sobota, 30 stycznia 2010

And the winner is...

Zanim ogłoszę wyniki konkursu, kilka słów podsumowania i rozwiązanie zagadki. O zinterpretowanie sytuacji ze zdjęcia pokusiło się siedem osób, zgłaszając osiem historii. Żadna nie odgadła, co się naprawdę działo (żadna chyba zresztą nawet nie próbowała), w związku z czym oceniłyśmy (rzecz jasna subiektywnie) inwencję. Co się zatem naprawdę dzieje na zdjęciu? Właśnie zaczyna się druga tura występów drag kingów, w związku z czym przeciskam się przez rozentuzjazmowany tłum na z góry upatrzoną pozycję w rogu sali. Marta (kobieta ze spinką w kształcie kokardy) próbuje przyspieszyć owo przeciskanie, kładąc mi rękę na prawym ramieniu, gdyż zasłaniam jej scenę. Ręka na moim lewym przedramieniu to ręka Gosi, która ciągnie mnie za sobą. Monika (kobieta z muszką) robi głupią minę do fotografki. Trywiał, prawda?

No dobrze. Jednogłośnie wygrała Vesna. Niniejszym proszę o kontakt - trzyczesciowygarnitur(at)gmail.com. Zadecydowało idealne wpasowanie w realia wieczoru oraz dłonie jako element koszuli. Drugie miejsce ex equo przypadło Lajt i Metaxu, pierwszej za pięknego chłopca (ach, ten mój narcyzm), drugiej wybitną nieprzystojność jej wizji. Nagrody pocieszenia wymyślimy, gdy tylko się nadarzy okazja spotkania (swoją drogą małe spotkanie czytaczek i czytaczy tego bloga można by kiedyś urządzić - na przykład przy okazji najbliższego Europride'u, na który ściągnie pewnie sporo osób). A, Uschi, przestań chlipać i użyj telefonu. Ale nie licz na to, że wciśniesz nam jakiegoś zagrzybionego potwora zza muszli. Ten, którego już mamy od Ciebie, w zupełności nam wystarcza.

Skoro już przy Europride jesteśmy, to ubawiła mnie dziś dyskusja pod wspomnianym wczoraj postem Abiekta. A konkretnie zapewnienie organizatorów, że na pewno znajdę coś dla siebie, bo dla dziewczyn też coś szykują. Kurczę, nie wiedziałam, że Cyndi, Jimmy i Nina są w bloku "dla chłopców". Na dodatek okazuje się, że to coś dla dziewcząt ma być w cięższych klimatach, bo ponoć takie właśnie lubimy. Taa... Nie, żebym podejrzewała organizatorów o złe intencje, ale zdecydowanie popieram wyrażony w jednym z komentarzy postulat, by imprezy dzielić tematycznie, nie płciowo. Choć oczywiście z przyjemnością wybiorę się na jakąś przebierankową imprezę tylko dla kobiet. Jako piękny chłopiec rzecz jasna.

Żeby nie było, że tylko marudzę, podrzucam też małą podpowiedź. Portal TopGaySongs.com pokusił się o stworzenie listy pięćdziesięciu najlepszych lesbijskich piosenek. Można zarówno głosować, jak i wpłynąć na dodanie (i wyrzucenie) piosenek do listy. Dobór utworów spotkał się już z krytyką (konstruktywną) jednej z blogerek portalu After Ellen (do przeczytania tu), jednak na pewno na plus tego rankingu można policzyć nieobecność Katy Perry. Na minus - brak Gossip, Janis Joplin, Tori Amos czy Brandi Carlile (może jeszcze dodadzą).

Póki co pierwsza siódemka wygląda następująco:

1. Tegan and Sara "When I Get Up" (piosenka zaczyna się mniej więcej w 90 sekundzie klipu)

 

2. The Indigo Girls "Closer to Fine" (na You Tube jest pewnie z dwieście klipów do tej piosenki, bo to prawdziwy hymn, tak że pozwalam sobie na wybór wersji krótkiej, ale za to z solowym początkiem Julie Wolf)



3. Sophie B. Hawkins "Damn, I Wish I Was Your Lover" (klip pojawił się w moim zestawieniu najseksowniejszych piosenek tu, a zresztą i tak wszyscy go znacie; a druga, zbanowana kiedyś przez MTV, wersja jest okropna, tak że jej nie wykorzystam)

4. Melissa Etheridge "Come to My Window" (hymn lesbijek zdaniem Gosi, swoją drogą ten klip chyba mocno zainspirował twórców teledysku do "Jenny" Edyty Bartosiewicz, tak jak i sama Bartosiewicz swojego czasu naśladowała styl Etheridge)



5. t.A.T.u. "All the Things She Said" (t.A.T.u. to według After Ellen największa pomyłka tego zestawienia, do niedawna bym się zgodziła, ale znaleziony na Innej Stronie tekst "10 lat t.A.T.u. - jak dwie uczennice chciały zbudować nową Rosję" trochę zmienił mój punkt widzenia. Co nie zmienia faktu, że mam nadzieję, że w ostatecznym zestawieniu znajdą się mocno niżej)



6. Cyndi Lauper "Time After Time" (tak, wiem, że wszyscy to znacie, nawet dziewczynki:))



7. Joan Armatrading "The Weakness in Me" (piosenka czasami przypisywana Tracy Chapman, jeden z najsłynniejszych utworów rozstaniowych)



W zestawieniu nie zabrakło oczywiście Melissy Ferrick, Ani DiFranco, Jill Sobule. k.d. lang, Alix Dobkin czy Tracy Chapman. Nie ma za to cięższych klimatów - no ale to nie Polki układały:)

Zbliża się północ, tak że kończę tego posta. W końcu obiecałam rozwiązać konkurs dziś. A, z zabawnych rzeczy polecam kącik porad na blogu u koleżanki. I, jako że to pierwsza część, zachęcam do zadawania pytań, by mogły powstać kolejne.

piątek, 29 stycznia 2010

Pieprzyć konto na obcasach (i nie tylko)

Sezon polowania na absurdy rozpoczęty. Rada Europy, na skutek interwencji Watykanu, odłożyła do kwietnia planowane na wczoraj głosowanie nad rezolucją o dyskryminacji ze względu na orientację seksualną i tożsamość płciową. Powód? Niezgodność jej zapisów z prawem naturalnym i wartościami chrześcijańskimi. Ze spraw "pozabranżowych", które mnie ostatnio zirytowały, miłościwie nam panujący pan prezydent podpisał właśnie ustawę o abonamencie telewizyjnym, zgodnie z którą zwolnieni z jego płacenia mają być między innymi internowani w stanie wojennym. Szkoda, że nie ma w niej zapisu, że SB-cy mają płacić podwójnie! Paradoksalnie nowa ustawa zbiegła się ze zdjęciem z anteny ostatniego programu edukacyjnego emitowanego przez TVP - "Laboratorium" (przy okazji - zachęcam do zaprotestowania w tej sprawie, szczegóły tu).

Wracając do spraw LGBTQetcetera i pokrewnych (czasem odlegle), w Ameryce Południowej odkryto gatunek mrówek, który wyeliminował ze swojej populacji wszystkie męskie osobniki. Istnieje w tej formie ponoć już od dwóch milionów lat. Daje do myślenia, co? W Indiach (gdzie za kontakty osób tej samej płci grozi nawet 10 lat więzienia, wyjątkiem jest Dehli, gdzie kilka miesięcy temu zdekryminalizowano homoseksualizm) powstaje pierwsza bollywoodzka produkcja, której głównymi bohaterami będzie para gejów. Premiera w maju, a grający jednego z głównych bohaterów Kapil Sharma zapowiada, że jego postać nie będzie karykaturalna, i jest przekonany, że widzowie są wystarczająco dojrzali i nie chcą wciąż oglądać szablonowych filmów.

Na Facebooku znalazłam ostatnio takie coś:

źródło: Lesmisja SROM (Separatystyczne Rewolucyjne Oddziały Maciczne)

Dobre? Dla mnie bomba! Konto na obcasach to jedna z głupszych reklam (i w ogóle inicjatyw), jakie ostatnio widziałam, miło, że SROM tak się z nią rozprawia. Swoją drogą, chyba mamy kolejną - dla odmiany feministyczną - organizację w rodzaju Lesbijskich Oddziałów Terrorystycznych. Więcej o jej idei i akcjach tu.

Tymczasem Abiekt wrócił do informowania o przygotowaniach do Europride (tu i tu). Szczególnie drugi link jest ciekawy, bo wyciąga informacje, o których na stronie inicjatywy póki co jest cicho, a mianowicie o koncercie z udziałem Niny Hagen, Cyndi Lauper i Jimmy'ego Sommerville'a. Informacja nieoficjalna, tak że póki co nie malkontencę, choć osoby regularnie czytające mojego bloga pewnie się domyślają, że to nieszczególnie moja bajka. Ale cóż, pod względem zamiłowań muzycznych niewątpliwie jestem w mniejszości. Nie, żebym jakoś szczególnie liczyła na to, że ktoś odważy się zaprosić kogoś z mojej bajki (choć jeżeli nie na taką imprezę, to na jaką?!), czy żebym uważała, że mamy w ogóle szansę zobaczyć w Polsce nawet związaną z dużą wytwórnią Melissę Etheridge (która lata świetlne temu zresztą u nas była), o podopiecznych niezależnych wytwórni już nie wspominając. No i widzicie? Miałam nie malkontencić, a malkontencę. Chyba naprawdę czas zacząć zbierać fundusze na Michfest.

