Przejdź do głównej zawartości

Odpoczynek od rzeczywistości


Mam fazę obrzydzenia do wszelkich newsów, aktualności, szczególnie tych politycznych. Stąd też chyba, tak mi wyszło poniewczasie, brak tradycyjnego entuzjazmu wobec manifowych haseł. Które są ważne i ważkie, tyle że mam dość. Kwestii finansowania Kościoła i stadionów, histerii wokół telewizji Trwam, węgierskich wycieczek Prawdziwych Polaków, bajdurzenia posła Dunina, jakoby jego projekt ustawy o związkach partnerskich różnił się od "naszych" tym, że nie zrównuje tychże związków z małżeńskimi, galopujących cen benzyny, Danuty Wałęsy i całej reszty. Jedyne, co mnie jakoś tam w ostatnich dniach ruszyło to próba likwidacji squotu Elba. Ale nie będę was karmić moimi przemyśleniami wokół tego wydarzenia. Nie dziś.

Mam obrzydzenie, więc, choć widzę i czytam, staram się za dużo nie przyswajać. A brak bodźców newsowych nadrabiam wgapianiem się w ekran i intensywnym podczytywaniem. Obejrzałam więc w końcu słynną "Grę o tron", zarzuconą jakiś czas temu po drugim odcinku, w którego finale Eddard Stark zabija wilkora. O owego wilkora właśnie się obraziłam, bo był cudny i niewinny. Zresztą nawet jakby nie był niewinny, i tak bym była zła. W nagrodę za powrót do serialu dostałam śmierć Eddarda, który zapłacił głową za to, że (mimo że zabił wilkora) był porządnym człowiekiem. Ogólnie ten serial (i książki Martina) ma to do siebie, że za przyzwoitość, honorowe postępowanie czy ludzkie odruchy płaci się wysoką cenę. Płacą też widzowie, wszak, choć źli są ciekawsi, to zazwyczaj jednak lubi się tych dobrych i nie lubi się patrzeć, jak źle kończą. Szczególnie że tu owi źli nie są po prostu źli, są ohydni, na tyle, że wszyscy, którzy są tak tylko trochę źli, wychodzą niemal na aniołów. Tak że nie wiem, czy chcę dalej, nawet jak będzie dalej, bo zdecydowanie lepiej mi robią paratolkienowskie wizje, gdzie wiadomo, że dobrzy też oberwą, ale w końcu zwyciężą.  

Wróciłam też (nie mam pojęcia, czemu) do Trudi Canavan. W wersji oszczędnej, bo zamiast kupować kolejne jej książki o tym samym, tylko z innymi imionami bohaterów i bohaterek, przeczytałam po prostu jeszcze raz "Trylogię Czarnego Maga". Tak, to ta saga "z wątkiem" (BTW, w "Grze o tron" też są "te" wątki, dużo wątków), gdzie jeden z bohaterów wie, że świat nie toleruje jego "skłonności", więc się z nimi nie "obnosi". Czyta się to mimo wszystko nieźle, ale "Uczennicę Maga", czyli prequel trylogii, tym razem sobie po 100 stronach odpuściłam. Również dlatego, że w międzyczasie Gosia przyniosła "Maga niezależnego Flossię Naren" Kiry Izmajłowej. To lektura co najmniej obiecująca z uwagi na główną bohaterkę, która nie jest ani piękna, ani nie ma "tego czegoś", ani nie posiada dobrego charakteru. I nikt nie widzi w niej obiektu westchnień, chyba że są to westchnienia irytacji. Rzadkość mimo wszystko, szczególnie w literaturze rozrywkowej, gdzie nawet te silne i niezależne raczej obowiązkowo posiadają urodę i/lub urok oraz jakiś rodzaj adoratorów. Jak doczytam, to może napiszę coś więcej.

Z perełek sieciowych znowu podczytuję fanfiki Ewy Białołęckiej. Znowu, ale nie na nowo, bo po trzyletnim okresie posuchy i tęsknoty, gdy porzuciła opowieści inspirowane "Harrym Potterem", wróciła z serią opartą na "Sherlocku" (tak, tym "Sherlocku"). Rzadko czytam fanfiki, ale te są po prostu znakomite. Może nawet lepsze, niż oficjalna twórczość pisarki, bo nie stoi za nimi wydawca, redakcja, korekta i cała reszta. Nie żebym podejrzewała Fabrykę Słów o jakieś cenzorskie zapędy, po prostu takie pisanie dla zabawy (swojej i czytających) bardziej do mnie trafia. Jeżeli jest dobre, a to jest. Spragnionym romantycznych doznań polecam zatem "Mojego pięknego żołnierza" (slash o Sherlocku i Watsonie), a wszystkim - wszystko. Małe rzeczy, a dają mnóstwo radości. W sam raz na wiosnę, na odtrutkę od płonących pól.

