Przejdź do głównej zawartości

Gdzie się lesbijka kończy, a gdzie zaczyna

Ciekawe rzeczy dzieją się w komentarzach pod postem o eks-geju z Wyoming. Wrócił na tapetę mój ukochany znienawidzony film "The Kids Are All Right" (ukochany, bo toczące się wokół niego debaty są wręcz pyszne, znienawidzony, bo budzi większe emocje, niż jest tego wart), dowiedziałam się, że jestem bifobką (bo nie widzę nic złego w tym, że kobieta, której zdarzyła się przygoda z mężczyzną, nadal uważa się za lesbijkę), a na dodatek wyszło mi, że moja druga połowa nie jest lesbijką, bo, mimo swojej ekskluzywności, nie spełnia definicji "exclusive lesbian" (domyślcie się, dlaczego). A jako że ów post, pod którym jest cała akcja, za chwilę zniknie z pierwszej strony bloga, pozwalam sobie przenieść dyskusję wyżej, bo temat najwyraźniej jest tego wart.

Polecam przekopanie się przez całą dotychczasową dyskusję, ale jeżeli komuś się nie chce, to rzecz się rozchodzi, jak łatwo się domyśleć, o kwestię wspierania stereotypów. Temat, jak pewnie wiecie, bardzo mi bliski, wszak sama jestem żywym stereotypem, który uparcie utwierdza społeczeństwo w ohydzie polskich kobiet nieheteroseksualnych, a to pojawiając się na jakichś plakatach, a to robiąc szum wokół jakiegoś podniebnego ślubu, a to pozując do zdjęć o życiu codziennym polskich lesbijek z domalowanym wąsem i w kowbojskim kapeluszu. Tym razem jednak nie chodzi o stereotyp lesby-babochłopa, której to nikt (w sensie żaden facet) nie chciał, więc poszukała sobie drugiej takiej jak ona, a o stereotyp lesbijki, która może i mówi, że takową jest, ale tak naprawdę to prędzej czy później (na chwilę bądź na dłużej) wyląduje w łóżku z facetem. I o to, że takie postrzeganie lesbijek jest powszechne i nadreprezentowane w mainstreamie, więc Cholodenko zrobiła swoim filmem Prawdziwym Lesbijkom wielkie kuku, polegające na tym, że Jules (Julianne Moore) określa się jako lesbijka nawet po tym, jak już przeżyła ognisty romans ze swoim dawcą spermy. Bo gdyby się określiła jako biseksualna, to, jeżeli dobrze zrozumiałam, wszystko by było w porządku.

Ja się w ogóle określać nie lubię i tak jak nie aspiruję do grona Prawdziwie Kobiecych, tak równie daleko mi do Prawdziwych Lesbijek, ale jestem bardzo ciekawa waszego podejścia do samookreślania. Jakie pojawiły się możliwości? Seksuologiczna - lesbijka jako osoba odczuwająca pociąg seksualny wyłącznie w stosunku do kobiet (nie wiem, czy wyłącznie do kobiet cis, czy też trans również wchodzą w grę), seksuologiczno-romantyczna - lesbijka jako osoba wchodząca w głębokie relacje uczuciowe i seksualne wyłącznie z kobietami, indywidualistyczna - lesbijka jako osoba dopuszczająca relacje seksualne z mężczyznami, ale nieokreślająca się jako biseksualna z uwagi na to, że nie uważa otwarcia na te relacje za istotny element swojej tożsamości, oparta na doświadczeniu - lesbijka jako osoba wiążąca się wyłącznie z kobietami, która niespodziewanie dla samej siebie przeżywa zauroczenie płcią przeciwną, by po jakimś czasie uznać, że to była tylko faza i wrócić do kobiet.

Oczywiście to nie wszystkie możliwości. Jednak nawet te kilka opcji wróży potencjalne kłopoty (pierwsza - bo sprowadza orientację do seksu, druga - bo rozmywa kryteria, wszak miłość to rzecz trudno definiowalna), ale szczególnie problematyczne są trzecia i czwarta. Bo: czy fakt, że istnieją kobiety określające się jako lesbijki, a jednocześnie wchodzące (lub dopuszczające możliwość wejścia) w relacje seksualne z mężczyznami, unieważnia biseksualność jako taką? A może unieważnia istnienie lesbijek jako takich? Czy dwie osoby będące dokładnie w takiej samej sytuacji (np. w opartym na wyłączności wieloletnim związku z osobą tej samej płci) mogą się określać zupełnie inaczej? A co wtedy, gdy kobieta uważająca się za lesbijkę nagle z własnej i nieprzymuszonej woli ląduje w łóżku z facetem, a kobieta uważająca się za biseksualną przez całe życie funkcjonuje wyłącznie w związkach z kobietami? Czy to oznacza, że pierwsza TAK NAPRAWDĘ jest biseksualna, a druga TAK NAPRAWDĘ jest lesbijką? A może obie są biseksualne, tyle że ta druga po prostu nie spotkała mężczyzny, w którym mogłaby się zakochać (który by ją pociągał), a spotkała za to ileś tam kobiet, które ją zauroczyły? Co tak naprawdę przesądza o naszej orientacji - deklaracje, wybory życiowe, przypadek?

