czwartek, 29 kwietnia 2010

Lesbijki, które "obudziły się" zbyt późno

Znalazłam dziś ciekawy wątek na forum Kobiety Kobietom (dostępny tylko dla zalogowanych użytkowniczek) - o lesbijkach, które odkryły, że są lesbijkami, już po tym, jak zdążyły sobie ułożyć życie z mężczyznami, dorobić gromadki dzieci i tak dalej. Czyli zazwyczaj w wieku średnim. W sumie nic nowego, w końcu takich "późno obudzonych" jest całkiem sporo, zaskoczyła mnie za to liczba jadowitych komentarzy i teorii na temat mężatek-lesbijek (czy kobiet biseksualnych). Tak swoją drogą, to w sumie nie wiem, czemu mnie zaskoczyła, w końcu o tym, że lubimy wykluczać ze swojego grona wszystkie, które są nie dość kobiece, męskie, lesbijskie, monogamiczne i tak dalej, i tak dalej, wiem nie od dziś. Ale że w dotychczasowych wpisach temat mężatek jakoś się nie pojawił, czas to nadrobić. Czego się zatem dziś dowiedziałam? Że taka "zmiana orientacji" to efekt nudy w związku i szukania nowych wrażeń, że mężatki (podobnie jak straszne biseksy) trudnią się uwodzeniem biednych PRAWDZIWYCH lesbijek, by przez miesiące czy lata związku zwodzić je, że kiedyś zostawią dla nich mężów (co oczywiście nigdy nie następuje), że oszukują nie tylko swoje kochanki, ale i tychże mężów, że strach przed reakcją dzieci nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla trwania w związku z mężczyzną i że jeżeli są PRAWDZIWYMI lesbijkami, to wywrócenie do góry nogami swojego dotychczasowego życia nie powinno być żadnym problemem. Ciekawostką jest też to, że tego typu komentarze padały zarówno z ust (klawiatury?) PRAWDZIWYCH lesbijek, jak i kobiet, które kiedyś były zamężne, ale zdecydowały się na opuszczenie mężów i życie z kobietą.

Były też oczywiście komentarze pozytywne, wspierające (najbardziej spodobało mi się odwrócenie sytuacji i przypomnienie wątków spod znaku "zakochałam się w mężatce"), ale generalnie dyskusja zakończyła się na propozycji, by "kobiety z mężczyzną w tle" założyły sobie swoją własną stronę, gdzie mogłyby spokojnie rozmawiać o swoich problemach i nie narażać się na nieprzyjemne komentarze. No w sumie forum to nie grupa wsparcia, tak że opcja prywatnej strony jest na pewno bezpieczniejsza dla samych zainteresowanych, przykro jednak, że trzeba się samowykluczać, aby uniknąć wykluczenia ze strony innych.

Wiem, że się powtarzam, ale ta skłonność grup marginalizowanych do wynajdywania sobie w swoim gronie osób, o których mogą powiedzieć "my jesteśmy inne, lepsze, to one są brudne, grzeszne i złe" nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Jasne, że nie wszystkie gramy fair i że sytuacje opisane w negatywnych komentarzach się zdarzają (a komu się nie zdarzają?), ale wrzucanie wszystkich do jednego worka z etykietką "podła, kłamliwa i niewierna" jest po prostu debilne. I co z tego, że ktoś inny też był w takiej sytuacji i postąpił inaczej? Albo nawet nie był, ale wie, że by postąpił? Po pierwsze, to nigdy nie jest taka sama sytuacja, po drugie, póki się nam coś podobnego nie zadzieje, to nie wiemy, co zrobimy. Ja wiem, że nie da się nie oceniać, ale szkoda, że tak często w tych ocenach brakuje chęci wysłuchania drugiej strony i wczucia się w jej sytuację.

Na pociesznie - późny coming out to nie tylko nasz (w sensie polski) problem. Ot, znalazłam fajnego bloga w języku language (jak zwykła mawiać moja była szefowa) - Discovering Pride - Coming Out In Midlife. Może się komuś przyda.

środa, 28 kwietnia 2010

Sztuka gender Zachęcie i Seigner w Gazeta Café

Czasami z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy ciekawe rzeczy działy się raz w miesiącu - przynajmniej nic mi nie umykało. Teraz tak raz w tygodniu mogłabym się gdzieś wybrać, niestety brak czasu wymusza ostrą selekcję wydarzeń. Co mnie ostatnio ominęło? II Drag Queen Festiwal w Rasko, w którym wygrał drag king Morfi (co zaowocowało komentarzami, że drag kingi nie powinny startować w konkursach drag queenek - no rzeczywiście, to na pewno by sprawiło, że te drugie wypadłyby lepiej) oraz Dzień Milczenia. Nie ominęło mnie za to wczorajsze spotkanie w Zachęcie wokół wystawy "Płeć. Sprawdzam" oraz coś z zupełniej innej bajki - dzisiejsze spotkanie z  Emmanuelle Seigner w siedzibie "Gazety Wyborczej".

Najpierw Zachęta - krótko, bo sztuka współczesna nie jest moją najmocniejszą stroną, tak że nic mądrego w tym temacie nie wymyślę. Co było ciekawe? Konstatacja, która, przyznaję, wcześniej nie przyszła mi do głowy, że o ile społeczeństwo dopiero się do różnych genderów i queerów przyzwyczaja (bardzo powoli) i reaguje na ich pojawienie się zmianami w prawie (jeszcze wolniej), to sztuka gender i queerowa wchodzi już właściwie w etap podsumowania. Bo sztuka w ogóle z wszelkimi nurtami społecznymi czy filozoficznymi zazwyczaj jest na bieżąco i pod tym względem idziemy równo z Zachodem. I druga ciekawa rzecz - brak współczesnej polskiej sztuki lesbijskiej (bo gejowska, queerowa i feministyczna ma się dobrze). A może nie tyle brak, co paneliści nie bardzo potrafili wymienić przykłady. Tak że może jednak i lesbijska sztuka istnieje. Znacie coś?

Spotkanie z Emmanuelle Seigner też było dla mnie zaskakujące, choć z zupełnie innego powodu. Ale może od początku. Aktorka i piosenkarka przyjechała do Polski promować swoją nową płytę "Dingue" (koncert jutro w Palladium). Po tym, czego udało mi się z niej posłuchać, wychodzi, że raczej mi się nie spodoba - jest zbyt popowa - lubię za to to, co Emmanuelle robiła z Ultra Orange. Ot, chociażby ten kawałek, który parę lat temu do znudzenia leciał w naszych radiach:



Mimo wszystko jednak wolę patrzeć, jak gra, niż słuchać, jak śpiewa. Faworyt to oczywiście "Gorzkie gody" - tak, z tą sceną:



A najmilej patrzy się na nią w "Dziewiątych wrotach". Pamiętam, jak lata temu byliśmy na tym w kinie z przyjacielem gejem - od wpatrywał się w Deppa, ja w Seigner i obojgu nam było bardzo przyjemnie. Wracając do odkrycia z dzisiejszego wieczora, to jest, jak to bywa, mało zaskakujące - że Emmanuelle jest strasznie zwyczajną i sympatyczną osobą. Inteligentną, z poczuciem humoru i sporym dystansem do siebie. I mimo wysiłków prowadzącego spotkanie Remigiusza Grzeli, by kompletnie je położyć (grunt to dopasować pytania do rozmówczyni, najbardziej rozwaliła mnie propozycja, by publiczność rozweseliła ją, coś śpiewając), było naprawdę fajnie - z klasą, ciut złośliwie ("Naprawdę coś takiego kiedyś powiedziałam? Cóż, czasami mówię dziwne rzeczy", "Porównanie do Marylin Monroe jest bardzo miłe, ale mam nadzieję, że nie skończę tak jak ona"), ale - tak, wiem, powtarzam się - przede wszystkim bardzo ciepło i sympatyczne. Szczególnie pod koniec, gdy w nagrodę za zabawne pytanie zostałyśmy z Gosią obdarzone naprawdę pięknym uśmiechem. Dowód tu:

Emmanuelle Seigner: Aktorzy są głupi

A zdjęcia ze spotkania tu.