PS Jak ktoś chce sobie pomarudzić czy poofftopicować, to przypominam, że mamy nie tylko komentarze, ale też powoli się rozkręcającą Café.

Komentarze

  1. Drevni Kocurek; z tą genialnością bym nie przesadzała:) Jest dobra:)
    Genialne to była "Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley, książka oczywiście:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam takie komenty przy książkach - "fajna", "dobra", "genialna" ale może dlaczego by ktoś napisał.
    @Ewo piszesz: - "Mam fazę obrzydzenia do wszelkich newsów" jestem ciekawa kiedy Ci przejdzie, bo ja od 5 lat co najmniej tkwię w tym stanie i mi nie przechodzi, na dodatek wcale nie czuję sie uboższa w wiedzę społeczną obecnego czasu.
    A, i nie "zakrzyczcie" mnie od razu, bo rozumiem i te Wasze komenty nietreściwe książkowe, i to zapewne chwilowe obrzydzenie do newsów Ewy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tylko z Garniturowej więzi melduję, że we wzmiankowanym wątku nie mam, niestety, wiele do powiedzenia. Nie przepadam za fantasy (zatem także za ff), odkąd w elementarzu zmuszona byłam przeczytać bajkę o niegrzecznym koziołku, który - mimo próśb i ostrzeżeń mamy, by nikogo do domu podczas jej nieobecności nie wpuszczał - dał się przechytrzyć wilkowi. Przez wiele miesięcy po tej "opowiastce" budziłam się spocona i przerażona, bo nie mogłam się pogodzić z okrutnym losem koziołka. I tak mi zostało. Dlatego nic i nikt mnie nie przekona do tego typu fikcji, choćby podsuwał mi pod nos stosy dysertacji naukowych, poświęconych tkwiącym w owych historiach toposom, jungowsko-freudowskim konotacjom czy, po prostu, tłumaczył, że to "fajna" balanga wyobraźni. Mnie przykłady balangi wyobraźni z realnego życia, których nie potrafię ogarnąć, całkowicie wystarczają.

    OdpowiedzUsuń
  4. frog@dog
    A ja ze spoconej i przerażonej więzi zamelduję, że czuję wręcz obrzydzenie do twórców pełnych niezrozumiałego okrucieństwa klasycznych "bajek fantastycznych" i baśni "dla dzieci":)
    I może Bettelheim pierniczyć sobie co chce, nie kupuję tego i już.

    Co nie przeszkadza mi wielbić (często jestem na skraju manii czytelniczej:) współczesnej fantastyki, tej dla dorosłych i dla młodzieży, przecież to tylko mutacja epickich powieści popularnych...
    Moja Mama miała w swoim czasie także dużą awersję do fantastyki w ogólności, ale dawno temu dała się wciągnąć (mówi, że to ona mnie wciągnęła) w transakcję: "Ty Tołstoj, ja Sapkowski". Nie żałuje:)

    OdpowiedzUsuń
  5. @Drevni Kocurek ^^
    "Gra o tron" jest świetnie zrealizowana i zagrana (mój biedny Boromir, ekhem, Sean Bean znaczy się). Czy genialna - to już rzecz gustu, choć rzeczywiście zachwytów nad tym serialem czytałam co nie miara. Ja mam problem z ilością podłości na mm2 taśmy (czy na czym się teraz filmy robi), zbyt to rzeczywiste chyba.

    @lajt
    Znurzenie głównie objawia się u mnie niechęcią do pisania o tym, a tym bardziej dyskutowania. Kultura to jednak znacznie wdzięczniejszy temat. Ale pewnie mi dość szybko minie, bo bez polityki trudno mi sobie tego bloga wyobrazić.