No i jeszcze kwestia unieważnienia tożsamości (w kontekście wzmiankowanego filmu bardzo ważna). Swojego czasu pisałam o stereotypach wokół kobiet, które zdały sobie sprawę, że pociągają je inne kobiety, po tym, gdy zdążyły już sobie ułożyć życie z mężczyzną, odchować dzieci, spłacić kredyt mieszkaniowy i tak dalej. Że całkiem sporo osób uważa, że nie mogą tak po prostu deklarować się jako lesbijki, skoro przez tyle lat uważały się (były?) za heteroseksualne. Że dostępna jest dla nich wyłącznie etykietka "biseksualna" i że może odpuściłyby sobie uwodzenie biednych Prawdziwych Lesbijek, bo i tak skończy się na tym, że zostawią je dla mężczyzny. Z "The Kids..." mamy w gruncie rzeczy podobną sytuację - otóż okazuje się, że Jules nie powinna już aspirować do grona lesbijek po tym, jak pokazała, że może i z facetem, i to jak.

Oczywiście to nie jest tak, że nie mam swojego zdania na temat tych tożsamościowych dylematów. Kłopot w tym, że w moim przypadku streszcza się ono w krótkim: "Pozwólmy ludziom decydować za siebie". Doceniam wszystkie badaczki, które poświęciły lata na studiowanie, gdzie się lesbijka kończy, a gdzie zaczyna (dając tym samym bardzo wygodne narzędzia klasyfikacji), tyle że mi jest z ich etykietkami po prostu niewygodnie. I nieszczególnie mnie bawi pokazywanie paluchem: "ty jesteś, ty już nie, tobie wolno, a tobie nie" i mówienie, że ktoś się nie deklaruje zgodnie z pasującymi do niego/jej kryteriami, bo z pewnością się boi, wstydzi, waha albo oszukuje i innych możliwości nie ma. No ale, jak wiecie, ja nie lubię, jak jest zbyt prosto i jednoznacznie.

No dobrze, dość, teraz wy. Gdzie się dla was lesbijka kończy, a gdzie zaczyna? I pytania dodatkowe, bo i tak zawsze dyskusje pod postami toczą się swoją drogą, więc może trafię - czy każdy film (sztuka, książka, wystawa) z nieheteroseksualnymi bohaterami musi być głęboki, edukować, budować "pozytywny i zgodny z prawdą" wizerunek osób LGBTQetcetera? Czy nie może podlegać kryteriom oceny takim, jak przekazy kultury, w których "nas" nie ma?

Komentarze

  1. Hell Yeah! Znów wraca mój ukochany etykietkowy temat. Srsly, czasem wydaję mi się, że my (my- pedały i lesby, wyrzutki społeczne etc etc) nie mamy innych problemów.

    Heterycy uwielbiają wartościować: to jest męskie, tamto żeńskie, a my to jest lesbijskie, tamto gejowskie... Taka już po prostu ludzka natura, chyba.

    Do tego (w naszym przypadku) silna potrzeba samookreślenia się, ogólne zagubienie i chęć należenia do jakiejś społeczności. Stąd to badania zawartości lesbijek w lesbijce.

    Dobra mogę bredzić jest 3 rano...

    OdpowiedzUsuń
  2. ja jestem za identyfikujta się jak chceta, bo inaczej nici z mojej tożsamości kulturowej cioty

    OdpowiedzUsuń
  3. No dobra, ale zupełnie serio, to jak już napisałem tam, nikt wcale nie wyznaje zasady "identyfikujta się jak chceta" albowiem ponieważ, jak już tam w komentach było, panów od leczenia gejów, którzy jeżdżą po Europie z "asystentami od noszenia bagaży" wynajętymi na stronie z eskortami nie nazywamy inaczej jak zakłamanymi bucami (a nie, wedle ich "identyfikacji" - heteroseksualnymi mężczyznami o najwyższej moralności).

    Albo jeszcze inaczej: cała filozofia "identyfikujta się jak chceta" wynika z założenia, że "wszelki przymus" identyfikacji (zewnętrzny, normatywny) jest zły, zaś wolność od niego dobra. Tyle, że jak wszystko, także i takie podejście się "normatywizuje", spontanicznie tworzą się stereotypy, i na przykład tak jak tam argumentuje anonimowa pod tamtym postem - może z tego powstać wrażenie, że lesbijka to faktycznie takie coś, co po prostu ma jakoś mniejszą ochotę na seks z facetami niż z kobietami "w porównaniu" do hetero.

