wtorek, 4 stycznia 2011

Lisbeth Salander - bohaterka naszych czasów

Postanowiłam się w końcu zmierzyć z fenomenem trylogii "Millenium". W sumie skusiłam się na  trzy części filmu - "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", "Dziewczyna, która igrała z ogniem", "Zamek z piasku, który runął" - oraz pierwszy tom książki Stiega Larssona. Po kolejne być może sięgnę, ale raczej nie kupię, chyba że po lekturze jednak okażą się tego warte.

Co zabawne, po "Millenium" sięgnęłam bynajmniej nie dlatego, że jego główna bohaterka jest nieheteroseksualna. Ba, nie miałam o tym zielonego pojęcia, pewnie dlatego, że wszelkie modne książki czy filmy (vide "Kod Leonarda da Vinci" czy "Avatar") działają na mnie jak płachta na byka i z daleka omijam wszelkie doniesienia na ich temat. Dlaczego więc w końcu skusiłam się na "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet"? Bo doczytałam się, że za amerykańską wersję ich ekranizacji zabiera się uwielbiany przeze mnie David Fincher. I że z pewnością będzie to chała, bo skandynawski film jest po prostu świetny. Lubię kryminały, lubię nastrojowe kino, na dodatek bardzo chciałam zobaczyć coś, czemu Fincher nie jest w stanie dorównać, tak że sięgnęłam po film Nielsa Ardena Opleva i zauroczyłam się. Niespieszna akcja, melancholijny klimat, dobra zagadka (choć dojście do rozwiązania miejscami naiwne), fajni aktorzy, feministyczny wydźwięk, no po prostu kawał dobrego kina popularnego. Na dodatek wiernie oddającego klimat książki, o czym przekonałam się kilka dni później. Zachęcona dobrym początkiem sięgnęłam dalej i tu przyszło rozczarowanie, choć nie do końca, ale o tym później.

Mimo że głównych bohaterów "Millenium" ma dwoje - Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander - to tak naprawdę zwraca się uwagę jedynie na tę drugą, w wersji filmowej odtwarzaną przez Noomi Rapace. Gotkę, anarchistkę, aspołeczną jednostkę z pogmatwaną przeszłością, genialną hakerkę żyjącą w najlepszym razie na granicy prawa, samą załatwiającą swoje porachunki (i to w jakim stylu!). I właśnie w tej postaci kryje się jak dla mnie klucz do słabości drugiej i trzeciej części cyklu. "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" to kryminał. Owszem, nietuzinkowy, bo zawierający porachunki Larssona z przemocą wobec kobiet, wszechwładzą korporacji i ruchami faszystowskimi, ale nadal zgodny z regułami gatunku, mimo iż w śledztwie komputer odgrywa dużo większą rolę niż zbieranie odcisków palców czy obserwacja podejrzanych. Kolejne części to już niestety sensacyjne historie spod znaku "Kim jest Lisbeth Salander i dlaczego wszyscy chcą ją zabić?". Owszem, dobrze zagrane, wdzięczne i co jakiś czas trzymające w napięciu, kłopot w tym, że dające widzowi zagadkę rodem z telenoweli, której rozwiązaniem są ojciec i brat bohaterki. Bynajmniej nie uważam tezy całej tej historii, zgodnie z którą służby specjalne poświęcają niewinne jednostki w imię "większego dobra", za wydumaną. Kłopot w tym, że w kolejnych częściach cyklu znikło to, co stanowiło o uroku pierwszej - zabawa w rozwiązywanie zagadki. Podziw dla niezwykłych umiejętności Salander. Gra między bohaterami. Tu mamy skrzywdzoną dziewczynę, która jest, jaka jest, i robi to, co robi, bo zawiódł system. Oczywiście i w pierwszej części Larsson nie szczędził jej cierpień i dawał do zrozumienia, że gdzieś tam w jej przeszłości wydarzyło się "wielkie zło", które nie pozostało bez wpływu na jej życie, ale owo zło nie stanowiło osi historii.

