Przejdź do głównej zawartości

"Furia" wymiata!

Dotąd nie było chyba u mnie słowa o reaktywacji legendarnego pisma "Furia". A to dlatego, że nie byłam przekonana, czy w dobie kryzysu tradycyjnych pism robienie czegokolwiek nowego w papierze ma sens. W zasadzie byłam przekonana, że nie ma, i z myślą, aby zapytać twórczynie "Furii", po co zabrały się za tak bezsensowne przedsięwzięcie, wybrałam się wczoraj na spotkanie Po co nam "Furia"? w warszawskim CDQ. Efekt? Wyszłam ze spotkania z dwom egzemplarzami (jeden dostałyśmy od osoby "zbliżonej do redakcji" - ja nie wiem, co my mamy z Gosią takiego w sobie, że zazwyczaj załapujemy się na jakieś gratisy, ale to oczywiście strasznie miłe), obiecałam napisać tekst do następnego numeru i pomóc w promocji inicjatywy w internecie.


Kolejne zdjęcie z cyklu "Barbie Girls czytają..." - tym razem "Furię". Fot. qbs


Od lewej: prowadząca spotkanie Furja, wicenaczelna 
Marta Konarzewska i naczelna Anna Laszuk. Fot. qbs


Anna Zawadzka z redakcji "Furii". Fot. qbs

Po co zatem nam "Furia"? Po co zdecydowanie niekomercyjne, z założenia niskonakładowe, więc średnio rentowne i na dodatek trudno dostępne pismo na polskim rynku? Bo te niekoniecznie (a w każdym razie nie zawsze) trudne, ale na pewno długie teksty po prostu lepiej czyta się w papierze. Bo od upadku zinowej "Furii Pierwszej" w ogóle nie było w Polsce pisma lesbijsko(queerowo)-feministycznego, w którym na dodatek byłoby miejsce i na teksty akademickie, i na pop-kulturę, i na politykę, i na rozrywkę, i... Bo "Furia" może swobodnie posłużyć zarówno studentom i studentkom różnych genderów i queerów, jak i zupełnie "zwyczajnym" osobom, które mają ochotę poszerzyć swoje horyzonty albo po prostu poczytać o czymś więcej niż biseksualny coming out Kylie Minogue. Bo to rzeczywiście może być przestrzeń dyskusji i łączenia perspektywy akademickiej, politycznej i społecznej. Jedyny argument za "Furią", którego nie kupiłam, to ten, że ma szansę dotrzeć do osób wykluczonych cyfrowo. Bo, przykro mi, ale ktoś odcięty od internetu ma naprawdę niewielkie szanse, aby się o jej istnieniu dowiedzieć. Niezależnie od tego, że pewnie uda się o niej trochę powiedzieć i w radiu, i w telewizji - w końcu naczelną jest nie kto inny jak Anna Laszuk.

W pierwszym numerze nowej "Furii" znalazł się między innymi tekst naczelnej o tym, jak słowo "queer" jest używane w Polsce w charakterze maski, jako sposób na ukrycie swojej tożsamości. I ten tekst wywołał najgorętszą dyskusję podczas spotkania, bo pojawiły się na nim między innymi prekursorki polskiego ruchu queer z uniwersytetu we Wrocławiu. I zwróciły uwagę na fakt, że tak jak cała "Furia" jest bardzo queerowa, tak ten tekst deprecjonuje polityczny wymiar teorii queer w Polsce. Oczywiście tak nie jest, bo Anna pisze o tylko jednym aspekcie sprawy - a mianowicie o tym, że fakt, iż słowo "queer" nie ma swojego odpowiednika w języku polskim, sprawia, że, używane w oryginalnej formie, zatraciło swój rewolucyjny wymiar i zyskało potencjał wygodnej, bo nic niemówiącej etykiety. Jednak z drugiej strony ktoś, kto styka się z tym tematem po raz pierwszy i nic nie wie o roli akademików queer w budowaniu naszego ruchu, rzeczywiście mógłby ten tekst odczytać jako krytykę wszystkiego, co jest z queerem związane. Tak czy siak cieszę się, że tekst powstał, bo to kolejny przyczynek do dyskusji o problemach z queerem i kolejny krok na drodze do uznania, że wymiar akademicki naszego ruchu po pierwsze ma w nim swoje miejsce, a po drugie nie musi tworzyć czy upowszechniać teorii dla wszystkich zrozumiałych, aby był cenny. Bo przecież nie wymaga się tego od żadnych innych teoretyków czegokolwiek i nie ma powodu, aby w naszym przypadku to zmieniać. Akademicy mają być mądrzy i używać słów niekoniecznie powszechnie zrozumiałych. A jak przy okazji potrafią wskazać, jak teorię przełożyć na praktykę, to już w ogóle jest super. Ja tam jestem dumna, że nasz, jakby nie patrzeć, bardzo młody ruch dorobił się już tak imponującego zaplecza teoretycznego.

W samej "Furii" ciekawych tekstów jest oczywiście znacznie więcej, m.in.o kwestii naszego medialnego wizerunku wypowiada się, jak zwykle mądrze, Bożena Keff, a o czymś strasznie mi bliskim, czyli londyńskim kabarecie "Wotever", pisze Katarzyna Szustow. W obsadzie pierwszego numeru jest też jeden mężczyzna - Krzysztof Tomasik - przez co zresztą, jak opowiadała po spotkaniu Anna Laszuk, często tylko on jest wymieniany z nazwiska podczas rozmów o piśmie - na zasadzie "do Furii pisują Krzysztof i kobiety". Ciekawostka, prawda?

