wtorek, 6 listopada 2012

Jak randkują kobiety

Jak randkują kobiety? - zapytał mnie już jakiś czas temu mój blogowy kolega Teresa. Pytanie to wzięło się stąd, że we wrześniu wziął on pod lupę gejowskie czaty erotyczne na Interii i wyszedł mu z tego bardzo zabawny i pouczający (przynajmniej dla mnie) cykl o tym, jak panowie umawiają się na seks (tu część pierwsza, w sumie jest ich sześć). I właśnie z tej okazji zapytał, jak to jest z nieheteroseksualnymi kobietami - jak się spotykają, co je do siebie przyciąga, jak się dogadują itd. Zanim spróbuję w końcu na nie odpowiedzieć, mały disclaimer: ostatni raz zdarzyło mi się umówić na randkę z kimś innym niż moja (nie)ślubna dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze piękna i młoda, co oznacza, że moje doświadczenia mogą nie przystawać do teraźniejszych. Choć z rozmów z kilkoma bardziej dzisiejszymi osobami wyszło mi, że owo nieprzystawanie nie jest aż tak wielkie. A jak się okaże, że jednak jest, to zawsze możecie mnie naprostować w komentarzach.

Jak się zatem spotykają kobiety nieheteronormatywne? Między innymi z absolutnie uroczego (bez ironii) wątku na forum KK wyszło mi, że w każdy możliwy sposób. Poznają się w szkole, na studiach, w sklepie, na grupie wsparcia, w organizacjach, w klubach i tak dalej. Ponoć również w trakcie naszych dyżurów pod Sejmem zawiązała się przynajmniej jedna para. Najpopularniejszym miejscem spotkań pozostaje jednak sieć. Tu królują Inna Strona i, rzadziej, Kobiety Kobietom. Co konkretnie? Inaczej niż w czasach, kiedy zdarzało mi się umawiać przez internet, już nie ogłoszenia i czaty, a profile. Powód? Jak napisała mi jedna z przepytywanych kobiet, "gdzie indziej można znaleźć skatalogowane zdjęcia dziewcząt, która chcą cię poznać?". Niby wygląd to nie wszystko, ale co racja, to racja. Do dziś pamiętam jedną z moich randek z ogłoszenia, która miała być wysoką blondynką, a okazała się być niską co najwyżej szatynką. Nie żeby miało to dla mnie specjalne znaczenie, ale jak się nie daje fotki, to wypadałoby się jako tako opisać.

Popularność profili nie sprawiła rzecz jasna, że ogłoszenia są już zupełnie nie na czasie. Skąd! Jest ich mnóstwo (i zasługują na osobną analizę, ale to może nie dziś), a ich autorki zadają kłam dość popularnemu stwierdzeniu, że kobiety są przede wszystkim zainteresowane stworzeniem stałego związku. Mamy więc i zaproszenia do niezobowiązującego romansu, i poszukiwania kumpeli "na piffko", a może czasami i na coś więcej, i wezwania do "tej jedynej", i "właściwie nie wiem, kogo szukam, ale może to ty". Mamy też, choć to tylko moje przypuszczenie, wsparte jedynie opowieściami o lesbijskich czatach, które czasami bywają raczej "lesbijskie", ileś tam ogłoszeń pań, które w rzeczywistości są panami żądnymi popisania z wirtualnymi lesbijkami (które też mogą się okazać panami i tak to się kręci). I to jest chyba główna różnica, jeśli chodzi o wirtualne światy pań i panów - na gejowskich czatach czy w serwisach randkowych przypuszczalnie nie uświadczysz podszywających się pod mężczyzn kobiet. Przypuszczalnie - bo pewnie jakiś tam niewielki odsetek pań (oraz dziennikarzy Frondy) zainteresowanych takimi wrażeniami istnieje.

No dobrze. Załóżmy, że wybrałyśmy już potencjalny obiekt naszych westchnień. Załóżmy też, aby zbyt szybko nie skończyć tego tekstu, że zadziało się to przez internet. Teraz musimy tylko doprowadzić do tego, co teoretycznie nieuniknione, czyli spotkania. Teoretycznie, bo zdarzają się panie pisarki, którym bynajmniej na takowym nie zależy lub też są tak nieśmiałe i w związku z tym odwlekają ten piękny moment tak długo, że zależeć przestaje drugiej stronie. Oczywiście generalizuję. Znam przynajmniej jedną parę, która korespondowała ze sobą przez kilka lat, nim się w końcu spotkały, i wynikł z tego związek, który trwa długo i trwa do dziś. Wprawdzie gdy tak do siebie pisały, jedna mieszkała w Australii, a druga w USA, no ale fakt, że znam.

