sobota, 4 lutego 2012

Dość internetowej prowizorki

Po dwóch latach działalności, niepostrzeżenie, bez imprezy pożegnalnej i wcześniejszych zapowiedzi zniknął z sieci portal W stronę kobiet:

O jego powstaniu, nadziejach, ale też obawach z nim związanych pisałam tu i niestety wygląda na to, że ten gorszy scenariusz stał się faktem: nie wyszło. Mimo sporego zaangażowania twórczyń, inwestycji w newsy, artykuły i felietony ekipie stojącej również za Lesplotami (jeszcze w sieci, ale od dwóch miesięcy nieaktualizowanymi) nie udało się przyciągnąć wystarczająco dużej grupy użytkowniczek (i użytkowników), aby chciało/opłacało jej się dłużej działać. Tym samym z ukierunkowanych na kobiety nieheteroseksualne portali został nam jeden - Kobiety Kobietom. Które zdecydowanie nie są miejscem, na które się wpada, by coś przeczytać (no chyba że jest to kolejna dyskusja na moim ulubionym forum).

Choć jestem w stanie sobie wyobrazić portal, którym W stronę kobiet miało się stać, a się nie stało (wszak znakomitych zagranicznych wzorców, jak She Wired, Velvetpark czy GO Magazine, jest co niemiara), to, inaczej niż te dwa lata temu, zastanawiam się, czy w dobie Facebooka i innych takich tego typu przestrzeń jest jeszcze komukolwiek potrzebna. Mimo wszystko chyba jednak tak (choć może zamiast "komuś potrzebna", powinnam napisać "dla kogoś atrakcyjna"), ale, i to moim zdaniem warunek podstawowy, musi być bardzo dobra. Od pierwszego kopa. Choć to może nie do końca uprawnione, ale nasuwa mi się porównanie z klubami nastawionymi na kobiety LBT - co jakiś czas powstają, by krótko potem zniknąć, po czym odzywają się głosy, że jesteśmy kiepskimi klientkami. Może i jesteśmy, kłopot w tym, że z tych wszystkich miejsc nie kojarzę ani jednego, które nie byłoby, mniejszą lub większą, prowizorką (z całą sympatią do klubu Amsterdam, któremu serdecznie kibicowałam). Co by się wydarzyło, gdyby ktoś zainwestował w klub z prawdziwego zdarzenia, na miarę chociażby amsterdamskiego Vivelavie? Nie wiem. Ale jestem niemal pewna, że jak ktoś chce zrobić biznes na kobietach niehetero, to musi dać im znacznie więcej niż klub z wywieszką, że to dla nich. Takie rzeczy już nie działają, i to, mam wrażenie, od dość dawna. Nie twierdzę, że to dobrze. Ale tak jest. I podobnie jest z portalami. Niby to nic trudnego - narysować stronkę i ogłosić, że oto pojawiła się alternatywa dla tego, co już jest. Kłopot w tym, że aby przebić to, co jest (choć w przypadku kobiet to niby nic wielkiego - jeden jedyny liczący się portal), nie wystarczy być bardziej pracowitą, trochę lepszą, wstawić ładniejsze krzesełka czy zadbać o przytulny kolor ścian.

