niedziela, 13 marca 2011

Bielsko-Anielsko

Wróciłyśmy z Bielska-Białej. Zazwyczaj po powrocie z festiwalu wystawiam laurkę organizatorom i organizatorkom. Tym razem... będzie tak samo. I to bynajmniej nie z czystej kurtuazji, zdarza mi się strzelić focha po występie, jak to było w przypadku Poznania, ale Vagina Dentata Fest nie ma u mnie szans nawet na foszka. Nie wiem, może już trochę odwykłam od wyjazdów i od tego, jak wspaniali i troskliwi potrafią być organizatorzy (w tym przypadku organizatorki) tego typu wydarzeń i stąd mam tak pozytywne wrażenia z tego wyjazdu, ale to chyba jednak nie to. Ale może od początku.

Nie jestem niestety w stanie ocenić całego festiwalu, bo na większość wydarzeń się nie załapałyśmy, ale to, co się działo wokół naszego występu, to jak dla mnie podręcznikowy przykład, jak należy tego typu wydarzenia organizować. Wszystko dopięte na ostatni guzik, na kilka tygodni przed festiwalem znałyśmy warunki techniczne i lokalowe, nie było też żadnych problemów z noclegiem dla Absika (nasz pies - to tak dla nieuświadomionych), którego właściwie wszędzie ze sobą zabieramy. Do tego doszedł jeszcze opis dojazdu do miejsca, w którym miałyśmy nocować, oraz do klubu Backstage, w którym występowałyśmy, upewnienie się w dniu występu, że wyjechałyśmy z Warszawy i wszystko jest w porządku oraz znalezienie nam miejsca parkingowego w Bielsku. Niby oczywiste oczywistości, ale naprawdę ułatwiające życie, bo, uwierzcie mi, zgubienie się w nieznanym mieście wcale nie należy do najprzyjemniejszych, szczególnie gdy do występu zostało kilka godzin, a trzeba jeszcze sprawdzić nagłośnienie, ustawić rekwizyty na scenie, zainstalować się w miejscu, w którym nocujemy, coś zjeść, chwilę odpocząć po podróży itd. itp. Gdy już dojechałyśmy (bez problemów) do domu naszych gospodyń, a zarazem organizatorek festiwalu, czekała na nas naprawdę świetna ekipa pod wezwaniem. Wspólnie pojechałyśmy do klubu, by wszystko posprawdzać. Na miejscu okazało się, że mamy piękną scenę i garderobę, ale też (tradycyjnie już) trochę kłopotów z nagłośnieniem (rozwiązywalnych). Cudowne było jednak to, że, choć odpowiedzialność za wszystkie grupy występujące tego wieczoru spoczywała na barkach właściwie jednej osoby, ani przez chwilę nie czułyśmy się pozostawione same sobie. No tak powinno być - powiecie. Może i powinno, ale diabeł tkwi w szczegółach, a w tym przypadku nie w tym, co było robione, ale jak to było robione. Jak dla mnie - wielka klasa i profesjonalizm.

Sam występ mam nadzieję udany. Inny, niż te w Warszawie, gdzie zdarzało się, że publiczność znała skecze lepiej niż my i wybuchała śmiechem przed pointą, ale każde miasto ma swój klimat i energię. A ta w Bielsku mi odpowiadała, bo na sali naprawdę było czuć pozytywne emocje (a jak mi się tylko tak wydawało, to niech się nadal wydaje). Wpadki oczywiście były (najbardziej mnie ubawił moment, gdy zapowiedziałam reklamę, w której występuje Gosia, i nagle usłyszałam z garderoby jej paniczny okrzyk "Jezu!"; i już wiedziałam, że przygotowała się nie do tego numeru, co trzeba, a ja nie mogłam dać jej więcej czasu i przeciągnąć zapowiedzi, bo akustyk już puścił muzykę), a całokształt niech ocenią ci i te, co oglądali i oglądały. Mam nadzieję, że mimo wszystko warto było nas zaprosić, ja się na pewno cieszę, że miałyśmy okazję się na ten festiwal reaktywować.