Wracając do pisarstwa, czyli wymiany maili czy komentarzy na profilu, ewentualnie czatowania przez GG i inne takie, to ponoć ma ono służyć lepszemu wzajemnemu poznaniu i ustaleniu, czy cel, dla którego owo poznawanie się następuje, ma szansę realizacji. Piszę "ponoć", bo w moim przypadku rzeczywistość zawsze, ale to zawsze weryfikowała nawet najciekawszą korespondencję. Niekoniecznie na minus, ale zawsze na "spodziewałam się kogoś innego. Zupełnie innego". Być może wynikało to ze zbyt wysokich oczekiwań, nawet gdy miałam czysto kumpelskie zamiary. Albo z tego, że panie, z którymi wymieniałam maile, po prostu potrafiły pisać, co akurat w tym przypadku nie zawsze wychodzi na dobre. A może po prostu nie nabrałam takiej wprawy w internetowym podrywie, jak pewna zapoznana przeze mnie przez ogłoszenie kobieta, która synchronicznie wyznawała miłość wszystkim piszącym do niej paniom - na zasadzie "jak z tą nie wyjdzie, to lecę się spotkać z kolejną". Żeby nie było - czasami owo pisarstwo trwa tyle, co anegdotyczna lesbijska szybka randka. Raz nawet mi, urodzonej pisarce, coś takiego się przydarzyło. A zaprzyjaźniona para spotkała się po dosłownie jednym poście na forum.

Co dalej? Przy odrobinie szczęścia udaje nam się spotkać i mamy szansę weryfikacji wzajemnych wyobrażeń o sobie. Czasami następuje ona bardzo szybko - już na etapie podpatrywania zza winkla, kto też na owej randce się pojawił i błyskawicznej decyzji o wystawieniu potencjalnej kandydatki na żonę, kochankę czy koleżankę do wiatru. Czasami po dwóch lub trzech spotkaniach, kiedy to gada się nieźle, ale chemii (przynajmniej obustronnej) zdecydowanie nie ma, lub też w efekcie wspólnego wyjścia na przykład do klubu, gdzie nagle widzimy kogoś, kto wydaje nam się znacznie bardziej obiecujący niż nasza obecna randka. Przyznaję (raczej bez wstydu), że ostatnia sytuacja przydarzyła mi się co najmniej kilkakrotnie. I bardzo ładnie pokazała, że obecna znajomość raczej nie rokuje.

W porządku, stan nierokowania jest prawdopodobnie łatwiejszy i do opisania, i do zdiagnozowania. Jak jednak rozpoznać, że coś z tego będzie? Do stereotypu, że kobiety nieheteroseksualne zawsze szukają stałego związku, mogę dodać jeszcze jeden - że bardzo szybko w związki wchodzą, co zazwyczaj skutkuje większymi lub mniejszymi tragediami (zwanymi czule lesbodramami). I być może coś w tym jest, choć moim zdaniem nie dlatego, że są kobietami, a dlatego, że są kobietami w specyficznej sytuacji społecznej i idealnym lekarstwem na wszelkie bolączki wynikające z homofobii czy z siedzenia w szafie może im się wydawać znalezienie osoby, która sprawi, że nie będą z nimi same. Co znaczy, że sam fakt bycia z kobietą może być dla jakiegoś odsetka lesbijek wystarczający, nawet jeśli nie będzie to "ta jedyna", a zaledwie "jedyna akceptowalna". Jedna z osób, z którymi rozmawiałam przed napisaniem tego tekstu, podrzuciła mi jeszcze jedno ciekawe rozwiązanie zagadki szybkiego parowania się kobiet - że, inaczej niż w przypadku panów, panie, nawet jeśli umawiają się na seks, to chcą się później kumplować. A że stereotypowo wiąże się związki kobiet z czymś stałym, to i takowe kumplowanie może do rangi jakiejś trwalszej relacji urosnąć.