    Popkultura tym żyje? Żyje. Siedziałem i myślałem czy moje gejowskie oczka widziały jakiś film w którym męskie wdzięki całkiem jednoznacznie przegrywały z kobiecymi "dla lesbijki" i ze zgrozą dotarło do mnie, że jedyne co przychodzi mi do głowy to "Przyjaciele", gdzie "męski" epizod żony Rossa był "jednoznaczną omyłką".

    Na zakończenie: to co Jenny nazwała " ludzką naturą" to chyba sposób, w jaki używamy języka - który dąży do jego interoperacyjności, czyli, prościej: jak ja nazywam krzesło krzesłem, to inni tez tak nazywają, albo gdy nazywają inaczej, dochodzimy do wniosku, że ktoś się myli.

    Tak, w przypadku samoopisu taki "przymus zgodności" bywa źródłem mitycznej przemocy symbolicznej. Queer postanowił rozwiązać to na poziomie semantyki (de facto ją likwidując i zamieniając język dotyczący seksualności czy szerzej rozumianej tożsamości do zbioru nic nie znaczących dźwięków, pozbawionych jakiś ogólnych, społecznie przyjętych znaczeń), ale czy możemy być pewni, że to najlepsze rozwiązanie?

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedyś moja ex powiedziała do mnie coś, co na tamte czasy wydawało mi się oburzającym dziwactwem a teraz, kiedy jestem starsza i więcej o świecie wiem, widzę, że coś w tym jest: "Normalnie jestem biseksualna, kiedy jestem z Tobą jestem lesbijką" .
    Dla mnie bycie lesbijką to "state of mind" bez względu na fryzurę, ciuchy, poglądy, wyznanie i takie tam :). Ostatnią rzeczą, jaka by mogła mi przyjść do głowy to narzucanie komuś kim ma prawo być, a kim nie. Czasem też myślę, że te wszystkie definicje, próby uporządkowania wynikają ze strachu przed nieznanym, niezrozumianym. Tak już działa ludzki umysł- uczy się pewnych definicji i to porządkuje świat, powoduje, że możemy to ocenić, wypowiedzieć się, bać się tego lub nie. W końcu jeśli przyjmiemy, że lesbijki chodzą bojówkach, mają krótkie włosy, pracują w drewutni i mają psa, to jakaś część osób będzie się z tym identyfikować. Da to tym osobom poczucie sensu, ładu i wspólnoty.
    Co z resztą ? To jest pytanie otwarte ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. @ sylwek,

    wystąpienie dziewczyny, która zbuduje sobie zupełnie na poważnie tożsamość LESBIJSKĄ, bo na widok najprzystojniejszego kolegi w klasie wytwarza litr śliny mniej niż koleżanka z ławki, jest trochę sprowadzeniem sprawy to absurdu :)
    co więcej, wystąpienie takiego elementu w przyrodzie - już jeśli & gdyby - raczej nie przesłoni tłumu dziewczyn, które zaczynają głośno mówić o swojej seksualności, spychać w niepamięć "epizody" z dziewczynami itd. miałam więc na myśli to, że wszystkie rodzaje identyfikacji, o których pisze w notce Ewa, są uprawnione. co więcej, uważam, że tożsamości seksualne mogą się krzyżować tak samo jak np. narodowościowe, bo niby czemu nie.
    co do "heteroseksualnych buców" - powiedzmy, że w naszej dyskusji biorą udział ludzie, którzy pozostają poza chrześcijańskim dogmatem o dwóch, starannie odseparowanych od siebie płciach, grzeszności związków homo, itp., itd. tylko poza nim możemy stawiać pytania typu "czy jak się raz przespała z kolesiem, to może mówić o sobie lesbijka".
    ach, i jeszcze jedno - brak polskiego odpowiednika radosnego, rozpasanego, wulgarnego i wyzwolonego "queer" wciąż nie daje mi spokoju; doszłam jednak do wniosku, że mogę o sobie mówić "lesba" tak samo, jak NIE mogę - "lesbijka". "lesba" jako odbicie, odwrócenie wyzwiska, identyfikacja, która wyrasta z doświadczenia "ja vs. ten trzeci, ten, który pokazuje mnie palcem na przystanku". taka intuicja.

    OdpowiedzUsuń
  6. @VN
    pewno że się mogą przenikać. Mnie chodziło o to, że de facto wykrywszy słabość języka w opisywaniu "tych sfer" proponowanym lekarstwem jest rezygnacja z przypisywania jakiegokolwiek znaczenia etykietkom - rezygnacja z języka służącego opisowi tych doświadczeń w ogóle. Stwierdzenie "niech każdy etykietuje się jak chce" jest równoważne z "nie etykietujmy się wcale" bo nie ma czegoś takiego jak prywatny język.