Z weselszych tematów - jak ktoś nie przeczytał jeszcze konkursowych komentarzy pod poprzednim postem, to niech czym prędzej nadrobi! Dzieje się, oj dzieje. Rozwiązanie już jutro, a niemogącym się doczekać, podrzucam (poza konkursem, bo to nie jest TAKI blog!) kolejną skandaliczną fotkę z tego samego wieczoru - tak, tę, o której napisała w komentarzu Metaxu. A tak w ogóle, to co to za inwigilacja?!:)
 Znajdź czwartą osobę na tym obrazku. Fot. Kasia Hejna

środa, 27 stycznia 2010

Męskość na Homikach i konkursik

Liczba komentarzy pod moim tekstem na Homikach ma szansę dobić sześciu dziesiątek, co mnie oczywiście bardzo cieszy, tym bardziej że i kierunek, w którym poszła dyskusja (pomijając teksty randkowe) jest dosyć ciekawy. Otóż pisząc ten tekst, zastanawiałam się między innymi, czy znajdą się pod nim uwagi odnośnie wyglądu działaczy mężczyzn. I voila - Sven, mój ulubieniec w tej dyskusji, pisze między innymi tak:

Cały problem polega na tym, że jeżeli pan Kowalski występuje jako pan Kowalski w zagranicznej telewizji, w starym swetrze i z PRL-owskim wąsem to ma do tego prawo. Jeśli jednak ma opowiadać o Polakach i Polsce to mogę uznać, że reprezentuje mnie nie tak jak trzeba, nawet jeśli treść jego wypowiedzi jest bez zarzutu. Z gejami i lesbijkami jest dokładnie tak samo. Ludzie muszą najpierw zaakceptować, że w ogóle są jacyś homoseksualiści, i przestać ich traktować jako całkowitych odmieńców, a dopiero potem uczyć się akceptacji dla ,"przegięcia". W polskim, politycznym ruchu gejowskim zwyciężyły idee queerowe, a ludzie walczący z dyskryminacją są zwykle żywą tych idei ilustracją. Pewnie te osoby są dlatego tak aktywne, że spotyka je większa dyskryminacja. Zdaję sobie z tego sprawę i staram się je zrozumieć. Niemniej jednak jest to chyba wyraźny dysonans, jeśli prawie każdy outujący się publicznie polski gej jest albo chłopięcy albo męski, ale w każdym razie niezniewieściały, a prawie każdy "działacz" przegięty. Osobiście nie czuję się dobrze reprezentowany przez tych ludzi i dlatego też nie zamierzam być członkiem KPH czy tym podobnych organizacji oraz zaczynam już rzygać, jak widzę kolejny artykuł o "przekraczaniu granic płci", androgynach itp.

Mój ulubiony argument tegoż Swena na poparcie teorii, jakoby w polskim ruchu (i nie tylko!) zwyciężyły idee queerowe, jest następujący: 

Około miesiąca temu słynny rugbista Gareth Thomas przyznał, iż jest gejem. Jakimś dziwnym trafem ani tu na Homikach ani prawie nigdzie nie pojawił się większy artykuł na ten temat. Czy wszyscy ci, którzy się ze mną nie zgodzili, nie uważają przypadkiem, iż stereotyp o tym, że każdy gej jest za delikatny, aby uprawiać męskie sporty, jest również czymś, o co należałoby zwalczyć? A jednak o Garecie było cicho. (...) Faktem jest, że np. nikt z moich znajomych (spośród których 99% jest hetero) nigdy mi nie "umniejszał" w kwestii "bycia mężczyzną", natomiast za każdym razem, gdy wchodzę na jakieś gejowskie strony, czytam, iż będąc tej orientacji, staję się automatycznie członkiem jakiejś płciowej awangardy. 

Czyli że mamy, proszę państwa, spisek. "Męskie" lesby i "kobiecy" geje opanowali media i nie dopuszczają do głosu "tych normalnych i się niewyróżniających", aby... No właśnie, dlaczego? Prawdopodobnie z czystej złośliwości. Lub z zazdrości. Niniejszym i ja ogłaszam, że nawet jeżeli będę jeszcze pisać o "kobiecych" lesbijkach, to na pewno nie będę już umieszczać ich zdjęć. Powiedziałam. A tak serio, to nie byłam do końca pewna, czy przynajmniej geje kwestii "męskości" i "kobiecości" przypadkiem już nie wydyskutowali. Ha, jednak nie. Cóż za ulga.

Cóż poza tym? Napisała do mnie czytelniczka. I to miło napisała, aż się poczułam dumna i blada, że takiego ważnego bloga prowadzę. A dziś zerknęłam, co słychać u Abiekta, i okazało się, że do niego też napisała. Po czym zgadłam? A bo w tej samej sprawie - nieaktualnych danych w zakładce "Ludzie" na stronie KPH. Oczywiście jestem za tym, by dane poprawić, nieaktywnych zdjąć, a aktywnych odpowiednio docenić (i piszę to bez ironii, bo kwestia aktualizacji danych kontaktowych na stronach organizacji i firm jest bardzo istotna - i dla osób z zewnątrz, i dla działaczy i działaczek, którym docenienie się należy), ale droga czytelniczko, jak mogłaś mi to zrobić? Przez chwilę czułam się naprawdę wyróżniona, a tu wyszło, że jestem tylko jedną z wielu.

Uzupełniłam też poprzednie wpisy o zdjęcia - proszę podziwiać i się zachwycać. A przy okazji znalazłam jedną bardzo ciekawą fotkę z tegoż wieczoru, w związku z którą ogłaszam mały konkurs. Pytanie jest proste - co się dzieje na tym zdjęciu? A dlaczego akurat na tym? Bo pani w białej bluzie to ja, a kobieta, którą trzymam w ramionach (?), to ewidentnie nie Gosia. Wyraz twarzy pani na pierwszym planie też jest interesujący. Autora / autorkę poprawnej / najciekawszej odpowiedzi czeka piwo / kawa z autorkami bloga.


Fot. qbs

niedziela, 24 stycznia 2010

Nie zarost czyni drag kinga

Skończyło się spotkanie, na którym mniej więcej uzyskałyśmy odpowiedź na pytanie, po co nam "Furia" (więcej o spotkaniu w poprzednim poście), i powstał dylemat "iść już do domu czy zostać". Ja byłam za opcją "dom, ale jeżeli chcesz zostać, kochanie, to zostaniemy". Ewa była za opcją "zostać, ale jak zechcesz, słonko, to pójdziemy do domu". I pewnie dalej byśmy sobie tak stały w CDQ, gdyby nie to, że jedna z redaktorek "Furii" powiedziała: "Jak to idziecie, przecież ja będę występować. Zimny Łokieć to ja!". Redaktorka urodziwa, a my na niewieście wdzięki niezbyt odporne, zostałyśmy.

Występy miały się zacząć o 22.00. Nauczone doświadczeniem, odczekałyśmy 15 minut. Nadal nic. O 22.20 postawiono jeden mikrofon. Chwilę potem zaczął się pierwszy występ. Dlaczego tak szczegółowo piszę o czasie? Ano bo mnie złości, kiedy przesuwa się godzinę występu. Ale o tym kiedy indziej.

Niestety w tym oczekiwaniu na start występów zasiedziałyśmy się na górze (CDQ ma dwie sale, górną - bardziej barową - i dolną - bardziej taneczną), więc nie obejrzałyśmy pierwszego występu naszej idolki/idola w całości. Ale to, co zobaczyłyśmy z tylnych rzędów, spodobało nam się, ale także zaskoczyło. Zimny Łokieć był facetem gładko ogolonym, o długich piórach. Ubrany w spodnie dresowe, podkoszulek, bluzę zawiązaną na ramionach, całości dopełniała bejsbolówka, oczywiście założona daszkiem na bok. Warte odnotowania jest to, że w kroku Łokcia (fajnie brzmi:)) nic się nie rzucało w oczy. A myśmy widziały przed sobą faceta. Urodziwa twarz kobieca stała się urodziwą twarzą męską.


Zimny Łokieć - odpoczynek między występami. Fot. qbs
 
Ja jestem maczo! Fot. qbs 

W trakcie obowiązkowej przerwy, której na występie drag kingów zabraknąć nie może, zaczęłyśmy się zastanawiać, na czym polega ten fenomen i dlaczego postać Zimnego Łokcia wzbudziła nasz, i nie tylko nasz, entuzjazm, co dało się zauważyć po reakcji publiczności, która ochoczo podchwyciła nasz okrzyk wywołujący Łokcia na scenę. Ano chyba na tym, że Anna Zawadzka (nie mylić z Anką Zet:)) nie potrzebowała ani grama sztucznego zarostu, ani pół skarpetki, nic, aby z uroczej kobiety zmienić się w uroczego zimnego kolesia. Szokujące prawda? Wszystkie te "atrybuty" okazały się niepotrzebne. W czym tkwi zagadka? Nam się wydaje, że w mimice i w gestach. W gestach oszczędnych, ale jednakowoż niezwykle męskich. Oraz w "odśpiewaniu" prezentowanego utworu "pełnym głosem", a nie mruczeniu pod nosem.

Kolejną niespodzianką był dla mnie drag king Marian. Mężczyzna liryczny, romantyczny, podejrzewam, że również pantoflarz. I żaden tam macho, ot, sympatyczny pan z lekką nadwagą. Co ciekawe, utwór, który prezentował, był starym polskim przebojem z repertuaru Szczepanika pod jakże znamiennym tytułem "Nigdy więcej", żaden rap, hip hop czy inne tam. A kobiety szalały. Ale on, choć wzrokiem ślizgał się tu i ówdzie, pozostał wierny dopingującej go spod sceny wybrance swego serca, to ją uszczęśliwiając trzymanym w dłoni goździkiem. Nowość na naszej scenie?