To wszystko nie znaczy, że prawdziwego przyciągania, czy to erotycznego, czy to związkowego, między kobietami nie ma. Choć na pytanie Teresy, co nas właściwie do siebie przyciąga, odpowiedzieć nie potrafię. To coś. I tyle. To coś, co często ma niewiele wspólnego z wcześniejszymi oczekiwaniami - swoją drogą, uwielbiam, jak dziewczyny opowiadają o swoich ideałach (wysoka ruda, drobna blondynka, "męska", "kobieca"), i o tym, jak ślicznie rzeczywistość je zweryfikowała - sporo za to po prostu z chemią. To coś, dla każdej z nas chyba inne (oczy, usta, głos, dłonie, inteligencja, poczucie humoru, gesty itd.), co sprawia, że z jednonocnej przygody robi się związek na całe życie, albo też powoduje, że decydujemy się pójść z kimś do łóżka po piętnastu minutach rozmowy i nigdy więcej już tej osoby nie zobaczyć, choć jeszcze przed chwilą zarzekałyśmy się, że "nie jesteśmy takie". Tak na marginesie, to wszystko sprawia, że dość sceptycznie podchodzę do ogłoszeń, w których jest litania oczekiwań co do przyszłej partnerki i przyszłego związku. Choć pewnie zdarzają się i osoby, dla których to magiczne coś równa się odhaczeniu iluś tam "tak" i "nie" na liście, i jeśli akurat na siebie trafią, to mamy małżeństwo zrodzone w niebie.

Na koniec, choć uparcie będę twierdzić, że kobiety nieheteroseksualne nie zawsze i nie od razu (a czasami i w ogóle nie) szukają tej jedynej, muszę przyznać, że w luźniejszych relacjach specjalnego doświadczenia nie mam, stąd trudno mi stwierdzić, czy nie są one przypadkiem bardziej skodyfikowane i uporządkowane niż te nastawione na zostanie z kimś na dłużej. Choć mimo wszystko zakładam, że jednak nie.

Fot.: skecz "Lesbian speed dating" grupy Big Gay Sketch Show

11 komentarze :

Uśmiałem się przy: "ileś tam ogłoszeń pań, które w rzeczywistości są panami żądnymi popisania z wirtualnymi lesbijkami (które też mogą się okazać panami i tak to się kręci)" - w życiu na to bym nie wpadł.

Największe zaskoczenie: "panie, nawet jeśli umawiają się na seks, to chcą się później kumplować" - faceci traktują się pod tym względem całkowicie instrumentalnie; zrobił swoje, niech spada i więcej się nie spotkamy.

Mężczyźni nie mają też raczej takiego spektrum miejsc spotkań. A przynajmniej nie aż takiego. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Co do reszty, to właściwie wszystko wygląda podobnie. Co nie dziwi, ostatecznie wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. ;)

Spektrum możliwości może wynikać z mniejszej liczby miejsc dla kobiet - i klubów, i portali, i pikiet (są jeszcze?). Taka wymuszona kreatywność.

Z tym kumplowaniem się z kochankami i mniej instrumentalnym podejściem pewności nie mam. Choć kilka przykładów na to znalazłam.

Hmmm...

To ja opowiem może jakie ja mam doświadczenie, choć wtedy internet dopiero się rozwijał i był jakoś rok 2004... Ogólnie, pierwszą lesbijkę poznałam na chacie, na Interii bodajże. Drugą także. Z obiema było coś na kształt przyjaźni/kumpelstwa ale takiego via internet bardziej, w realu kilka spotkań, ale coś po drodze wyszło zagmatwanego (najśmieszniejsze okazało się, że mają wspólną byłą) i jakaś zazdrość o przyjaźń drugiej, więc jako ta "niewdzięczna, co uczuć nie odwzajemniła" poszłam swoją drogą, a tamte dwie żyły ponoć dość długo w kontakcie podtrzymywanym przez obupulne przeklinanie owej wspólnej ex a potem mnie. Do dziś się nie wyjaśniło co to tak naprawdę było i kto co... Jakoś poza mną to wszystko zadziałało.

