niedziela, 19 czerwca 2011

Geralt ma małego

"Wiedźmin 2: Zabójcy królów" zbiera w sieci recenzje graniczące czasami niemalże z ekstazą. Ach, och i w ogóle, i w szczególe, cóż za grafika, cóż za akcja, cóż za ciekawie oddane wybory moralne i wszelkie inne. Podsumowując, to już nie tylko gra roku, ale i stulecia, ba, może nawet tysiąclecia. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, że tak właśnie jest. Prawdę pisząc, choć zmieniłam komputer, aby nowy "Wiedźmin" mógł na nim hulać swobodnie, nie przebrnęłam nawet przez początek gry.

Grę zakupiłam jak tylko była dostępna na rynku, niemalże natychmiast (z lekkimi kłopotami, bo producenci, choć mieli cztery lata na wypuszczenie gry na rynek, jakoś nie ustrzegli się błędów) zainstalowałam i z wielkimi nadziejami przystąpiłam do rozgrywki. Na wstępie przywitała mnie scenka, w której półnagi i półżywy Geralt, mocno umięśniony i cały w bliznach (tak, wiem, walki z potworami to nie spacerek z psem, a przecież nawet z takiego spaceru można wrócić poharataną), w solidnych, widać że kosztownych skórzanych portkach przed czymś ucieka. Po eleganckim omdleniu bohatera gra przenosi nas do lochu, gdzie nad zwisającym na łańcuchach półnagim itd. Geraltem (nadal w niezłych skórzanych portkach) znęcają się strażnicy (swoją drogą, czy naprawdę więźniów nie rozbierano do bielizny?). Mękę, którą nasz bohater znosi "po męsku", przerywa śledczy, który skatowanego więźnia zaprasza na rozmowę. Nasz twardziel udaje się na nią krokiem lekkim i swobodnym, a podczas tej rozmowy ma nawet siłę dowcipkować i co więcej być zalotnym, kiedy to nagle pojawia seksowna kobieta. Nic to, że jest prawdopodobnie wojowniczką czy zabójczynią. Kłopot w tym, że owa zalotność również jest jakaś taka, hm, nie wiedźminowata. W ten sposób mógłby zachowywać się nieco podstarzały lowelas, ale Geralt!?

Po wstępnych pogaduszkach (prowadzonych lekko niczym w przydrożnej karczmie) Geralt decyduje się opowiedzieć, co sprawiło, że znalazł się w obecnym położeniu. Z listy dialogowej mogę wybrać różne etapy, ale zaczynam w kolejności chronologicznej. Wciskam odpowiedź numer 1 i oto moim oczom ukazuje się piękna naga kobieta. Ciało bez skazy, bez zbędnego owłosienia nawet w najintymniejszym zakamarku. Lekki zgrzyt estetyczny budzi wyraźnie męska dłoń obejmująca tę doskonałość. Ale co kto lubi.

Właścicielem męskiej dłoni okazuje się być oczywiście nasz bohater, który dla równowagi ubrany jest w płócienne pantalony (bo jak inaczej nazwać coś, co sięga do kolan, a w pasie i w kolonach przewiązane jest tasiemkami?). Tak więc strategiczne rejony męskiego ciała pozostają szczelnie zakryte. Hm. Z rozmów między osobami ukazanymi w tej scence wynika, że noc była gorąca, ale najwyraźniej albo nie na tyle gorąca, aby Geralt owe pantalony z siebie zrzucił (jak bowiem na szybko rozsupłać wyżej wspomniane tasiemki?), albo ma coś do ukrycia. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to to, że penis Geralta nie pasuje do reszty wizerunku. Wniosek: Geralt ma małego, co twórcy gry skrzętnie próbują ukryć.


Jak widać, pierwsze sceny z gry wywołały u mnie silne skojarzenia seksualne, ale uciec się od tego raczej nie da, kiedy główny bohater ciągle do niego nawiązuje, przynajmniej w początkowej fazie gry. Dalej niestety nie dotarłam. Mam jednak nadzieję, że jest lepiej. A może narzekam, bo po prostu przestało mnie bawić granie? Chyba jednak nie, gdyż całkiem niedawno udało mi się dokonać tego, do czego tęskniłam tu. W majowy długi weekend wpadłam bowiem w świat "Dragon Age II", i, co tu ukrywać, w objęcia Isabeli.