Mimo wszystko jednak nie uważam, że jako całość (no, prawie, bo ponoć istnieje jeszcze dwieście stron czwartej części, ale nie wiadomo, czy kiedykolwiek doczeka się druku) "Millenium" prezentuje się źle. Bynajmniej, Larssonowi udało się stworzyć i niezłą historię z bogatym tłem politycznym, i bohaterkę, z którą paradoksalnie (bo na pierwszy rzut oka to wykolczykowana antypatyczna małolata) utożsamić się może bardzo wiele osób. Lisbeth Salander to takie feministyczne połączenie Simona Templara z Batmanem. Okrada nieuczciwego biznesmana, bo ten kiedyś niemal zamordował swoją kochankę. Traktuje prądem sadystycznego kuratora i zostawia mu na pamiątką tatuaż na brzuchu. Pozwala umrzeć seryjnemu mordercy kobiet (tylko film), bo woli sama wymierzyć sprawiedliwość niż czekać, aż zrobi to sąd. Unieszkodliwia chcących ją zgwałcić motocyklistów. Potrafi sobie poradzić niemal w każdej sytuacji, co przy wzroście 150 cm i wadze 40 kg wydaje się wręcz niemożliwe. Dodatkowo jest najzwyczajniej w świecie genialna, żyje poza systemem, nie wierzy w system sprawiedliwości i nie widzi nic złego w wykorzystywaniu swoich hakerskich umiejętności, szczególnie gdy w grę wchodzi krzywda jakiejś kobiety. Ot, mścicielka naszych czasów, która wprowadza w czyn rzeczy, o których większość praworządnych obywateli jedynie czasami pomarzy. Rzecz jasna nic za darmo, ale kto by się takimi szczegółami przejmował.

UPDATE: Po przeczytaniu wszystkich części książki nieco zmieniłam zdanie o całej trylogii. Wpis na ten temat tu.

A o adaptacji Finchera piszę tu.

21 komentarze :

Najpierw dowiedziałem się o filmie, nad którym recenzenci piali z zachwytu, dopiero później dowiedziałem się, że to ekranizacja książki i ma być ponownie adaptowana przez Amerykańców.
Filmu nie widziałem, do lektury właśnie się przymierzam, mam już nawet pożyczoną książkę od koleżanki, jednak z moimi mocami przerobowymi ostatnio jest krucho i nie wiem kiedy to nastąpi.
Mam jednak nadzieję, że w nowym roku wreszcie ją zacznę czytać, tak jak "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd", seriale "Sześć stóp pod ziemią" (od roku utkwiłem w drugim sezonie), "Mentalista" (jakiś 5 odcinek za mną), "Czysta krew" (mam od niedawna).
Do grudnia mam czas ;D

Nie ma to jak postanowienia noworoczne:) Z tego, co wymieniłeś, mam za sobą jedynie "6 stóp pod ziemią" i pierwszy sezon "Czystej krwi" (i wystarczy, przepraszam Sylwka, który ów serial wielbi). A póki co czytam przewodnik po drogach i bezdrożach USA:)

Drugi jest lepszy. Mowię Ci. Własciwie to piszę. I tak, zamiast spędzać czas produktywnie oglądam tera trzeci sezon. Jak dobrnę do końca (gdzieś koło 3 rano) to nie wiem co zrobię ze swoim życiem :)

"Czystą krew" oglądałem z doskoku aż dwa wyrywkowe odcinki i też mnie jakoś nie wciągnęło, ale zdaję sobie sprawę, że 2 to za mało i że tak chaotycznie.
Przykładowo na taki "Rzym" załapałem bakcyla dopiero w połowie pierwszego sezonu.
Pozostając przy serialach, choć nie o tym jest ten post ;) kompletnie nie rozumiem fenomenu "Doktora House'a" oraz "Lost" ;/

@Sylwek
No, zobaczymy:) Ale widzę, że seriale oglądasz seryjnie, jak Gosia i kiedyś ja.

@hds
No nie na temat, ale zawsze możemy przejść do miniserialu "Millenium". Fenomen House'a na pewno rozumie Gosia, "Lost" omijamy szerokim łukiem:)

Hm... Rozprawiłaś się nieźle z Lisbeth. Nie zgadzam się z Twoja opinią, ale chyba mam do tego prawo.
Wiadomo - fikcja, wiadomo - przebarwienie, wiadomo - książka może się nie podobać, o filmie nie wspomnę. Ja połknęłam. Nie ze względu na Lisbeth (także nie miałam pojęcia o jej nieheteroseksualności, jakby to miało w ogóle jakiekolwiek znaczenie), ale ze względu na niezłą akcję, niezłą dawkę historii, polityki i trzymające w napięciu momenty (oczywiście mówię o ksiązkach, nie o filmie). Po co w ogóle wybauszać Lisbeth? Bo jest bi? Bo o niej ta książka? Może warto spojrzeć trochę szerzej? Na język, na dzieło z dziedziny kryminału, na polityczną stronę tej książki, na setki innych rzeczy. Jezu, jakie to beznadziejne - jak Larsson, to Lisbeth, jak L word, to Shane... Bleh!

Nie mam wrażenia, że rozprawiłam się z Lisbeth, bynajmniej, to bardzo ciekawa postać. Miejscami aż za ciekawa i w tym właśnie leży problem - przysłania resztę. Jak dla mnie zogniskowanie fabuły drugiej i trzeciej części filmu wokół jej życia (to nie ja, to Alfredson:)) zniszczyło to, co mi się najbardziej podobało w pierwszej części - zresztą o tym piszę. Ale może w książkach wygląda to lepiej. Rozumiem, że polecasz?

