poniedziałek, 22 listopada 2010

Między autohomofobią a krytyką poglądów

Na początek dwa cytaty:

"Zinternalizowana homofobia" to wytrych służący do... zamykania ust osobom, które mają inne zdanie. (forumowicz Homiki.pl)

Termin "uwewnętrzniona homofobia" uważam za niepoważny i pusty. Jak dla mnie służy on tylko i włącznie do zamykania ust tym, co nie płyną z prądem. (Magda pod moim postem Prasówka)

Zanim przejdę do rzeczy, coś oczywistego (przynajmniej dla mnie): homofobia zinterioryzowana istnieje. A konkretnie istnieje zaburzenie określane również mianem homoseksualizmu egodystonicznego, objawiające się stanami depresyjnymi i niskim poziomem zadowolenia ze swojej orientacji psychoseksualnej, niechęcią do siebie i innych osób nieheteroseksualnych, ukrywaniem i tłumieniem swojej homoseksualności. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie o to zaburzenie autorowi i autorce powyższych cytatów chodzi, a o zespół zachowań i poglądów bynajmniej niewynikających z nienawiści do samych siebie. Tak że tyle psychologii, czas na dywagacje wokół innych, mniej oczywistych znaczeń spornego sformułowania.

Pamiętam, jak kilka lat temu wspólnie z wrocławską redakcją Homików przygotowałam żartobliwy quiz "Czy jesteś homofobem?" (uwewnętrznionym rzecz jasna). Był mocno nieprecyzyjny, wzbudził trochę kontrowersji (na Homikach i na forum Kobiety Kobietom), ale też, paradoksalnie, zmusił kilka osób do zastanowienia się nad tym, na ile uwewnętrzniają stereotypy na temat osób nieheteroseksualnych. I na ile niechęć do niektórych zachowań wynika u nich z tego, że przypisuje się je LGBTQetcetera, a na ile z tego, że w ogóle im nie odpowiadają, niezależnie od płci czy tożsamości obiektu niechęci. W tym ostatnim zdaniu zawiera się według mnie podstawowa różnica między homofobią uwewnętrznioną a wynikającym ze światopoglądu brakiem akceptacji dla pewnych postaw czy zachowań. Do tego trzeba jeszcze dodać skłonność do stereotypizowania, przypisywania określonych postaw grupom, nie jednostkom (np. słynne "jestem spoza środowiska, bo środowisko to...") i przepis na autohomofoba/autohomofobkę mniej więcej gotowy.

Mniej więcej, bo szukając przykładów na to, gdzie przebiega granica między krytyką pewnych postaw a autohomofobią, natrafiłam na kilka wypowiedzi spod znaku "nam wolno mniej, bo nie jesteśmy hetero" ("sprawa blokady i Biedronia zaszkodzi całemu środowisku", "aby dostać akceptację, muszę przekonać innych, że nie krzywdzę"). I z takimi stwierdzeniami, muszę przyznać, mam kłopot. Bo z jednej strony to jest stereotypizowanie (postrzeganie osób niehetero jako grupy, a nie jako odrębnych jednostek) oraz dążenie do samoograniczania li i jedynie ze względu na swoją orientację psychoseksualną. Z drugiej, jestem w stanie zrozumieć, że ktoś wyznaje zasadę pracy u podstaw na tyle mocno, że wszelkie mocniejsze wystąpienia (dość skrajny przykład to plakat Pomady) budzą w nim obawy jako potencjalnie szkodzące sprawie. I szczerze mówiąc, trudno jest mi podejrzewać takie osoby o zinternalizowaną homofobię - to może też być kwestia wiary w taką a nie inną strategię działania. Ale... No właśnie, "ale" być musi. Bo samoograniczanie to jedno, gorzej z ograniczaniem innych. Nawet w słusznej sprawie. Ograniczaniem, a nie krytykowaniem, bo to dwie różne rzeczy. Czyli że może mi się nie podobać, że Jacek Poniedziałek opowiada o swoich seksprzygodach z księdzem, ale z drugiej strony nie mogę zażądać, by przestał o nich opowiadać i zaczął udawać słodkiego chłopczyka, którym nie jest. Do tego dochodzi jeszcze jeden aspekt - emocjonalny odbiór tego typu opowieści, bo potrafię sobie wyobrazić, że dla niewyoutowanego geja, który właśnie szykuje się do powiedzenie o sobie swoim rodzicom, wyznania Poniedziałka mogą być ciosem. No bo co będzie, jeżeli jego rodzice pomyślą, że on też taki jest (nawet jeśli rzeczywiście jest)?