W grach fantasy RPG chodzi o to, by uwolnić świat od zła. Złem w "Dragon Age II" jest zakon templariuszy czczących jedynego stwórcę. O tym, że wszystkich, ze szczególnym uwzględnieniem magów, próbują nawrócić na jedyną słuszną wiarę, wspominać chyba nie muszę. Jakże to na czasie, tak na marginesie, i jakże miło było za pomocą dwuręcznego miecza wbić im trochę rozumu do głowy i nauczyć pokory. Li i jedynie w obronie własnej, rzecz jasna. Jakżeby inaczej. Przygód w grze jest bez liku, wahań i wyborów moralnych jeszcze więcej (niestety zdecydowanie uproszczonych, ale nie będę znów narzekać). Szczęśliwie w grze dopuszczalna jest opcja bohatera może i szlachetnego , ale do wielu spraw podchodzącego z humorem i, co tu ukrywać, z nutką cynizmu. Ot, taki cytacik: "Jeden tydzień bez szaleńców. Jeden tydzień by wystarczył". A w tym wszystkim Hawke (nazwisko bohaterki) nie zapomina o uczuciach.

Moja bohaterka, co dziwne nie jest, odrzuciła wszelkich przystojniaków i swoje serce oddała komuś, kto wydawałoby się najmniej na nie zasługuje. Tak opisują tę postać twórcy gry:

Isabela jest piratką, będącą utrapieniem dwóch wybrzeży, czterech narodów oraz niezliczonej ilości desek tawern. Jest równie wykwalifikowana w posługiwaniu się sztyletem, jak i ripostą – trudno orzec, którym z nich tnie ostrzej. To osoba, która nie potrafi na dłużej zagrzać gdzieś miejsca, ale odkąd jej statek został zredukowany do rangi drewna na opał, Isabela musiała zadowolić się zleceniami, którymi miasto Kirkwall wręcz kusiło.

Co to oznaczało? Z pewnością ból głowy u rozpieszczonej szlachty i ludzi głupich na tyle, aby wejść jej w paradę. To i oczywiście niekończącą się wesołość, płynącą z ucierania nosa oponentom, którzy zarazem boją się jej, jak i pożądają. Padnij u jej ostrza lub u jej stóp – zwycięstwo to zwycięstwo, zawsze liczy się tak samo. Zaszczuta i bez okrętu, Isabela nie zdoła określić, czy została już zepchnięta do narożnika. Zwyczajnie zbyt dobrze się bawi. Jej motto to: "Wygrywam bo oszukuję, kotku. Myślałam, że to oczywiste?".

I jak tu się nie zakochać? Pierwsze spotkanie z Isabelą naprawdę robi wrażenie. Same i sami możecie zobaczyć:



A potem, czego filmik nie przedstawia, jest jeszcze gorzej, a może lepiej. Zdradza, kpi, wyśmiewa i kiedy już wydaje się, że nic gorszego od naszej ukochanej spotkać nas nie może, znika na trzy lata. Wraca. I znowu to samo. No dobrze, moja bohaterka również święta nie jest. Ale koniec końców, co widać na filmiku, Isabela jako jedyna nie opuszcza swojej miłości.

Porównując "Wiedźmina 2" i "Dragon Age", nie mogę nie dojść do wniosku, że przynajmniej w sferze romantyczno-seksualnej ta druga jest znacznie ciekawsza i subtelniejsza niż ta pierwsza. A poza tym? Nie wiem, jak kiedyś zmuszę się, by przejść "Wiedźmina", to może opiszę.

12 komentarze :

pojechałaś, Małgorzato:) z najświętszą świętością świętości polskiej fantastyki...