Z bardziej tematycznych rzeczy - ankieta na temat modelu związków (zachęcałam do głosowania tu) została parę dni temu zakończona, podsumowanie na Homikach tu i tu, a generalnie wyszło na to, że chcemy małżeństw, nie związków partnerskich. I super. Mnie najbardziej zaskoczyły odpowiedzi w kwestii alimentów - bo niby jesteśmy na tak (ponad 50 procent głosów), ale jednak jest to jedno z najsłabszych (obok tego przy adopcji) "tak" w całym badaniu. I tak się wciąż zastanawiam, dlaczego (niestety dyskusja na Homikach poszła w zupełnie innym kierunku). Jakiś post mi się na ten temat kroi, ale oczywiście będę wdzięczna za wskazówki. Bo na razie mam kilka hipotez - że to nieznajomość prawa, skąpstwo i/lub egoizm. Bo jakoś w to, że wszyscy są świetnie sytuowani i nie martwią się takimi kwestiami wierzyć mi się nie chce.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Obrazkowo i znów o komentarzach

Najpierw tęczowy bukiet (już kilkudniowy), o który prosiliście w komentarzach pod poprzednim postem. I podziękowania dla Juniora za podesłanie i za maila, w którym napisał między innymi, że Izabela Jaruga-Nowacka kochała kwiaty i te na pewno by jej się spodobały. Ja mam nadzieję, że się spodobały (bez "by"), bo niezależnie od mojego racjonalizmu czasami po prostu chcę wierzyć w życie pozagrobowe. I to jest właśnie jeden z tych przypadków, kiedy chcę.
 fot. Junior

A teraz ciekawostka. Na portalu Perspektywy.pl ukazał się tekst o naszym ulubionym "naukowcu" Paulu Cameronie. Tekst jak najbardziej w porządku, za to ilustracja do niego... cóż, zaskakująca. Zresztą zobaczcie sami, co się redakcji Perspektyw kojarzy z homofobią:
W temacie Camerona - dziś przed Uniwersytetem Warszawskim mieliśmy uroczy protest "w obronie wolności badań naukowych":


Ha, jeśli pan naukowiec ma w Polsce tylu zwolenników, to swobodnie mogli sobie zrobić konferencję w mieszkaniu jednego z nich.

Jako że dziś mam huśtawkę nastrojów, to jako numer cztery wrzucam coś zupełnie od czapy, czyli trochę inny trailer pierwszej części "Terminatora". Mnie rozbawił do łez, tak że się dzielę:



I na koniec słówko z cyklu formalnych. Jako że wczoraj zdarzyło mi się skasować komentarz pod tekstem i stało się to z innych powodów niż dotychczas mi się to zdarzało - tekścik o tym tutaj - chciałabym dołożyć do niego mały suplement. Choć ten blog ma charakter prywatny, spora część wpisów na nim też, to jednak zagląda na niego kilkaset osób dziennie. Dlatego też prosiłabym o załatwianie bardzo osobistych spraw nie w komentarzach, ale mailowo (kontakt jest tutaj). Zapewniam, że maile czytam, a ewentualnymi uwagami się przejmuję.

piątek, 23 kwietnia 2010

Orientacja nie wpływa na życie

Chodzenie na spacery z psem, oprócz wielu wad (czy zimno, czy deszcz i słota, czy upał, nieważne, jak się czujesz, pies musi i już!) ma też parę zalet. Jedną z nich jest możliwość snucia refleksji, szczególnie gdy na dworze jest w miarę ciepło, w okolicy nie krążą "wrogowie" naszego Absika, a ten właśnie toczy kolejny wielki bój ze "złym" patykiem.

I tak na kolejnym spacerze zaczęłam się zastanawiać, czy i jak bardzo moja orientacja psychoseksualna wpłynęła na moje życie. Zanim podzielę się z naszymi czytelniczkami i czytelnikami swoimi "pieskimi" przemyśleniami, zrobią tradycyjną dygresję.

Dawno, dawno temu, kiedy Polska przestała być Polską Rzeczpospolitą Ludową, trafiłam do nielegalnej wówczas organizacji Lambda, która potem przerodziła się w jak najbardziej legalne Ogólnopolskie Stowarzyszenie Grup Lambda. I jako neofitka wpadłam w amok. W krzywym zwierciadle wyglądało to tak: spotykałam kogoś nieznajomego i przedstawiałam się "jestem lesbijka Małgorzata R.". Przeszło mi po dwóch latach. Ale nadal moja orientacja była dla mnie na pierwszym miejscu. Wszystko potęgował zapał szalonej działaczki (ksywa nadana mi w tamtych czasach to "Zoja", kto pamięta serial "Dom", wie, o co chodzi). Przeszło mi po sześciu latach w 1995 roku. Ale odeszłam radośnie i z hukiem. A co:)

Starałam się żyć jak wszyscy - praca, partnerka, kot, zmiana partnerki, szukanie mieszkania, wraca kot, bo była partnerka znajduje dziewczynę podobno z alergią na koty, szukanie mieszkania, kłopoty w związku, kolejny kot, wyprawa na koncert Melissy Etheridge (kiedyś muszę o tym napisać osobną notkę), moja zdrada (niestety), kolejny związek, mecze piłki nożnej, wyjazd do Anglii na mistrzostwa gejów i lesbijek w piłce nożnej, kupno mieszkania, wydawało się, że wspólnego, remont tego mieszkania, czyli krew, pot i łzy, walka ze spółdzielnią o nadal wspólne mieszkanie (o naiwności), kolejne rozstanie, strata, jak się okazało, jednak nie wspólnego mieszkania (historia również zasługuje na notkę), dochodzenie do siebie, romans z sąsiadką z bloku, rozstanie z sąsiadką, bycie samą w wynajętym mieszkaniu, ta sama (już nie) sąsiadka jako moja kochanka, kolejna kochanka i noc z 13 na 14 marca 2005, kiedy z moimi obydwoma kochankami pojawiłam się na imprezie pomanifowej i zobaczyłam Ewę po raz pierwszy (tak mi się przynajmniej wydawało). Prawda, że zupełnie normalne życie?