Tu już poznana dziewczyna była z forum LOrga, kilka postów w regionalnym. Bez jakiegoś nastawiania się pojechałam. Jako osiemnastolatka zostałam strzelona gromem z nieba, ale nie na długo, bo jakieś kilka miesięcy. W międzyczasie pojawiło się coś takiego jak portal pod lorgę podczepiony, gdzie się zakładało profile. Lecz przyznam, że żadnych większych znajomości się znaleźć tam nie udało, bo zwyczajnie zainteresowanie "Przyjaźń" nie cieszyło się popularnością, więc chyba faktycznie panie szukały w większości związków.
Poznałam tam kilka złamanych serc, gdzie myślałam tylko o ewentualnej przyjaźni, bo zwyczajnie po pierwszym nieudanym związku (o ile można tak nazwać spotykanie się w plenerze i okazyjnie w mieszkaniu, jak rodziców nie było. Ale najbardziej kojarzy mi się z jednym, ona starsza jakby chciała matkować - a ja naiwna że wiek nie ma znaczenia...) nie chciałam już żadnych ochów i achów. Niestety nie wiem czemu, ale spotkałam się wtedy z dziwnym zjawiskiem, że o ile się rozmawiało dobrze, przynajmniej z mojej strony, słuchało się podobnej muzyki, czytało książki i wymieniało nimi... Znajomość z tej drugiej strony wygasała. Jakby dla samej znajomości nie warto było podtrzymywać kontaktu.
Była w tym też jedna przyjaźń, gdzie właśnie jednostronnie zaiskrzyło, a u mnie nie. Poznane też przez portal i forum częściowo. Gdyby nie to niechciane zaiskrzenie to myślę, że do dzisiaj bym przyjaźń utrzymywała, bo naprawdę rzadko znajduje się kogoś, kto lubi te same książki i muzykę i można się wymieniać. Ale cóż, ktoś chciał więcej, ja chciałam aby nie zmieniać nic. Jej decyzja o zerwaniu kontaktu. Co niestety po kilku latach okazało się, że panna bajki opowiada ponoć na lewo i prawo, że jest moją byłą...
Ciekawe to jest dla mnie pod kątem psychologicznym - po co tak zmyślać? Ja jak nie zaiskrzyło to po prostu nie wyszło, kontakt nieutrzymywany i tyle. Nie rozumiem zbytnio ubarwiania takich nieudanych hmmm poznań z netu. Osoby te pamiętam i mam nadzieję, że znalazły to, czego szukały.
Ale mam też jedną przyjaźń z Lorgi i forum tamtejszego, gdzie iskra nie przeszkodziła w tym, aby mieć kontakt aż do dziś, a ona nie jedną miłość przeszła do tej pory. Samych znajomych internetowych bardziej z tamtego okresu sporo jest, ale jakoś tak bez odezwu raczej.
Na IS krótki czas byłam. Tam to dopiero się roi... Co rusz jakaś wiadomość czy komentarze na profilach. Lecz nie poznałam nikogo. Kilka korespondencji zwykle kończyło się na jakimś nieodpisanym liście (od ich strony) i tyle... Kilka urwałam sama ot tak bez jakiś urazów do odbiorcy, po prostu życie.

I raz przyznam się, że musiałam uciekać. W sensie, że zmuszona byłam zablokować numer telefonu. Po prostu dziewczyna tak uparta była, że nie przemawiało nic, ale aż się bałam lodówkę otworzyć.
Kolejna dłuższa znajomość także z lorgi, ale to już ewidentnie z forum. Tu były zdjęcia i wszystko. Na spotkanie szłam z nastawieniem, że taka butch, nigdy w życiu, ja przecież chciałam długowłosej kobiecej... No i grom był, ale bardziej od mojej strony, od jej strony ponoć też coś było ale po dwóch miesiącach, kiedy widziałam że tapla się nadal w jakiś przeszłościowych historiach i z byłymi rozmawia (nie wiem po co po latach od rozstania ludzie wyjaśniają cokolwiek) - skończyło się na próbie przyjaźni, gdzie koniec końców po kilku miesiącach zabrałam wszystkie swoje płyty (taka przyjaźń z pomieszkiwaniem). Wtedy chyba przekonałam się, że istnieją samotne lesbijki, które po prostu chciałyby mieć z kim w realu pogadać i pomieszkać. Nie wiem czy to sposób na zapełnienie pustki po byłej, która się wyprowadziła czy co... Ale znajdowałam później na forach jakieś próby zwalenia winy na mnie, analizy mojej psychiki, kiedy to nie ja miałam problemy z przeszłością i teraźniejszością. Nie obczajam tej psychologii - skoro się skończyło to powinno się zająć swoimi sprawami.
Ale widać niektóre panny mają że jak je coś kłuje to potem...

I często miałam podobne odczucia jak ty, że wyobrażałam sobie kogoś innego. Miałam kilka spotkań, które na jednym się kończyły, ale szczerze mówiąc nie żałuję, bo właśnie panny pisać umiały, a w realu porozmawiać to ani be ani me, albo przez telefon z kimś rozmawiały, albo pisały z kimś smsy... Po prostu szkoda gadać.