Skąd się bierze to swoiste cyfrowe wykluczenie społeczności LGBTQetcetera (bo przecież i jako ogół możemy się poszczycić zaledwie jedną stroną pretendującą do miana profesjonalnej - mam na myśli Inną Stronę)? Z jakiejś przedziwnej sieciowej indolencji właściwej tylko nam? Z niewielkiego zaangażowania w jakąkolwiek działalność "na rzecz" (nawet jeśli docelowo miałaby to być działalność również dla kasy)? Braku wiary w opłacalność tego typu działań? A może z tego, że, jeśli już coś robimy "na rzecz", to głównie wolontaryjnie (tęczowy biznes nadal jest u nas w powijakach) i, co gorsza, nawet nie potrafimy sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej? Świeży przykład z trochę innej mańki - na fejsbukowym profilu Anny Grodzkiej pojawiło się takie oto ogłoszenie (stoi za nim krakowski Ruch Palikota):
To niezły przykład z jednej strony braku wiary w niecieszące się szczególnym poparciem społecznym inicjatywy (bo na samofinansowanie jest zaledwie nadzieja), a z drugiej - przeświadczenia, że robienie czegoś "dla sprawy" jest wystarczającą nagrodą za owo coś. Nie twierdzę, że chętni do pracy na takich warunkach się nie znajdą, tyle że siłą rzeczy będą to dość przypadkowi ludzie. Tak więc i szanse, że powstanie z tego coś profesjonalnego i, co chyba w tym przypadku bardzo ważne, również o wystarczającym zasięgu, by robić za medium opiniotwórcze (i zarabiające przynajmniej na siebie), są mniejsze. Wniosek? Ideologiczna podbudowa czy względna niszowość projektu nie zwalniają od profesjonalizmu. Czasy, gdy wystarczyło zrobić cokolwiek i wszyscy się cieszyli po prostu już minęły. No chyba że nie zależy nam na szerokiej publice i nie mamy nic przeciw dokładaniu do tego biznesu. Wtedy można spokojnie działać "dla sprawy" i nawet liczyć na niezłe efekty. Ale to zupełnie inna historia.

Aktualizacja: W stronę kobiet pojawiło się na nowo. Będzie drugie podejście?

23 komentarze :

Ostatnio zastanawiałam nad tam samym, co prawda tylko pod kątem porównania jakości prozy roczników 80/90 a jakości ich aktywności blogowej w sieci. I doszłam do wniosku, że zwalę winę na przewagę popędu do konsumpcji nad popędem twórczym. Staliśmy się masowymi klientami i tak naprawdę większość z nas oczekuje gotowego, dobrego produktu, podczas gdy niewielu jest w stanie nad tym produktem pracować, tym bardziej na cudzym podwórku. Co się stało z potrzebą wysiłku zbiorowego? Nikt nie podsunie nam pod nos świetnego produktu (portalu, klubu) jeśli sami nie włożymy w to wysiłku. A nam się nie chce. I mówię "nam", bo wiem to po sobie. Rzadko publikuję coś pod innym szyldem niż własny blog. Większość platform, nawet tych największych, rzadko kiedy wychodzi z inicjatywą na zewnątrz. I w sumie co się dziwić, na prozatorskiego wydawcę też nie czekałam z założonymi rękami, tylko sama zaproponowałam gotowy produkt. Różnica jest taka, że wydawca za produkt oferuje mi pieniądze, portal netowy nie (branżowy czy niebranżowy, bez znaczenia). Wysmażony artykuł, recenzję mogę puścić równie dobrze na własnym blogu, nie ma żadnej różnicy. Korzyści z publikacji dla kogoś to jedynie „praca u podstaw”, i to zazwyczaj przy projektach, które oceniam jako „nie dość”, a nie mam dostatecznej motywacji by pracować pod cudzą inicjatywą by stały się "dobrze w drodze do najlepiej". Mam przecież lipshit bloga, mam fanpage, mam Książki, parę osób mnie czyta, czasem opiszę sobie jakiś serial, czasem coś tam wrzucę, mam swój mały ogródek, w który nikt mi się nie wtrąca, a z którego nie mam żadnych korzyści materialnych i to mi całkowicie wystarczy. A gdyby tak zebrać całą utalentowaną, dobrze nam znaną, fantastyczną blogsferę w jednym miejscu, gwarantuję dynamit. Tylko komu się chce podejmować zbiorowy wysiłek? Mówię za siebie, ja nie czuję się dostatecznie zmotywowana. No, ale może jestem paskudnym leniem.... Myślę, że analogicznie można spojrzeć również na sferę biznesową. Chciałabym nowej, sexy inicjatywy, najlepiej wiem jak powinna wyglądać, ale sama się za to nie wezmę…

Przyznam szczerze - mnie się nie chce. Mogłabym napisać, że nie mam czasu (co jest prawdą), że mam inne pomysły na spożytkowanie tego czasu, który jeszcze mam (co też jest prawdą) czy że wolę pracować nad czymś własnym, w co nikt mi się nie wtrąca (i to też jest prawda). Ale tu chodzi też o coś więcej, o taką małą internetową stabilizację, o to, że to, co mam, w zupełności mi wystarcza, a zaangażowanie się w cudzą czy współdzieloną z kimś inicjatywę oznacza pewną rewolucję, przewartościowanie, zmianę tego, co robię i jak to robię.