Potem wybrałyśmy się na niezobowiązujące piwo z Elą (z TĄ Elą), Markiem i Piotrem (o tym). Czyli, co tu dużo pisać, z doborowym blogowym towarzystwem (żeby było jeszcze lepiej, na występie byli również twórcy bloga Hodowla Idei, o którym powiedzieć, że go uwielbiam, to za mało). Szczegółów spotkania nie ujawnię (i teraz wszyscy, którzy pokusili się o różne co bardziej zabawne, ale też mocno osobiste wyznania mogą odetchnąć), dość, że rozmawialiśmy praktycznie do chwili zamknięcia klubu. I to jest tak naprawdę to, co najbardziej lubię w tym całym blogowaniu - możliwość poznawania ludzi, których raczej nie miałabym okazji spotkać w rzeczywistości, gdybyśmy nie znali się wcześniej z internetu.

Na tym się nasz wieczór nie skończył, bo po powrocie do domu zastałyśmy klasyczne kuchenne afterparty. A że sypnęłyśmy się, że właśnie stuknęło nam sześć lat razem, to był i szampan, i życzenia, i chóralne "Sto lat". Lepszej rocznicy w życiu chyba byśmy nie wymyśliły.

Nie raz już pisałam, że, choć media zazwyczaj patrzą na Warszawę, to tak naprawdę najciekawsze rzeczy dzieją się w mniejszych miastach. Bo nam jest naprawdę łatwiej. Nie musimy ściągać artystów i artystek spoza Warszawy, bo mamy ich dość na miejscu, mamy mnóstwo przyjaznych klubów czy galerii, w których możemy się wyżywać artystycznie. Jasne, że ta klęska urodzaju może działać i na naszą korzyść, i niekorzyść, bo gdy dużo się dzieje, trudniej przekonać ludzi, aby przyszli właśnie na twoje wydarzenie, ale mimo wszystko jak ktoś chce coś tutaj zorganizować, to nie wiem, co by się musiało wydarzyć, aby mu to nie wyszło. Dodatkowy plus robienia czegoś w dużym mieście jest taki, że wychodzi to zazwyczaj taniej - choćby dlatego, że nikomu nie trzeba nikomu zwracać kosztów dojazdu czy organizować noclegu. Jasne, że organizacja festiwalu w Siedlcach czy Bielsku-Białej nie jest czymś niemożliwym czy potwornie trudnym, ale mimo wszystko chyba trochę trudniejszym i dlatego, tak mi się przynajmniej wydaje, organizatorom bardziej się chce, co też rzutuje na całokształt wydarzenia.

Festiwal w Bielsku miał jeszcze jedną cudowną właściwość - był zorganizowany całkowicie oddolnie, bez żadnych grantów, sponsorów, z prywatnych środków kilku osób, które po prostu chciały coś zrobić (i zresztą robią tego typu wydarzenia od lat, choć w innej formie). Czyli tak, jak lubię najbardziej, bo głównym kapitałem nie jest kasa, ale zapał zaangażowanych w wydarzenie osób. Tu było go mnóstwo. Tak że chylę czoła przed świetną ekipą z Bielska. I chętnie tam nie raz jeszcze zawitam, tak już zupełnie prywatnie, bo tak w ogóle to to piękne miejsce jest.

6 komentarze :

Do Bielska zapraszam ponownie :) Tak właśnie, do Bielska, nie Białej ;)

Przyszłam do pracy po dłuuuugim weekendzie, lekko :) zmęczona i myślę poczytam, co sie dzieje na moich ulubionych blogach. Żona w między czasie wysłała sms-a, że dziecko do szkoły wstało, zwarte i gotowe, co w Jego przypadku trudne bardzo jest, ale się udało, no i żona pisze jeszcze, że kocha i w ogóle miłego dnia. Uśmiecham sie bo ładny ten sms,
ale okazuje się, że dzień dziś dla mnie łaskawszy niż zwykle, bo to nie koniec miłych, porannych wieści.
Bo..., bo Ewa napisała, taki ładny,wzmacniający tekst.
Dziękuję.
A pies...eh, stwór przemiły.

scenki: Wiemy, pamiętamy:) I przejdziemy się ulicą Konopnicką:)
lajt: prawdę napisała i tylko prawdę:) A pies dziękuje i mówi, że oprócz tego,iż jest przemiły, jest także śliczny (ale kto by mu tam wierzył;).

Przyłączam się do zaproszenia. Postaram sięo rabat dla Was w restauracji, gdzie zjadłyście w sobotę kolacje;) pozdrawiam!!!

ad lajt) Bo naprawdę było fajnie. Naprawdę świetna, zabawna i dobrze zorganizowana impreza.

Mam nadzieję, że uda się Wam też przyjechać na występ w trakcie "Bydgoskich Dni Różnorodności" i że u nas równie bardzo Wam się spodoba :) zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

Prześlij komentarz