Zdecydowanie polecam, ale...
Jestem zwolennikiem literatury, tym bardziej, że to właśnie na jej podstawie powstał film, a nie odwrotnie. Najpierw jest książka, potem sięgam po ekranizację. A książki wszystkie trzy połknęłam w kilka wieczorów, nie dosypiając, nie kumając nic w pracy, nie jedząc i właściwie żyjąc nimi - z własnego wyboru i miałam z tego frajdę. Straszny był moment zamknięcia trzeciego tomu - pustka. Dawno nie miałam takiej literatury w ręce.
Teraz to już nie będzie to samo, ja bym w ogóle poprzestała już na filmie, skoro sięgnęłaś najpierw po film, a nie książkę, choć dla mnie znacznie się różni, ma setki wątków nie ujętych w filmie i jest osiem tysięcy razy ciekawsza, niż ekranizacja (z notabene obrzydliwie brzydkimi bohaterami ;) Spróbuj, może zmienisz zdanie, nie koncentruj się tylko na Lisbeth, wcale jej tak dużo nie ma w książce, ile jest w filmie :)

Ja traktuję film i książkę jako osobne dzieła (tu zmyliła mnie wierność pierwszej ekranizacji, tak że założyłam, że i kolejne są podobnie bliskie książkom), tak że powinno być dobrze. A to, na czym się skoncentruję, zależy wyłącznie od Larssona:)

Oj nie tylko od niego. Można się zafiksować na postaci, omijać wątki w książce (ja nie umiem, ale znam przypadki), wyczekiwać z wywieszonym jęzorem na bohatera, pomijając innych.
Przyznam się, że tak miałam z The L-word, którego zdzierżyłam jedynie dwa sezony (może kiedyś się skuszę na resztę). Omijałam wątek Jenny, której nie mogłam znieść w tym filmie. W sensie nie przewijałam, ale się wyłączałam, nie słuchałam, co ględzi i nie miałam ochoty w ogóle na nią patrzeć i znać jej kolejnych przygód.

Masz rację Ewa, że traktujesz książkę i film jako dwa osobne dzieła - ja też tak mam (akurat książkę "czytam" uszami). Oglądałam mini serial najpierw i nabrałam apetytu na książkę. Zaś po przesłuchaniu 1 a potem 2 części znów wróciłam do filmu (teraz słucham trójki).
Zaś Lisbeth - o tak, to mroczna mścicielka naszych czasów. Nie sposób nie polubić jej. Trzymam za nią kciuki, razem z nią czuję smutek, lęk, ból.
I być może nie jest to literackie arcydzieło, ale i ja nie jestem znawcą literatury. Wiem jednak, kiedy coś mnie fascynuje, a tak jest w 100% z Millenium.

Ewo,
dzięki Tobie spędziłyśmy kolejny - po długiej przerwie - wieczór dyskutując o "Millenium"! Ja Lisbeth absolutnie nie łykam, od "samego początku", który trafił mi się dość dawno temu, i choć niezupełnie się zgadzam z perspektywą, jaką obrałaś w swej krytyce, jestem za nią bardzo wdzięczna.
Zaskoczyło mnie, że w podsumowaniach dot. literatury - jak zwykło się mówić - LGBT na Homikach czy IS zabrakło odniesienia do Larssona, jako naprawdę bardzo wpływowego, szczególnie w świetle faktu, że trylogia (z podziwem dla Lisbeth w pakiecie) była zadziwiająco entuzjastycznie przyjmowana przez obyczajową konserwę, pardon, przez ludzi identyfikujących się z tradycyjnym światopogladem na rodzinę, rolę kobiety w społeczeństwie, itp. (może dlatego, że mamy motyw demaskacji bezsilności i błędów popełnianych przez instytucje państwa opiekuńczego?).

Raczej dlatego, że Lisbeth jest bi, co ludziom łatwiej przełknąć, bo jednak... Pewnie ukazanie braków w państwie też ma dużo do powiedzenia. Zresztą, wystarczy coś okrzyknąć bestsellerem, odpowiednio nagłośnić i nawet nie wiadomo jaka orgia byłaby nie zauważona ;)

Pozbywaj się tego co Tobie szkodzi uczeniem się tego co Ciebie udoskonali rozwijając Twe życie w nieskończoność. Radosnego 2011!

