Przejdź do głównej zawartości

Daleka północ w bliskiej Polsce


W ramach fazy chcę obejrzeć film z Charlize Theron i nie chcę, by to była "Królewna Śnieżka i łowca" (brr) ani "Prometeusz" (mniejsze brr, ale nadal nie był to superfilm) sięgnęłam ostatnio po "Daleką północ". To klimatyczny i cudownie obsadzony (oprócz Charlize zagrali tam między innymi Frances McDormand, Sissy Spacek i Sean Bean) film Niki Caro z 2005 roku o tym, jak pracownice kopalni żelaza w Minnesocie złożyły pozew zbiorowy przeciw właścicielowi firmy o molestowanie seksualne w pracy. Co ciekawe, choć chyba nie dziwne, historia ta wydarzyła się naprawdę, a ów proces był wówczas (lata 80. i 90. ubiegłego wieku) wydarzeniem bez precedensu.

Szukając informacji o "Dalekiej północy", trafiłam na sporo komentarzy w rodzaju "no tak, biedne uciskane kobiety i źli faceci, Kazia Szczuka będzie zachwycona". Nie wiem, czy którakolwiek z osób dzielących się tego typu opiniami obejrzała ten film, jeśli tak, to cóż - może warto zrobić to ponownie. Bo Niki Caro nie opowiada o złych facetach. Opowiada o mechanizmach przemocy seksualnej. Goście z kopalni poza pracą nie są potworami. Nie krzyczą "cipy!" za kobietami na ulicach, nie chwytają za tyłki żon i córek kolegów, nie próbują ich gwałcić, nie włamują się do ich domów i nie wypisują kałem na ścianach wulgaryzmów, nie podrzucają im sztucznych penisów do garnków. Może i nie są ideałami, ale doskonale wiedzą, że w takich zachowaniach jest coś mocno nie tak. Kłopot w tym, że o ile wszystkie inne miejsca należą ich zdaniem tyleż do kobiet, co do mężczyzn, to kopalnia jest ich i tam pozwalają sobie na to wszystko, czego poza nią by nie zrobili. A jeżeli kobiety chcą w niej pracować, to muszą dostosować się do panujących tam zasad i grać zgodnie z nimi, albo zaciskając zęby i ignorując zaczepki, albo stając się "facetami" i grając z prześladowcami w ich grę.

I tak jest, bo być "musi", dopóki w kopalni nie pojawi się grana przez Theron Josie. Która najpierw będzie próbowała przekonać kolegów do zmiany zachowania, później, gdy molestowanie nie ustanie, pójdzie na skargę do zarządu, który poradzi jej, by się zwolniła, a w końcu, gdy, oprócz dwójki jej przyjaciół, całe miasteczko z jej ojcem (pracującym w tej samej kopalni) i koleżankami z pracy włącznie zwróci się przeciw niej i próbom zmiany tego, czego według innych zmieniać nie należy, uda się do sądu. I, po długiej batalii, wygra - odszkodowanie dla siebie i innych kobiet, które do niej w końcu dołączą, i przepisy chroniące przed molestowaniem w pracy. W rzeczywistości ta historia wyglądała, niespodzianka, znacznie gorzej. Lois E. Jenson, na której wzorowana była postać Josie, walczyła o godne traktowanie w sumie przez 23 lata. A szykany objęły też włamania do jej domu i zastraszanie dzieci.

"Daleką północ" warto obejrzeć, bo jest i dobrze nakręcona, i świetnie zagrana, i ma znakomitą ścieżkę dźwiękową, i w niczym nie przypomina (też dobrej) "Erin Brokovich", i reżyserka nie uśmierca postaci granej przez Seana Beana. Ale nie tylko dlatego piszę o filmie Caro. W końcu "męski świat", do którego reguł wkraczające doń kobiety "muszą" się dostosować, to według niektórych nie tylko kopalnie, ale też np. piłka nożna czy polityka. Ot, parę dni temu rzecznik SLD błysnął wypowiedzią, że jeśli ministra Mucha jest w ciąży i nie ma przez to czasu zajmować się swoim resortem, to tym bardziej powinna złożyć rezygnację. Wprawdzie szybko poszedł po rozum do głowy i przeprosił samą zainteresowaną, ale w międzyczasie wsparł go określający się jako "feminista" Krzysztof Mróź z tej samej partii, dzieląc się między innymi takimi przemyśleniami: "Jezeli kobiety chca uczestniczyc w polityce na rownych prawach to taki polityczny klaps nie powinien ani Pania minister Muche czy genderowe feministki interesowac" czy "Jezeli kobiety chca grac w pierwszej lidze polittycznej to nie moga byc mimozami" (zachowałam oryginalną pisownię). Inaczej mówiąc, według pana Mrozia kobiety, wchodząc do polityki, muszą się uodpornić na seksizm. Bo to nie jest ich świat, a jedynie miejsce, do którego mogą aspirować, o ile dostosują się do panujących tam reguł. A jeśli chcą je zmienić? To się im powie, że są przewrażliwione, i przypomni, że nie grają w pierwszej lidze. Albo oskarży o brak poczucia humoru.

Poglądy pana Mrozia nie skutkują zapewne podrzucaniem koleżanek sztucznych penisów do szafek, ale mają dokładnie to samo źródło co molestowanie w wykonaniu współpracowników Lois E. Jenson. Przekonanie, że to on i jego koledzy dyktują w ich pracy warunki, a jeśli jakiejś kobiecie się to nie podoba, to najwyraźniej się do wybranego zawodu nie nadaje. A to tylko jedna historia z dalekiej północy w bliskiej Polsce. Choć o tyle znacząca, że głównymi bohaterami są politycy partii uważającej się za lewicową i prokobiecą.

