza". Słowem - kobieta instytucja, bez której, mam wrażenie, żadna z wymienionych inicjatyw (oraz pewnie co najmniej tyle samo niewymienionych) nie zaistniałaby albo przynajmniej nie byłaby tak udana.

W tym roku w moim podsumowaniu zabrakło inicjatyw internetowych. Nie bez powodu - pod tym względem rok 2010 okazał się wyjątkowo słaby (albo nie zauważyłam, by było inaczej). Wyjątek to niszowy projekt z pogranicza prasy tradycyjnej i internetu pod nazwą "Trzy kolory. Sabatnik boginiczno-feministyczny". Rzecz pozornie zupełnie nie w moich klimatach, jeżeli chodzi o ideę (do wszelkich nurtów boginicznych mi bardzo daleko), ale nawet ja w każdym numerze coś dla siebie jednak znajduję. A poza tym jako całość "Trzy kolory" są po pierwsze piękne, po drugie profesjonalnie łamane i redagowane, po trzecie całkowicie niewykluczające, bo dostępne za darmo i pisane nienaukowym językiem. Poza tym podoba mi się motto redakcji: "Chcemy tworzyć pozytywną wizję świata. Zamiast pogrążać się we frustracji, wolimy pokazywać, w jaki piękny sposób możemy żyć".

W miarę łatwo jest walczyć o swoje, gdy mieszka się w Warszawie, Krakowie, Gdańsku czy Wrocławiu, gorzej, gdy jest to na przykład Krosno Odrzańskie. A tam mieszka Joanna Kasprowicz, która w czerwcu 2010 roku oskarżyła swoją koleżankę z pracy o znieważenie. Nie o dyskryminację ze względu na orientację psychoseksualną, bo Joanna była stażystką, a tych przepisy kodeksu pracy nie obejmują. "Znajomy był na stażu w urzędzie w Gubinie. Koledzy z pracy cały czas mu dokuczali. Podrzucali na biurko obraźliwe karteczki. Nazywali homo nie wiadomo. Rzucił staż, ale wielu siedzi cicho, bo zależy im na pracy. Ja nie pozwolę się poniżać" - mówiła w lokalnym wydaniu "Gazety Wyborczej". Sprawa nie miała szerszego oddźwięku na naszych portalach czy blogach, co jest w sumie ciekawe, bo z jednej strony zachwycamy się wysypem inicjatyw (marsze, happeningi, dni kultury, filie KPH) w coraz większej liczbie polskich miast, z drugiej sarkamy (nie wiem, czy słusznie) na dominację Warszawy w kulturze czy aktywizmie LGBTQetcetera, a i tak wychodzi na to, że sytuacja osób nieheteroseksualnych w mniejszych miastach czy miejscowościach mało kogo obchodzi. Tym bardziej podziw dla tych, którym chce się działać w warunkach, w których trudno jest liczyć na jakieś szczególne wsparcie ze strony mediów czy społeczności lokalnej.

I na koniec coś z kategorii miejsca. W maju zeszłego roku lokal stracił warszawski kolektyw UFA, jedna z najciekawszych inicjatyw niezależnych ostatnich lat. I choć UFA teoretycznie bez siedziby nie istnieje, to jednak na przekór wszystkiemu nadal działa (działania po stracie lokalu to m.in. inicjatywa Pomada, Archipelag Muranów, Tydzień Antyfaszyzmu), patronuje, tworzy i szuka nowego miejsca. Coraz lepiej radzi sobie też nowe miejsce na tęczowej mapie Warszawy, czyli klubokawiarnia Amsterdam. Dlaczego wybrałam akurat te dwie dwie inicjatywy? Bo obie inteligentnie próbują wypełnić potężną lukę spod znaku "miejsce spotkań kobiet i osób queer", co się jak dotąd raczej nikomu nie udało. I za należą im się wielkie brawa.

No dobrze, niniejszym kończę z podsumowaniami (ale chętnie poczytam o innych mniej widocznych w mediach osobach i działaniach w komentarzach), czas na coś noworocznego. Lubicie kalendarze? Ja nie cierpię, szczególnie że niektórzy uważają, że to świetny prezent świąteczny, więc zdarzało mi się wchodzić w Nowy Rok z trzema, a nawet pięcioma produkcjami ze ślicznymi zwierzaczkami, widoczkami, dziełkami sztuki itd., itp. Ale w tym roku, po obejrzeniu kilku produkcji spod znaku "queer", chyba zmienię zdanie.

Ten jest produkcji aktywistek HAVOQ:

A ten - produkcji formacji I Heart Brooklyn Girls:
Ładne? To czekam na polskie odpowiedniki.

Komentarze

  1. technicznie - tekst czyta się jak googlowe tłumaczenie z języka obcego (co jest?)

    do miłego

    KaFor

    OdpowiedzUsuń
  2. W dobie komputerów, telefonów komórkowych, w których kalendarz stał się jedną z podstawowych funkcji kalendarze ścienne wydają mi się niepraktyczne :) Ale te mnie zaintrygowały, każde z tych zdjęć opowiada jakąś historię, a to lubię w fotografii.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ewo,
    w trzecim akapicie trzeba zmienić rok na 2010 ;)

    Uściski i wszystkiego dobrego w Nowym Roku :)

    Kaja

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja lubię ścienne kalendarze, ale traktuję je bardziej jako ozdobę. Taki mały plakacik, który zmieniam co miesiąc, mając taką dziecięcą radochę z odkrywania jaki teraz będzie obrazek :D O Uschi Pawlik i Joannie Kasprowicz słyszałam, podziwiam obie Panie za to, obie za dokonane czyny podziwiam :) zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…