A, zapomniałam dodać, że były jeszcze problemy z pracą i zupełnie nie miałam czasu ani ochoty na żadną działalność. Byłam wypalona i zmęczona przekonywaniem, tłumaczeniem itd. Jednak cały czas mój lesbianizm determinował moje poglądy na polityków, ludzi znanych. Swoje sympatie kierowałam w stronę tych, którzy byli nam przychylni. Obejmowało to też sferę prywatną.

Od kiedy poznałam założycielkę tego bloga, coraz bardziej dawałam się wciągać w, nazwijmy to, działalność. Objawiło się to między innymi uczestnictwem w organizowaniu Parady Równości w 2007 roku. Zamiast narzekać, postanowiłam coś zrobić. Udało się o tyle, że po raz pierwszy Parada miała jasno sprecyzowane i spisane postulaty, które cytowały media. Niestety zapał organizacyjny przeszedł mi po raz kolejny dzięki dwóm panom B. (temat na kolejną notkę, może powinnam rozpisać ankietę na temat tego, o czym powinnam napisać). Ale właśnie wtedy nasze performensy muzyczne przerodziły się w twór o nazwie Barbie Girls. Jak wiadomo kabaret, jak wiadomo o tematyce lesbijskiej.

Wniosek: ależ nie, moja orientacja psychoseksualna nie ma żadnego wpływu na moje życie. Skąd! Wcale! W żadnym jego aspekcie oprócz sypialnianego!

Ciekawe, kto mi w to uwierzy?;P

czwartek, 22 kwietnia 2010

Dziękuję, księże Nowaku

Miałam nie pisać o pogrzebie Izabeli Jarugi-Nowackiej, ale jednak parę słów być musi. I to nie ze względu na to, kto się na nim zjawił (wszyscy - od prawa do lewa) czy przemówienia nad urną, w których nie zabrakło takich słów jak "mniejszości seksualne" czy "feminizm", ale z uwagi na to, co powiedział ksiądz Arkadiusz Nowak, który odprawił mszę pogrzebową. I w brodę sobie pluję, że nie weszłam do kościoła (choć chyba bym się nie zmieściła) i nie usłyszałam tego na żywo, bo to piękna odtrutka na niedawne słowa prymasa Muszyńskiego.

Najczęściej tak to jest, że musi człowiek umrzeć, żeby usłyszeć o sobie tyle dobrych słów. Jednak myślę, że Iza była tą osobą, o której dobrze wielu z nas, choć nie wszyscy, a na pewno wielu z nas tu obecnych, mówiło za życia. Onieśmielała nas swoją osobą, urodą. Przyciągała nas swoją bezpośredniością. Iza zawsze wyglądała wspaniale - wiecznie młoda, bo tak, jak rękopisy nie płoną, tak ludzie, którzy niosą w sobie wewnętrzną radość, nigdy się nie starzeją. I taka właśnie była Iza - była cała w uśmiechach i nawet wtedy, kiedy było jej przykro i kiedy się smuciła, ten smutek poniekąd był jakoś radosny. Była niezwykła, elegancka, była uosobieniem kobiecości. Szyk, styl i elegancja. Nikt nie przypuszczał, że była babcią małego Jakuba i że z niecierpliwością oczekiwała wnuczki Zosi, która ma się urodzić w czerwcu. 

Była wierna sprawom, w które się angażowała. Niezłomna, silna, można powiedzieć spolegliwa, ale w takim rozumieniu tego słowa, że była osobą, na której można było polegać, bo rzeczywiście na niej zawsze można było polegać. I choć różniliśmy się po wielokroć w różnych sprawach, to Iza wyznawała tę zasadę, która mi osobiście jest również bardzo bliska: należy przede wszystkim szukać w nas tego, co łączy, a nie tego, co dzieli, budować dobro wspólne i dobro drugiego człowieka na tym, co nas łączy, a nie tym, co nas dzieli. 

Cechowała Izę wielka kultura osobista, wielka kultura słowa i argumentacji. Doceniali to w niej nawet przeciwnicy polityczni. Cechowała ją również rzadko spotykana empatia i to, co my chrześcijanie nazywamy miłością bliźniego. Cechowała ją również życzliwość wobec świata, odpowiedzialnie rozumiana tolerancja i, co chyba bardzo ważne, szacunek dla różnorodności. Kardynał Stefan Wyszyński powiedział, że "niebo otwarte jest dla każdego człowieka, a szczególnie dla człowieka dobrego". Jako osoba głęboko wierząca jestem przekonany, że przyjdzie ten moment, kiedy spotkam kiedyś Izę, która z tym właściwym dla siebie uśmiechem powie mi: "Arku, długo tu na ciebie czekałam, pozwól, że teraz oprowadzę cię po tych miejscach, o których wtedy, gdy żyliśmy na Ziemi nie wyobrażaliśmy sobie, jak one wyglądają". Głęboko wierzę, że tak właśnie się stanie.
 

I dzisiaj, w tej ostatniej chwili, kiedy można i trzeba powiedzieć "dziękuję" w imieniu tych wszystkich, którzy nie mogą tego uczynić publicznie, pragnę powiedzieć "droga Izo, pani premier, w imieniu wszystkich, którym czyniłaś dobro, serdecznie ci za to dziękuję. Niech ci Bóg wynagrodzi".

Właśnie tacy ludzie jak ksiądz Nowak czy jak środowisko "Tygodnika Powszechnego" przywracają mi szacunek do Kościoła (choć jestem ateistką) i wiarę w to, że nie wszyscy w nim zapomnieli lub na swoją korzyść zinterpretowali to ponoć najważniejsze przykazanie - przykazanie miłości.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Jak zagiąć frondowicza

W piątek poszłyśmy z Gosią zapalić znicz pod Pałacem Prezydenckim. Zrobiłyśmy to niejako w imieniu mojej mamy, która nie miała możliwości wybrać się tam osobiście - i bynajmniej nie piszę tego, by się usprawiedliwić, po prostu jest to wstęp do dość zabawnej historii. Otóż spotkałyśmy tam moją koleżankę z pracy, która wybrała się ze swoją rodziną mniej więcej z tego samego powodu - bo poprosiła ją o to teściowa. Parę dni później ta właśnie koleżanka ucięła sobie pogawędkę ze znajomym frondowiczem o tym, co się ostatnio działo w narodzie i o czym to właściwie świadczy. Frondowicz był przekonany, że te tłumy pod Pałacem i na pogrzebie prezydenckiej pary świadczą o tym, jak wielkim poparciem cieszył się Lech Kaczyński. Koleżanka dowodziła, że wcale niekoniecznie, i jako kontrprzykład podała siebie i swoją rodzinę oraz dwie zaprzyjaźnione lesbijki, które spotkała na Krakowskim Przedmieściu. Frondowiczowi nagle zabrakło argumentów. Zabawne, ale i symptomatyczne. Bo niektórym po prostu w głowie się nie mieści, że można tak zwyczajnie, po ludzku, żałować kogoś, kogo się nie lubiło (a nawet bardzo nie lubiło). Co prowadzi wprost do konstatacji, że niektórzy nie mają takich odruchów. I może stąd się bierze u nich przekonanie, że inni też nie są do tego zdolni.