Komu da kwiatek? Fot. qbs

Nie zawiódł mnie również Morfi. Chociaż po pierwszej części występu myślałam, że jedyną nowością będzie fakt, że zamiast foczki wyciąganej ze spodni pod koniec utworu Depeche Mode, nasz narkotyczek wyciągnął tym razem lewka. Pomyliłam się, przyznaję bez bólu. Widok Morfiego w trykotach, w pięknej koszuli z żabotem i z boa na szyi, którego Iza F. by się nie powstydziła, powalił mnie na kolana. Zaangażowanie, z jakim prosił obecne panie, "śpiewając" "zaopiekuj się mną", nie da się z niczym porównać. Nie po raz pierwszy ten drag king zmusza mnie do pochylenia czoła w geście szacunku dla jej pomysłowości, opracowania postaci i oryginalności, a także poczuciu humoru.

Zaopiekuj się mną! Fot. qbs

Chłopaki dziękują publiczności. Fot. qbs

Podsumowując, nie żałuję, że zostałam. Wieczór był niezwykle pouczający, a poza tym po raz pierwszy w życiu w 10 sekund stałam się drag kingiem i nawet dostałam brawa:)

"Furia" wymiata!

Dotąd nie było chyba u mnie słowa o reaktywacji legendarnego pisma "Furia". A to dlatego, że nie byłam przekonana, czy w dobie kryzysu tradycyjnych pism robienie czegokolwiek nowego w papierze ma sens. W zasadzie byłam przekonana, że nie ma, i z myślą, aby zapytać twórczynie "Furii", po co zabrały się za tak bezsensowne przedsięwzięcie, wybrałam się wczoraj na spotkanie Po co nam "Furia"? w warszawskim CDQ. Efekt? Wyszłam ze spotkania z dwom egzemplarzami (jeden dostałyśmy od osoby "zbliżonej do redakcji" - ja nie wiem, co my mamy z Gosią takiego w sobie, że zazwyczaj załapujemy się na jakieś gratisy, ale to oczywiście strasznie miłe), obiecałam napisać tekst do następnego numeru i pomóc w promocji inicjatywy w internecie.


Kolejne zdjęcie z cyklu "Barbie Girls czytają..." - tym razem "Furię". Fot. qbs


Od lewej: prowadząca spotkanie Furja, wicenaczelna 
Marta Konarzewska i naczelna Anna Laszuk. Fot. qbs


Anna Zawadzka z redakcji "Furii". Fot. qbs

Po co zatem nam "Furia"? Po co zdecydowanie niekomercyjne, z założenia niskonakładowe, więc średnio rentowne i na dodatek trudno dostępne pismo na polskim rynku? Bo te niekoniecznie (a w każdym razie nie zawsze) trudne, ale na pewno długie teksty po prostu lepiej czyta się w papierze. Bo od upadku zinowej "Furii Pierwszej" w ogóle nie było w Polsce pisma lesbijsko(queerowo)-feministycznego, w którym na dodatek byłoby miejsce i na teksty akademickie, i na pop-kulturę, i na politykę, i na rozrywkę, i... Bo "Furia" może swobodnie posłużyć zarówno studentom i studentkom różnych genderów i queerów, jak i zupełnie "zwyczajnym" osobom, które mają ochotę poszerzyć swoje horyzonty albo po prostu poczytać o czymś więcej niż biseksualny coming out Kylie Minogue. Bo to rzeczywiście może być przestrzeń dyskusji i łączenia perspektywy akademickiej, politycznej i społecznej. Jedyny argument za "Furią", którego nie kupiłam, to ten, że ma szansę dotrzeć do osób wykluczonych cyfrowo. Bo, przykro mi, ale ktoś odcięty od internetu ma naprawdę niewielkie szanse, aby się o jej istnieniu dowiedzieć. Niezależnie od tego, że pewnie uda się o niej trochę powiedzieć i w radiu, i w telewizji - w końcu naczelną jest nie kto inny jak Anna Laszuk.

W pierwszym numerze nowej "Furii" znalazł się między innymi tekst naczelnej o tym, jak słowo "queer" jest używane w Polsce w charakterze maski, jako sposób na ukrycie swojej tożsamości. I ten tekst wywołał najgorętszą dyskusję podczas spotkania, bo pojawiły się na nim między innymi prekursorki polskiego ruchu queer z uniwersytetu we Wrocławiu. I zwróciły uwagę na fakt, że tak jak cała "Furia" jest bardzo queerowa, tak ten tekst deprecjonuje polityczny wymiar teorii queer w Polsce. Oczywiście tak nie jest, bo Anna pisze o tylko jednym aspekcie sprawy - a mianowicie o tym, że fakt, iż słowo "queer" nie ma swojego odpowiednika w języku polskim, sprawia, że, używane w oryginalnej formie, zatraciło swój rewolucyjny wymiar i zyskało potencjał wygodnej, bo nic niemówiącej etykiety. Jednak z drugiej strony ktoś, kto styka się z tym tematem po raz pierwszy i nic nie wie o roli akademików queer w budowaniu naszego ruchu, rzeczywiście mógłby ten tekst odczytać jako krytykę wszystkiego, co jest z queerem związane. Tak czy siak cieszę się, że tekst powstał, bo to kolejny przyczynek do dyskusji o problemach z queerem i kolejny krok na drodze do uznania, że wymiar akademicki naszego ruchu po pierwsze ma w nim swoje miejsce, a po drugie nie musi tworzyć czy upowszechniać teorii dla wszystkich zrozumiałych, aby był cenny. Bo przecież nie wymaga się tego od żadnych innych teoretyków czegokolwiek i nie ma powodu, aby w naszym przypadku to zmieniać. Akademicy mają być mądrzy i używać słów niekoniecznie powszechnie zrozumiałych. A jak przy okazji potrafią wskazać, jak teorię przełożyć na praktykę, to już w ogóle jest super. Ja tam jestem dumna, że nasz, jakby nie patrzeć, bardzo młody ruch dorobił się już tak imponującego zaplecza teoretycznego.

W samej "Furii" ciekawych tekstów jest oczywiście znacznie więcej, m.in.o kwestii naszego medialnego wizerunku wypowiada się, jak zwykle mądrze, Bożena Keff, a o czymś strasznie mi bliskim, czyli londyńskim kabarecie "Wotever", pisze Katarzyna Szustow. W obsadzie pierwszego numeru jest też jeden mężczyzna - Krzysztof Tomasik - przez co zresztą, jak opowiadała po spotkaniu Anna Laszuk, często tylko on jest wymieniany z nazwiska podczas rozmów o piśmie - na zasadzie "do Furii pisują Krzysztof i kobiety". Ciekawostka, prawda?

No dobrze. Nowa "Furia" wygląda tak:


Można ją kupić m.in. w księgarni Feminoteki. A, redakcja jest oczywiście otwarta na propozycje tekstów i tematów, a nawet bardziej niż otwarta, tak że jeżeli chcecie spróbować swoich sił, to piszcie na furia.nowa(at)gmail.com.

A po furiowym spotkaniu było Drag Kings Night. I było strasznie ciekawie, ale o tym obiecała napisać Gosia. Jeszcze dziś.

Tymczasem głos w dyskusji o NGO-izacji zabrali m.in. Abiekt, twórczyni Biseksbloga (dwa razy - tu i tu) oraz Adam Bodnar i Jacek Kucharczyk na łamach "Gazety Wyborczej". Wszyscy z perspektywy własnych doświadczeń z działalności w NGO-sach, co sprawia, że zrobiło się naprawdę ciekawie - bo organizacja organizacji nierówna (bod względem wielkości, celów czy przynależności ideowej), tak że i sposób odczytania tekstu Graff, i punkt widzenia, i metody działania różne. Na pewno z tego całego zamieszania (jakże konstruktywnego!) wynikła już jedna dobra rzecz - mamy okazję dowiedzieć się czegoś więcej o tym, jak właściwie te nasze NGO-sy działają. I nie zastanawiać się na przykład, co KPH zrobiła w 2008 roku z ponad milionem złotych - głównie z grantów. Bo przecież granty dostaje się na określone projekty, więc nie można mieć pretensji do organizacji, że wydała pieniądze na to, na co je dostała, a nie na przykład na lobbing za ustawą o związkach partnerskich

Z zaległych ciekawostek okołotematycznych - spójrzcie na tytuł tego newsa na stronie TVN24. "Zawodowy gej", zgadza się. Brzmi znajomo? Powinno. Choć nie jestem do końca pewna, czy upowszechnienie tego określenia to zasługa wiadomego naczelnego Gaylife, choćby dlatego, że parę lat temu sama promowałam pewną "zawodową lesbijkę" - o tu. W efekcie czego zresztą pewien prawicowy publicysta użył tego sformułowania w stosunku do mnie, a po moich wyjaśnieniach, że to jedynie tytuł jednego mojego tekstu (bo sam tego nie doczytał, zadowolił się jedynie obejrzeniem wyników wpisania mojego nazwiska w Google, biedaczek), zmienił mnie w osobę zajmującą się homoseksualizmem zawodowo. Ha, chciałabym! Dla ciekawych - mój tekst, który tak go zbulwersował, że aż poświęcił mu notkę na blogu, tu, a jego "zawodowy" wpis tu.

