Przejdź do głównej zawartości

Which Side Are You On?

Piosenka, która posłużyła za tytuł posta, to folkowy protest song amerykańskiej aktywistki Florence Reese, napisany w 1931 podczas zorganizowanego przez jej męża strajku górników. Wielokrotnie przerabiany i śpiewany, skusili się na niego między innymi  Billy Bragg, Dropkick Murphys i Natalie Merchant. Tą piosenką, z nowymi słowami, zakończyła swój wczorajszy koncert w manchesterskim The Lowry Ani DiFranco. W jej wydaniu to mocny społeczny, polityczny i feministyczny kawałek (dodatkowy smaczek to mój ulubiony z instrumentów Ani - gitara tenorowa):



To był dobry koncert. Mimo że moim marzeniem, które nigdy się nie spełni, jest zobaczenie Ani na żywo z zespołem, z którym grała na przełomie XX i XXI wieku, to jej solowe występy mają w sobie coś z klimatu początków jej działalności ponad 20 lat temu, kiedy z jedną tylko gitarą (teraz ma ich pewnie kilkadziesiąt) podróżowała po Stanach, dając setki koncertów i budując rzeszę swoich wyznawców (bo trudno ich nazwać fanami). Oczywiście tylko dywaguję, bo na żywo widziałam ją po raz pierwszy, ale, głównie za sprawą finałowej piosenki, ten klimat wspólnego gniewu na system udało jej się wczoraj oddać.

A poza tym? Było nostalgicznie, wzruszająco i zabawnie. Ani jest cudowną showmanką (nawet, jak nie jest w nastroju, a wczoraj ponoć nie była) i potrafi sprawić, by publiczność poczuła, że naprawdę chce dla niej grać i z nią rozmawiać, a nie tylko wykonuje swoją pracę. Oczywiście było też za krótko, ale jako że liczba jej piosenek, które chciałabym usłyszeć na żywo, pewnie przekracza dwie setki, to zawsze byłoby za krótko. Szczególnie że, mam nadzieję, niedługo dojdzie do tego nowy materiał, który od jakiegoś czasu krąży na koncertach (a więc i wczoraj było go sporo), ale na żadnej płycie się póki co nie znalazł. Jak choćby te dwie piosenki:





Ale może już za chwilę się znajdzie, bo kolejny album studyjny zapowiadany jest na kwiecień tego roku. Co, biorąc pod uwagę, że poprzedni - "Red Leter Year" - wyszedł aż cztery lata temu, mnie i cieszy, i, przyznam, trochę martwi, bo jakoś nie widzę na horyzoncie żadnego nowego wykonawcy czy wykonawczyni, którzy mogliby zastąpić ją na stanowisku najostrzejszej i najmądrzejszej recenzentki rzeczywistości. Nie, nie zapowiedziała końca kariery. Ale po prostu zbyt długo każe czekać na kolejną płytę. No i wolę nie myśleć, za ile lat znowu się pojawi w Europie. W każdym razie kiedykolwiek by to miało nie być, postaram się tam być. Tyle wrażeń.

A dla tych, co nie lubią Ani, kilka obrazków z Manchesteru. To zdecydowanie miasto do polubienia, takie robotniczo-muzyczno-artystyczne. Dla mnie za spokojne, ale niewątpliwie ma swój urok.

Słynna Canal Street:
Sackville Park (przy Canal Street) - Beacon of Hope:
Alan Turing (też w Sackville Park):
Coś, czego na zdjęciach z Manchesteru nie może zabraknąć, czyli kanały:
I The John Rylands Library (nie tylko do oglądania, ale też jak najbardziej do czytania, choć tylko na miejscu):

Komentarze

  1. Oj, zazdroszczę...

    Nie strasz mnie Ewa z tymi długimi latami, bo już założyłam fundusz i następnego razu nie daruję :)
    A jakby jeszcze z Miss Ferrick zawitała na Stary Kontynent... Rozmarzyłam się.

    O, Alan Turing - praktycznie mój jedyny "argument" w rozmowach o nieheteroseksualnych naukowcach :]
    Powinni się bardziej "reklamować", bo potem wszyscy myślą, że tylko artyści mają "inną" orientację ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie straszę, tylko że nie dało się nie zauważyć, że od kiedy Ani urodziła córkę, trochę zmalała jej aktywność koncertowa i w ogóle twórcza. Ale spokojnie, jest młoda, jeszcze nam chyba nie ucieknie:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Podobał się Gosi prezent ?

    OdpowiedzUsuń
  4. Wyglądała na zadowoloną :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…