    OdpowiedzUsuń
  7. nie chodzi o odbieranie znaczenia etykietkom, a widzenie etykietek jako etykietek właśnie; świadomość kryzysu języka, który nie musi być zły, bo może być początkiem czegoś fajnego, definiowania siebie na nowo, inaczej. kategorie tożsamościowe mają pomagać, a nie być jakimś stałymi, twardymi punktami odniesienia, które zamiast pomagać komunikacji, ją uniemożliwiają.

    btw, bronisław wildstein uważa rze nie mamy racji i odpowiadamy za kryzys współczesnej rodziny. #cojaczytam

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja się zgadzam, że każdy ma prawo się identyfikować jak chce i nikomu nic do tego. I że denerwujące jest to permanentne ocenianie siebie na wzajem. Ale czysto poznawczo, temat jest ciekawy.

    Mnie się wydaje (a wydaje mi się, bo uważnie słucham tych różnych historii związkowych różnych moich nieheteroseksualnych przyjaciół), że jednak o orientacji trochę przesądza predyspozycja do posiadania romansu z facetem/kobietą bądź jej brak.

    Są takie osoby, które miały związki z płcią przeciwną, ale nigdy w tych związkach nie miały psycho-seksualnej satysfakcji. Nigdy nie czuły miłości, pociągu fizycznego, nie miały udanego seksu. Są też takie, które przynajmniej teoretycznie są w stanie takie związki tworzyć, niezależnie od tego, że ich wybór (intelektualny) jest inny. Dla mnie tylko te pierwsze są homoseksualne. Moim zdaniem o orientacji psycho-seksualnej decyduje psycho-seksualność. Więc zestaw głęboko osadzonych cech, które nie są, jak niektórzy sądzą, płynne.


    Wydaje mi się, że jeżeli kiedyś będą miały miejsce badania jednoznacznie i konkretnie określające przyczynę nieheteroseksualności, definicje będą musiały powstać. Nie da się robić badań, nie dookreślając przedmiotu badań.

    Moim zdaniem jest pewna liczba osób z głęboko uwarunkowaną lub/i wrodzoną predyspozycją do przeżywania bliskości erotyczno-psychicznej tylko z jedną płcią. A cała reszta albo jest biseksualna, albo intelektualnie przekombinowała :)

    OdpowiedzUsuń
  9. A ponieważ mam wrażenie, że zaraz ktoś napisze, że przecież są badania, to od razu odpowiadam, że wiem, że są i że są różne. I że używając słowa uwarunkowanie nie mam na myśli tych, które mówią, że to wszystko przez to, że nas mamusia nie kochała :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeszcze raz, podsumowując. a się zgadzam, że każdy ma prawo się identyfikować jak chce i nikomu nic do tego, ale to nie znaczy, że nie ma czegoś takiego jak konkretna orientacja seksualna konkretnej osoby, niezależnie od tego, czy ta osoba się tak utożsamia, czy nie. Wydaje mi się, że błędy w identyfikacji są często jednak przyczyną różnych większych lub mniejszych nieszczęść.

    OdpowiedzUsuń
  11. zewsząd i znikąd21.09.2011, 16:54

    Jestem coraz silniej przekonana, że nasze wyobrażenie o orientacji seksualnej jest bardzo ograniczone i słabo przystaje do rzeczywistości - zwłaszcza odkąd lepiej poznałam osoby trans. Polecam tekst Marcina Rzeczkowskiego na stronie Trans-Fuzji "Nie jestem w mainstreamie" i krótki tekst na jego stronie o orientacji seksualnej osób transpłciowych i ich partnerek_ów. "Ze znanych mi 'płci' pociągają mnie trzy: ciskobieta, cismężczyzna i transmężczyzna" - no właśnie, jak to zakwalifikować? "Biseksualność" okazuje się pojęciem spłaszczającym ogromnie różne możliwe tożsamości.
    Jednocześnie pojęcie orientacji psychoseksualnej JEST politycznie ważne. W każdym razie ja przyznaję ludziom prawo do samookreślenia i do wolności od samookreślenia, bo zdaję sobie sprawę, że czasami trudno się wpisać w wymyślone przez kogoś innego ramy. W gruncie rzczy zaskakuje mnie, że psychologia, socjologia, seksuologia itd. w ogóle mogą "działać", skoro próbują sprowadzić do wspólnego mianownika nieskończenie różne osoby.

    OdpowiedzUsuń
  12. "Biseksualność" okazuje się pojęciem spłaszczającym ogromnie różne możliwe tożsamości.

    A może po prostu obejmującym?