ale czy to nie jest trochę tak, że po prostu sieć blogasków zastępuje "stadne" portale? (jeśli chodzi o publicystykę oczywiście). rób co chcesz i kiedy chcesz, i bez cenzury? może mi się tak wydaje, bo nie potrafię pracować w grupie, jestem tym typem, co albo sam, ewentualnie w parze - albo w ogóle. no w każdym razie jeśli chodzi o moje życzenia, to ja bym chciała jeszcze więcej dobrych blogów. i tyle.

No ja w sumie też. Ale czy to nie świadczy trochę o naszym dość archaicznym podejściu do portali? Wszak wiele świetnych zagranicznych stron właśnie blogami stoi (plus kimś, kto to ogarnia, wyciąga i dorzuca newsy). Zżera nas indywidualizm (mnie na pewno), czy po prostu jeszcze nie potrafimy myśleć nowocześnie?

ja nie wiem, czy blog, który jest osobny (na tyle, na ile może być "osobny" na jakiejś domenie, korwiniści chyba nie piszą na bloksie?;), musi być "nienowoczesny". nie wiem, czy w ramach jakiegoś konkretnego portalu tak łatwo pisze się "o wszystkim" (są wyjątki, ofkors, ale generalnie...). mi by raczej nie było - moja norka jest moją norką i nikogo nie muszę pytać, jakie świństwa mi tam wolno uprawiać, a jakie nie ;) a to czy "gdzieś" należę zależy od komciów i blogrolek. oczywiście - pedalska fronda też byłaby spoko. ale to nie znaczy, że jesteśmy nienowoczesne :D

Myślę, że przyczyny są złożone. Na pewno jest trochę tak, że w naszym kraju dość trudno się zarabia (zwłaszcza w relacji do cen). Ja jestem już tak zmęczona moją pracą zawodową, że nawet już u siebie na blogu nie chce mi się pisać, a co dopiero jeszcze gdzieś indziej.Łatwiej jest w takich warunkach pisać u siebie - co się chce, gdzie się chce itd.

Inna sprawa, że moim zdaniem o sukcesie decyduje dobry pomysł + idea. W moim odczuciu musi być w biznesie jakaś myśl przewodnia. To musi mieć nastrój i jakiś klimat. Nie każdy po prostu umie to zrobić.

Ale jak Wy się z Gosią wreszcie rozwiniecie w portal - na to liczę, to myślę, że to będzie duży sukces. Myślę, że tu jest potencjał. Myślę też, że jest spora szansa, żeby wokół tego portalu zebrać blogowiczów.

Pewnie dlatego nie ma poważnych portali bo się nikomu nie chce. Piszę to trochę żartem, trochę serio.
A KK, to jest inna bajka, głównie żyje forum i siłą przyzwyczajenia. Poza tym jednak ma coś bardzo ważnego- możliwość interakcji użytkowników. A to właśnie wydaje mi się jedną z najważniejszych cech porządnego portalu.

@VN
Chodziło mi nie o to, że blogi są nienowoczesne, ale że nasze portale są nienowoczesne, bo bardzo rzadko na poważnie korzystają z takich narzędzi jak blogi.

@gadugadanie
Dziękuję, ale nie planujemy z Gosią rozwoju w tym kierunku. Choć gdyby zgłosiła się ktosia z wizją i narzędziami, to na pewno byśmy przynajmniej z nią porozmawiały.

@dubiduu
KK ma przede wszystkim społeczność. Możliwość inetakcji zakłada większość portali (W stronę kobiet też), kłopot w tym, że trzeba mieć kogoś, kto będzie w tę interakcję wchodził.