W ramach odstresowywania się po ostatnich ciężkich dniach (ciężkich również zawodowo) zapodałyśmy sobie dziś z niezależną komedię "Butch Jamie". Rzecz trochę toporna (jak to z niezależnymi produkcjami bywa), ale zabawna. Tytułowa bohaterka jest aktorką, a że nie wierzy, że jako butch mogłaby dostać jakąkolwiek rolę, na przesłuchania przeobraża się w "female Jamie". Nieszczególnie jej to pomaga, tak że w pewnym momencie postanawia pójść za radą przyjaciela i być po prostu sobą. Więc wybiera się na przesłuchanie jako butch. I dostaje rolę mężczyzny. Na planie poznaje dziewczynę, która zakochuje się w jej męskim wcieleniu... i mamy "female Tootsie". Fakt, "Butch Jamie" czerpie z "Tootsie" pełnymi garściami (choć nie kończy się na pożyczaniu sobie kiecek), ale też przy okazji edukuje w kwestii biseksualności, ról płciowych i paru innych rzeczy. Tak że jak ktoś ma ochotę na lekką komedię z bardzo zwyczajnymi postaciami - polecam.



Z książek ostatnio jest u mnie na tapecie fantasy. No dobrze, nie tylko ostatnio. W każdym razie dopiero co połknęłam "Trylogię Czarnego Maga" Trudi Canavan. Nie jest to może David Eddings czy Marion Zimmer Bradley (dwójka moich absolutnych faworytów wśród twórców tego gatunku), ale czyta się naprawdę dobrze. Swojski wkład to postać Dannyla - homoseksualnego maga, który ma problemy jako żywo przypominające te, z którymi się borykają osoby nieheteroseksualne w naszej rzeczywistości. Aby dostać się do Gildii Magów (najwyższa kasta w świecie Canavan), Dannyl musi się wyprzeć swojej homoseksualności. Z czasem uczy się też ją tłumić (używając magii), ale i tak jest dyskryminowany z powodu samych podejrzeń, że może być gejem. W końcu jednak spotyka tego jedynego (w kraju, który jest ponoć bardziej otwarty w tych sprawach niż jego ojczysty Imardin - otwarty tak na poziomie Polski mniej więcej, czyli w niektórych kręgach możesz być sobą), zakochuje się, ale też postanawia ukrywać ten związek przed swoimi krajanami (z nielicznymi wyjątkami). I wszyscy są zadowoleni. Plus tej historii jest taki, że na przestrzeni trzech tomów sama Gildia jednak ewoluuje - dopuszczając w swoje szeregi nie tylko ludzi z Domów (odpowiednik mieszczaństwa), ale też bylców (mieszkańców slumsów) i otwierając się na czarną magię (która wcale nie okazuje się taka zła). Tak że może i Dannylowi się w końcu poszczęści. Czekam na sequel.

Gosia zamówiła dziś tęczowy bukiet na pogrzeb Izabeli Jarugi-Nowackiej. I tak smutno jakoś, że w czwartek pomaszerujemy z nią po raz ostatni.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Nowości z sieci i klubów

Oprócz zamknięcia (mam nadzieję, że czasowego) LGBT-eki, w internecie spod znaku LBT mamy kilka nowości. Ta, która mnie najbardziej cieszy, to stopniowa przebudowa portalu Kobiety Kobietom, który właśnie dorobił się nowej, zdecydowanie czytelniejszej i ładniejszej nawigacji, podzielonej na część społecznościową i informacyjną. Mamy też małe ożywienie w warstwie tekstowej portalu - wprawdzie tekstów autorskich wciąż jak na lekarstwo, ale przynajmniej informacyjnie KK jest znowu na czasie.

Pojawił się też kolejny portal, a właściwie portalik - Dżdżownica. Plus to autorskość projektu, minus - nieczytelna konstrukcja, cukierkowa grafika i trochę błędów językowych i merytorycznych (nie czepiałabym się, ale ich kaliber - jak niewłaściwa pisownia nazwiska Julianne Moore czy pomylenie bohaterek "Grey's Anatomy" i przypisanie homoseksualności Cristinie Yang - naprawdę rażą). Ale spoglądam życzliwie, bo każde nowe miejsce w sieci cieszy (szczególnie że jeden z najlepszych zeszłorocznych projektów - Fioletowa Winda - zdaje się że idzie w ślady LGBT-eki).

Nie pisałam też dotąd o zamknięciu Ust Mariana - klubu, w którym nie raz miałyśmy okazję występować, a ostatnio również organizować jeden czwartkowy wieczór w miesiącu. Szkoda, że Ustom nie udało się na dobre zagościć na klubowej mapie Warszawy. Szkoda też tamtejszego klimatu występów, który był jedyny w swoim rodzaju, niezależnie od tego, czy na sali było dziesięć osób, czy sześćdziesiąt. Z miłych wieści - UFA dorobiła się wykładziny. Kto tam był choć raz, wie, jak doniosłe jest to wydarzenie!

Z muzycznych wieści - mamy kolejny muzyczny coming out. I to wielki, choć piosenkarki u nas raczej nieznanej. Jennifer Knapp, bo o niej mowa, jest baptystką i przez lata była zaangażowana w działalność ewangelizacyjną - uczyła między innymi w szkółce niedzielnej. Teraz wyznała w wywiadzie dla "The Advocate", że od ośmiu lat jest związana z kobietą. I że w końcu udało jej się pogodzić wiarę z miłością. Więcej na After Ellen, a od siebie mogę tylko dodać, że mnie ten coming out cieszy podwójnie - raz, że kolejna osoba postanowiła żyć w zgodzie ze sobą, dwa, że pani Knapp ma naprawdę piękny głos i z pewnością nie przegapię jej nowego albumu. Zresztą posłuchajcie sami:



A na zakończenie Pixie Herculon, czyli Jill Sobule, Margaret Cho i ciacha. Dzięki za podesłanie, Krzysiu!

Solidarność prymasa Muszyńskiego

"Modląc się za ofiary tragicznej katastrofy prosimy, aby ta przedziwna solidarność w cierpieniu i narodowej żałobie, której jesteśmy świadkami, a która jest widoczna na każdym kroku, zamieniła się w solidarny wysiłek wszystkich, niezależnie od różnic, jakie nas dzielą" - mówił Muszyński podczas uroczystej mszy w intencji pary prezydenckiej w warszawskiej Archikatedrze Świętego Jana.

Dalej było o tym, że miliony Polaków, bez względu na poglądy, połączyły się w żalu i współczuciu dla rodziny. A potem, że para prezydencka była dla wielu wzorem małżeństwa pełnego szacunku i oddania. I w końcu Muszyński zaznaczył, że prezydent nie wahał się w swoich wystąpieniach podkreślać, że małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety, i przytoczył słowa Kaczyńskiego ze zjazdu w Gnieźnie: "Małżeństwo jako związek jednej kobiety z jednej mężczyzną, od chwili jego zawarcia aż do śmierci, jest podstawą cywilizacji chrześcijańskiej. Nic innego małżeństwem nazywać nie można".

Najwidoczniej wspomniana na wstępnie solidarność nas tradycyjnie nie dotyczy. Wzajemny szacunek i oddanie w związkach zapewne też nie. I każda chwila jest dobra, by o tym przypomnieć. Aż nie mogę się doczekać, co powie Józef Michalik podczas mszy pogrzebowej.