Komentarze

  1. Na Filmwebie jest więcej takich kwiatków, "Kazia Szczuka będzie zachwycona" można zakwalifikować do wagi lekkiej. Niestety, czytając takie komentarze człowiek robi się mniejszy, nawet jeżeli ma świadomość, że to tylko słowa rzucone gdzieś w przestrzeń, często nie przemyślane.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, widziałam. Tak jakby sam fakt zrobienia filmu opartego na tej historii komentującym w jakiś sposób uwłaczał. Choć i tak najbardziej mnie rozbawiły stwierdzenia, że Theron jest za ładna, by wiarygodnie grać takie role (swoją drogą ktoś ostatnio stwierdził, że Mucha jest za ładna, by traktować ją poważnie jako polityczkę).

    OdpowiedzUsuń
  3. Wypowiedzi Jońskiego i Mrozia to także molestowanie seksualne, tyle że nie fizyczne czyli dosłowne. Nazwałabym je molestowaniem rytualnym, symbolicznym. Prości górnicy "uświadamiali" kobietom wprost, że kopalnia to nie ich miejsce. Joński i Mróź nie muszą i nie mogą się uciekać do obmacywania czy gwałcenia koleżanek posłanek czy polityczek. Również wypisywanie wulgaryzmów czy podrzucanie sztucznych penisów do szafek w Sejmie byłoby zbyt widoczne i mogłoby wpłynąć na ich szanse wyborcze. Zaciskają więc zęby i dowalają kobietom jedynie werbalnie, ośmieszając je, nabijając się na przykład z ich ciąż i odwołując się do stereotypowych ról kobiet. Ich wypowiedzi mają się nijak do faktów, kompetencji kobiet, ich osiągnięć czy też braku takowych. Przypomina mi się tu sytuacja Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która wykluczona wraz z innymi posłami z PiS-u, stworzyła stowarzyszenie Polska Jest Najważniejsza i nowy klub parlamentarny. Odwaliła sporą robotę, która (bez względu na to, czy się podziela jej poglądy czy też nie) zastrzeżona jest przecież dla mężczyzn. Po rejestracji PJN jako nowej partii politycznej, Kluzik-Rostkowska nie została wybrana na jej przewodniczącą. Oczywiście nigdzie nie jest powiedziane, że założyciel(ka) musi wygrać w partyjnych wyborach. Może na przewodniczącą partii, którą stworzyła, się po prostu nie nadawała. Może. Tylko, że najgłośniejszym argumentem przeciw niej była wypowiedź wiceprzewodniczącego PJN, Pawła Poncyljusza, który "prosto z mostu" stwierdził, że "Kobiety, kiedy mają dzieci w wieku szkolnym, w polityce mają bardzo trudno i zresztą Joanna jest tego najlepszym przykładem. Mogą sobie na to pozwolić kobiety, które już są spełnione zawodowo, macierzyńsko, mają dorosłe dzieci" Mówił to, nawiązując do Kluzik-Rostkowskiej, matki trójki dzieci." Sądzę, że gdyby miała dorosłe dzieci, radziłby jej zająć się wnukami :D Zapomniał tylko, że posłanka, mając dzieci, "pozwoliła sobie" skutecznie utworzyć ugrupowanie polityczne, do którego się doczepił, przychodząc niejako na gotowe. Jednocześnie pośrednio potwierdził, że wychowanie swoich dzieci zwalił na żonę, dzięki czemu ON ma czas na realizowanie się w polityce. Pokazał, gdzie jest miejsce jego własnej żony i Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Nie musiał wypisywać wulgaryzmów na ścianach czy podrzucać sztucznych penisów do skrzynki sejmowej posłanki. Tylko, że w sumie głupio wyszło, bo PJN złożona z tych, co rzekomo nadają się do polityki, pozbywszy się najważniejszej swojej twarzy, nie przekroczyła progu wyborczego.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie jestem pewna, czy można to nazwać molestowaniem seksualnym, nawet symbolicznym. Trzeba by przyjąć, że celem takich stwierdzeń jest poniżenie bądź upokorzenie. I pewnie w niektórych przypadkach tak jest, tyle że stereotypy płciowe są tak głęboko zakorzenione, że nie sądzę, by akurat taka motywacja była powszechna. Natomiast niewątpliwie jest to seksizm.

    OdpowiedzUsuń
  5. Moja wypowiedź będzie lekka: zabiłaś mnie i znajomych rekomendacją "warto obejrzeć, bo (...) reżyserka nie uśmierca postaci granej przez Seana Beana".
    Ale obejrzę ze względu na tematykę. Dzięki za wpis polecający, bo nie zarejestrowałem istnienia tej produkcji :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bo ja, jak ponoć co najmniej połowa amerykańskich fanów i fanek "Gry o tron", obraziłam się na tę produkcję, gdy ścięli Neda (no dobrze, oglądam dalej, ale z obrzydzeniem). Nie mówiąc już o LOTR. I o serialu "Missing", w którym samochód z nim wybucha dosłownie w pierwszych pięciu minutach filmu (a moja Gosia wybucha demonicznym śmiechem - "znowu ci go uśmiercili"). No lubię gościa, nic na to nie poradzę.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…