I ostatni zaległy news - w czwartek odbyła się rozprawa apelacyjna w sprawie Ryszarda Giersza przeciw nękającej go sąsiadce. O tyle ciekawa, że obrona chce jednocześnie powołać językoznawcę, by ten stwierdził, czy słowo "pedał" jest obraźliwe, i twierdzi, że pozwana wcale tego słowa nie używała. Rozstrzygnięcie poznamy najprawdopodobniej we wtorek i mam nadzieję, że, niezależnie od wyroku, media nie zapomną tym razem napisać, że nie o słowo "pedał" tu chodzi, ale o nękanie.

sobota, 23 stycznia 2010

Jeszcze raz to samo, czyli gościnny występ na Homikach

Jeżeli komuś się jeszcze nie znudziły dyskusje o wizerunku, "męskości", "kobiecości" itd., itp., to zapraszam do przeczytania i skomentowania mojego tekstu na Homikach, który powstał właśnie pod wpływem tychże dysput, a właściwie jest jakąś tam ich kompilacją i częściowym (bo jeszcze nie czas na całościowe) podsumowaniem. Część tez (a nawet tekstów) już znacie, ale jest i parę nowości.

Pamiętam, jak te parę lat temu (osiem? dziesięć? dwanaście?) każda wzmianka w mediach o gejach czy lesbijkach - bo o innych literkach ze skrótu LGBTQetcetera wtedy chyba w ogóle nie pisano – wywoływała u mnie przyspieszone bicie serca i chęć natychmiastowego posiadania odpowiedniego numeru pisma czy fragmentu programu telewizyjnego. Do dziś mam moje archiwum z tamtych i ciut późniejszych czasów, z obowiązkowym "Cosmopolitanem" z 1998 roku z coming outem Izy Filipiak, "Newsweekem" z 2002 roku Ygą Kostrzewą i Anną Zawadzką, legendarną już serią artykułów z "Gazety Wyborczej" z tego samego roku, zapoczątkowaną tekstem Jacka Kochanowskiego "Geje nie będą udawać małżeństw", czy "Wysokimi Obcasami" z 2004 roku, z których okładki spogląda dla odmiany Suzi Andreis. Ba, w mojej kolekcji znalazła się również rzecz znacznie wcześniejsza – czyli pierwszy telewizyjny występ polskich lesbijek w 1995 roku w programie "Na każdy temat" prowadzonym wówczas przez nieżyjącego już Andrzeja Woyciechowskiego.

Co się zmieniło od tamtych czasów? Wszystko i nic. Wszystko, bo jest powszechnie dostępny internet, bo o osobach nieheteoseksualnych pisze się niemal codziennie i na dodatek z każdej możliwej perspektywy - polskiej, światowej, homofobicznej, asymilacyjnej, queerowej itd., itp. Nic, bo tych medialnych kobiet nieheteroseksualnych nadal jest jak na lekarstwo, a ich telewizyjne czy prasowe wystąpienia wciąż wywołują silne emocje. Silne, ale też zupełnie inne niż te parę lat temu z pierwszego zdania tego tekstu. Bo wtedy człowiek się najzwyczajniej w świecie cieszył, że coś takiego zobaczył, a nawet miał czasami okazję poczuć się niejedyną lesbijką we wsi. A teraz dyskutuje się o wizerunku, reprezentatywności, twarzach, strojach i poglądach... 


Całość tu. Miłej lektury:)

czwartek, 21 stycznia 2010

Kolejna wiedźma o imieniu na "M"

No i klapa. Morrigan (dla zapominalskich - postać z gry Dragon Age, pisałam o niej tu) jak była niedostępna, tak nadal jest. I choćbym stanęła na rzęsach, nic z niej nie wykrzeszę, oprócz słów o przyjaźni. Grając męskim osobnikiem, miałabym szansę na romans ze wszystkimi paniami i Zevranem półelfem na dokładkę. I gdzie tu sprawiedliwość, ja się pytam? Gdzie?:)

A skoro już przy wiedźmach jesteśmy, i to takich, których imię zaczyna się na "M", chciałabym zachęcić was do zapoznania się historią pięknej, niezależnej i dumnej Morgiany, zwanej też Morgan Le Fay, Morgaine bądź Morgain. W wielu wersjach historii arturiańskiej to właśnie ona była tą złą, wstrętną wiedźmą spiskującą i knującą przeciwko szlachetnym rycerzom króla Artura i oczywiście samemu cnotliwemu i prawemu królowi, a przy okazji nieźle dającą popalić równie zacnemu jak rycerze i król czarnoksiężnikowi Merlinowi.

Marion Zimmer Bradley w swojej niesamowitej książce "Mgły Avalonu", zaliczanej już do kanonu literatury fantasy na równi z tolkienowską trylogią, oddaje głos samej zainteresowanej. Morgiana opowiada swoją historię w przejmujący, ale i samokrytyczny sposób. Dostrzega swoje błędy i nie szuka usprawiedliwień. A droga bohaterki nie jest usiana bynajmniej różami. Przede wszystkim los wyznaczył jej niewykonalne zadanie walki z wszechogarniającą Brytanię chrystianizacją (ogniem i mieczem). Ma to uczynić jako następczyni Vivian, Pani Jeziora.

Morgiana, wyrwana jako dziecko z rodzinnego domu, zostaje wychowywana na tajemniczej wyspie Avalon. Po latach jednak buntuje się i ucieka z wyspy. Życie jej jednak nie rozpieszczana. Porzuci ją jej pierwszy ukochany mężczyzna, nie kto inny jak słynny Artur, noszący też imię Gwydion, kiedy po upojnej nocy w święto Beltaine i paru innych dowie się, że jest jej bratem. Zostawi, wiedząc, że jest ona z nim w ciąży. Morgiana nie będzie mogła wychować samodzielnie ich syna. W efekcie różnych sztuczek i zabiegów przejmie go na wychowanie Morgause - jej młodsza przyrodnia siostra. Morgiana straci również swoją młodzieńczą miłość - osobnika zwanego sir Lancelotem - na rzecz pustogłowej, bogobojnej i jakże kobiecej (w stylu "ach" i "och") i pięknej Ginewry, jak wszystkim wiadomo późniejszej żony króla Artura i kochanki już tu wymienionego cnotliwego rycerzyka. Morgianę spotka też wiele innych przygód, a krótkie chwile szczęścia okupi cierpieniem.

Oto jest moja prawda: opowiadam ją wam ja, Morgiana,
którą w późniejszych czasach zwano Morgan le Fay.


Książka ma ponad 1000 stron, ale uwierzcie mi, że jak już zaczniecie ją czytać, nie będziecie mogli przestać. Może o tym zaświadczyć założycielka tego bloga, która podchodziła do tej lektury jak pies do jeża. Kiedy jednak wzięła ją w swoje ręce, widziałam ją z nią wszędzie.

PS. Do znajomych czytających, kto u diabła ma nasze "Mgły Avalonu"?! Przyznać się i oddać! Uprzejmie proszę!

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Trochę głupot - dla odmiany

Dziś krótko i bez sensu, bo właśnie popełniłam dla Homików tekst o wizerunku kobiet nieheteroseksualnych w mediach (w każdym razie takie było jego założenie) i czuję się nieco wypluta. A poza tym z drżeniem serca czekam na informację, czy w ogóle zostanie opublikowany, bo jak zwykle wyszło zupełnie coś innego, niż zamierzałam napisać, i trochę coś innego, niż widniało na zamówieniu. Ha, zobaczymy, najwyżej będę się wam tutaj żalić i szkalować mój ulubiony portal.

Plotkarskie media zachwycały się dziś pocałunkiem Sandry Bullock i Meryl Streep podczas rozdania Złotych Globów.



Na wypadek, gdyby ktoś potrzebował kontekstu, pocałunek (w wielu relacjach określany jako namiętny) miał miejsce po tym, jak okazało się, że w tym roku obie panie otrzymały nagrodę dla najlepszej aktorki (Bullock za "The Blind Side", Streep za "Julia i Julia"). A wyglądało to tak:



Jak zwykle z igły widły, nieprawdaż? Grunt to strzelić dobrą fotkę. Zdecydowanie wolę pocałunek Meryl Streep i Emmy Thompson w "Aniołach w Ameryce". Choć miłość z anielicą o ośmiu waginach nadal trudno mi sobie wyobrazić.

Na dniach (a konkretnie 4 lutego) pojawi się w księgarniach "pierwsza polska les story", a przynajmniej tak twierdzi jej wydawca, czyli Prószyński i S-ka. Chodzi o książkę Zofii Staniszewskiej "Moja les", opowiadającą o miłości dwóch kobiet, które wychowują córeczki jednej z nich. 

"Moja les" to historia pewnego uczucia, ukazująca jego wyzwolicielską i zarazem niszczycielską siłę; to opowieść uwodząca humorem i barwną narracją, ciepło zmysłowa i metafizyczna, z pewnością nie sentymentalna. Jednym słowem - historia prawdziwej miłości. A że kobieta kocha kobietę? Cóż! Nieraz i tak bywa.

Miłka i Dorota są parą od kilku lat. Wspólnie wychowują córeczki Miłki i starają się o jeszcze jedno dziecko. Miłka próbuje zajść w ciążę drogą inseminacji. Razem z Dorotą, która wyposażona jest w "usta do jedzenia, stopy do stąpania po ziemi, a tyłek do siedzenia na krześle" poszukują plemnikodawcy, znajdując czas na codzienne zajęcia: happeningi wegetarian, dysputy z Babą na Wysokościach, awantury domowe i namiętne godzenie, pomoc przyjaciołom w opresji i niezupełnie dobrowolny wolontariat w hospicjum... Spotykają przy tym całą galerię dziwnych typów zamieszkujących nasz kraj: Kasię Organizatorkę, Lupkę-Dupkę, co przemieniła się w Antosię, Bysia Ochroniarza, Łukasza Awanturnika, Klarę Czarnulkę... Postacie zarysowane są ostrą kreską, wyraziście, ale prawie nic nie jest tu czarno-białe, jednowymiarowe
- zachęca do lektury wydawca.