Na odtrutkę chocholi taniec nieodżałowanego Kabaretu Olgi Lipińskiej:

sobota, 17 kwietnia 2010

Związki partnerskie - ankieta

Na wypadek, gdyby ktoś jeszcze jej nie zauważył, a tak naprawdę to zaalarmowana mailem od Abiekta, że wśród wypełniających ankietę na temat naszych oczekiwań wobec ustawy o związkach partnerskich jest nadreprezentacja mężczyzn, wrzucam linka do niej i u mnie. Ankieta jest całkowicie anonimowa, a jej wypełnienie zajmuje 3 minuty.

Kliknij tutaj, aby wypełnić ankietę.

Wyniki ankiety zostaną zaprezentowane na Homikach oraz przedłożone Grupie Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich w formie rekomendacji.

Ja już wypełniłam, a wy?:)

piątek, 16 kwietnia 2010

Nadrabiam zaległości informacyjne

Mówi się, że genialne umysły myślą podobnie. Zastanawiałam się, kto byłby idealnym kandydatem PiS na prezydenta i przyszła mi do głowy jedna osoba - Joanna Kluzik-Rostkowska. I co widzę w najnowszych "Wysokich Obcasach" (tekst jeszcze sprzed 10 kwietnia)? Kingę Dunin piszącą dokładnie to samo. Oczywiście pani Joanna wśród potencjalnych kandydatów (bo kandydatek tradycyjnie brak) nie jest wymieniana, tak że nie przydarzy mi się zagłosować po raz pierwszy w życiu na kogoś z tak zwanej prawicy.

Do Polski po raz kolejny zawita pierwszy homikożerca Ameryki Paul Cameron. Jego "osiągnięcia" przy okazji poprzedniej objazdówki po Polsce podsumował portal Homiki tu, tym razem zaczęło się od skasowania mu rezerwacji sali na Uniwersytecie Warszawskim (gdy tylko władze uczelni zorientowały się, kto zacz, więcej u Abiekta). Oczywiście nie ma co liczyć na to, że "wykłady" Camerona zostaną odwołane, organizatorzy znajdą pewnie jakiś lokal zastępczy, a w planach są jeszcze występy w Łodzi i Szczecinie. I szczerze mówiąc, nie wiem, co jest lepsze w przypadku takich inicjatyw - protesty czy bojkot. Trochę mi to przypomina dyskusję sprzed kilku lat o programie "Warto rozmawiać", w której ścierały się dwie opcje - część osób twierdziła, że najlepiej tam po prostu nie chodzić i nie brać udziału w cyrku nienawiści Pospieszalskiego, a część, że właśnie trzeba chodzić, aby mieć szansę przedstawienia zdania drugiej strony. I w sumie argumenty strony "chodzącej" bardziej do mnie przemawiają, choć niewątpliwie do dyskusji w nieprzyjaznym środowisku trzeba mieć naprawdę mocne nerwy.

W cipkowych tematach, które się tu czasami pojawiają, umknął mi zabawny news z ojczyzny Paula Camerona. Otóż parę tygodni temu miałyśmy tam prawdziwą tamponową aferę. Co się stało? Ano producent tamponów i podpasek Kotex postanowił nazywać rzeczy po imieniu i użyć w reklamie tamponów słowa "wagina". Poszło nie najlepiej, bo największe amerykańskie stacje telewizyjne odmówiły emisji "obscenicznej" reklamy. Gdy Kotex "złagodził" nieco przekaz i określił waginę słowami "tam na dole", udało mu się przekonać do pokazania reklamy jedną stację. Następnego podejścia nie było, za to powstało takie coś:



Nawet bez waginy to prawdopodobnie najlepsza reklama tamponów wszech czasów.

Gosia krzyczy, żebym napisała o nowej płycie Melissy Etheridge. Tak więc piszę. Dziesiąta płyta studyjna Melissy będzie do dostania w polskich sklepach 27 kwietnia, a promujący ją singiel "Fearless Love" jest mocno rockowy, całość też ma być w stylu starej dobrej Melissy. Oczywiście się nam podoba i się nabędzie i opisze, bo Melissę lubimy bardzo. A póki co polecam wywiad z Melissą na Lesbian Life.



Smutna wiadomość jest taka, że Melissa dopiero co rozstała się z Tammy Lynn Michaels, z którą była dziewięć lat i dorobiła się dwójki dzieci. Póki co nie mam potwierdzenia, że to z powodu K. (która tu czasami zagląda i mam nadzieję, że mi łba za to przypuszczenie nie urwie), której lata temu, przy okazji swojego jedynego koncertu w Polsce, obiecała, że następnym razem nie będzie musiała czekać na nią tak długo (K. była w koszulce "I waited for you 8 years").

Z wiadomości sieciowych - działalność zakończył jeden z moich ulubionych blogów LGBT-eka. Dobra wiadomość jest taka, że blog nie zniknie z sieci, a jak znajdzie się ktoś chętny do jego kontynuacji, to twórczyni chętnie mu go odda. Tak że apeluję do miłośniczek i miłośników książek - bierzcie i kontynuujcie, bo to wartościowa rzecz.

I na koniec powrót do jakże ekscytującego tematu odwołania EuroPride. Otóż w ferworze dyskusji nikt nie zauważył, że mamy znacznie bliższe wydarzenie do odwołania - krakowski Queerowy Maj z Marszem Tolerancji zaplanowanym na 15 maja. Mam nadzieję, że jednak do niego dojdzie, głosów za rezygnacją z wydarzenia póki co nie słyszałam, choć nie mogę w tym kontekście nie przypomnieć, że już raz doszło do odwołania tego wydarzenia w Krakowie - w 2005 roku, po śmierci Jana Pawła II.

środa, 14 kwietnia 2010

Ojczyznę kochać trzeba i szanować

Mam słabość do używania wielkich słów. Jest to jedna z niewielu skaz na moim kryształowym;) charakterze. Jednym z takich wielkich słów jest "patriotyzm". Na Homikach w trakcie dyskusji na temat odwołania EuroPride’u jako argument padły słowa, a raczej wyrażenie zgody na słowa listu ze strony Nacjonalista.pl (którego autorzy apelują do Hanny Gronkiewicz-Waltz o zakazanie EuroPride'u, link dla masochistów tu), że "odwołanie parady to nie akt heroizmu, ale patriotyczna powinność". I, nie ukrywam, trafił mnie szlag! Co do jasnej cholery moja orientacja ma wspólnego z moim patriotyzmem? I czy, idąc tym tropem myślenia, przynajmniej na czas żałoby narodowej powinnam rozstać się z Ewą? Przespać się z jakimś facetem, najlepiej gejem (jacyś chętni?;))?