    OdpowiedzUsuń
  13. @Sylwek
    Na takich gości, co to prowadzają się z asystentami od noszenia bagaży, jest bardzo piękne określenie - otóż są to heteroseksualiści sypiający z mężczyznami. Zeby nie było wątpliwości - polityczni heteroseksualiści, czyli ci, którzy w stosunku do osób niehetero są w relacji władzy. (określenie wzięte z monologu Roya Cohna z "Aniołów w Ameryce", moim zdaniem bardzo trafne)

    @gadudadanie
    Zaniepokoił mnie ten fragment Twojej wypowiedzi:
    "Wydaje mi się, że jeżeli kiedyś będą miały miejsce badania jednoznacznie i konkretnie określające przyczynę nieheteroseksualności, definicje będą musiały powstać. Nie da się robić badań, nie dookreślając przedmiotu badań."
    Czemu niby miałyby służyć takie badania? I dlaczego badać jedynie przyczyny nieheteroseksualności? A co z heteroseksualnością? Tu nie trzeba szukać przyczyn? Mam nadzieję, że to tylko nieszczęśliwe sformułowanie, a nie stwierdzenie, że jednak nie są to równoważne orientacje:)

    @zewsząd i znikąd
    Bardzo mi się podoba to, co napisałaś o nauce i o tym, jak spłaszcza rzeczywistość.

    OdpowiedzUsuń
  14. nie sądzę by "heteroseksualiści" było dobrym określeniem, raczej MSM :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Tak, przyznaję, że to można rozumieć dwuznacznie i przyznaję mój błąd. Jednak rzeczywiście realia są takie, że jeżeli ktoś takie robi, to raczej bada tą nieheteroseksualność i tak też pewnie będzie. Ale masz rację, nie powinnam tego tak określać.

    OdpowiedzUsuń
  16. Ale ja się jednak będę upierać przy swoim. Moim zdaniem nie o spłaszczanie tu chodzi, tylko o to, że po prostu, czy chcemy, czy nie chcemy, mamy coś takiego jak biseksualność i jakby tego nie nazwać, zawsze będzie ona oznaczała coś pomiędzy. Ja niestety trochę jestem z kolei cięta na bifobię i dla mnie wypieranie się biseksualizmu albo zaprzeczenie biseksualizmowi tam gdzie mowa o różnych możliwościach związkowo-erotycznych zawsze pachnie trochę uwewnętrznioną bifobią - no sory. Albo jeśli nie bifobią to przynajmniej próbą ustawienia się na wygodnych pozycjach.

    OdpowiedzUsuń
  17. W moim odczuciu (doświadczenia z autopsji) autowanie się jako lesbijka jest banalnie proste w porównaniu z autowaniem się jako biseks. Ja się autuję często, w zasadzie zawsze wtedy jak sytuacja powoduje, że nieautując się powinnam skłamać. Tylko wtedy czasem usiłując niekłamać kłamię, bo łatwiej mi ludziom wytłumaczyć, że niekoniecznie chcę mieć męża, bo wolę kobiety, niż że jestem biseksualna. Bo jako biseksualistka zaraz dostaję masę seksualnych nieprzyjemnych uwag, zaproszenia do trójkątów, sugetie poligamiczności, zarzuty niepoważnego i niedojrzałego funkcjonowania itd.A jak się autuję jako lesbijka to jest prawdziwe, uwierzcie mi niebo! Dlatego ja doskonale rozumiem dlaczego wiele osób biseksualnych lubi być homo. Bo przynajmniej takich atrakcji nie ma z trzech stron. A dlaczego z trzech? Bo od krypto-biseksów też przecież dostaje się w nos.

    OdpowiedzUsuń
  18. Ha, pytanie brzmi, dlaczego odbierasz tego typu sytuacje wyłącznie negatywnie - spójrz na słowa, których używasz: wypieranie się, zaprzeczanie, ustawianie na wygodnych pozycjach. Czyli co: z jednej strony wolność samookreślenia, ale z drugiej negatywna ocena tych, którzy nie określają się zgodnie z oczekiwaniami? To jest jak dla mnie właśnie ów przymus etykietowania się, o którym tyle piszę - tak, oczywiście, masz prawo twierdzić, że jesteś taka a nie inna, ale jeżeli owe twierdzenia nie zgadzają się z "prawdziwymi", "powszechnymi", "typowymi", to trzeba automatycznie zbadać, dlaczego tak jest, co próbujesz ukryć, wyprzeć, zyskać w ten sposób (moim czy czyimś innym kosztem).

    Dlaczego nie wyjść z założenia, że inni naprawdę nie mają złych intencji i naprawdę posiadają choć minimum świadomości? Że owo odmienne od zwyczajowego określanie wynika z ich doświadczeń, przeżyć, przemyśleń, a nie z tego, że coś jest z nimi nie tak lub próbują zrobić komuś na złość?

    To jest to, co mnie w owych okołoetykietkowych dyskusjach zastanawia.

    OdpowiedzUsuń
  19. Co do drugiego komentarza - a wiesz, czym się kończy outowanie się jako ktoś, kto się nie określa? Pewnie wiesz, choć nie z autopsji.

    I nie, nie licytuję się na to, kto ma gorzej. Po prostu pokazuję kolejną możliwość.

