środa, 26 stycznia 2011

Which Side Are You On?

Piosenka, która posłużyła za tytuł posta, to folkowy protest song amerykańskiej aktywistki Florence Reese, napisany w 1931 podczas zorganizowanego przez jej męża strajku górników. Wielokrotnie przerabiany i śpiewany, skusili się na niego między innymi  Billy Bragg, Dropkick Murphys i Natalie Merchant. Tą piosenką, z nowymi słowami, zakończyła swój wczorajszy koncert w manchesterskim The Lowry Ani DiFranco. W jej wydaniu to mocny społeczny, polityczny i feministyczny kawałek (dodatkowy smaczek to mój ulubiony z instrumentów Ani - gitara tenorowa):



To był dobry koncert. Mimo że moim marzeniem, które nigdy się nie spełni, jest zobaczenie Ani na żywo z zespołem, z którym grała na przełomie XX i XXI wieku, to jej solowe występy mają w sobie coś z klimatu początków jej działalności ponad 20 lat temu, kiedy z jedną tylko gitarą (teraz ma ich pewnie kilkadziesiąt) podróżowała po Stanach, dając setki koncertów i budując rzeszę swoich wyznawców (bo trudno ich nazwać fanami). Oczywiście tylko dywaguję, bo na żywo widziałam ją po raz pierwszy, ale, głównie za sprawą finałowej piosenki, ten klimat wspólnego gniewu na system udało jej się wczoraj oddać.

A poza tym? Było nostalgicznie, wzruszająco i zabawnie. Ani jest cudowną showmanką (nawet, jak nie jest w nastroju, a wczoraj ponoć nie była) i potrafi sprawić, by publiczność poczuła, że naprawdę chce dla niej grać i z nią rozmawiać, a nie tylko wykonuje swoją pracę. Oczywiście było też za krótko, ale jako że liczba jej piosenek, które chciałabym usłyszeć na żywo, pewnie przekracza dwie setki, to zawsze byłoby za krótko. Szczególnie że, mam nadzieję, niedługo dojdzie do tego nowy materiał, który od jakiegoś czasu krąży na koncertach (a więc i wczoraj było go sporo), ale na żadnej płycie się póki co nie znalazł. Jak choćby te dwie piosenki:





Ale może już za chwilę się znajdzie, bo kolejny album studyjny zapowiadany jest na kwiecień tego roku. Co, biorąc pod uwagę, że poprzedni - "Red Leter Year" - wyszedł aż cztery lata temu, mnie i cieszy, i, przyznam, trochę martwi, bo jakoś nie widzę na horyzoncie żadnego nowego wykonawcy czy wykonawczyni, którzy mogliby zastąpić ją na stanowisku najostrzejszej i najmądrzejszej recenzentki rzeczywistości. Nie, nie zapowiedziała końca kariery. Ale po prostu zbyt długo każe czekać na kolejną płytę. No i wolę nie myśleć, za ile lat znowu się pojawi w Europie. W każdym razie kiedykolwiek by to miało nie być, postaram się tam być. Tyle wrażeń.

A dla tych, co nie lubią Ani, kilka obrazków z Manchesteru. To zdecydowanie miasto do polubienia, takie robotniczo-muzyczno-artystyczne. Dla mnie za spokojne, ale niewątpliwie ma swój urok.

Słynna Canal Street:
Sackville Park (przy Canal Street) - Beacon of Hope:
Alan Turing (też w Sackville Park):
Coś, czego na zdjęciach z Manchesteru nie może zabraknąć, czyli kanały:
I The John Rylands Library (nie tylko do oglądania, ale też jak najbardziej do czytania, choć tylko na miejscu):

4 komentarze :

Oj, zazdroszczę...

Nie strasz mnie Ewa z tymi długimi latami, bo już założyłam fundusz i następnego razu nie daruję :)
A jakby jeszcze z Miss Ferrick zawitała na Stary Kontynent... Rozmarzyłam się.

O, Alan Turing - praktycznie mój jedyny "argument" w rozmowach o nieheteroseksualnych naukowcach :]
Powinni się bardziej "reklamować", bo potem wszyscy myślą, że tylko artyści mają "inną" orientację ;)

Nie straszę, tylko że nie dało się nie zauważyć, że od kiedy Ani urodziła córkę, trochę zmalała jej aktywność koncertowa i w ogóle twórcza. Ale spokojnie, jest młoda, jeszcze nam chyba nie ucieknie:)

Wyglądała na zadowoloną :)

Prześlij komentarz