Ja się na razie czuję średnio zachęcona, dlatego wrzucam tę zapowiedź do kategorii "głupoty", ale jak przeczytam, to może mi się zmieni i odszczekam. Szczególnie że polskiej literatury popularnej, której bohaterkami są kobiety nieheteroseksualne, wciąż mamy jak na lekarstwo.

A moja bohaterka na dziś wygląda tak:


źródło: www.ci.minneapolis.mn.us

To Sharon Lubinski, pierwsza amerykańska lesbijka szeryfka (przypadł jej okręg Minnesota), nominowana kilka dni temu na to stanowisko przez Baracka Obamę. Czemu się tu pojawia? No cóż, jest tu muzyka country (jak twierdzą złośliwi), musi być i odpowiednia do niej przedstawicielka władzy. A poza tym nie wiem, jak wy, ale ja się od razu czuję bezpieczniej.

sobota, 16 stycznia 2010

Obraza uczuć w praktyce (głównie sądowej)

Skandal (zawsze chciałam tak zacząć)! Wśród fraz, po których ludzie do mnie trafiają, zdarza się czasami moje imię i nazwisko (co jest rzecz jasna bardzo miłe), ale dziś pojawiły się one w towarzystwie sformułowania "mój pierwszy raz". Droga pani lub panie, lub osobo nieokreślająca swojej płci, jeżeli jeszcze tu jesteś lub zaglądasz - to nie jest TAKI blog! He, he. Jeżeli zaś masz "czyste" intencje i chcesz po prostu się dowiedzieć, czy moje kabaretowe monologi o internetowych randkach i pechowych romansach są prawdziwe, mogę powiedzieć, że i tak, i nie. To znaczy zawsze są prawdziwe, ale nie bazują wyłącznie na moich doświadczeniach. A tak w ogóle to wiem, że trochę was tym Google'em katuję, ale czasami po prostu nie mogę się powstrzymać. A poza tym to on jest duży, silny i warto się z nim przyjaźnić.

Dobrze, dość lansu, wracamy do tematów ciężkich i dyskusyjnych. Z ciekawych spraw sądowych o naruszenie dóbr osobistych rozpoczął się proces Wandy Nowickiej przeciw Joannie Najfeld o pomówienie tej pierwszej, że jest na liście płac przemysłu providerów aborcji i antykoncepcji. Zakończyła się za to sprawa o kasację wyroku nakładającego karę na Polsat za wyemitowanie programu, w którym Kazimiera Szczuka sparodiowała niepełnosprawną Magdalenę Buczek z Radia Maryja. Sąd Najwyższy oddalił kasację, powołując się między innymi na orzecznictwo Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Podkreślił, że Europejska Konwencja Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, gwarantując każdemu swobodę wypowiedzi, nakłada też pewne ograniczenia, których celem jest ochrona czci i dobrego imienia innych osób. Oraz że wolność wyrażania opinii nie jest absolutna i może doznawać pewnych ograniczeń formalnych i materialnych. Zaznaczył, że "nawet wypowiedź artystyczna nie może być obraźliwa". To ciekawe uzasadnienie wyroku również w kontekście Naszej Sprawy 2.

Ale nie tylko dlatego o tej sprawie piszę, bo są w niej jeszcze przynajmniej dwa godne poruszenia aspekty. Pierwszy to zachowanie Szczuki po tym, jak się dowiedziała, że sparodiowana przez nią osoba jest niepełnosprawna (bo że tego nie wiedziała, w to akurat wierzę) - czyli natychmiastowa skrucha i przeprosiny (czyli coś, co, jak dla mnie, załatwiło sprawę, i czego, przed pójściem do sądu, chcieli i nie dostali zarówno Ryszard Giersz, jak i autorzy Naszej Sprawy 2). Druga to podejście niektórych (głównie prawicowych) mediów do pani Buczek, która w wielu tekstach jej poświęconych jest po prostu "Madzią". Czyli z jednej strony oburzamy się na sparodiowanie jej niepełnosprawności, ale z drugiej - właśnie przez jej niepełnosprawność - odmawiamy jej na przykład prawa do dorosłości. Gorąco polecam w tym temacie wywiad z 2008 roku z dr Alicją Długołęcką "Niewidzialne lubią się kochać", opublikowany w "Wysokich Obcasach".

A teraz zagadka - kto napisał poniższe słowa:

Jest (...) zasadnicza różnica między seksem dwóch dorosłych kobiet lub mężczyzn, a stosunkiem seksualnym z kozą, dzieckiem lub trupem. Po pierwsze, te trzy ostatnie czyny są po prostu zabronione i ścigane prawnie. Kto dopuszcza się tych obrzydliwości, jest najzwyczajniej w świecie przestępcą. (...) pomijając już aspekt prawny, naprawdę nie widzisz różnicy między pocałunkiem dwóch kobiet, a pieszczotami z trupem lub całusami składanymi wprost w świński ryj? (...) tego typu wystąpienia nie tylko wpychają nas w niszę partii nieżyczliwej ludziom (a tym samym oddalają nas od zwycięstwa w najbliższych wyborach), ale są po prostu niemądre.

I od razu rozwiązanie - europoseł PiS-u Marek Migalski. A pisze to na swoim blogu w odpowiedzi na pomysły innego posła PiS-u Stanisława Pięty, który niedawno apelował, by, pod płaszczykiem walki z pedofilią, inwigilować środowisko osób nieheteroseksualnych (trochę pisałam o tym tu), a już zupełnie ostatnio, zabiegając o zablokowanie planowanej na czas Europride wystawy w Muzeum Narodowym "Ars Homo Erotica", w piśmie do Ministra Kultury napisał, że homoseksualizm jest "dewiacją podobną do zoofilii, pedofilii i nekrofilii". Niezależnie od tego, jakie są pobudki Migalskiego (o ile nie jest to po prostu zwykłe oburzenie), jego głos jest najzwyczajniej w świecie rozsądny.

Tak na marginesie, to, mimo iż osoby, którym kibicuję, nigdy nie przekraczają progu wyborczego w wyborach do Europarlamentu, generalnie lubię te wybory, bo dzięki nim Polskę chociaż na jakiś czas opuszczają różne ekstremalne postacie w rodzaju Macieja Giertycha. Może i Piętę by tam wysłać? Wprawdzie nie sądzę, by go to ucywilizowało (choć wierzę, że niektórzy są reformowalni), ale przynajmniej jego interpelacje mogą tam liczyć na właściwe przyjęcie.

A teraz wyłączam komentowanie tego posta. No dobra, jednak nie, dam radę:)

czwartek, 14 stycznia 2010

Polemiki, plebiscyty i znów o Pinkwatch

Zamiast wstępu okazjonalny meldunek z Google'a: fraza "Kara Auchemann" osiągnęła już miejsce trzecie wśród fraz, po których ludzie do mnie trafiają, wyprzedzając dwa rodzaje garniturów (przy okazji - ktoś u mnie ostatnio szukał garnituru dla psa; ja szukam dla odmiany krawata dla naszego, tak że jak napotkacie model na naprawdę niezłego ABS-a, dajcie znać). A sama K.A. jak się pojawiła, tak znikła, bo Lesbijka.org jest, jak głosi komunikat, "z przyczyn wiadomych zablokowana". I ostatnia ciekawostka w temacie - Szymon Niemiec w jednym z komentarzy pod zmartwychwstaniowym tekstem K.A., o którym niedawno pisałam, stwierdził, że Kara ze zdjęcia przy nim nie jest tą kobietą, którą kiedyś spotkał. Normalnie zagadka nieśmiertelności.

Ze spraw bieżących - dostałam ostatnio maila w sprawie drugiej odsłony strony Pinkwatch.pl (serdecznie pozdrowienia dla autorki, tak na marginesie). O pierwszej, która mi się nieszczególnie spodobała, pisałam tu. W tymże mailu było sporo zastrzeżeń m.in. co do szaty graficznej, rozjeżdżającej się prawej szpalty, wyboru tagów, loga strony (podobnego do loga Europride) i loga grupy KPH Studia, która za stronę odpowiada, i trudno mi się z tymi zastrzeżeniami nie zgodzić. Jednak najpoważniejszy kłopot tej strony to jej funkcjonalność. Tak dla przypomnienia, Pinkwatch ma być bazą cytatów i publikacji dotyczących różnych aspektów problematyki LGBTQetcetera. Cytaty mają dodawać jego użytkownicy, po uprzednim założeniu sobie konta. I tu się właśnie pojawia problem, bo instrukcja dodawania cytatów jest na tyle długa (choć niekoniecznie skomplikowana), że, nawet jak już się przez nią przejdzie, nie ma się ochoty projektu współtworzyć. A ta ochota jest tu niestety kluczowa, bo aby baza cytatów rzeczywiście była skarbnicą wiedzy dla dziennikarzy, twórców raportów itp., musi być duża. To jest tak naprawdę uwaga natury ogólnej - żaden serwis oparty na kontencie generowanym przez użytkowników nie może być skomplikowany. Bo użytkownicy internetu są niestety niecierpliwi i jak, ogarnąwszy stronę wzrokiem, nie wiedzą, co mają zrobić, po prostu z niej wychodzą. Najlepiej działają mechanizmy w rodzaju "załóż konto w 30 sekund". Przykre, ale tak jest. Jakimś rozwiązaniem byłoby połączenie mechanizmu dodawania cytatów z profilami na jakimś innym serwisie. Że możesz sobie założyć profil, poznać fajnych ludzi, podzielić przemyśleniami, a przy okazji czasami wrzucić jakiś cytat na Pinkwatch. Inna opcja to po prostu formularz kontaktowy do twórców strony, za pomocą którego można by podesłać cytat.