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja po prostu przyznaję komuś prawo do działania po swojemu i nie robię uwag jak to robi. Rozumiem, że ma swoje powody i się nie wchrzaniam. Natomiast jak rozmawiamy teoretycznie, to moim zdaniem najwięcej jest osób biseksualnych ukrywających swoją biseksualność. Więcej niż lesbijek niż gejów ukrywających swoją orientację. I myślę też, że znaczna większość biseksualistek i biseksualistów ukrywa swoją orientację seksualną przed całym homo i heteroseksualnym otoczeniem, a rozmywanie tematu nie pozwala im nabrać odwagi i szkodzi. A emocjonalny ton wypowiedzi wynika oczywiście ze zdenerwowania takim stanem rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  21. A no i jeszcze jedno. Niby nie ma przymusu etykietowania się, ale jak lesbijka się określa jako heteryczna to jest kryptolezbą? A jak biseksualistka określa się jako lesbijka - no to bez przesady, nie bądźmy tacy rygorystyczni, nie trzeba się przecież określać?

    Ewo, nie znamy się dobrze, ale nie wierzę, że nie widzisz tego, co chcę pokazać.

    OdpowiedzUsuń
  22. No dobrze, to co w takim razie z tymi (dla odmiany stanowiącymi mniejszość w mniejszości), którzy i które rozmywają i, co gorsza, uznają owo rozmywanie za ważne dla siebie? Mają zamilknąć w imię wspólnego dobra? Nie tędy droga, moim zdaniem.

    OdpowiedzUsuń
  23. Ja myślę, że rozmywający się mają jednak lepiej niż zadeklarowani biseksualiści. To jest właśnie to, co ja (przyznaję się) robię. Jak mnie się nie chce ściemniać o mężu, to albo mówię, że jestem lesbijką, albo właśnie robię wrażenie rozmydlenia. Tak jest łatwiej na serio łatwiej. Po prostu nie trzeba robić tego wysiłku intelektualnego decydowania, narażać się na głupie uwagi. Oczywiście można się nie określać, ale to jest łatwiejsze niż powiedzieć - jestem biseksem i już. Więc nie wiem, czy to mniejszość w mniejszości.

    OdpowiedzUsuń
  24. Co do heteryczek/kryptolesb - a dlaczego tak? Jakoś nie kojarzę, bym była rygorystyczna w jakimkolwiek kierunku, więc to nie do mnie uwaga.

    Widzę, co chcesz pokazać, ale to są po prostu rzeczy, na które patrzymy skrajnie inaczej. Co nie zmienia faktu, że martwi mnie niewidzialność osób biseksualnych w mainstreamie (jedna Uschi...) i mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni. Tyle że w tym kierunku muszą działać właśnie osoby biseksualne.

    OdpowiedzUsuń
  25. Ja oczywiście w uważam, że każdy ma prawo robić to co chce, tylko że to zawsze ma jakieś tam konsekwencję, więc warto o tym rozmawiać. Nie określać się dla mnie znaczy nie wiedzieć jakiej jest się orientacji, nie potrzebować wiedzieć, nie deklarować jej, co jednak nie znaczy, że się jej nie ma. Ma się, tylko temat zostawia się w zawieszeniu. Takie prawo, ja je szanuje. Ale uważam, że to nieprawda, że orientacja w takiej sytuacji nie jest określona.

    OdpowiedzUsuń
  26. Co do nieokreślania się - nie chodzi mi o niedeklarowanie tożsamości. Chodzi mi o powiedzenie - nie, nie jestem heteroseksualna. Nie jestem też biseksualna ani homoseksualna. Nie jestem panseksualna, aseksualna, jakakolwiek. Tak, żyję z kobietą. Nie, nie kłóci mi się to z niczym.

    Czyli nie chodzi o ukrywanie tożsamości, a o zadeklarowanie właśnie owej rozmytej jako własnej. Co skutkuje setkami pytań, wątpliwości, posądzaniem o tchórzostwo, wypieranie, brak samoświadomości itd., itp. Ot, taka głupia tożsamość nie-tożsamość.

    OdpowiedzUsuń
  27. No i ok. Jeżeli tak komuś dobrze to w porządku. Przecież nie trzeba. Ale wydaje mi się, że ona jako cecha psycho-fizyczna jednak istnieje.

    OdpowiedzUsuń
  28. "Ma się, tylko temat zostawia się w zawieszeniu. Takie prawo, ja je szanuje. Ale uważam, że to nieprawda, że orientacja w takiej sytuacji nie jest określona."

    No więc widzisz, jak to jest. Temat w zawieszeniu, krótka piłka. Bo przecież TAK NAPRAWDĘ mam orientację, tylko sobie wymyślam, czyż nie? Co tam samoświadomość, co tam moje deklaracje, co tam to wszystko, co za nimi stoi, mam i już, tylko jeszcze o tym nie wiem:) Ech, etykietki...