Pytanie brzmi, czy ci, którzy robią coś publicznie, mają obowiązek myślenia o tych wszystkich reakcjach niepublicznych osób LGBTQetcetera, które może owo robienie czegoś wywołać. Dla mnie akurat odpowiedź jest jasna - nie. Bo publicznie nie znaczy "w imieniu wszystkich". Bo każdy jest przede wszystkim jednostką i jako jednostka ma prawo do wyrażania siebie w taki sposób, jaki mu/jej najbardziej odpowiada. Bo to nie jego/jej orientacja psychoseksualna jest problemem, a homofobia społeczeństwa, które robi z niej problem. I które w jednostkach widzi reprezentantów i reprezentantki ogółu. Oczywiście są osoby publiczne, które kogoś tam poza sobą reprezentują (na przykład swoje organizacje), ale nie o nich w tej chwili mowa.

Jest jeszcze jedna postawa, która często jest uznawana za przejaw autohomofobii. To egocentryzm: ja nie odczuwam dyskryminacji i nie mam potrzeby posiadania równych praw (bo i tak sobie radzę), więc nie zamierzam się przejmować problemami innych i wspierać ich dążeń. Ostatnio wdałam się w dość długą dyskusję z przyjaciółką, która ową postawę prezentuje. Na pytanie, co by było, gdyby jej dziewczyna trafiła nieprzytomna do szpitala, odpowiedziała, że jakoś by się do niej dostała. Podatek spadkowy? No trudno, stać ją na to. A ci, których nie stać? No, niech walczą. I w sumie w porządku. Nie w porządku byłoby dopiero wtedy, gdyby nie widziała problemu i nie rozumiała, o co toczy się gra (znam i takie przypadki).

No dobrze, więc co z tą homofobią zinterioryzowaną? Czy stała się słowem-kluczem do zamykania ust oponentom i oponentkom? Czy, podobnie jak słowo queer, nabrała tylu znaczeń, że szary użytkownik tego słowa nie bardzo już wie, czego dotyczy? Niekoniecznie. Wydaje mi się, że opór wobec tego pojęcia (obok niezrozumienia jego istoty) wynika też z tego, że może być ono użyte (i jest używane) w sposób wykluczający. Bo w końcu są osoby, dla których na przykład promiskuityzm jest czymś z automatu złym, tak że z miejsca oceniają ludzi żyjących w wolnych związkach negatywnie. Jeżeli mają przy tym świadomość, że takie związki nie dotyczą wyłącznie osób nieheteroseksualnych i nie formułują sądów w rodzaju "geje są z natury rozwiąźli" tudzież "rozwiąźli geje szkodzą środowisku", to trudno mówić o autohomofobii. Ot, po prostu ktoś ma takie poglądy, a nie inne i ma do tego pełne prawo. Inny przykład - parady. Ktoś może ich nie lubić, bo uważa, że nie spełniają swojego zadania, nie pomagają walczyć z homofobią. Można się z tym poglądem spierać, ale nic autohomofobicznego w nim nie ma. Kiedy to coś się pojawi? Na przykład wtedy, gdy ktoś nie lubi, bo "jest przeciwny obnoszeniu się ze swoją seksualnością". Czyli uważa, że nam wolno mniej. Że za rękę to chłopak z dziewczyną mogą iść, ale dwie dziewczyny to już nie, bo się obnoszą.

Gdzie więc leży granica? Wydaje mi się, że tam, gdzie owi rozwiąźli, z piórkami w tyłkach, owe bardziej odstające od "normy" mają ukrywać swoje istnienie, bo "szkodzą" (mi osobiście i całemu środowisku w ogóle). Kiedy mamy czegoś nie robić nie dlatego, że to bez sensu, ale dlatego, że "nam wolno mniej".