    OdpowiedzUsuń
  6. lajt: Śpieszę donieść dlaczego według mnie książka "Mgły Avalonu" jest genialna. Opowiada o tym, o czym prawie każdy słyszał, mniej więcej zna tę historię czyli o micie arturiańskim. Tylko, że historię tę opowiada "ta" tradycyjnie zła postać - Morgiana. Niesamowita osobowość, nieziemskie zdolności kobiety, która miała zostać przyszłą Panią Avalonu. Jednak, tak po ludzku, nie ma ochoty na poświęcenie całego swojego życia w służbie Bogini i buntuje się przeciwko przeznaczeniu. Na jej miejscu też bym się zbuntowała:)
    Marion Zimmer Bradley opisuje historię Morgiany w sposób barwny, świetnym językiem (nie bez znaczenia jest dobre tłumaczenie)i ze znajomością osobowości silnej kobiety. Oprócz tego, że książka jest pełna magii to jest jeszcze magiczna. Trudno się od niej oderwać i chce się ją przeczytać jednym ciągiem, co nie jest łatwe, bo liczy ponad 1000 (tysiąc) stron.
    Podsumowując lektura obowiązkowa dla silnych kobiet, feministek, w ogóle dla wszystkich.
    Jeśli chodzi o serial "Gra o tron" (książki nie czytałam, jeszcze;). Dobra historia, wartka akcja, ciekawe postacie (niestety dość jednoznaczne z małymi wyjątkami), świetna, widowiskowa produkcja HBO.
    Mam nadzieję, że zaspokoiłam Twoją ciekawość:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Hym, Allek, dziękuję, za zachętę. No to wyznam cała prawdę!! Tym bardziej, że argument Mamy, to - uff - nie do obalenia. Tyle tylko, że zależy której... Ja jak mojej Mamie wciskałam "Siekierezadę" Stachury, to Ona następnego dnia rzucała we mnie fragmentem "Komedii Ludzkiej" Balzaca, wybacz, nie zapamiętałam, którym tomem. A przecież mnie nie chodziło o nic więcej, jak Matkę uwspółcześnić. No i? Jasne, że poza rzucaniem były też epitety skierowane nie tyle wobec Stachury, ale w on-czas współczesnej literatury. Dodam, dla uzupełnienia, że Balzakiem rzucała późną jesienią (podczas mojej sesji), natomiast w sesji zimowej - po podrzuceniu Jej fragmentów "Władcy pierścieni", oberwałam 3 tomem Prousta (Strona Guermantes). Jak więc widzisz, moja Mama była zapiekłą, bezpardonową tradycjonalistką i nie dała się wciągnąć, a co więcej - nie wciągnęła mnie. A, żebym wbiła sobie w łeb, czym jest prawdziwa literatura, po tym 3 tomie Prousta mam "literacką" szramę na wysokości lewego obojczyka. P.S. Co ma Stachura do fantasy? A może to, o czym pisał? I dlaczego? Hym: "Gdzie nas powiedzie skrajem dróg zygzakowaty życia sznur"...

    OdpowiedzUsuń
  8. frog@dog
    @Allek
    Żebyście nie czuły się osamotnione. Boh Trojcu ljubit';)

    OdpowiedzUsuń
  9. Dziękuję Ruda, i cieszę sie bardzo, że zareagowałaś, chociaż nacisku nie było, tylko taki zaczep z nudów, z mojej strony. Twój opis sprowokował mnie do poszukiwań i co czytam: "Marion Zimmer Bradley amerykańska autorka (często feministycznych) powieści fantasy". Ciekawie brzmi, ale to nie moja bajka te fantasy, ale wiedza bezcenna :)
    @Ewo, przez wydarzenia na Elbie, nasz tegoroczny koncert Vaginowy spóźnił się o trzy godziny!!, bo THE FIGHT i MIRAŻ broniły skłotu, a tego dnia grały u nas.

    OdpowiedzUsuń
  10. No właśnie o te widowiskowe akcje chodzi. Poza tym serial nie zmusza się zbyt wiele główkować, co też jest na rękę, kiedy naprawdę za dużo się fantasy w realnym świecie dzieje (czyt. to, o czym nawet mi się nigdy nie śniło w koszmarach, a naprawdę wolałabym tego potwora w realu niż to co mam).
    A i że osobiście mam ochotę (tak psychicznie wewnątrz siebie) kilka osób uśmiercić albo bądź co bądź torturować to widowiskowe walki sprawiają, że po pooglądaniu tegoż owe osoby nie obrywają ode mnie. Choć się należy. Ale to takie tam smuteczki i chamóweczki zycia osobistego...

    Brrr... Idę dalej pakować pudełka i drżeć na myśl o przyzwyczajaniu się do nowego wynajmu.

    OdpowiedzUsuń
  11. Lajt: literatura dzieli się na dobrą i złą. A uwierz mi, że Mgły Avalonu są z dość wysokiej półki:) Spróbuj, a sama się przekonasz.

    OdpowiedzUsuń
  12. frog@dog
    Nenene.
    U nas wymiana poszła ładnie. Ba, Matka ma brechtała się radośnie w środku nocy w tym samym momencie, za brechtanie z którego w środku nocy wcześniej bezlitośnie była mnie opieprzyła.
    :)

    Rude
    Widzę że niewybaczalne mam ubytki w klasyce. Chyba w końcu uda mi się wyjść z zaklętego koła czytania Pratchetta na okrągło:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…