Obejrzałem całą serię Millenium ze swoim chłopakiem. Bardzo nam się podobały wszystkie odcinki, ale pierwszy był trochę brutalny.
A co do seriali Czysta Krew super. 6 stóp pod ziemia utknąłem na 3 sezonie i jakoś nie mogę przebrnąć dalej. Co do Housa chłopak mnie zachęcił bo uwielbia seriale medyczne ;)

@ Manomento, ja do końca nie wiem, jak to z tą biseksualnością, bo o ile w książce jest to wyryte łopatą (zresztą ze względu na czerstwy styl Larssona - czy też tłumacza - porzuciłam książkowe Millenium już po pierwszym tomie), to w filmie Lisbeth sprawia wrażenie, jakby miała wszelkie etykietki głęboko pomiędzy chudziutkimi pośladkami, a to już jest trudniejsze do przełknięcia (jak nie ma dokładnej etykietki, to i o skojarzenia trudniej), tym bardziej, że seks lesbijski nie jest jakimś "pikantnym dodatkiem" (co więcej, Miriam Wu jest pierwszym partnerem Lisbeth, jaki się pojawia w opowieści). I gdybym tak miała mówić teraz, z pamięci, to wydaje mi się, że scena seksu na podłodze w "Dziewczynie, która igrała z ogniem", jest dokładnie tak samo brutalna i dosłowna (a może jeszcze odważniejsza, bo w ogóle seks lesbijski trudniej się kręci - chyba?) jak seks z Blomqvistem (drugim głównym bohaterem!) w "Mężczyznach...", poza tym Lisbeth się na swój (dosłownie :D) sposób wiąże z Miriam, tego nie można zignorować. I, co ważne, tam chyba nie ma ani jednego słowa na temat jej orientacji, a przynajmniej nie padają one z jej ust. Lisbeth po prostu sypia z różnymi ludźmi, no i relacja lesbijska, która zostaje tam pokazana, nijak nie pasuje do tej stereotypowej męskiej projekcji na temat dwóch gorących pań w łóżku.

Więc chyba zgodzę się z P.: Lisbeth skupia zarówno cechy bohaterki, która zostanie z otwartymi ramionami przyjęta przez lewicę (już tak bardzo upraszczając, ja osobiście nie lubię pojęć typu "lewica" i "prawica", bo to trochę takie dziurawe worki), jest kobietą stojącą zupełnie poza rolą społeczną, jest (no hmm, ale żeby łatwiej było) biseksualna, w oczach społeczeństwa - szalona. Czyli figura wykluczonego. No ale z drugiej strony skrajny indywidualizm w typie "odmawiam, nie współpracuję, robię sama, SAMA, SAMA". I brutalność. Lisbeth jest współczesnym kowbojem w świecie teoretycznie bezpiecznego, a w istocie zakłamanego "szwecjalizmu" i to się może podobać zarówno liberałom gospodarczym (bo źli, skorumpowani, obleśni urzędnicy, biurokracja itd.), jak i konserwatystom obyczajowym (bo sprawiedliwość wymierza się bez przepraszam). I może dlatego ja tak lubię pierwszy film: bo jest pozbawiony myślenia życzeniowego, złudzeń, rozmontowuje schematy. Dziewczyna-samotny rewolwerowiec, która nigdy się nie uśmiecha, zaliczyła psychiatryk i sypia z kim i kiedy jej się podoba, ma brzydkie ręce, mieszka w totalnym syfie i pali mnóstwo papierosów.

Co do odbioru "Millenium" przez konserwatystów - pełna zgoda. Też uważam, że chodzi o wymierzanie sprawiedliwości. Nie wiem, czy kojarzycie film "Święci z Bostonu" - on też budził wielki entuzjazm wśród m.in. forumowiczów Frondy, bo bohaterowie mieli misję od boga: oczyścić ich miasto ze zła. W dość dosłowny sposób oczyścić.

Od lat jestem fanką północnych kryminałów.
Czytałam wszystkie trzy części- świetne czytadło na nocne dyżury ;)Daleka jestem od analizy Millenium- wydaje mi się, że jeśli chodzi o charakterystykę szwedzkiego społeczeństwa palmę pierwszeństwa w tym gatunku dzierży niezłomny Wallander Henninga Mankella ;).
Trafiła w moje ręce również książka niejakiego Perssona "Między tęsknotą lata a chłodem zimy" tego samego wydawnictwa- hmmm... i tu popieram panią Laszuk całkowicie- książka jest świetnie napisana ale straszna. Od jakiejś 150 strony nie na moje nerwy.

Oj tak Menkell jest dobry, to trzeba przyznać, choć ja się często za bardzo boję. Mam dokładnie to samo - za bardzo się stresuję.

Ja na razie mam za sobą Lizę Marklund (wrażenia średnie). Ale za to, zachęcona, wzięłam się za kolejną część trylogii Larssona i rzeczywiście - wbrew obawom wyrażonym w poście póki co czyta się świetnie!

Przymierzam się do przeczytania pierwszej części :) zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

Prześlij komentarz