Zostałam wychowana na patriotkę. Nauczono mnie, że "ojczyznę kochać trzeba i szanować. Nie deptać flagi i nie pluć na godło". I tak czynię. Kiedy byłam dzieckiem, z moją przyjaciółką Żabą lubiłyśmy święta państwowe. Powodem były flagi zrobione z bardzo porządnego materiału, z którego można było szyć fajne bluzki. Ale nawet jako dziecko kradłam (do dziś się wstydzę i rumienię;) wyłącznie flagi czerwone. Nie mogłam się przemóc, aby świsnąć flagę państwową. Wiele lat później szłam z inną moją przyjaciółką Łomcią na uroczystości przystąpienia Polski do Unii. Po drodze się wygłupiałyśmy, paliłyśmy. I kiedy byłyśmy już niedaleko placu Piłsudskiego (gdzie odbywała się uroczystość), usłyszałyśmy Mazurka Dąbrowskiego. Natychmiast zgasiłyśmy papierosy i stanęłyśmy na baczność.

Gdy swego czasu do naszego z Ewą performensu potrzebna nam była flaga państwowa, nie traktowałam jej jak kolejnego rekwizytu. Nie rzucałam, gdzie popadnie. Kawałek biało-czerwonego materiału traktowałam z szacunkiem. Nie zgodziłam się również z Agnieszką Graff, kiedy pisała, że na Manify lub parady powinniśmy również, tak jak strona przeciwna, przychodzić z narodowymi flagami. Dla mnie byłby to brak poszanowania naszej flagi. Nieważne, w czyich rękach. Gdy byłam zagranicą, starałam się zawsze swoim zachowaniem pokazać, że nie taki Polak straszny, jak go malują. Może to śmieszne, ale mam wrażenie, że moje zachowanie może rzutować na opinię nie tylko o mnie, ale i o moim kraju.

Kocham Polskę, kraj, który nie zapewnia mi godnych praw, kraj czyniący ze mnie poprzez swoje ustawodawstwo obywatelkę drugiej kategorii. I kiedy miałam możliwość opuszczenia go, zostałam. Tak durnie, romantycznie, z miłości.

Jestem też dziwną patriotką, bo nie gloryfikuję przegranych powstań. Nie cierpię napuszonych obchodów Powstania Warszawskiego, które uważam za jedną wielką tragiczną pomyłkę. Drażni mnie pomnik Małego Powstańca. Irytuje mnie martyrologia i męczeństwo mojego narodu podkreślane na każdym kroku. Darcie szat i Polska jako Chrystus narodów. Nie cierpię Mickiewicza z jego "Dziadami" i "Panem Tadeuszem" na czele. Reżysera Wajdę cenię jedynie za "Ziemię obiecaną" (tę bez cenzury).

Taka to i ze mnie patriotka:)

wtorek, 13 kwietnia 2010

Refleksje wokół żałoby

Piszę to wbrew Ewie, która nie chciała już poruszać tu tematu sobotniej tragedii.

Już jako dziecko najbardziej nie cierpiałam głupoty i hipokryzji. Te dwie cechy mają zwyczaj bardzo często chodzić w parze, aczkolwiek nie zawsze. Byłam ciekawa, jak szybko po tej szokującej katastrofie wypłyną. Długo, niestety, czekać nie musiałam. Nadzieja Ewy (a nie ukrywam, że i moja) z poprzedniego posta została tylko matką głupich. Jak to zresztą z nadzieją bywa.

I tak na przekór wszystkiemu chyba jestem wdzięczna, że tak się stało. Być może przygnębienie, które odczuwałam, zastąpi uczucie smutku nad ludzką kondycją psychiczną.

Kilka rzeczy, które mnie przerażają:

Telewizja TVN nadająca w świeckim kraju i ponoć niezależna światopoglądowo żałobę narodową ogłasza pod znakiem krzyża. Ktoś może powiedzieć "drobiazg", ale czy na pewno? Kiedy miałam telewizję, oglądałam TVN, teraz zauważyłam, że to raczej telewizja nie dla mnie.

W katastrofie zginął nie mój, ale prezydent mojego kraju. I żałoba narodowa jest jak najbardziej zrozumiała i na miejscu. Ale histeria żałobna? Zginęło 96 osób. I jest mi żal, tak po prostu, tych ludzi i ich bliskich. Jednak nie mogę zapomnieć, że część z nich znana była z różnych swoich wystąpień, niekoniecznie mądrych. Czy tragiczna śmierć automatycznie wymazuje ich poczynania? Nie sądzę. Były to osoby publiczne i decydując się na objęcie swoich funkcji, wiedziały, że będą oceniane zarówno za życia, jak i po śmierci. Dlatego zaskakuje mnie robienie z nich mężów stanu, wielkich i niezastąpionych. Przeraża mnie chęć wymuszenia przez skrajnie prawicowych oszołomów przeprosin za to, w jaki sposób się mówiło, pisało i myślało o np. prezydencie. Zatrważa mnie uznawanie ich śmierci za bohaterską, w służbie narodu. Coś tu nie tak. Bardzo nie tak.

Czytając różnego rodzaju doniesienia prasowe, widzę, jak dramat przeradza się w farsę. Koszmar. Takie zachowanie (oczywiście moim zdaniem) nie jest oddawaniem czci zmarłym, a czymś zupełnie przeciwnym.

Pomysł pochowania pary prezydenckiej razem jest jak najbardziej słuszny, ale na Wawelu, w krypcie Piłsudskiego? Czy to nie zakrawa na ponury żart? Ciekawe, kto ma takie poczucie humoru?

A tak bliżej LGBTQetcetera, rozbawił mnie pomysł rzucony w komentarzach na Homiki.pl, aby w ramach solidarności (nie bardzo wiem, z kim i z czym) nie organizować za trzy miesiące (!) EuroPride’u, a jeśli już coś, to marsz jedności. Chyba jedności z myślą polityczną partii, z której wywodził się nieżyjący prezydent? Pomysł absurdalny, śmieszny i straszny w swojej wymowie. Mam bowiem wrażenie, że osoba/osoby postulujące to uważają, że mój (i nie tylko) homoseksualizm urąga pamięci zmarłych. Rozumiałabym, gdyby to napisali PiS-owcy, ale lesbijki i geje?

Ot parę takich dziwnych refleksji.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Po tragedii

Wczoraj obudziła mnie cisza. To niesamowite, jak nagle, w ciągu kilku tragicznych minut zmieniła się Warszawa. Jak zmienili się jej mieszkańcy. Gdy przeczytałam, co się wydarzyło, nie mogłam w to uwierzyć. Nadal tak naprawdę nie mogę. 96 osób. W tym przynajmniej trzy, które były dla mnie w jakiś tam sposób ważne, każda na swój sposób. Anna Walentynowicz, "nasza Ania", jak zwykła o niej mówić moja mama. Bohaterka mojego dzieciństwa, znajoma rodziców. Choć skłamałabym, gdybym powiedziała, że w późniejszym czasie zgadzałam się z jej poglądami, to jednak zawsze podziwiałam ją za konsekwencję i niezłomność. Izabela Jaruga-Nowacka, pierwsza polityczka, dzięki której przekonałam się, że ci ludzie z pierwszych stron gazet są zupełnie zwyczajni i właściwie tacy jak my. Pamiętam, jak siedziała na kolanach mojego przyjaciela na imprezie towarzyszącej gdańskiemu festiwalowi "Homofobia - spojrzenie z bliska". I jak strasznie bałam się z nią porozmawiać, bo wtedy jeszcze wydawało mi się, że osoby publiczne to jakiś inny, niedostępny gatunek ludzi. Ostatni raz widziałam się z nią na manifowej platformie zaledwie miesiąc temu. I w końcu Maria Kaczyńska, zawsze taka zwyczajna, nieefektowna, ale też ciepła i mądra, której najbliżej byłam na Kongresie Kobiet, a właściwie pod koniec jego pierwszego dnia, kiedy to omyłkowo zostałyśmy wzięte za towarzyszące jej osoby przez pracowników restauracji Magdy Gessler.

