Przejdź do głównej zawartości

XII Manifa za nami

Tegoroczna, XII już warszawska Manifa będzie mi się kojarzyć przede wszystkim z dwoma smutnymi wydarzeniami. Pierwsze to śmierć Izabeli Jarugi-Nowackiej, której zadedykowany był przemarsz, a którą ostatni raz widziałam rok temu, na Manifie właśnie. "Uczcijcie Izę nie minutą ciszy, ale głośnym sprzeciwem wobec dyskryminacji" - mówiła dziś do zebranych na Placu Defilad jej córka Barbara. Dzień przed Manifą zmarła po ciężkiej chorobie Daria "Jedyna" Chmielewska - działaczka i organizatorka wspaniałych imprez, dzięki którym wiele dziewczyn odnalazło się w środowisku, odważyło na pierwsze coming outy, nawiązało pierwsze przyjaźnie, a którą być może pamiętacie z tej akcji:
I ona, za sprawą jej przyjaciółek, była obecna na Manifie:
Choć sam przemarsz (tradycyjnie spod Pałacu Kultury pod Sejm), tym razem pod hasłem "Dość wyzysku! Wymawiamy służbę!", był jak zwykle dobrze zorganizowany i energetyczny, to jednak, może właśnie dlatego, że zabrakło tych dwóch jego uczestniczek, nawet bardziej niż zwykle odczułam to, o czym mówiły niedawno organizatorki Manify w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej":

Wczoraj robiłyśmy patykowce, czyli transparenty z hasłami. Na stare przyklejamy nowe i kiedy się zastanawiałyśmy, co zakleić, jedna z nas powiedziała: "A może to, co już jest nieaktualne, co udało się załatwić". To był oczywiście taki żart, bo wiadomo, że wszystkie postulaty są aktualne od pierwszej Manify do dwunastej. Nic się nie udało załatwić, bo władza nie reprezentuje, tylko rządzi. I nikogo nie słucha. I nieważne, czy się zbierze milion podpisów, czy się mieszka dwa tygodnie na ulicach w białym miasteczku. Oni to mają w nosie.

Że są powody, by co roku, jak podła by nie była pogoda (a w tym była wyjątkowo podła), wychodzić na ulice. Że to nie jest i nigdy nie była zabawa czy kolejna okazja do spotkania w miłym gronie. Że musi nas być wiele i musimy być głośne. I rzeczywiście, było nas wiele. Bo Manify odbyły się też w Gdańsku, Krakowie, Olsztynie, Poznaniu, Łodzi, Szczecinie, Katowicach, Toruniu i Wrocławiu. A ta największa, warszawska, zgromadziła około trzech tysięcy osób - reprezentantek i reprezentantów związków zawodowych, organizacji feministycznych i LGBTQetcetera i, jak to się zwykło mówić, "zwykłych warszawiaków".

Można się oczywiście spierać, czy uczynienie głównym przesłaniem Manify postulatów ekonomicznych było najlepszym pomysłem, w końcu rok wyborczy to dobra chwila na podniesienie bardziej "kontrowersyjnych" kwestii (słyszałam nawet głosy, że właśnie postulaty ekonomiczne były powodem niższej jednak niż w ubiegłym roku frekwencji), z drugiej jednak strony trudno jest wartościować problemy kobiet. Manifa opiera się na wzajemnej solidarności i nie ma co kręcić nosem, że jakieś hasła nie są wystarczająco nośne czy nas nie dotyczą - w końcu takie ZNP czy Wolny Związek Zawodowy "Sierpień '80" od lat pojawiają się na przemarszach, niezależnie od tego, co jest ich tematem przewodnim. A jako że trudno się nie zgodzić z organizatorkami Manify, że o ile zmieniają się postulaty, to katalog problemów pozostaje niezmienny, więc nie ma co się zastanawiać, trzeba im po prostu próbować im zaradzić, również tak, jak dzisiaj - po raz kolejny krzycząc, co nas boli.

Pytanie, co właściwie musiałoby się stać, żeby w końcu można było zakleić te nieaktualne hasła na patykowcach oraz kiedy pojawi się ekipa rządząca, która zamiast słuchać sondaży, zacznie słuchać ludzi, pozostaje niestety otwarte. Tak więc mogę zakończyć ten wpis tylko w jeden sposób: do zobaczenia za rok!

Komentarze

  1. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Wyjątkiem jest pani Izabela Jaruga - Nowacka. Nie wiem, ile lat od jej śmierci musi minąć, żeby do mnie dotarło, że nie ma jej.

    OdpowiedzUsuń
  2. W Olsztynie nas zaskoczyli warszawscy falangiści, któzy coś tam sobie pokrzykiwali. Na szczęście było ich tylko kilku i obyło się bez zadymy. http://takjuzmam.blox.pl/2011/03/Manifa-2011.html

    OdpowiedzUsuń
  3. @Piotr
    Ilekroć w Sejmie czy w TV mówią coś o prawach dzieci, kobiet, mniejszości, to czuję, że jej nie ma. Bo teraz już nikt z tzw. lewicy nie zająknie się, by ich (nas) bronić. No chyba że wybory blisko:(

    @merka
    Delegacja warszawskich falangistów w Olsztynie? Ha, to już rozumiem, czemu smętna kontrmanifestacja pod Sejmem liczyła 15, a nie, jak zwykle, 20 smutnych młodzieńców;P

    OdpowiedzUsuń
  4. Manifa, manifą, jestem wstrząśnięta śmiercią "Jedynej". Wielki szok. Szok, szok, szok, szok. Niby jej nie znałam, ale zawsze była obecna jakoś na forach ect zawsze się jakoś "mijałyśmy"... I teraz co może się wydawać trochę dziwne, jest mi po prostu smutno.

    //jenny

    OdpowiedzUsuń
  5. "o prawach dzieci" - nienarodzonych do życia

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…