    OdpowiedzUsuń
  29. skoro nie masz orientacji to dlaczego zgodzilas sie na akcje z samolotem, gdzie naokolo bylo trabione o slubie lesbijek???? przeciez lesbijka nie jestes jak wynika z powyzszych wynurzen

    OdpowiedzUsuń
  30. Kwiry i inne zboczeńce nie odrzucają kategorii tożsamościowych (jak gej, lesbijka, osoba biseksualna itd.), bo widzą w nich (przynajmniej na obecnym etapie) konieczne i skuteczne narzędzie walki politycznej i ważny element budowania pozytywnego wizerunku odmieńca. Stąd w sytuacji politycznej (jak parada czy inne publiczne wystąpienie) kwiry stają się lesbami, pedałami i innymi takimi.

    Ważne, by cały czas jednak pamiętać o cenie tworzenia kategorii tożsamościowych - jakie ryzyko towarzyszy ich używaniu, jakie typy wykluczenia wytwarzają, jakie są ich prawne, polityczne, społeczne konsekwencje, czy zawsze są pożądane itd., itp. I, co mnie bardzo cieszy, ta dyskusja bardzo ładnie owe zagrożenia pokazuje.

    OdpowiedzUsuń
  31. czyli Twoj slub w samolocie mial charakter walki politycznej i budowania pozytywnego wizerunku odmienca? i dlatego na tym etapie i w tych okolicznosciach stalas sie lesba choc nia nie jestes? czyli taka sciema na potrzeby piaru?

    OdpowiedzUsuń
  32. No Ewo, nie chcę być źle zrozumiana, zwłaszcza, że osobiście Cię lubię i szanuję, ale zobacz.

    1. Ty też chcesz mieć etykietę, właśnie osoby niedefiniującej się (choć też mam wrażenie, że częściej jednak w mediach określasz się jako lesbijka). Ale w porządku, to jest zupełnie ok. Zwracam uwagę tylko na to, że to też szuflada.

    2. Z przemyślenia mi wychodzi, że po prostu dla Ciebie orientacja to jest kwestia bardziej tożsamości niż cech psycho-seksualnych i tu różnimy się w poglądach. Tu jest ta różnica! Bo jeżeli założymy, że jest to np. cecha biologiczna, no to po prostu taką się ma, jaką się biologicznie ma (osoba leworęczna nie będzie praworęczna, choćby bardzo chciała). A jak założymy, że orientacja kształtuje się inaczej to ok, wtedy rzeczywiście człowiek może decydować jaką ma tożsamość w aspekcie orientacji.

    OdpowiedzUsuń
  33. "Ma się, tylko temat zostawia się w zawieszeniu. Takie prawo, ja je szanuje. Ale uważam, że to nieprawda, że orientacja w takiej sytuacji nie jest określona."

    No więc widzisz, jak to jest. Temat w zawieszeniu, krótka piłka. Bo przecież TAK NAPRAWDĘ mam orientację, tylko sobie wymyślam, czyż nie? Co tam samoświadomość, co tam moje deklaracje, co tam to wszystko, co za nimi stoi, mam i już, tylko jeszcze o tym nie wiem:) Ech, etykietki...

    Tak, jeżeli przyjmiemy, że orientacja jest cechą biologiczną, to ją masz, czy chcesz, czy nie. Chyba, że założymy, że nie jest biologiczną, wtedy jest tak jak piszesz. Dlatego ja pisałam o badaniach. Że my wciąż nie wiemy jak się ta orientacja kształtuje i stąd też te poszukiwania definicji.

    OdpowiedzUsuń
  34. wydaje mi się, że jeśli w mainstreamie funkcjonują głównie trzy etykietki homo, hetero, bi, to trudno jest się w nie wtłoczyć z tą masą opcji jaką nasza natura dysponuje - nie tylko w definiowaniu siebie wobec innych, ale także w definiowaniu samego siebie. należy pamiętać tu nie tylko, że orientacja rozciąga się od bieguna hetero do homo, ale też od seksualności do aseksualności, że czasem orientacja romantyczna jest odmienna od tej seksualnej, o osobach trans oraz rozmaitych wyjątkach - dlatego te etykietki to uproszczenie. dla niektórych (jak Jules)jest ok - miała romans z facetem, ale to był epizod i nadal określa się jako lesbijka. ale czasem, żeby mieć poczucie, że naprawdę wyraziło się siebie, trzeba opisowo. Dlatego zarówno "Jestem lesbijką" jak i "nie, nie jestem heteroseksualna. Nie jestem też biseksualna ani homoseksualna. Nie jestem panseksualna, aseksualna, jakakolwiek. Tak, żyję z kobietą" są ok. i moim zdaniem rozmycie się nie jest zostawieniem tematu w zawieszeniu, wręcz przeciwnie. stwierdzenie, że nie jestem żadna, nie daje odbiorcy wiedzy, i dlatego to tak wszystkich irytuje, ale już stwierdzenie "nie jestem żadna, bo..." daje szczegółową wiedzę.

    i nigdy przenigdy się nie zgodzę, że osoby rozmyte mają lepiej niż zdeklarowane bi, ja jestem ze wszech miar rozmyta niedookreślona i wszystko bym oddała za jakąś wygodną szufladkę, w której czułabym się do końca dobrze, nawet gdyby nie była 100% prawdziwa (tak jak Jules czuje się dobrze z etykietką les, mimo wspomnianego epizodu).

    sami wpadliśmy w pułapkę tych wszystkich etykietek, zapominając, że najważniejsze jest to, co się dzieje między ludźmi. że jeden człowiek kocha drugiego, czy jedynie szuka seksu za obopólną zgodą, co jest też ludzkie. w ogóle za bardzo wpadliśmy w pułapkę płci jako takiej, stąd problemy homo- bi- hetero- i transfobiczne, antyfeministyczne i etykietkowe.