23 komentarze:

Również spotkałam się niestety z tym zjawiskiem - gdyby tak nie było, o wiele łatwiej byśmy wywalczyli równe prawa. Ale oczywiście nie można się zjednoczyć, bo niektórym to "wisi", a inni nawet się sprzeciwiają. Problem leży w samoakceptacji. zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

No i niestety z przykrością muszę stwierdzić, że poczułam się (w jakże uproszczony sposób) wpasowana w przepis na autohomofobkę. Jakkolwiek ironicznie to brzmi?! No cóż wydaje mi się, że każdego określają jego własne doświadczenia. Przykład z mojego życia jest taki, że obracając się w tzw. środowisku czy tzw. branży kompletnie nie odnajdywałam wartościowych przeżyć (wartościowych dla mnie oczywiście) jedyne co się liczyło to dobra zabawa na imprezach, alkohol i kompletny brak zahamowań ("każdy z każdym" - nie stanowiło żadnego problemu i nikogo nie śmiało to dziwić). Owszem zdarzało mi się spotykać kobiety, które mnie pociągały, jednak zaledwie po chwili okazywało się, że nie mamy ze sobą nic wspólnego. W pewnym momencie zupełnie świadomie - twierdząc, że się w tym kompletnie nie odnajduję - zrezygnowałam ze spotkań "branżowych", odsunęłam się od tzw. środowiska dokładnie z cytowaną przez autorkę dewizą "jestem spoza środowiska, bo środowisko to..." i rzeczywiście zaczęłam sobie myśleć, że jeśli to ma być to całe LGBT to ja serdecznie dziękuję. Czułam się zmęczona, a momentami nawet zastanawiałam się czy to może ze mną jest coś nie tak, że swoimi poglądami i podejściem do życia nie "wpasowuję się".
Po jakimś czasie spotkałam kobietę, która z tzw. branżą miała tyle wspólnego co (za przeproszeniem) świnka z siodłem :) wszystko działo się tak, jak sobie wymarzyłam... powoli bez pośpiechu, długie rozmowy - małe kroki zbliżające nas do siebie, wspólne upodobania, podobne spojrzenie na świat, jeśli kłótnie światopoglądowe to niezwykle wiele wnoszące, i co niezmiernie ważne: ani moim ani jej celem nie było wskoczenie sobie do łóżka. Jeśli mogłabym użyć terminu "bratnia dusza" to była ona... i warto było czekać. Minęły cztery lata i wciąż uważam, że jest miłością mojego życia. Jakkolwiek idyllicznie to brzmi taka jest "moja prawda". Co do wspomnianego środowiska, z którym nadal zdarza mi się mieć styczność, pewne sytuacje, które maja w nim miejsce są w moim odczuciu wręcz żenujące :/. Dodam, że środowisko, w którym przebywamy z moją partnerką jest w pełni heteroseksualne i wcale nie musimy się przymilać bądź udawać kogoś kim nie jesteśmy, by nas akceptowali. Po prostu nie dzielimy znajomych czy przyjaciół na homo czy hetero, ale łakniemy kontaktu z wartościowymi ludźmi, a to, że są oni w większości hetero nam nie przeszkadza :). Oczywiście nie uważam, że jakiekolwiek kampanie przeciw homofobii czy marsze równości wpływają negatywnie na mój wizerunek, bo od "kreowania" mojego wizerunku jestem ja sama i w gronie moich znajomych nie istnieje coś takiego jak podciąganie mnie pod działanie tego czy owego "środowiska". Także owszem zgadzam się z tym, że chcę mieć z moją partnerka takie same prawa jak para heteroseksualna i chętnie zagłosuję na kogoś, kto ma podobne poglądy, chętnie podpiszę się pod wezwaniem do legalizacji związków homoseksualnych, lecz nie pójdę w marszu równości (w wielkim uproszczeniu) obok kogoś z kolorowym piórem w pupie, bo zwyczajnie nie utożsamiam się z jego światopoglądem. Natomiast nie przeszkadza mi, różnorodność owego marszu, bo wiem, że każdy ma prawo manifestować swoje przekonania, ale ja nie ze wszystkim muszę się zgadzać tylko dlatego, że jestem homoseksualna.
Oczywiście mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam to tylko spojrzenie Z mojego punktu widzenia :) Cudzysłowy były zamierzonym zabiegiem, aby ktokolwiek, zanim zechce mnie pożreć w całości zechciał spojrzeć na ogól wypowiedzi :) Zaznaczam też, że wiem iż wszystko jest pojęciem względnym , gdyż punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a każdy ma "swoją prawdę", której gotów jest bronić :)