Tymczasem tekst Agnieszki Graff o NGO-izacji, o którym pisałam tu, doczekał się polemiki ze strony Wandy Nowickiej z Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Wanda zgadza się z wieloma tezami Agnieszki, ale też zarzuca jej, że pisze nie z polskiej, a z amerykańskiej perspektywy. Uważa też, że pomieszała objawy "choroby" z jej przyczynami - to nie organizacje są jej zdaniem winne niskiej samoorganizacji społeczeństwa, ale to, że społeczeństwo nie chce się organizować.

Graff maluje przed nami czarną wizję, w której głównym problemem społeczeństwa obywatelskiego są organizacje pozarządowe. Wyparły one autentyczne i spontaniczne ruchy społeczne realizujące cele polityczne, zmonopolizowały całą przestrzeń i, pobierając środki od rządu, przestały się zajmować tym, czym powinny. Tymczasem problemem nie jest to, że istnieją organizacje społeczne - wolę używać tej nazwy - tylko że społeczeństwo nie chce się organizować.

NGO-sy nie ograniczają wolności innych do organizowania się, tworzenia zupełnie nowych inicjatyw czy ruchów. Nieszczęściem jest skandalicznie niski poziom samoorganizowania się społeczeństwa. Byłoby idealnie, gdyby w Polsce zaczęły się pojawiać liczne i różnorodne w formie i treści inicjatywy obywatelskie, ale tak nie jest i raczej szybko nie nastąpi. Tymczasem organizacje pozarządowe za to, że są tym, czym są, a nie tym, czego nie ma, obrywają od Graff .


Agnieszka Graff chciała zachęcić do dyskusji na temat zjawiska NGO-izacji. Dyskutować można i o tym. Mnie jednak bardziej interesowałaby dyskusja na temat zatrważająco niskiego poziomu organizacji społeczeństwa oraz sposobów na to, co zrobić, by wreszcie społeczeństwo skorzystało z wolności do organizowania się i wzięło sprawy w swoje ręce - pisze między innymi. Całość tu, oczywiście polecam. I mam nadzieję, że to nie ostatni głos w tej sprawie. Swoją drogą ciekawe jest, że niemal dokładnie w tym samym czasie ruch LGBTQetcetera i ruch feministyczny zastanawiają się nad tym samym problemem.

Pozostając w tematach okołoogólnokobiecych, "Wysokie Obcasy" ogłosiły plebiscyt na Polkę 2009. Lista kandydatek tu, a mnie się oczywiście od razu zamarzył polski plebiscyt, z którym mogłabym się bardziej zidentyfikować. Bo wiele spośród w tym roku nominowanych kobiet wprawdzie lubię, a nawet podziwiam, ale żadna nie budzi we mnie aż tak pozytywnych emocji, abym mogła stwierdzić, że to właśnie ta najlepsza. Ha, zdecydowanie wolę oceniać według kryterium urody. A może po prostu jawnej lesbijki mi w stawce zabrakło. Jeżeli już jednak miałabym kogoś wskazać, to byłaby to Joanna Kluzik-Rostkowska, właściwie jedyna posłanka PiS-u, która wydaje się wiedzieć, na czym jej praca polega. I o niebo lepsza pełnomocniczka do spraw równego traktowania niż Elżbieta Radziszewska z PO, nominowana zresztą w kategorii "szkodnik roku".

A skoro już przy nominacjach jesteśmy, to na koniec coś zagranicznego. Amerykańska organizacja GLAAD właśnie ogłosiła nominacje do tegorocznych GLAAD Media Awards. W najbardziej mnie interesującej kategorii Outstanding Music Artist między innymi Brandi Carlile i Gossip. Oczywiście trzymam kciuki za Brandi. I antykciuki za Lady Gagę, która może i robi dużo dobrego, ale słuchać się jej po prostu nie da (a i tak pewnie wygra). Dla przyzwoitości - wszyscy nominowani tu.

A teraz - go Brandi! (przy okazji - "Grey's Anatomy", z którego jest poniższy teledysk, dostało nominację w kategorii Outstanding Drama Series)

wtorek, 12 stycznia 2010

Przyszedł czas na otwartego geja homofoba

Na początek wielkie podziękowania dla M. za wspaniały muzyczny prezent. Wprawdzie nie mam pojęcia, ile czasu zajmie mi przesłuchanie wszystkiego na tyle dogłębnie, by śpiewać wszystkie kawałki wspólnie z paniami na A., M. i B., ale na pewno będą to upojne chwile. A, nie ukrywam, spora dawka pozytywnych emocji bardzo mi się teraz przyda. Z pewnością spora część z Was miała już "przyjemność" zapoznać się z wywiadem udzielonym przez naczelnego Gaylife "Rzeczpospolitej". Jeżeli nie, znajdziecie go tu (to link do źródła, tak że wchodzicie na własną odpowiedzialność). Chyba wszystko, co było do powiedzenia na temat tego wywiadu, zostało już powiedziane między innymi na blogu Abiekta, na Homikach i na Kobiety Kobietom, tak że chciałabym jedynie powtórzyć to, co napisałam już w którymś komentarzu tutaj - piszmy i mówmy o Naszej Sprawie. Nie o wiadomym naczelnym, który, mimo iż mamy dopiero początek stycznia, zasłużył sobie na zaszczytny tytuł "szkodnika roku", nie o jego tezach, czy raczej o rojeniach, ale o tym, o co naprawdę chodzi. Poprzyjmy ją, bo wszystkim osobom w nią zaangażowanym nasze wsparcie, nawet słowne, jest teraz bardzo potrzebne. Pamiętam, co przeżywały Yga, Sandra, Agnieszka i Joanna, które wytoczyły radnym PiS legendarną już pierwszą Naszą Sprawą (jej losy możecie prześledzić tu), i nawet nie chcę myśleć, co przeżywają teraz Ula, Michał, Wojtek i wszystkie osoby, które zaangażowały się w wytoczenie procesu "Rzeczpospolitej", szczególnie że tym razem atak przyszedł z "wewnątrz".

W świetle "postępku" Adlera znów zaczęłam się zastanawiać, na ile słuszne jest moje przekonanie, że w tzw. środowisku nie ma świętych krów i że jeżeli ktoś narozrabia (tak poważnie), należy mu to wytknąć. Że jeżeli wiem, że w jakiejś organizacji są duże uchybienia, które narażają na szwank jej wiarygodność, prawidłowe funkcjonowanie i bogini ducha winnych wolontariuszy, powinnam o tym mówić i pisać. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że czym innym jest wpis na prywatnym blogu czy naszym portalu, a czym innym załatwianie swoich osobistych porachunków w największym homofobicznym polskim dzienniku, jednakże ów durny wywiad trochę przywrócił moje mocno nadszarpnięte m.in. na skutek zbyt bliskich kontaktów z pewną fundacją poczucie środowiskowej solidarności. Wiecie, kiedy miałam tak ostatnio? Po naszym Stonewall, czyli wydarzeniach w Poznaniu w 2005 roku. Tylko że wtedy agresja była z zewnątrz.

Oczywiście można na to wszystko spojrzeć również inaczej. Jako na coś, co w końcu musiało nastąpić - że ci "dobrzy geje i lesbijki", którzy głosują na prawicę, chcą dogadywać się z Kościołem i opowiadają o tym, że oni są fajni, grzeczni i sympatyczni, nie tacy, jak ci wstrętni źli działacze, po latach anonimowego wypowiadania się na forach dyskusyjnych w końcu pójdą do mediów i będą płakać nad swoją niedolą. To też jakiś etap rozwoju - byli "dobrzy Żydzi", którzy uwiarygadniali antysemityzm, będą "dobrzy geje i lesbijki", którzy będą uwiarygadniać homofobię (porównanie z komentarza Zewsząd i znikąd na blogu Abiekta, żeby nie było, że zżynam). Szkoda tylko, że wydarzyło się to teraz i to ludziom, których znam, którym ufam i których podziwiam. Tak że na koniec - ekipo Naszej Sprawy 2 - trzymajcie się. Wiecie, że was kocham. Platonicznie, oczywiście.

niedziela, 10 stycznia 2010

Agnieszka Graff o NGO-izacji

Za nami dwa, hm, dość specyficzne występy. Usta Mariana były trudne, bo zdecydowana większość osób na widowni była płci męskiej. Nie żeby mi to jakoś szczególnie przeszkadzało, ale przekonanie ich do siebie było jednak wyzwaniem. Ale chyba jakoś poszło. Na pewno pomógł okazjonalnie (i z błogosławieństwem samego Sikory) zagrany skecz kabaretu Potem "Miłość potrafi zaskoczyć", który pokazywałam tu. I oczywiście wyśmienita drag queen Mariola, której tożsamość ujawniłam dla odmiany tu. CDQ był jeszcze trudniejszy, bo niestety grałyśmy w średnio przystosowanej do takich występów sali. Dużej, z piękną sceną, dobrym nagłośnieniem, otwartym barem na tyłach i bez miejsc siedzących. Efekt? Zainteresowani oglądali, niezainteresowani (lub ci, którzy po prostu nie widzieli) stali z tyłu i gadali, co oczywiście bardzo rozpraszało. Swoją drogą, rozpieszczone już jesteśmy. Bo przecież zdarzało nam się, i to całkiem często, grać na podobnych imprezach i w podobnych warunkach, ale nie wydawało się to aż takie złe (choć zawsze irytowało). No ale dobrze - przyszłyśmy, zagrałyśmy najlepiej jak potrafiłyśmy, kto chciał, ten się bawił, i to się tak naprawdę liczy. Dla Manify wszystko.