No i Największą Miłość znalazłam w miejscu, gdzie ostatnią rzeczą było dla mnie szukać miłości. I to jeszcze z samego środka Polski, gdzie w życiu bym w ogłoszeniach na KK nie wpisała tego województwa... Poznałyśmy się w Second Life jakieś 4/5 lat temu. Przez pierwsze miesiące zwyczajne rozmowy po nocach, zwiedzanie wirtualnego świata... Po prostu przyszedł czas na majowy weekend i narodził się pomysł spotkania w realu.
Totalny spontan, strach i lęk (pięć godzin jazdy) nie widziałyśmy chyba nawet swoich zdjęć. To były cztery magiczne dni, zamiast zamierzanych trzech. Po prostu grom z jasnego nieba, który trzyma nas do dzisiaj.
I do dziś się sprzeczamy kto kogo poderwał tak naprawdę... ;)

Tu tylko dodam, że poznałam dziwne zjawisko (dla mnie bardzo radosne), że wszystkie byłe po prostu się ulotniły, po nieudanych próbach ataku na nas na nieistniejącej już próbie odżycia LOrga. Nie rozumiem skąd takie ataki, bo przyznam szczerze mimo pamięci jak kto zranił to życzę wszystkim Ex jak najlepiej, bo zwyczajnie nie mam żadnych emocjonalnych wątów do nich, to mnie osobiście takie zjawisko zadziwia. Pojawiłyśmy się i wszyscy z pazurami, jakby szczęście pary postującej sobie na forum nie mogło istnieć. Ale na szczęście forum zniknęło. Nikt nic nie próbuje pisać ani nawiązywać kontaktu. Mówimy sobie, że to chyba dlatego, bo my mamy swoją rodzinę, świat i nic nie jest w stanie zburzyć naszego spokoju, to też nikt z przeszłości nie próbuje. :)

I na koniec - stronimy od jakichkolwiek forów itd. Widziałyśmy, że są ogłoszenia par szukających ot tak związków par żeby mieć znajomych na wypady, ale jakoś chyba nie chcemy próbować czy coś takiego jest możliwe. Póki co stronimy od tego środowiska.

Ale się wypisałam...
Ufff... Pozdrowienia dla Was. :)

PS. Zapomniałam dodać, przeważnie był jeden schemat (nie wiem jak teraz bo od jakiś 7 lat jestem nie w klimacie środowiskowych stron/portali) najpierw wiadomość na profilu, potem przechodziło się na gg lub email. A jak już było poznanie w realu i dłuższa znajomość niż na miesiąc były też smsy jak już się podało numer - nie w każdym przypadku byłam na tyle ufna by podać od razu.

PS2. A i życie tak zweryfikowało mój ideał, że faktycznie mam długowłosą wrażliwą kobietkę :D Bonusowo z zielonymi oczami (co zawsze mi się marzyło) ^^"

Ale się Drevni Kocurek rozpisała ;) ale wszystko przeczytałem.
Tylko z tego co opisała, to bardziej mi wychodzi, że dawne znajomości, to nie przyjaźnie, ale wręcz grono obmawiających i wrogo nastawionych - no chyba, że DK tak pechowo dobierała sobie sympatie.

Ter SA,
bez przesady, to są tylko przykłady. I chyba jednak niedokładnie przeczytałeś albo zbyt generalizujesz... :)

Ja nie mówiłam o tym, że dawne znajomości to obmawiające i wrogo nastawione osoby, tylko o tym, że można spotkać w sieci swoją ex (która ma kilka znajomych) i może się zacząć taka historia, że będą atakować w obronie owej osoby... Albo gorzej - spotkać dawną nieszczęśliwie zakochaną, która (może się mylę, nie wiem, bo sama nie spotkałam się z tym) do końca życia będzie miała do ciebie żal, że ona tak cię ukochała a ty się nie zakochałeś. I zamiast winić los będzie winić właśnie ciebie. ;)

Jakby samo pojawienie się obu osób na tym samym forum sprawiało, że mimo iż minęły 2 lata od całej sytuacji (którą przykładowo panna sama zakończyła) trzeba temat odświeżać i atakować każdą ex (doszłą, niedoszłą, byłą, niepełną etc jak kto chce) jaka się gdziekolwiek napatoczy.

A stare znajomości czy przyjaźnie z czasem wygasają, bo albo ludzie mają sprawy w realu i się jako tako odcinają nieco od internetu albo po prostu korespondencja wygasa ot tak. Myślę, że dobrze wiesz o czym mówię, bo myślę, że każdy kto korzysta z internetu spotkał się z tym, że sobie mailował, że sobie pisał, rozmawiał, a tu któregoś dnia albo znienacka kontakt znika albo stopniowo rzadziej i rzadziej, aż...