Szanowna Redemption,
Swoim megadługim komentarzem oddałaś w zupełności również moje własne odczucia na ten temat.
Od siebie dodam tyle, że choć nie łaknę jak kania dżdżu kontaktów z szerokopojętym środowiskiem LGBTQ, sporadycznie zdarza mi się z premedytacją obracać w takim towarzystwie.
Robię to najczęściej dla jaj, bo lubię się głośno pośmiać z wielu rzeczy (również z tych wszystkich piórek, złamanych łapek, tańców przy rurze i ogólnoklubowej sodomii) oczywiście żeby nie być chamem sam na tą okazję wcielam się w różne role ;)

Oczywiście - są tacy, którzy twierdzą, że "homofobia zinternalizowana" to "słowo-klucz" mający zamknąć usta "tym co mają inne poglądy". Ale jakie to są "inne poglądy"? Takie, że trzeba wykluczyć lesbijki i gejów, którzy nie reprodukują schematów. Tu nie mamy do czynienia z jakimiś równorzędnymi poglądami jak np. że dżem śliwkowy jest najlepszy a ktoś inny twierdzi, że truskawkowy jest najlepszy. To są poglądy antyspołeczne, opresywne, złe, zakładające marginalizację i wykluczenie. A zinternalizowani homofobi po prostu uwewnętrznili uprzedzenia i antypatie obecne w heteropatriarchalnej kulturze.

Co zaś się tyczy "środowiska" wspomnianego przez Redemption. To jest właśnie kolejny przykład tego, że ciężko nam jest wyjść poza logikę opresywnej kultury, która w homoseksualizmie widzi tylko seks. "Środowisko" to nie są burdele gejowskie. Oczywiście - kto chce z nich korzystać, proszę bardzo, ale to jest jedynie drobny fragment faktycznego środowiska, a raczej środowisk tworzonych przez osoby LGBT. Czy komukolwiek przyszłoby do głowy twierdzić, że "środowisko heteroseksualne" to parking z tirówkami?

Kochani.. a ja zapytam: a kto to jest środowisko?

aktywiści i działaczki? Osoby chodzące do klubów? my, którzy spotykamy się ciągle w tym samym gronie na manifestacjach, paradach, przy projektach (nie mylić z aktywistami i aktywistkami :p) czy może jeszcze ktoś inny?

Jak odpowiemy sobie na to pytanie, to możemy spróbować dyskutować JAKIE środkowisko jest.

'z premedytacją' to pod kluby chodzą kibole. rozumiem, że wizyta w klubie w środku może dostarczyć przeżyć równych wyprawie do zoo w dzieciństwie. ale chyba o tym jest ten tekst: nikt nikomu nic nie każe, więc też nie ma powodu, by na resztę patrzeć z góry.
nie od rzeczy będzie przypomnieć, że jedyne co nas łączy, to z jaką płcią sypiamy. reszta różni nas wszystkich diametralnie i jeśli tego nie widzimy, to niestety, patrzymy na całe to pedalstwo równie stereotypowo, jak przeciętny heteryk.
definiowanie 'środowiska lgbtq' jako tego, które widuje się w klubach, jest więcej, niż grubym uproszczeniem.