Ewo
Mówimy właściwie o tym samym :)
Są ludzie, jest portal. Nie ma ludzi i pomysłu, jak ich przyciągnąć, portalu nie ma. Podobnie jak wszystkich innych "biznesów". Niby oczywista oczywistość ale chyba nie każdy ją rozumie. Nie wystarczy, że jest "lesbijsko", cokolwiek to znaczy, musi też być atrakcyjnie ( i tu następuje rozłam, bo każdy ma inny pomysł na to, czym jest atrakcyjność). Na wywieszeniu sobie flagi w drzwiach, czy gdziekolwiek indziej biznesu się już nie zrobi ;). A KK pochodzi z czasów, kiedy to wystarczyło. Teraz jest i pewnie będzie dalej- siłą rzeczy i swoich przywiązanych użytkowników i użytkowniczek ;).

No o tym samym i mogłabym się podpisać pod Twoim komentarzem:)

Ja jednak nadal będę mieć nadzieję, zwłaszcza, że na tym blogu już się zrobiło przynajmniej graficznie, bardziej portalowo :)

gadugadanie: jeśli Ewa mówi nie, to na tyle na ile ją znam, oznacza nie i koniec O_o. Heu...
Chyba, że się mylę i tylko tym "nie" trochę kokietuje ;)
Kokietujesz Ewo :) ?

Ja i kokieteria? W życiu!
Pewnie, że chciałabym wziąć udział w takim projekcie. Ale też wiem, ile to wymagałoby pracy. Tak że póki co pozostaje mi kibicowanie innym.

Tylko innych brak, a Ci, którzy byli (bez względu na jakość, a może właśnie "dzięki" niej) jakoś się zwijają.
Pozostaje podziwianie obcojęzycznych portali :/

Nie wiadomo o co chodzi?

Więc może chodzi po prostu o kasę? A może jeszcze o coś równie lepkiego, o cenzurę? (i jeszcze na dodatek - autocenzurę?)

Nie wszystko jest takie super, jak się wydaje. Pamietacie momenty traumatyczne dla lewicowego oraz lgbt internetu - śmierć papieża przede wszystkim? Czarno-białe woalki, mniejsza o to - kompletna cenzura, pozamykane fora, żeby tylko ktoś nie powiedział brzydkiego słowa.
Trochę podobnie, choć na mniejszą skalę (a pomimo większego rozpropagowania internetu!) było po Smoleńsku - kolejna zbiorowa trauma wolności słowa.


Nie wszystko też jest super, bo te portale, co są i jakoś o dziwo prosperują, a lubią się mienić, że działają bezinteresownie, wcale bezinteresownie nie działają, tylko za konkretną kasę z reklam. Sorry, ale jak ktoś mi co pół roku piszczy komunikatem, że "upadam, jest cienko, ledwo żyję ale walczę" - to niech mi pokaże swoje sprawozdanie finansowe i niech to wykaże w liczbach, bez względu na to, czy ma status jakiejś pseudofundacji czy też zwykłej działalności gospodarczej.
(Dodatkowo: jeśli ktoś musi doinwestować w koszty, bo tyle ma odsłon strony, to po stokroć to dostaje w zyskach z adwordsów, banerów i innych reklamowych śmieci)

No i jeszcze jedna łyżeczka dziegciu - idealnie wykoncypowany portal mieniący się aktywnym społecznie powinien istnieć również poza internetem. Nawet już wydawnictwa co poniektóre starają się być nie tylko wydawnictwami i wychodzą poza papier. A tymczasem te pseudo- patronaty medialne portali internetowych kończą się na tym, że publikowane są gotowe materiały, zaś ludzie mieniący się "redakcją" tych portali nie piszą recenzji, relacji, nawet fotorelacji, whatever, za to chętnie pchają gdzie się da swoje logo, bo jak logo nie będzie, to nawet newsa o evencie nie zamieszczą (fora ze dwora!).


Więc dlaczego jest tak kiepsko? Może posługując się "uniwersalnymi" (jak dla kogo) metaforami rynku, nie ma ani podaży, ani przede wszystkim popytu?

No właśnie, popytu też nie ma, bo nasz szalony konsumpcjonizm, choć taki pazerny, to też i swój rozum ma i nie znosi ściemy. To co było do tej pory w segmencie portali to była (i jest) ściema dla kasy, więc po co w to dalej brnąć?
Blogi są za to dobre i to dobrze, że na własny rachunek. Po co robić "komitety redakcyjne" i multiplikować treści do jakiejś jednej szaty graficznej, skoro te treści będą cenzurowane i istnieje mała szansa, że to ustalone grono nie będzie na tym zarabiać ani tym przykazem manipulować?