Co można zrobić? Po prostu przechodzimy nad tym do dnia codziennego. Nic na siłę przecież. :)

PS. Ter Sa,
myślisz, że można sobie sympatie dobrać aż tak pechowo? ;)

Nie wiem, czy tak wszędzie jest, czy każdy tak miał, ale statystycznie rzecz biorąc jak tak wziąć pod uwagę analizę to wychodzi mi na to, że (po obserwacjach na forach nie tylko tam, gdzie pisałam, ale też tylko sobie podczytywałam tematy) bardzo często jest tak, że byłe (doszłe lub nie) jak spotkają na swojej drodze kogoś z przeszłości to lepiej jest wtedy zniknąć z tej społeczności.
Nie spotkałam się, żeby ktoś potrafił normalnie pisać na forum na którym jest była. Sama kiedyś dawno temu podobnie spotkałam kogoś i starałam się, ale niestety, prędzej czy później ta osoba zacznie coś wyciągać. Więc nie warto.

Myślę, że to po prostu dlatego, bo kobiety są pamiętliwe i uczuciowe. Niektóre kobiety potrzebują całych lat, żeby móc zwyczajnie opowiedzieć o jakiejś miłości jak opowieść z książki, która się wydarzyła i została w pamięci. Ot tak po prostu.
A że kobiety są uczuciowe, pamiętliwe i nierzadko zacięte i uparte, wredne i w ogóle zołzy to... Nie znajdziesz wielu przykładów ex przyjaźniących się bez żadnych zgrzytów, podtekstów czy zazdrości. ;)

Poznałyście się w Second Life? No to jest dopiero fantastyczna historia:)

Co do klimatów z byłymi - chyba niekoniecznie zrzucałabym to na pamiętliwość kobiet (choć sama jestem z tych pamiętliwych, w przeciwieństwie do Gosi, która się z większością eks przyjaźni, i w sumie się nie dziwię, bo fajne z nich dziewczyny), raczej na specyfikę forów dla kobiet niehetero. Nie mam pojęcia, jaki klimat był na Lordze, ale patrząc na to, co jest na KK, potrafię sobie wyobrazić, że dość podobny. Czyli wiele osób jest tam bardzo długo, są wzajemne sympatie i antypatie, grupki wsparcia i grupki wzajemnej adoracji... A jak do tego dodać, że sytuacja miała miejsce parę lat temu, gdy, mam wrażenie, zaangażowanie w w tego typu fora było jeszcze większe, bo nie było fejsa i innych dobrodziejstw teraźniejszości, to w sumie nic dziwnego, że jakieś przedziwne rzeczy się tam działy.

PS To coś z profilami dodane do Lorgi bodaj się Swatka nazywała.

Tak,dokładnie w Second Life na wyspie Polska Republika :D ^^"

Ja tam to traktowałam jako oderwanie od rzeczywistości i nawet nie myślałam, że mogę tam kogokolwiek poznać, a co już mówić... :D

Co do forów to możliwe. Lorga miała wtedy jakąś taką reaktywację forum po 2 latach przerwy, ale długo to nie trwało, bo jakoś tak zimą, wiem że do maja - jakoś 4 miesiące w sumie - a potem wszystko zniknęło po ujawnieniu się Kary. W jej miejsce postała feminoteka albo coś takiego, w każdym razie dla kobiet ogólnie.
Na KK to ja się boję zaglądać - tam za dużo ludu.

Wiesz, może Gosia miała szczęście trafić na jakieś fajne osoby. ;)
Ja bym z kilkoma byłymi znajomymi etc może i nadal kontaktowała, ale jak ktoś ma urazy i sam kontakt zerwał to nie ma po co. :)
Osobiście tak mam życie poukładane i dla mnie to wszystko tak daaawno było, że ... prawie jak jakiś kiedyś obejrzany film, bo dziś mam rodzinę i nie w głowie mi żadne randki ;p

Chyba że z moją secondlifeową miłością :D
O tak wyglądałyśmy:
http://1.bp.blogspot.com/_Up5RiVto_YA/TB9B_JnP2hI/AAAAAAAABKU/FVXz7Wcp-zY/s1600/Snapshot_096.png
Po spotkaniu w realu i wielkim gromie z nieba w SL był ślub :D

Prześlij komentarz