Oczywiście podtrzymuje swoje zdanie zacytowane na początku notki. Wydaje mi
się, bowiem, że termin ten został dokumentnie wyprany ze swojego pierwotnego
znaczenia. Tak jak nazywając kogoś kretynem nikt nie myśli o niedoborze jodu u
danego osobnika, tak nazwanie kogoś uwewnętrznionym homofobem oddaliło się
od definicji i służy właśnie temu, aby uciszyć głosy krytyczne i ustawić
oponenta w pozycji tego wstrętnego, nietolerancyjnego antypostępowca.
Parafrazując Ewo Twoje ostatnie zdanie - ja nie uważam, żeby ze względu na
naszą orientację wolno nam było więcej. A niestety mam wrażenie, że do tego
doprowadza poprawność polityczna i oporne przyjmowanie słów krytyki pod
adresem osób o innej niż hetero orientacji seksualnej. Nie podobają mi się
częste zmiany partnerów, otwarte związki, całowanie się na ulicy, wyzywający
makijaż czy styl ubierania, antyklerykalizm i nieustępowanie miejsca
staruszkom. I naprawdę nie ma dla mnie znaczenia, kto takie rzeczy robi. Po
prostu mi się nie podobają i mam prawo je marginalizować i wykluczać ze
swojego życia. Nie znaczy to oczywiście, że biegam za takimi
osobami i mówię, że nie można - nie, po prostu mam swoje zdanie na ten
temat.

Co ciekawe i tutaj wejdę w obszar krzywdzących generalizacji najwięcej
niezrozumienia spotkało mnie od osób homoseksualnych i ludzi, którzy
określają się mianem LGBT friendly. Nie wiem czy ja według nich muszę
spełniać jakąś normę, zbiór określonych zachowań, diabli wiedzą, co jeszcze.
Pamiętam oburzenie po wystąpieniu Radziszewskiej i tłumaczenie, że
orientacja to nie światopogląd. Zatem dlaczego ktoś się dziwi moim poglądom, mojemu antyfeminizmowi i dostawaniu gęsiej skórki na wszystko,
co ma socjal w nazwie. Co ciekawe dziwią się osoby, które mienią się
tolerancyjnymi i przyjaznymi a osoby, przed którymi ostrzegano mnie jako
przed homofobami okazują się być bardziej otwarte na mnie jako na człowieka.
Bo może myślą samodzielnie, a nie podążają za kalkami światopoglądowymi,
które każą być otwartym, przyjaznym i pochwalającym różnorodność, bez
refleksji, ot, bo tak wypada.

@Magda - przyznam się uczciwie, dziwię się antyfeministkom. I pewnie nie przestanę, bo dla mnie działanie na swoją szkodę ma w sobie coś irracjonalnego. Ale pojęcie szkody jest dość szerokie i zależy od wielu pobocznych czynników, więc to temat na dłuższą dyskusję. Grunt, żeby mi nikt nie próbował odebrać prawa do głosowania czy edukacji.

Co do tematu - faktycznie jestem ''spoza środowiska'' (czymkolwiek by ono nie było). Dlatego, że w żadnym ''środowisku'' nie jestem, tkwię w wieży z kości słoniowej, dokładniej na drugim piętrze. Ale niepokoi mnie to, że że ''rozwiązłość'' czy ''promiskuityzm'' są postrzegane jako ZUE. Nie widzę żadnego powodu, by miały takimi być. Ludzie wiedzą, co robią, a jak nie wiedzą, to ich sprawa. Otwarty związek to też nie jest coś, co można komuś narzucić, wchodzi się w niego dobrowolnie. Pomijając już fakt, że seks nie może być przedmiotem dyskusji etycznych, bo jest tylko trochę mniej prymitywną potrzebą od oddychania.

Nawet jeśli nie lubię, gdy heteroseksualna para w metrze zagląda sobie do migdałków pod moim nosem, to nie widzę powodu, by być przeciw temu. Moje nielubienie to żaden powód. Tak przynajmniej ja sądzę i nikomu niczego nie bronię. Ktoś wszak może nie lubić moich zbożowych batoników, a co mu do tego, że je publicznie jem?

Nie lubię światopoglądowych kalek, przyznaję. Ale nie lubię też ludzi, którzy działając sobie na szkodę (co im absolutnie wolno), działają też na szkodę innym (co jest bardziej dyskusyjne). Jestem w stanie zrozumieć polityka, który jest gejem i homofobem jednocześnie. Zrozumiem kogoś, kto nie potrzebuje związku partnerskiego (mało tego, sama uważam, że związki partnerskie, tak i małżeństwa heteroseksualne, to poroniony pomysł), ale nie kogoś, kto nie mając na niego ochoty, zabrania go innym. A psów ogrodnika jest dużo, wszędy.

Jak widzę słyszę osoby wpisujące się w moje lata związku z kościołem to bym łeb roztrzaskał - zero argumentów z mojej strony, nic nic nie da.

