niedziela, 21 października 2012

Daleka północ w bliskiej Polsce


W ramach fazy chcę obejrzeć film z Charlize Theron i nie chcę, by to była "Królewna Śnieżka i łowca" (brr) ani "Prometeusz" (mniejsze brr, ale nadal nie był to superfilm) sięgnęłam ostatnio po "Daleką północ". To klimatyczny i cudownie obsadzony (oprócz Charlize zagrali tam między innymi Frances McDormand, Sissy Spacek i Sean Bean) film Niki Caro z 2005 roku o tym, jak pracownice kopalni żelaza w Minnesocie złożyły pozew zbiorowy przeciw właścicielowi firmy o molestowanie seksualne w pracy. Co ciekawe, choć chyba nie dziwne, historia ta wydarzyła się naprawdę, a ów proces był wówczas (lata 80. i 90. ubiegłego wieku) wydarzeniem bez precedensu.

Szukając informacji o "Dalekiej północy", trafiłam na sporo komentarzy w rodzaju "no tak, biedne uciskane kobiety i źli faceci, Kazia Szczuka będzie zachwycona". Nie wiem, czy którakolwiek z osób dzielących się tego typu opiniami obejrzała ten film, jeśli tak, to cóż - może warto zrobić to ponownie. Bo Niki Caro nie opowiada o złych facetach. Opowiada o mechanizmach przemocy seksualnej. Goście z kopalni poza pracą nie są potworami. Nie krzyczą "cipy!" za kobietami na ulicach, nie chwytają za tyłki żon i córek kolegów, nie próbują ich gwałcić, nie włamują się do ich domów i nie wypisują kałem na ścianach wulgaryzmów, nie podrzucają im sztucznych penisów do garnków. Może i nie są ideałami, ale doskonale wiedzą, że w takich zachowaniach jest coś mocno nie tak. Kłopot w tym, że o ile wszystkie inne miejsca należą ich zdaniem tyleż do kobiet, co do mężczyzn, to kopalnia jest ich i tam pozwalają sobie na to wszystko, czego poza nią by nie zrobili. A jeżeli kobiety chcą w niej pracować, to muszą dostosować się do panujących tam zasad i grać zgodnie z nimi, albo zaciskając zęby i ignorując zaczepki, albo stając się "facetami" i grając z prześladowcami w ich grę.

I tak jest, bo być "musi", dopóki w kopalni nie pojawi się grana przez Theron Josie. Która najpierw będzie próbowała przekonać kolegów do zmiany zachowania, później, gdy molestowanie nie ustanie, pójdzie na skargę do zarządu, który poradzi jej, by się zwolniła, a w końcu, gdy, oprócz dwójki jej przyjaciół, całe miasteczko z jej ojcem (pracującym w tej samej kopalni) i koleżankami z pracy włącznie zwróci się przeciw niej i próbom zmiany tego, czego według innych zmieniać nie należy, uda się do sądu. I, po długiej batalii, wygra - odszkodowanie dla siebie i innych kobiet, które do niej w końcu dołączą, i przepisy chroniące przed molestowaniem w pracy. W rzeczywistości ta historia wyglądała, niespodzianka, znacznie gorzej. Lois E. Jenson, na której wzorowana była postać Josie, walczyła o godne traktowanie w sumie przez 23 lata. A szykany objęły też włamania do jej domu i zastraszanie dzieci.

"Daleką północ" warto obejrzeć, bo jest i dobrze nakręcona, i świetnie zagrana, i ma znakomitą ścieżkę dźwiękową, i w niczym nie przypomina (też dobrej) "Erin Brokovich", i reżyserka nie uśmierca postaci granej przez Seana Beana. Ale nie tylko dlatego piszę o filmie Caro. W końcu "męski świat", do którego reguł wkraczające doń kobiety "muszą" się dostosować, to według niektórych nie tylko kopalnie, ale też np. piłka nożna czy polityka. Ot, parę dni temu rzecznik SLD błysnął wypowiedzią, że jeśli ministra Mucha jest w ciąży i nie ma przez to czasu zajmować się swoim resortem, to tym bardziej powinna złożyć rezygnację. Wprawdzie szybko poszedł po rozum do głowy i przeprosił samą zainteresowaną, ale w międzyczasie wsparł go określający się jako "feminista" Krzysztof Mróź z tej samej partii, dzieląc się między innymi takimi przemyśleniami: "Jezeli kobiety chca uczestniczyc w polityce na rownych prawach to taki polityczny klaps nie powinien ani Pania minister Muche czy genderowe feministki interesowac" czy "Jezeli kobiety chca grac w pierwszej lidze polittycznej to nie moga byc mimozami" (zachowałam oryginalną pisownię). Inaczej mówiąc, według pana Mrozia kobiety, wchodząc do polityki, muszą się uodpornić na seksizm. Bo to nie jest ich świat, a jedynie miejsce, do którego mogą aspirować, o ile dostosują się do panujących tam reguł. A jeśli chcą je zmienić? To się im powie, że są przewrażliwione, i przypomni, że nie grają w pierwszej lidze. Albo oskarży o brak poczucia humoru.

Poglądy pana Mrozia nie skutkują zapewne podrzucaniem koleżanek sztucznych penisów do szafek, ale mają dokładnie to samo źródło co molestowanie w wykonaniu współpracowników Lois E. Jenson. Przekonanie, że to on i jego koledzy dyktują w ich pracy warunki, a jeśli jakiejś kobiecie się to nie podoba, to najwyraźniej się do wybranego zawodu nie nadaje. A to tylko jedna historia z dalekiej północy w bliskiej Polsce. Choć o tyle znacząca, że głównymi bohaterami są politycy partii uważającej się za lewicową i prokobiecą.