No dobrze. Nowa "Furia" wygląda tak:


Można ją kupić m.in. w księgarni Feminoteki. A, redakcja jest oczywiście otwarta na propozycje tekstów i tematów, a nawet bardziej niż otwarta, tak że jeżeli chcecie spróbować swoich sił, to piszcie na furia.nowa(at)gmail.com.

A po furiowym spotkaniu było Drag Kings Night. I było strasznie ciekawie, ale o tym obiecała napisać Gosia. Jeszcze dziś.

Tymczasem głos w dyskusji o NGO-izacji zabrali m.in. Abiekt, twórczyni Biseksbloga (dwa razy - tu i tu) oraz Adam Bodnar i Jacek Kucharczyk na łamach "Gazety Wyborczej". Wszyscy z perspektywy własnych doświadczeń z działalności w NGO-sach, co sprawia, że zrobiło się naprawdę ciekawie - bo organizacja organizacji nierówna (bod względem wielkości, celów czy przynależności ideowej), tak że i sposób odczytania tekstu Graff, i punkt widzenia, i metody działania różne. Na pewno z tego całego zamieszania (jakże konstruktywnego!) wynikła już jedna dobra rzecz - mamy okazję dowiedzieć się czegoś więcej o tym, jak właściwie te nasze NGO-sy działają. I nie zastanawiać się na przykład, co KPH zrobiła w 2008 roku z ponad milionem złotych - głównie z grantów. Bo przecież granty dostaje się na określone projekty, więc nie można mieć pretensji do organizacji, że wydała pieniądze na to, na co je dostała, a nie na przykład na lobbing za ustawą o związkach partnerskich

Z zaległych ciekawostek okołotematycznych - spójrzcie na tytuł tego newsa na stronie TVN24. "Zawodowy gej", zgadza się. Brzmi znajomo? Powinno. Choć nie jestem do końca pewna, czy upowszechnienie tego określenia to zasługa wiadomego naczelnego Gaylife, choćby dlatego, że parę lat temu sama promowałam pewną "zawodową lesbijkę" - o tu. W efekcie czego zresztą pewien prawicowy publicysta użył tego sformułowania w stosunku do mnie, a po moich wyjaśnieniach, że to jedynie tytuł jednego mojego tekstu (bo sam tego nie doczytał, zadowolił się jedynie obejrzeniem wyników wpisania mojego nazwiska w Google, biedaczek), zmienił mnie w osobę zajmującą się homoseksualizmem zawodowo. Ha, chciałabym! Dla ciekawych - mój tekst, który tak go zbulwersował, że aż poświęcił mu notkę na blogu, tu, a jego "zawodowy" wpis tu.

I ostatni zaległy news - w czwartek odbyła się rozprawa apelacyjna w sprawie Ryszarda Giersza przeciw nękającej go sąsiadce. O tyle ciekawa, że obrona chce jednocześnie powołać językoznawcę, by ten stwierdził, czy słowo "pedał" jest obraźliwe, i twierdzi, że pozwana wcale tego słowa nie używała. Rozstrzygnięcie poznamy najprawdopodobniej we wtorek i mam nadzieję, że, niezależnie od wyroku, media nie zapomną tym razem napisać, że nie o słowo "pedał" tu chodzi, ale o nękanie.

Komentarze

  1. Tak czekałam czy tu się coś o "Furii" pojawi, bo mój egzemplarz już przeczytany jakiś czas temu :)

    Od razu ad wykluczenia cyfrowego - o reaktywacji dowiedziałam się z "Lepiej późno niż wcale" - niby radio, ale w moim przypadku słuchane przez internet (jak, zakładam, w większości poza obszarem koncesji TOK FM). Jeśli biblioteki się w "Furię" nie zaopatrzą (w co szczerze wątpię), to wykluczenie większe, niż gdyby to miała być publikacja wyłącznie elektroniczna.

    Co do wrażeń - właściwie wszystkie teksty mi się podobały. Choć najbardziej Marty Konarzewskiej (mimo zawiłości materii wydały mi się bardzo przejrzyste i ciekawe). Najmniej chyba Anny Zawadzkiej - jakoś rozkręcała się, rozkręcała i nagle urwała. I ten dotyczący związków partnerskich mógłby być bardziej szczegółowy (ale to raczej skrzywienie zawodowe).

    Jak na pierwszy numer (do "oryginału" nigdy nie udało mi się dotrzeć, więc nie mam porównania), start bardzo udany (choć wpadka z przerobieniem Harper Lee na faceta to, zdaje się, literówka, jako że lubię czepiać się szczegółów, byłam nieco skonsternowana). Czekam już na następny :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Następny będzie o popkulturze:) A z tego póki co najbardziej mi się podoba tekst Bożeny Keff. No ale to jest moja absolutna idolka - zapisałam się na gendery (których zresztą nie skończyłam) tylko po to, aby ją poznać.

    OdpowiedzUsuń
  3. O popkulturze? To tym bardziej czekam :D Chyba bardziej "światowy" będzie (biorąc pod uwagę udział tematyki feministycznej/queer w polskiej kulturze mainstreamowej...)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…