Ja bym była za tym, żeby jednak tego środowiska nie definiować (przynajmniej nie na potrzeby tej dyskusji), a pozostawić w charakterze worka na stereotypy. Bo wtedy wychodzą ciekawe rzeczy. Ot, ostatnio na Homikach przeczytałam, że ktoś jest spoza środowiska, bo jest męski, inni często biorą go za heteryka i dzięki temu ma większe powodzenie w klubach. Oraz że ci ze środowiska do są przeintelektualizowani i zniewieściali. Czyli co osoba, to co innego rozumie przez środowisko.

@Redemption
Nie chodziło mi o to, by kogoś gdzieś wpasowywać. Raczej o autorefleksję nad tym, na ile uwewnętrzniamy niektóre stereotypy. Oraz o zastanowienie się, ile zachowań, które dość łatwo można określić mianem "homofobii zinterioryzowanej" rzeczywiście z niej wynika.


@Magda
Skoro piszesz z perspektywy osobistej, to ja też sobie pozwolę skupić się konkretnie na Tobie. Nie uważasz, że coś wspólnego z tym, jak niektóre osoby na Ciebie reagują, mają takie Twoje sądy jak ten:
"Bo może myślą samodzielnie, a nie podążają za kalkami światopoglądowymi, które każą być otwartym, przyjaznym i pochwalającym różnorodność, bez
refleksji, ot, bo tak wypada"? Gdybym Cię nie znała, to uznałabym, że uważasz, że wszystkie osoby, które mają inne poglądy niż Ty, mają je jedynie dlatego, że bezrefleksyjnie podążają za kalkami światopoglądowymi. Oraz że głębsza refleksja prowadzi Twoim zdaniem do posiadania wyłącznie takich poglądów jak Twoje. A tak chyba nie jest, prawda?
Wydaje mi się, że nie lubisz sformułowania "homofobia zinterioryzowana" przede wszystkim dlatego, że wiele osób odnosi je do Ciebie. Moim zdaniem niesłusznie, bo jest różnica między krytyką a zabranianiem (o czym też piszę). Z drugiej strony wszyscy mamy tendencję do okopywania się na swoich pozycjach (dla mnie okopywanie się to np. zdanie o kalkach i bezrefleksyjności z Twojego komentarza), co nie ułatwia dyskusji.

@Ewa- w ramach autorefleksji proponuje poczytac swoje wlasne posty wlasnie pod kontem nieuzasadnionego szafowania terminem uwewnetrznionej homofobii- olbrzymi material pogladowy na temat okopywania sie na swojej pozycji i szufladkowania tych, ktorzy maja odmienne od Twojego zdanie

@akane-iro,

Widzisz a ja nie przestanę się dziwić feministkom, które w moim odczuciu traktują kobiety jak gorszy gatunek człowieka i uważają, że potrzebują one specjalnego traktowania, które mają im zagwarantować zmiany w prawie a nie w obyczaju. Patrz: parytety. No, ale nie będziemy tu śmiecić Ewie dyskusjami o feminizmie:).

Co do postaw, z którymi się nie zgadzam - nie zabraniam ludziom żyć według ich reguł. Ja jedynie ich nie popieram ani nie chcę naśladować i uważam, że mam prawo wyrażać opinie, że moim zdaniem to się nie sprawdza. Moim zdaniem a nie zdaniem tych osób. Ja popieram wierność i monogamię, bo takie wzory przekazali mi moi rodzice i rodzina i widzę, że to się sprawdza. Wydaje mi się, zatem, że mogę powiedzieć, że dla mnie otwarty związek byłby zły a rozwiązłość jeszcze gorsza. I coś takiego mogę przekazywać osobom, które mnie o zdanie zapytają. Jak nie pytają to nie latam oczywiście z transparentem i nie krzyczę: precz z otwartymi związkami. Każdy może żyć według tego co uważa za ważne, ale też każdy może mieć pewne postawy i wartości, które mu się podobają bardziej niż inne i za którymi będzie się opowiadał.