6 komentarze :

Na Filmwebie jest więcej takich kwiatków, "Kazia Szczuka będzie zachwycona" można zakwalifikować do wagi lekkiej. Niestety, czytając takie komentarze człowiek robi się mniejszy, nawet jeżeli ma świadomość, że to tylko słowa rzucone gdzieś w przestrzeń, często nie przemyślane.

Tak, widziałam. Tak jakby sam fakt zrobienia filmu opartego na tej historii komentującym w jakiś sposób uwłaczał. Choć i tak najbardziej mnie rozbawiły stwierdzenia, że Theron jest za ładna, by wiarygodnie grać takie role (swoją drogą ktoś ostatnio stwierdził, że Mucha jest za ładna, by traktować ją poważnie jako polityczkę).

Wypowiedzi Jońskiego i Mrozia to także molestowanie seksualne, tyle że nie fizyczne czyli dosłowne. Nazwałabym je molestowaniem rytualnym, symbolicznym. Prości górnicy "uświadamiali" kobietom wprost, że kopalnia to nie ich miejsce. Joński i Mróź nie muszą i nie mogą się uciekać do obmacywania czy gwałcenia koleżanek posłanek czy polityczek. Również wypisywanie wulgaryzmów czy podrzucanie sztucznych penisów do szafek w Sejmie byłoby zbyt widoczne i mogłoby wpłynąć na ich szanse wyborcze. Zaciskają więc zęby i dowalają kobietom jedynie werbalnie, ośmieszając je, nabijając się na przykład z ich ciąż i odwołując się do stereotypowych ról kobiet. Ich wypowiedzi mają się nijak do faktów, kompetencji kobiet, ich osiągnięć czy też braku takowych. Przypomina mi się tu sytuacja Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która wykluczona wraz z innymi posłami z PiS-u, stworzyła stowarzyszenie Polska Jest Najważniejsza i nowy klub parlamentarny. Odwaliła sporą robotę, która (bez względu na to, czy się podziela jej poglądy czy też nie) zastrzeżona jest przecież dla mężczyzn. Po rejestracji PJN jako nowej partii politycznej, Kluzik-Rostkowska nie została wybrana na jej przewodniczącą. Oczywiście nigdzie nie jest powiedziane, że założyciel(ka) musi wygrać w partyjnych wyborach. Może na przewodniczącą partii, którą stworzyła, się po prostu nie nadawała. Może. Tylko, że najgłośniejszym argumentem przeciw niej była wypowiedź wiceprzewodniczącego PJN, Pawła Poncyljusza, który "prosto z mostu" stwierdził, że "Kobiety, kiedy mają dzieci w wieku szkolnym, w polityce mają bardzo trudno i zresztą Joanna jest tego najlepszym przykładem. Mogą sobie na to pozwolić kobiety, które już są spełnione zawodowo, macierzyńsko, mają dorosłe dzieci" Mówił to, nawiązując do Kluzik-Rostkowskiej, matki trójki dzieci." Sądzę, że gdyby miała dorosłe dzieci, radziłby jej zająć się wnukami :D Zapomniał tylko, że posłanka, mając dzieci, "pozwoliła sobie" skutecznie utworzyć ugrupowanie polityczne, do którego się doczepił, przychodząc niejako na gotowe. Jednocześnie pośrednio potwierdził, że wychowanie swoich dzieci zwalił na żonę, dzięki czemu ON ma czas na realizowanie się w polityce. Pokazał, gdzie jest miejsce jego własnej żony i Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Nie musiał wypisywać wulgaryzmów na ścianach czy podrzucać sztucznych penisów do skrzynki sejmowej posłanki. Tylko, że w sumie głupio wyszło, bo PJN złożona z tych, co rzekomo nadają się do polityki, pozbywszy się najważniejszej swojej twarzy, nie przekroczyła progu wyborczego.

Nie jestem pewna, czy można to nazwać molestowaniem seksualnym, nawet symbolicznym. Trzeba by przyjąć, że celem takich stwierdzeń jest poniżenie bądź upokorzenie. I pewnie w niektórych przypadkach tak jest, tyle że stereotypy płciowe są tak głęboko zakorzenione, że nie sądzę, by akurat taka motywacja była powszechna. Natomiast niewątpliwie jest to seksizm.

Moja wypowiedź będzie lekka: zabiłaś mnie i znajomych rekomendacją "warto obejrzeć, bo (...) reżyserka nie uśmierca postaci granej przez Seana Beana".
Ale obejrzę ze względu na tematykę. Dzięki za wpis polecający, bo nie zarejestrowałem istnienia tej produkcji :)

Bo ja, jak ponoć co najmniej połowa amerykańskich fanów i fanek "Gry o tron", obraziłam się na tę produkcję, gdy ścięli Neda (no dobrze, oglądam dalej, ale z obrzydzeniem). Nie mówiąc już o LOTR. I o serialu "Missing", w którym samochód z nim wybucha dosłownie w pierwszych pięciu minutach filmu (a moja Gosia wybucha demonicznym śmiechem - "znowu ci go uśmiercili"). No lubię gościa, nic na to nie poradzę.

Prześlij komentarz