Wczorajsza tragedia jest podwójnie smutna - dlatego, że zginęli ludzie, i dlatego, że znajdzie się wielu, którzy znajdą w ich śmierci sposobność, by na niej zyskać. Mniejsza, gdy jedynie wylewają swoją nienawiść i frustrację na forach internetowych, gorzej, gdy to, co się stało, posłuży za usprawiedliwienie, że czegoś się nie zrobiło, coś zaniedbało, albo do siania nienawiści, szukania winnych, mnożenia teorii spiskowych. Tyle się pisze o tym, że wczoraj wszyscy byliśmy Polakami, że ta tragedia nas zjednoczyła. Chciałabym, abyśmy w to uwierzyli. Choć na moment.

czwartek, 8 kwietnia 2010

EuroPride bez sponsorów

Dziwny tekst o przygotowaniach do EuroPride 2010 znalazłam na portalu Homoseksualizm.org.pl. A konkretnie tłumaczenie tekstu, który pierwotnie ukazał się na norweskim portalu Gaysir. Tytuł niczym z tabloidu: "Warszawa przygotowuje się do bitwy", lead równie przerażający: "W tym roku EuroPride odbędzie się w jednym z najbardziej wrogich dla osób LGBTQ państw. Teraz istnieje nadzieja, że Polska oprze się na wsparciu społeczności międzynarodowej". Powiało grozą? Obawiam się, że o to chodziło. Ale w porządku, to tylko kwestia stylu, może niektórych płaczliwo-martyrologiczne tony kręcą (mnie nieszczególnie). Naprawdę ciekawie robi się znacznie później, gdy mowa jest o finansach:

Rada Miejska stara się pomóc najlepiej jak potrafią bez udzielania pomocy. Nie zapewnią wsparcia finansowego i nie pozwalają, aby móc używać przestrzeni w mieście, która jest i tak pusta. Argumentują, że jest to rok wyborczy i w związku z tym nie mogą być po naszej stronie z obawy przed utratą wyborców. (...) Sytuacja finansowa EuroPride jest trudna. Nie dostajemy żadnych pieniędzy od sponsorów, bo to może nadszarpnąć ich wizerunek w Polsce. Ich grupą docelową są rodziny i promują konserwatywne wartości - opowiada jedna z organizatorek imprezy.

Oczywiście brak wsparcia finansowego ze strony Ratusza jest przykry, ale chyba raczej nikogo nie dziwi. Umówmy się, w kwestii dostrzegania potencjału różowych pieniędzy jesteśmy jeszcze parę dobrych lat za bardziej otwartymi państwami i odmowa finansowania naszych imprez przez miasto ma raczej niewiele wspólnego ze zbliżającymi się wyborami. Podobnie nie powinna też dziwić niechęć do nieodpłatnego udostępniania miejsc, które, jak się tylko domyślam, bo ten fragment tekstu jest wyjątkowo enigmatyczny, udostępnia się na podobne - czyli komercyjne - imprezy odpłatnie. W prawdziwe osłupienie wprawił mnie jednak fragment o braku sponsorów. Zaglądam ci ja na oficjalną stronę wydarzenia i co widzę? Ano pasek "sponsorzy", a na nim piękne tęczowe logo IBM, tuż obok Star Alliance i cztery kolejne. No to jak z tymi sponsorami - są oni czy ich nie ma? A jeżeli ich nie ma, to kto właściwie sfinansuje wszystkie zapowiadane atrakcje? I co robią te loga na stronie EuroPride?

Nie wiem, czy ten tekst to wpadka organizatorów, czy celowe działanie, mam jednak nadzieję, że to pierwsze, bo wyszło naprawdę mało profesjonalnie. No chyba że ktoś ma jakiś pomysł na rozsądne uzasadnienie takiego działania - nie ukrywam, że chętnie takowe przeczytam.

Z dziwnych, ale przede wszystkim smutnych historii mamy też ciąg dalszy losów Constance McMillen, której szkoła odwołała bal maturalny po tym, jak Constance wyraziła chęć przyjścia nań ze swoją dziewczyną (pisałam o tym tu). Otóż organizacją imprezy dla uczniów zajęli się rodzice i bal się odbył, tyle że bez Constance. Co się stało? Ano nasza bohaterka i pięcioro innych uczniów, tak się złożyło, że niepełnosprawnych, dostało zaproszenie na fałszywy bal, podczas gdy reszta szkoły bawiła się gdzie indziej, w swoim własnym i, jak wierzę, doborowym i przesympatycznym towarzystwie. Brzmi jak zła bajka? No niestety tak właśnie było. Więcej tu. Podłość ludzka nie zna granic, nieprawdaż?

środa, 7 kwietnia 2010

Kobieca seksualność w modzie?

Po "Wielkiej Księdze Cipek" i pierwszych Dniach Cipki (start już w najbliższy piątek) mamy pierwszy porządny portal poświęcony kobiecej seksualności - Seksualnosc-kobiet.pl. Na wejściu robi wprawdzie dość chaotyczne wrażenie, ale może wynika to z tego, że jest (jak już wspomniałam) pierwszy i jako taki stara się być również kompletny. Mamy więc i informacje praktyczne (masturbacja, miesiączka, pierwszy raz), i osobiste historie, i teorię (orgazm, raport o seksualności kobiet), i historię (np. tamponów i podpasek czy aborcji), i seksualność kobiecą kulturze i sztuce. Do tego garść aktualności, sondy (ulubione określenie kobiecych narządów płciowych - cipka), słowniczek i dział poświęcony tożsamościom seksualnym. Słowem - dobra robota, choć strona użytecznościowa portalu (szczególnie ułożenie tekstów na stronie głównej - niektóre są zajawione dwa razy!) do poprawki.

Generalnie pomysł cieszy, bo świadomość kobiecej seksualności i chęć poważnego rozmawiania o niej nadal ma się słabo. Spójrzcie chociażby na komentarze pod zapowiedzią Dni Cipki na Homikach - o tu.

Dla kontrastu mainstreamowe ujęcie kobiecej seksualności (mimo że temat z półki na "l"). Już od czerwca Amerykanie będą mieli okazję śledzić losy sześciu atrakcyjnych i dobrze sytuowanych lesbijek z Los Angeles w reality show "The Real L Word" (oficjalna strona tu). Tak, słusznie się domyślacie, chodzi o odcinanie kuponów od popularności "The L Word", czyli o długo zapowiadany reality show będący swoistą kontynuacją serialu. Trailerek mnie nie zachwycił, ale może nie jestem w targecie. Zresztą oceńcie same i sami:



A na odtrutkę - świetny news u Abiekta. Do grona jawnych gejów dołączył profesor Michał Głowiński, autor między innymi "Peereliady" i "Nowomowy po polsku", współautor "Słownika terminów literackich", słowem postać bliska sercu każdego polonisty i polonistki, czyli również mojemu. Dziękuję i proszę o jeszcze!

wtorek, 6 kwietnia 2010

Związki, etykiety i smutne polskie historie

Koncertowych wieści ciąg dalszy. Na Open'erze (1-4 lipca) między innymi Grace Jones i Skunk Anansie, a 30 czerwca w Berlinie wystąpi Melissa Etheridge. Jeżeli uda mi się to jakoś skoordynować, to czekają mnie całkiem miłe wakacje.