Katarzyna: Jakoś to udźwignę:)

'Jedynkę' parę razy przeszłam. Pierwszy raz dla samego przejścia. Kolejne dla questów. Drugiej części jeszcze nie zakupiłam bo wiem ile nad tym czasu zmitrężę. Jest lato więc trochę szkoda. Pewnie na zimę się zaopatrzę. Dragona nie zniosłam. Nie miałam cierpliwości do tych niekończących się dialogów. Dlatego wolę niewydarzonego Geralda zamiast rozmów prowadzących w prostej drodze do frustracji.

PS Ja się pytam gdzie kolejna część 'Znaku smoka'?

Oj, w obie gry bym chętnie pograła... :)
Ale póki co muszę przejść pierwszą część Wiedźmaka, a i inne gry lezą i czekają... Taki Gothic na przykład...

Życia mi nie starczy... ;p

PS. No ja nawet z książki pamiętam, że Biały Wilk to się nie cackał tylko przechodził do rzeczy... ;) No, ale cóż, gra i książka to dwie różne sprawy i łączą ich bohaterowie.
Choć w sumie nie chciałabym, aby gra była wierna w 100% książce bo byłaby przewidywalna "A to zaraz będzie pewnie wizyta tu i tu... A później na pewno..." Za łatwa by była. :)

balcerowka: Dialogi w RPG toż to sama sól gier RPG. Jak chcę szybko to gram w różnego rodzaju kilerki;). Wiedźmin 2 na długie zimowe wieczory? Jest to jakaś myśl.
Znak Smoka się pisze, powoli, ale nadal w planach jest jego ukończenie, a to już dobrze.
Drevni Kocurek: dobrze pamiętasz. A w grach nie chodzi o to by były wierne z książką, bo to byłoby nudne, ale o to by zachować rys psychologiczny postaci.

Sól solą ale ja wyrosłam na grach fabularnych więc priorytetem dla mnie jest dobry skill, pokaźny ekwipunek i przygoda, w którą nikt nie uwierzy :)

Wieści z frontu 'Znaku smoka' mnie uspokoiły zatem życzę owocnej pracy.

scenki: krzywy to też zły? Gdzieś słyszałam, że one nigdy nie są proste, ale co ja tam wiem;)

Ten musi być krzywy tak bardzo, że zdominował osobowość Geralta. Dlatego jej nie widać ;)

Oh, tak. "Dragon Age" to jest coś. Może za wyjątkiem mojego miłosnego zawodu z pierwszej części, kiedy okazało się, że Morrigan romansuje tylko z bohaterami płci męskiej. Dyskryminacja! :(
Jest jeszcze jedno dość dobre RPG - "Mass Effect 2". Tam też mnie zdyskryminowali, jak próbowałam poderwać Samarę, ale to nic... Zagram w pierwszą część i może tym razem... :D
Co do "Wiedźmina" - wymiękam totalnie już przy pierwszej części, a po tej recenzji chyba nie tknę tej drugiej. Z reguły nie odrzucam czegoś, czego sama nie sprawdzę, ale to nie pierwsza negatywna opinia, z jaką się zapoznałam i chyba coś w tym jest.
Tak przy okazji, świetna robota. :d

scenki: osobowość?;)
Elfikowa: zawód w pełni rozumiem, sama go przeżyłam;). Część I Wiedźmina przeszłam zafascynowana, głucha na cały świat. Jasne miał mankamenty, ale jako miłośniczka sagi (do III tomu:) Sapkowskiego nie mogłam sobie tej przyjemności odmówić:) Dwójka czeka, aż będę mogła zacząć sterować inaczej niż klawiaturą. Zagram chociażby po to, aby napisać jak to naprawdę z nią jest:)

"Wiedźmin" byłby idealny, gdyby go zrobili podobnie do DA czy Mass Effect. Grafikę ma całkiem niezłą, a samą grę męczę głównie dla fabuły, która jest zresztą najważniejsze w cRPG, ale nie podchodzi mi ani sterowanie, o którym wspomniałaś, ani korzystanie z mocy. Mam przeczucie, że gdyby to ludzie z Bioware się nim zajęli, byłby z tego kawał niezłej gry. :D

Prześlij komentarz