Internetowa inicjatywa Palikota - idealny przykład - niech piszą mu za darmo a on będzie filtrował, co pójdzie do nagłówka a co się wywali, przecież za materiały nie zamawiane - nie zwracamy ;-)


Czytać czy pisać, czytać czy pisać?

Poklepią cię po główce, idź ty lepiej sobie najpierw poczytaj, zanim kłapniesz dziobem. A jak przeczytasz szybciej niz wychodzi kolejny numer, to ci powiedzą: ależ pisz, pisz, jak nie masz co czytać, to pisz. Tylko że jak im nie pasuje, no to trudno "za materiały niezamówione - nie zwracamy". Ot, cała tajemnica mediów.

@dzikuskaB

(i nie pytam, czemu dziś "dzikuskaB", bo wiem, co usłyszę - "bo tak")

Masz rację, ale zarazem jej nie masz. Bo trzeba rozgraniczyć kilka rzeczy - biznes, próby jego robienia i robienie czegoś, a ewentualnie przy okazji zarabianie na tym.

Są duże portale (żaden z naszych do tego miana nie ma co pretendować), które rzeczywiście potrafią z reklam wyżyć. I jeżeli któryś z nich prosi o kasę czy nie płaci za teksty, to coś jest nie tak. Ale one zwykle nie proszą i płacą. Swojego loga nie pchają, gdzie się da, bo za dużo z tym zachodu (umowę trzeba podpisać, świadczeń pilnować), więc wolą wrzucić newsa, ale patronatu nie brać. I - przede wszystkim - nie udają, że działają bezinteresownie.

Są średnie - i do takiej ligi można ostatecznie zaliczyć IS (oraz Fellow i inne takie). Gdyby stała za nią jedna osoba - to tak, myślę, że jakoś z tych reklam wyżyć by się dało. Ale wtedy IS nie byłaby średnia, a mała, bo jest przy niej dość pracy dla co najmniej kilkuosobowego zespołu. Który raczej za darmo nie pracuje. Bo portal to nie tylko teksty, a wszystko wokół - kontakt z użytkownikami, obsługa technologiczna, sprzedaż reklam, obsługa patronatów itd. I z takimi portalami jest b. różnie - czasami robi je grupka przyjaciół, którzy ściągają kolejnych i coś tam z tego mają. A czasami jest to po prostu mała firma, która, poza tym, że płaci swoim pracownikom, chętnie korzysta też z darmowych treści. Oraz wprowadza dodatkowe opłaty (np. za profile) czy prowadzi inną działalność (np. sklep internetowy).

I w końcu są małe - i tu masz wolną amerykankę. Jedni są superetyczni - patrz Homiki, którym czego, jak czego, ale niewychodzenia poza sieć, czy wrzucania newsów za logo zarzucić nie można (plus, zauważ, tam nie ma reklam). Inni żyją siłą rozpędu i z braku alternatywy - patrz KK. A jeszcze inni chcieliby być przynajmniej średni, ale nie bardzo im to wychodzi.

A cenzura? Cenzura jest, paradoksalnie, wszędzie. Czasami się nazywa "linia programowa", czasami "niepublikowanie treści poniżej pewnego poziomu". Również tutaj - bo zdarza mi się łagodzić teksty (własne), które wydają mi się zbyt ostre. I zdarza mi się wywalać komentarze. Zaryzykowałabym twierdzenie, że każda forma sieciowej działalności implikuje obecność cenzury. Choć czasami jest ona po prostu mniej widoczna.

Ja, będąc z tej drugiej strony, czyli wydawcy portalu, widzę inny problem - ludzie mają kłopoty z angażowaniem się. Od lat szukam osób, które pisałyby do mnie na Homoseksualizm.org.pl, ba, nawet oferuję książki i płyty itd. ale chętnych po prostu brak.
Znam ograniczenia swojej strony, ale ciężko jest stworzyć coś zajebistego bez kasy i będąc jedną osobą. I może nie jest super, ale te 20 tysięcy ludzi miesięcznie odwiedza stronę. Po prawie 3 latach działania uważam, to za duży sukces.
Wracając do wątku - mam poczucie, że mamy postawę roszczeniową - portal ma być super. Ale ile z nas, drogie koleżanki, napisało na niego jakiś tekst, który byśmy same chciały przeczytać? Ile poleciło stronę dalej? itd. - z klubem jest trochę inaczej, bo jego się tak nie współtworzy jak portal, ale zawsze można napisać do właściciela/cielki z uwagami i sugestiami..