W temacie związków partnerskich bardzo ciekawie pisze Abiekt tu. Wojtek podaje liczbę par, które zarejestrowały swoje związki po wprowadzeniu takiej możliwości w Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Francji, Niemczech i Czechach, i zastanawia się, jak mogłoby to wyglądać w Polsce w kontekście naszej publicznej aktywności w ogóle (udział w fotoreportażach, akcjach społecznych itd.). No właśnie - czy możemy się spodziewać, że osoby, które są wyoutowane jedynie przed najbliższymi i nie zamierzają poszerzać grona "wtajemniczonych", a jednocześnie pozostają w związkach, postanowią je sformalizować, gdy będą miały taką możliwość? Czy też - z obawy przed ewentualnymi nieprzyjemnościami - wybiorą jednak relacje nieformalne? Wydaje mi się, że to kolejne pytanie, które warto by przy okazji walki o ustawę zadać szerszemu gronu osób. Swoją drogą myśl, że nie tylko uczestnictwo w marszach czy innych akcjach jest swojego rodzaju deklaracją polityczną, ale taki charakter może mieć również tak prywatna rzecz jak zawarcie związku, jest niezbyt przyjemna. Choć może, ale tylko może, my jesteśmy już o krok dalej i osoby, które uznają, że rzeczywiście taki związek chciałyby zawrzeć, nie będą się kierować homofobią otoczenia, ale własnymi potrzebami.

Przy okazji biseksualnego coming outu Anny Paquin po raz kolejny zirytowałam się na zamiłowanie do szufladkowania, świetnie widoczne choćby w zupełnie bezmyślnie powielonym przez portal Kobiety Kobietom tekście "Udawały lesbijki dla kariery". Mniejsza, gdy bawi się w to Onet czy inna Wirtualna Polska, gorzej, gdy takie teksty trafiają na nasze portale. Kathy z bloga Lesbian Life, na którym znalazłam informację o coming oucie Paquin, pisze między innymi, że aktorka nie musiała robić tego coming outu, bo jest w związku z mężczyzną, ale zrobiła go w ramach kampanii społecznej We Give A Damn, której celem jest zwiększenie świadomości społeczeństwa na temat problemów osób LGBTQetcetera i zachęcenie innych, szczególnie osób heteroseksualnych, do działania na rzecz praw osób nieheteroseksualnych. Powód do coming outu dobry jak każdy inny, bo w końcu jakie to ma znaczenie, z kim w danej chwili jesteśmy? I czy to, że Paquin określiła się jako biseksualna, świadczy o tym, że o ile była związana w przeszłości z kobietami, udawała lesbijkę? Albo, jako że jest w związku z mężczyzną, udaje teraz osobę biseksualną? I czy aby określać się jako biseksualna, musiała rzeczywiście w takim związku być? Moim zdaniem odpowiedź na te wszystkie pytania brzmi "nie". W końcu to, jak się określamy, jest kwestią indywidualnego wyboru, i w tym kontekście bardziej niż biseksualne wyznania Dody i innych podobnych jej gwiazdek denerwuje mnie wrzucanie ich do worka "moda". Czyli trywializowanie kwestii tożsamości, która dla większości zainteresowanych wcale taka trywialna chyba nie jest.

Parę dni temu zakończyła się sprawa zabójców Jakuba, geja zamordowanego przez dwóch poznanych w klubie mężczyzn, których zaprosił do mieszkania, a którzy, okradłszy go, postanowili pozbyć się świadka (szczegóły tu). Wyrok: dwa dożywocia, niektórzy komentatorzy na Gazeta.pl jak zwykle niezawodni ("Po co podkreślać, że zamordowany był homoseksualny?"), a przecież orientacja Jakuba była w tej sprawie kluczowa, bo zabójcy wyszukiwali swoje ofiary właśnie wśród gejów, uznając (słusznie niestety), że okradzeni (zabójstwo ponoć nie było planowane) nie zgłoszą się na policję z obawy przed ujawnieniem ich orientacji. Przy okazji Gazeta.pl przypomina działalność gangu "Świra", który specjalizował się w szantażowaniu niewyoutowanych gejów, od których wymuszano pieniądze, grożąc ujawnieniem ich orientacji. Dobrze, że Gazeta o tym pisze, bo może ktoś sobie weźmie te historie do serca i dzięki temu uda się uniknąć kolejnych tragedii. Oczywiście bezsensowne jest obwinianie ofiar za to, co się stało, ale prawda jest taka, że na niektóre przestępstwa jesteśmy po prostu bardziej narażeni, co jest zresztą argumentem za edukacją organów ścigania właśnie w tym kierunku. Oraz edukacją osób nieheteroseksualnych, aby nie obawiały się policji. No ale to już jest transakcja wiązana.

piątek, 2 kwietnia 2010

Happy birthday to me

Minął mi kolejny roczek i w sumie to nie wiem, czego sobie życzyć na następny. Może żebym nie chorowała z każdym wiosennym przesileniem. Albo żeby wypaliło nam z Gosią to, co sobie ostatnio zamarzyłyśmy. Bo o takich drobiazgach jak enduro i Alvarez wspominać chyba nie wypada, prawda?

W tym roku moje urodziny wypadły dość niefortunnie, bo w Wielki Piątek. Nie pierwszy raz zresztą wyszło właśnie tak. Pamiętam, że jak byłam młoda i zbuntowana, to, przy tej samej okazji, wybrałam się z koleżanką do kina (zamiast do kościoła) na "Natural Born Killers". Film podobał mi się średnio (wyrzuty sumienia?), za to spodobał mi się głos Juliette Lewis, choć tam ledwie coś zanuciła. Za to zaśpiewała parę lat później w jednym z moich ulubionych filmów spod znaku cyberpunka "Strange Days" (wyreżyserowanym zresztą przez tegoroczną zdobywczynię Oscara Kathryn Bigelow):

 
W ogóle soundtrack ze "Strange Days" jest niesamowity. Jak ktoś nie słyszał, a lubi trochę cięższe brzmienia, to niech sobie wygoogle'a i posłucha. Filmik też zresztą nadal robi wrażenie, czego nie można powiedzieć o innej ponoć kultowej cyberpunkowej produkcji - "Johnny'm Mnemonicu". Ostatnio go sobie przypomniałam  i z przykrością muszę stwierdzić, że nie da się go już oglądać. Zresztą może zawsze tak było.

Wracając do urodzin - w tym roku jestem grzeczna, więc idziemy sobie z Gosią na gokarty. A jutro czeka mnie podróż do Gdańska, więc jest mi trochę smutno. Tak że zostawiam was z "Welcome To:", smutną piosenką Ani napisaną na święta - wprawdzie nie te najbliższe, ale grudniowe. Ale i tak jest smutna.