Na marginesie: aż się uśmiechnęłam jak przeczytałam Twoją opinię o małżeństwach:)). Ja jestem zdania, że jakiekolwiek wiązanie ludzi przez państwo jest śmiechu warte a jedyny sensowny uprawomocniony związek to małżeństwo kościelne, bo jeżeli trzeba koniecznie kogoś prosić o pomoc w miłości to przecież nie instytucje i urzędy, ale siłę wyższą.

Ewa,

Oczywiście, że głębsza refleksja prowadzi do posiadania takich poglądów jak moje:))).
A poważnie: czasem podziwiam ludzi o zupełnie innych poglądach, serio. I nie mam tabliczki na drzwiach: lewaków nie wpuszczam:) Ja po prostu sprzeciwiam się bezmyślnemu podążaniu za hasłami, które może w swoim założeniu są dobre, ale mogą doprowadzić do jakiegoś terroru. A tak naprawdę to największą szkołę życia daje mi oczywiście związek z U., bo pięknie się różnimy :)

@Magda - obawiam się, że zaszło nieporozumienie, bo ja ze zgoła innego powodu krytykuję małżeństwa ;) Mianowicie dlatego, że to nie jest sprawa państwa, kto się z kim wiąże i ile jest to osób, a z tytułu powiązania nie muszą wynikać takie rzeczy jak odwiedziny w szpitalu czy spadek, bo to indywidualne sprawy. Ale nieporozumienie dotyczy też antyfeminizmu, bo sama jestem przeciwna parytetom, tak jak wszystkiemu, czego liczba ma być określana z urzędu. Jednakowoż nie nazywam się antyfeministką, bo nią nie jestem.
Ale już nie śmiecę ;)

@akane-iro

Ja rolę państwa ograniczyłabym do minimum - jak dla mnie wystarczyłaby ochrona granic, więc tym bardziej nie widzi mi się ingerencja państwa w tak intymne kwestie jak związki międzyludzkie :)

@Magda- rozumiem, ze ta redukcja panstwa tylko do obrony granic to zart?;)przy takim radykalizmie to nawet Korwin wymieka

Trudno jest żyć w oderwaniu od sformalizowanych układów społecznych, zawsze gdzieś jesteśmy uciśnięci, bądź sami się "wciskamy" i w każdej z tych sytuacji chcemy dla siebie jak najlepiej Żądamy godnych warunków w pracy, szkole, generalnie w Życiu, a każdy je widzi inaczej.

Co za tem robić?

Mogę się przyglądać ze swojej wieży i myśleć "co ta banda kretynów chce", mogę być na, powiedzmy paradzie i krzyczeć "nie podoba mi się, że nie mam prawa!"(uprościłam), mogę tworzyć coś wspólnie, z tymi którym się też nie podoba, mogę milcząco przyglądać się każdemu, mogę czekać aż ktoś coś dla mnie zrobi, mogę....

Ale ja NIE CHCĘ czuć się jak więzień i Wasza zakładniczka - jestem WOLNA w zniewolonym systemie, będę sobie niepoprawna politycznie, życiowo, myślowo, seksualnie i jak tam chcecie jeszcze, oczywiście niepoprawna dla każdego z Was inaczej, bo wszyscy tworzycie różne grupy i dla każdego z Was "niepoprawność" znaczy to samo :)

Ja oczywiście nie tworzę żadnej grupy ha ha ha

Miłego dnia Wszystkim.

@shadow

Już raz Ewa mnie pogoniła za teksty nie na temat, więc umówmy się, że jak zrobi notkę o systemach politycznych, libertarianizmie, teoriach indywidualistycznych i wspólnotowych to wtedy pogadamy :).
W końcu jesteśmy tu w gościach. ;)

Magda: A ja nie życzę sobie wciskania się w relacje międzyludzkie tzw. "sług bożych". I dziwi mnie jak ktoś jest klerykalny i wierzy, że taki koleś w sukience ma chody tam na górze;-). I nie uwierzę w żadną rolę kościoła, no przynajmniej tą pozytywną. I proszę mi nie stosować argumentu, że państwo nasze bez kościoła by nie przetrwało, bo nasi południowi sąsiedzi dali sobie z tym radę:). I dla mnie własnie ludzie wierzący w kościół, to jak to ładnie ujęłaś osoby, które "podążają za kalkami światopoglądowymi" i bezmyślnie powtarzają to co im "miłujący bliźniego" koleś na ambonie powie:)
I żeby było jasne, wiara w siłę wyższą jest dla mnie zrozumiała, wiara w instytucję już nie.