Będę brutalna. Tak jak w przypadku każdego przedsięwzięcia, lider lub grupa dowodząca musi być charyzmatyczna + mieć interesujący, odróżniający się od innych pomysł + ideę, w którą inni uwierzą - wtedy wszystko działa. Nie wiem czego brakuje w przypadku homoseksualizm.org, ale zobacz np. www.feminoteka.pl. Autorzy też nie dostają wynagrodzeń.

Moim zdaniem już nie wystarczy robić portal o homoseksualności albo dla osób nieheteroseksualnych - to musi być coś innego, odróżniającego to od pozostałych stron. Musi być jakiś klimat albo właśnie idea. W moim odczuciu ten blog się "sprzedaje" właśnie w dużej mierze ze względu na to, że promuje ideę antywykluczeniową, zwalcza wewnętrzne środowiskowe uprzedzenia, wpływa na wzrost tolerancji, jest tu dużo przestrzeni i każdy się w tym jakoś mieści. Ale to jest głównie zasługa autorek, które wierzą w to, co piszą. Do tego mają talent do promocji różnych przedsięwzięć. Budzą sympatię w mediach, wiele osób zna je osobiście. Jedne przedsięwzięcia promują drugie i przez to efekt jest wzmocniony. Moim zdaniem to jest właśnie background pod portal.

@Monika
Gadugadanie ma rację - to nie autorzy i autorki tworzą klimat portalu, to portal musi mieć taki klimat, aby ktoś chciał na nim publikować (szczególnie jeżeli ma to robić za darmo!). Dla mnie najlepszym przykładem są Homiki - to przecież mała inicjatywa, nienastawiona na zysk (ani teraz, ani w przyszłości - zauważ, że tam nigdy nie było reklam), a jednak wiele osób zupełnie bezinteresownie się angażuje w ich współtworzenie.

HOP ma potencjał - te 20 tysięcy UU miesięcznie. Może warto zebrać uwagi od przynajmniej kilkorga z nich, by się dowiedzieć, co jest z nim nie tak i jak sprawić, by był lepszy? Na mnie pod tym względem możesz liczyć - ale to już na priv, bo lista zastrzeżeń (na pocieszenie - konstruktywnych) będzie długa. Pytanie, czy masz czas i chęci, by spróbować o swój portal powalczyć.

@gadugadanie
Naprawdę bardzo, bardzo mi miło. Do tego, co piszesz, dodałabym jednak również te ileś tam osób, które absolutnie się z Twoją opinią nie zgadzają i też tu bywają. Wbrew pozorom to także siła (pomyśl, czym by było forum Gazeta.pl bez oszołoma z Radia Maryja).

Moim zdaniem lesploty mają potencjał, tylko są za słabo promowane. Może właśnie jakby połączyć lesploty z jakąś społecznościową konstrukcją i trochę popromować to byłoby coś fajnego. Bo kobiety kobietom to już dla mnie w sumie tylko forum.

Ja uważam, że nie da się stworzyć metodami hobbistycznymi profesjonalnego serwisu. Chociażby dlatego, że dla hobbisty-wolontariusza zawsze bardziej priorytetowe będą sprawy związane z pracą, zdrowiem, rodziną itp. W rezultacie, nie ma mowy o żadnej przewidywalności dla użytkowników. Treści nie są dostarczane regularnie, tylko w wolnym czasie i nieraz ze sporymi przerwami. To jest ok. dla bloga lub małego, prywatnego portalu. Profesjonalnym tego nazwać się nie da. Profesjonalny portal powinien mieć źródła dochodu pozwalające na utrzymanie i ewentualny rozwój. I przez utrzymanie rozumiem również opłacenie pracy osób go tworzących. Ewentualny tzw. darmowy content może być jedynie dodatkiem ale nie bazą.

Prześlij komentarz