Ciekawiej było po występie, a konkretnie podczas licytacji tematycznych gadżetów, które okazały się być książkami. A konkretnie gdy zaczęłyśmy z Gosią dość ryzykancko podbijać stawkę, co po kilku udanych (czyli takich, w których udało nam się podbić, ale wygrał ktoś inny; przy okazji, wielkie podziękowania dla pana, który nas przelicytował w "walce" o album z "The L Word", a potem nam go podarował) akcjach tak mnie wciągnęło, że w pewnym momencie wykrzyknęłam: "Jak dołożycie pocałunek Agnieszki Graff, to dam stówę!". Tak, trafnie się domyślacie, wygrałam. A wrodzona nieśmiałość nie pozwoliła mi w pełni tej wygranej wykorzystać. Dla Manify wszystko, eh.

Ostatnio w "Gazecie Wyborczej" ukazał się świetny tekst rzeczonej Agnieszki Graff o tzw. NGO-izacji "Urzędasy, bez serc, bez ducha". Generalnie idzie w nim o to, że po 20 latach od transformacji ustrojowej w Polsce, zamiast społeczeństwa obywatelskiego, mamy organizacje pozarządowe, które, choć wyrosły z pragnienia głębokiej zmiany społecznej, pełnią charakter usługowy, zaspokajając te potrzeby obywateli, których państwo nie jest w stanie zaspokoić. Czyli zamiast zmieniać system, obsługują go, przy okazji użerając się z wewnętrznymi problemami organizacyjnymi i biurokratyzacją. Co gorsza, kierunek ich działań bardzo mocno uzależniony jest od kwestii finansowych, a nie od tego, co w danym momencie uznają  za najpotrzebniejsze (nie ma pieniędzy na przemoc w rodzinie? A zatem zajmiemy się szkoleniami dla bezrobotnych, bo na to jest unijny grant nr 658/555).

Gdy uznamy organizacje pozarządowe za pełniące rolę usługową wobec państwa, śmiało możemy już stwierdzić, że społeczeństwa obywatelskiego na tzw. lewicy niet. Za to odżegnująca się od tej idei prawica ma się pod tym względem świetnie - wszak najpotężniejszym polskim masowym oddolnym ruchem społecznym jest licząca sobie 135 tysięcy członków i członkiń Rodzina Radia Maryja.

Paradoks polega na tym, że godząc się na usługowy, apolityczny model ruchu społecznego, feministki uwiarygodniają patriarchat, a lewicowcy stają się listkiem figowym kapitalizmu, dostarczając alibi twórcom procesu wszechogarniającej prywatyzacji. Widać to było doskonale, gdy sukces Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy omawiano w mediach, sugerując, że jest to najlepszy dowód na to, że służbę zdrowia w Polsce należy całkowicie sprywatyzować. Państwo ma służyć bogaczom, biednymi zajmą się organizacje pozarządowe. (...)

Stanowi polskiego społeczeństwa zwykliśmy przypisywać słabość polskich ruchów społecznych. A gdyby tak odwrócić tę zależność? A może to typ aktywności, jaką proponujemy, alienuje tych, którzy mogliby chcieć się do nas przyłączyć? Co my właściwie mamy do zaoferowania kobietom, skoro w Polsce nie ma ani jednej organizacji feministycznej, do której można by się zwyczajnie zapisać i uczestniczyć w jej działaniu według jakichś klarownych reguł, nie będąc jej etatową pracowniczką? - pisze między innymi Agnieszka Graff. Całość tu.

To ważny tekst, również w kontekście toczącej się dyskusji o tym, jak powinny działać organizacje LGBTQetcetera, aby osiągnąć swoje cele. Ważny, mimo iż postawiona w nim teza, że organizacje pozarządowe z samej swojej natury nie mają potencjału wprowadzania zmian, jest trudna do zaakceptowania, a postulowana zmiana - budowanie ruchu poza NGO-sową niszą, bez struktur i etatów, za to z radosnym zaangażowaniem - jeszcze trudniejsza do osiągnięcia. Ale mimo wszystko warto się nad tym głosem pochylić.

sobota, 9 stycznia 2010

Dragon Age: Początek i mój początek

Uległam (w końcu!) namowom Ewy, by coś na jej blogu napisać. W myśl zasady, której wyznawczynią jest moja druga, niewątpliwa lepsza, połowa, że jeśli chcesz o czymś przeczytać, to sama o tym napisz, mój debiutancki wpis poświęcę gierkom RPG fantasy na PC i PS3. A szczególnie jednej - "Dragon Age: Początek".

Miłośniczką gier komputerowych wszelkich jestem od początku istnienia komputerów osobistych. Najpierw gier najprostszych, później już tak "skomplikowanych" jak "Prince of Persia" (tak, ten pierwszy:)). Jakiś czas później moje dnie i noce zajęła bez reszty gra "Hereos". Przeszłam wszystkie od II do V kilka razy, oczywiście nie pomijając dodatków. Aż w końcu pojawiło się "Baldur's Gates" i kontynuacja tegoż - "Neverwinter Nights". Przepadłam. Zaginęłam bez wieści. "Wiedźmin", tak wyczekiwany, również nie pozwalał mi zasnąć przez szereg nocy.

I tu mały wtręt: Ewa niestety nie rozumiała mojej pasji, a dokładniej manii, aż do czasu. Wpadł mi do głowy szczwany plan. Kupiłem Ewie "Sims 2". I się zaczęło, ja już dawno śpię, a ona… gra. O boska Safo! Proste, skuteczne. I być może dzięki temu w naszym domu pojawiło się Playstation 3.

W tym roku na gwiazdkę dostałam grę "Dragon Age: Początek". Jak do tego doszło, możecie przeczytać tu.

O grze tej napisano wiele. Że świetna, dobra, taka sobie, fatalna. Jako wielbicielka wszelkiej maści fabuł fantasy uważam, że gra jest niezła. Zawiera wszystko, co zawierać powinna taka gra - ciekawe zwroty akcji, uzależnione od naszych reakcji na pewne sytuacje, odpowiednią liczbę potworów do uśmiercenia, w miarę przyzwoite dialogi między postaciami a główną bohaterką (w moim przypadku, ponieważ można być również i bohaterem), interesującą mieszankę towarzyszy w podróży po Fereldenie (nazwa świata), ciekawe przygody oraz lokacje, w których je przeżywamy.

Ale to, co dla mnie najlepsze i najciekawsze w tej grze, to, hm, osobiste interakcje między główną bohaterką a jej towarzyszami podróży. Nie jest to oczywiście nowość, bo już w wyżej wspomnianych "Baldur's Gates" i "Neverwinter Nights" była taka możliwość. Niestety bliższa znajomość, a właściwie bardzo bliska, możliwa była tylko między osobnikami płci przeciwnej. Przykre, ale prawdziwe.

Twórcy Dragon Age Początek nie mają takich zahamowań. Wszystkie możliwe konfiguracje są dozwolone. Postać, którą sobie wykreowaliśmy, jest z założenia biseksualna i tylko od nas samych zależy, w którą stronę skali Kinseya podążymy.

Co więcej, kiedy trafiamy do pewnego przybytku zwanego Perłą, jego właścicielka pyta nas, kim jesteśmy zainteresowani. A wybór ma niezły - od krasnoludki, przez ludzi, po elfki.

Moja bohaterka nie miała wątpliwości. Odrzucała wszelkie awanse swoich męskich towarzyszy, aby na stałe połączyć się z bardką Lelianą, której serce zdobyła na wieki, a przynajmniej na jakiś czas. Wyglądało to mniej więcej tak:



Niestety wiedźma Morrigan, na której mi najbardziej zależało (eh, te wredne charaktery), skutecznie mi się opierała. Wyobraźcie więc sobie moje zdumienie, zaskoczenie oraz wściekłość, kiedy szukając na Youtube scen z Lelianną, zobaczyłam, że obiekt moich marzeń jednak może przespać się z kobietą:



Tak że wybaczcie mi, że teraz zakończę ten wpis, ale… ja po prostu nie mogę się powstrzymać.

wtorek, 5 stycznia 2010

No to gramy dalej

Po miłym, nie ukrywam, urlopie wracamy do występowania, przez co w najbliższych dniach będzie mnie tu niestety trochę mniej (a konkretnie będę w komentarzach). W czwartek zaległy, niegdyś przedświąteczny, teraz już postświąteczny, występ w Ustach Mariana, przed którym mam sporą tremę, bo w ostatniej chwili wykruszyło się nam kilkoro gości, a konkretnie artyści niekonwencjonalni i Ela Wycech, w związku z czym podczas jutrzejszej próby musimy wyrzeźbić jakąś dodatkową atrakcję, coby nie zawieść widowni. A już w piątek wesprzemy przedmanifowy benefit w CDQ, w ramach którego będzie można też pooglądać kobiece erotyki, potupać przy klubowej muzyce, wziąć udział w seksownych akcjach grupowych i wylicytować bardzo tematyczne gadżety z autografami. Hmm, czyli że zapowiada się upojna noc chyba. I cel szczytny, słowem przyjemne z pożytecznym.

A poza tym? No dzieje się. Lesploty i W stronę kobiet reaktywowały się po przerwie świąteczno-noworocznej, dzięki czemu znów dostępna jest codzienna świeża porcja newsów i plotek z Polski i ze świata. Doczytałam się między innymi, że Jerzy Szmajdziński, kandydat na prezydenta z ramienia SLD, popiera wprowadzenie ustawy o związkach partnerskich. No jakżesz mi miło, szczególnie że Szmajdziński szans na prezydenturę raczej nie ma, a nawet gdyby jakimś cudem prezydentem został, nie ma też mocy sprawczej, by taką ustawę przeforsować. Pomijam fakt, że zazwyczaj przed wyborami politycy tzw. lewicy ochoczo śpieszą z zapewnieniami o swojej tolerancji i postępowości. I już jestem ciekawa, ilu z nich będzie się lansować na tegorocznych paradach i marszach LGBTQetcetera. Akurat do Szmajdzińskiego mam niewiele (choć bredzi w temacie adopcji), tak jak i do drugiego "lewicowego" kandydata Nałącza, a w każdym razie mniej niż do partii, które ich wystawiły (przy okazji - lewica ma ponoć niedługo zacząć przygotowywać projekt ustawy o związkach partnerskich, ha, ha). Co w praktyce oznacza, że w najbliższych wyborach wprawdzie znów będę głosować (obywatelski obowiązek, eh), ale też znów z obrzydzeniem, czyli w rękawiczkach.