Rude,

Jeżeli sobie nie życzysz to pozostaje mi tylko kibicować Ci w stworzeniu takiego środka oddziaływania, który by na KK wpłynął, bo jak na razie moim zdaniem antyklerykalne akcje przypominają gryzienie po nogach doga arlekina przez stado ratlerków. Są po prostu nieskuteczne. I często tak samo nieproduktywnie agresywne.
Chyba nikt nie liczy na to, że Kościół dobrowolnie pozbędzie się wpływów i możliwości kształtowania ludzkich postaw. W końcu jesteśmy pod skrzydłami cywilizacji łacińskiej, która według Konecznego powoduje, że etyka Kościoła staje się etyką państwa. Chcąc to zmienić trzeba znaleźć równie atrakcyjną dla ludzi przestrzeń lub zabrać to co KK ma siłą.
Co do „kolesi z ambony” to się nie wypowiem, bo do kościoła nie chodzę. Musiałabyś zapytać kogoś kto ich słucha.

@Magda
Gryzienie po nogach przez stado ratlerków złe nie jest - nawet największy dog nie poradzi, gdy ratlerków jest zbyt wiele:)

Notki o teoriach i systemach póki co nie planuję, ale może mnie ubiegniesz? W końcu akurat w kwestii roli państwa mamy chyba podobne poglądy, tak że chętnie sprawdzę, czy rzeczywiście tak jest. BTW dziękuję za ograniczanie off-topiców :) Nie żebym ich aż tak strasznie nie lubiła, ale rzeczywiście libertarianizm i feminizm to tematy rzeki i słabo je widzę w jednej dyskusji, szczególnie dotyczącej jeszcze czegoś innego.

Moze trochę nie na temat, ale mi się nasunęło.
Co powiedzieć o kimś, o kim wszyscy wiedzą, że jest, że ma romanse w facetami, że laski to zasłona dymna, uwielbia go sporawa rzesza gejów ( ale i nie gejów ), jedzie jednak na targecie lgbt od lat i od lat zaprzecza, że to coś więcej niż lans ! i nagle mówi, po raz kolejny że nie jest, ale tym razem dodaje bo...... się wyleczył I że TO się powinno leczyć ! szczęka opada
Współczuć czy walnąć oczywisty fotograficzny coming-out?

Ad. szpitala - wystarczy upoważnić notarialnie ukochaną i vice versa. Radzę to zrobić każdemu. Osobiście kłopotów nigdy tfu tfu nie bylo, ale warto. Zanim będzie u nas normlanie i wywalczymy ( a nie ? ) to dbajmy o to co można już.

Co to meritum: tak to już jest, że mniejszości nim staną się akceptowalną normą ( mniej lub bardziej w odczuciu większości ) muszą być bielsze niż żona Cezara.
Społeczeństwo łyka na szybko tylko to co mu podejdzie smakowo. Wszelki inny smak powoduje odruch wymiotny, zwłaszcza gdy dotyzy zachowań , których u samych siebie heterospołeczność nie akceptuje. Wtedy wystarczy zły, rozpustny gej, chytry Żyd albo Cygan złodziej i efekt nagonki murowany.
Smutne, ale większość akceptuje coś innego tylko wtedy gdy inne chce sie upodobnić do "normy".
Stąd reakcje na słowa na przykład Poniedziałka (rozpustny gej fuj fuj ) w środowisku są często tak ostre.
To jednak nie jest homofobia, podejrzewam, że tylko strach.

@norkaR
I o tym też piszę, że czasami to jest po prostu strach. Ale z drugiej strony prawda jest taka, że nie mamy szans (ja też nie mam chęci) być czyści jak łza. Dlatego z dwóch możliwych strategii - udowadniania, że jesteśmy mili, grzeczni i sympatyczny lub pokazywania, że jesteśmy tacy jak wszyscy, czyli różni, ale to nie powód, aby odmawiać nam równych praw, zawsze wybiorę tę drugą.

Prześlij komentarz