Pozostając w temacie związków partnerskich, jak ktoś chce wiedzieć, co porabia Grupa Inicjatywna ds. Związków Partnerskich i co się w ogóle w tym temacie w Polsce dzieje, polecam bloga www.zwiazkipartnerskie.info.

A w temacie gorącej nieboszczki K.A. polecam dla odmiany wpisik na blogu Lemny (szefowej Kobiety Kobietom). Reklamy kontekstowe fajna rzecz, co zresztą widać i u mnie - garniturek komuś? A może sukienkę Charleeze? Ponoć topowa na rynku:)

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Powody do świętowania i żenada na Gaylife

Właśnie po raz pierwszy jako osoba prywatna odczuwam coś, co internetowych dziennikarzy i dziennikarki (przynajmniej część z nich) kręci najbardziej - satysfakcję z trafienia w temat. Dwa ostatnie dni są rekordowe pod względem oglądalności bloga, a wszystko dzięki wejściom z Google'a na hasło - niespodzianka - "Kara Auchemann", które w rankingu fraz, po których ludzie do mnie trafiają, obecnie plasuje się na miejscu piątym, przed moim ulubionym "madonna porno" i za wszelkimi odmianami garniturów. Żeby było jeszcze milej, wpisawszy imię i nazwisko niedoszłej nieboszczki w ulubioną wyszukiwarkę większości internautów, dostajemy taki oto wynik:



Miejsce pierwsze i drugie, przed takimi gigantami jak Lesbijka.org, Homiki, Inna Strona i Kobiety Kobietom - no to jest wynik, jakiego jeszcze nie miałam (i już za chwilę może wyglądać inaczej, stąd pamiątkowy screenshot). A jak to się robi? Ano trzeba mieć newsa lub temat, którego nikt przed tobą nie miał (przynajmniej ostatnio) i musi wydarzyć się coś, co sprawi, że ludzie zaczną go poszukiwać. Nie zaszkodzi też dobry tytuł - w tym przypadku "Tajemnica Kary Auchemann" okazał się dla internautów i internautek znacznie atrakcyjniejszy niż "Mam na imię Kara. Auchemann Kara" (tytuł wczorajszego tekstu nieboszczki na Lesbijka.org) i, klikając go, wywindowali mój starszy tekst o Karze z wczorajszego czwartego miejsca w Google'u na dzisiejsze pierwsze. No a mój wczorajszy tekst poszedł za ciosem - no bo skoro Google uznał mnie za wiarygodniejszą niż Lesbijka.org w tym temacie, to już na całego. Czyli, jak się nie ma całego zaplecza dziennikarskiego i researcherskiego, to liczy się przede wszystkim szczęście. Niemniej jednak oczywiście świętuję i mam nadzieję, że choć kilka osób, które do mnie w ostatnich dniach trafiły, jeszcze tu wróci. A ja się postaram, niekoniecznie wyciągając kolejne trupy z szafy, by miały co czytać. Choć wyciąganie trupów jest w sumie zabawne.

Mniej zabawne jest to, co się dzieje wokół Naszej Sprawy 2 od momentu, kiedy to portal Gaylife postanowił ogłosić całemu światu, że dla nich wytaczanie sprawy "Rzeczpospolitej" jest bez sensu i że osoby, które się na to odważyły, ośmieszają siebie i środowisko. Trzy pierwsze odsłony akcji Gaylife i jej konsekwencji na blogu Abiekta tu, tu i tu, oficjalne sprostowanie tu, a kolejne teksty pewnie za chwilę, bo portal Adlera nie odpuszcza i dziś opublikował kolejny tekst, w którym m.in. z aprobatą cytuje dotyczące pozwu teksty z prawicowych mediów, przypomina ponoć drastyczniejsze sytuacje, w których to LGBTQetcetera obrażali innych lub też urażano uczucia np. katolików, oraz przywołuje przykład z Bośni z 2003 roku, kiedy to zakazano opowiadania dowcipów o blondynkach i każda blondynka od tego czasu może za taki żart pozwać i ma sporą szansę na wygraną. I oczywiście porównuje Michała i Ulę, którzy pozwali Rzepę, do tychże blondynek (które moim zdaniem mają prawo pozywać tych, którzy ich zdaniem naruszają ich dobra, podobnie jak zresztą każdy człowiek).

Nie uważam, że powinniśmy się popierać we wszystkim, co robimy. Nie kupuję wszystkich książek napisanych przez lesbijki, nie podpisuję wszystkich petycji rozsyłanych przez przedstawicielki i przedstawicieli LGBTQetcetera. Krytykuję, gdy mi się coś nie podoba. Jednocześnie jednak uważam, że pewnych granic przekraczać nie należy, a jedną z tych granic jest zawieranie sojuszy z środowiskami homofobicznymi. To, co robi Gaylife, przypomina mi postawę amerykańskich feministek antypornografek, które w latach 80. ubiegłego wieku sprzymierzyły się z konserwatystami, aby wprowadzić antypornograficzne prawodawstwo. I nie ma nic wspólnego z obroną wolności słowa, a bardzo wiele z koniunkturalizmem, załatwianiem osobistych porachunków i szukaniem poklasku za cenę szkodzenia tym, którym chce się coś robić. Dobra wiadomość jest taka, że na mariażu z konserwatystami gorzej wyszły feministki. Dobra?

niedziela, 3 stycznia 2010

A jednak żyje

Jako że na noc zapowiadają 30 stopni mrozu, a jutro kończy mi się urlop (dobra wiadomość jest taka, że w końcu przestała mnie boleć głowa - przy okazji, pozdrowienia dla M. i M., które okazały się być nie tylko zatrważająco gościnnymi gospodyniami, ale też przerażająco niekłopotliwymi i uczynnymi gośćmi), szukałam na dziś czegoś zabawnego. I proszę, moje życzenie się spełniło. Zobaczcie, jak wygląda dziś strona główna wortalu Lesbijka.org:
Tak, Kara Auchemann wróciła zza grobu i zapowiada kłótnie, swady i jazdy. Mam nadzieję, że na decyzję o powrocie nie wpłynął mój niedawny post o niej, tak swoją drogą. Ale kto wie, ostatnio było na niego dziwnie dużo wejść. W każdym razie popłakałam się ze śmiechu i czekam na ciąg dalszy. Może być wesoło, no chyba że na wielki powrót jest już za późno, a zrobione cztery lata temu w balona fanki nie wybaczą swojej idolce numeru ze sfingowaniem własnej śmierci. Zobaczymy. A póki co, witaj wśród żywych, Karo (o ile jest to twoje prawdziwe imię).

Przy tym newsie każdy inny prawdopodobnie wysiada, ale, jako że moje ulubione Lesploty zapadły chyba w sen zimowy, podrzucę jeszcze coś. Pamiętacie taki serial "The L Word"? Nie, nie będzie kontynuacji, o zapowiadanym reality show i wersji kinowej też cisza, ale za to jest książka, a konkretnie fotograficzny dziennik autorstwa serialowej Bette, czyli Jennifer Beals, która, jak się okazało, przez te wszystkie lata grania w serialu robiła na planie i poza nim zdjęcia (udało jej się nawet uchwycić Kate Moenning w staniku), notatki, zachowała scenariusze, spisała komentarze ekipy i tak dalej. Więcej informacji i trochę zdjęć na stronie projektu. Nie napiszę, że już czekam na swój egzemplarz, bo nie czekam, ale fotki są w sumie dość fajne, więc jak was to jeszcze kręci, to zajrzyjcie.

A ja się biorę za pisanie zaległych tekstów. Przy okazji - jak ktoś wie, która wersja historii publicznego coming outu Ellen DeGeneres, ta z The Oprah Winfrey Show czy ta z okładką "Time", jest prawdziwa, będę wdzięczna za podzielenie się tą wiedzą. Tzn. wiem, że wyoutowała się i tam, i tam, i na dodatek w serialu "Ellen" (też przed Ophrą), pytanie, gdzie zrobiła to najpierw. Póki co stawiam na "Time".

sobota, 2 stycznia 2010

Z nową skórą w nowy rok

Jak widzicie, blog dorobił się nowego layoutu. Nie wiem, na jak długo mi wystarczy i ile jeszcze zrobię w nim poprawek, ale mam nadzieję, że jestem bliżej końca niż dzisiaj rano. Duży problem widzę właściwie tylko jeden - pod Mozillą nie działa widżet wyciągający obserwatorów i obserwatorki mojego bloga. Za to pod Internet Explorerem wszystko jest w porządku (to ci niespodzianka!). Dajcie proszę znać, jak to wygląda u Was, może mi to pomoże znaleźć rozwiązanie. Za to znowu działa widżet z ostatnimi komentarzami, na który już jakiś czas temu położyłam kreskę. Jeżeli widzicie jeszcze jakieś błędy, będę oczywiście wdzięczna za uwagi. Aha, layout zrobiłam w programie Artisteer (wersja 2.3, wcześniejsze nie uwzględniają Bloggera), który gorąco polecam wszystkim podobnym mnie amatorom i amatorkom - jest praktycznie intuicyjny.