    Ludzie, jesteśmy do cholery ludźmi!

    OdpowiedzUsuń
  35. moze w ogole nalezaloby odejsc od okreslen typu- gej, lesbijka tylko przedtawiac sie np tak- czesc, jestem anka, jestem 4 na skali Kinseya;)))
    ale z tego co wyzej powiedziane- nalezaloby stworzyc dwie skale- jedna stopniujaca pociag seksualny a druga stopniujaca pociag romantyczny- czyli wtedy np mozna byloby byc 0 na skali seksualnej i 6 na skali romantycznej i trudno o wyciagniecie sredniej z tych dwoch roznych aspektow:)

    OdpowiedzUsuń
  36. @shadow

    Przepraszam, ale to niedorzeczność.

    Czym ma być skala romantyczna? Pociągiem do "osobowości"? Akurat cechy psychiczne korelują, ten tego, z płcią (sex) znacznie słabiej niż trzeciorzędowe cechy płciowe, które jako źródło pobudzenia seksualnego, są istotne w definiowaniu orientacji.

    A może pociągiem do genderu?

    OdpowiedzUsuń
  37. powiem Ci szczerze, ze moje bycie lesbijka jest chyba bardziej pociagiem do genderu kobiecego cis kobiet niz do trzeciorzedowych cech plciowych- cipka sama w sobie i wyrwana z kontekstu;) jakos specjalnie mnie nie kreci i dlatego butch choc cipki i cycki maja w ogole mnie nie podniecaja

    a odnioslam sie do wypowiedzi powyzej, ze czasem orientacja romantyczna jest odmienna od seksualnej- choc czesto jednak pociag romantyczno- seksualny jest spojny

    OdpowiedzUsuń
  38. Shoadow: Ja się tam przedstawiam witam Małgorzata i już nie dodaję jakiej orientacji;)
    A Ewa ślub wzięła z osobą, która jako lesbijka się określa, więc nie widzę tutaj sprzeczności;)

    OdpowiedzUsuń
  39. jest moda, że wszystko ma być równe, czarne już nie ejst czarne, gej nie ejst już gej, poprawność polityczna, dom wariatów

    OdpowiedzUsuń
  40. zeby sie zgadzalo to powinno byc- slub lesbijki z osoba o rozmytej tozsamosci;)))
    i oczywiscie mowilam o sytuacji w ktorej przedstawiajac sie chcemy akurat dokonac comingoutu a nie o sytuacji zwyklego przedstawiania sie;)

    OdpowiedzUsuń
  41. Problem z akceptacją biseksualności zasadza się na tym, że chcąc nie chcąc porusza on dużo głębiej chowaną pod dywam kwestię niemonogamiczności.

    Dlatego osoby biseksualne są obiektem kpin ze strony ludzi homo. Biseksualność nie jest etykietką, no ok, można to tak określić ale pod warunkiem, że określimy też homoseksualność jako etykietkę, a do tego przecież organizacje LGB(???)T na pewno by nie dopuściły.

    No ale w naszym biseksualnym ogródku też znajdą się kamyczki - dlaczego nie dość się ze swoją biseksualnością obnosimy?
    I do naszego niemonogamistycznego też - dlaczego nie dość obnosimy się ze swoją niemonogamicznością?

    No cóż, wszystkim należy się porówno ;-)


    Mimo wszystko gdy odbieram objawy dyskryminacji biseksualności chociażby w postaci ironicznych komentarzy czy usmieszków, to nieuchronnie kojarzy mi się to z chrześcijańskim systemem wartości opartym na monogamii, a może raczej seryjnej monogamii mężczyzn i strzeżonej monogamii kobiet. Po prostu, totalna supremacja.

    A lekcja z tego jest taka, że nie da się oddzielać debaty o seksualności od debaty o zwyczajach seksualnych i życiu seksualnym. Niestety mainstream LG jeszcze długo tego nie przełknie. Mdli mnie jak mogą godzinami gadać w telewizji o swojej tożsamości, miłości, pie***nych kanarkach i rybkach, a nie mówią o tym, jak regulowane jest życie seksualne, jakimi obwarowane jest tabu, w jakich przestrzeniach jest skupione i w ogóle że seks jest generalnie do kitu :P

    OdpowiedzUsuń
  42. @gadugadanie
    Występy w mediach = polityka. Tak że oczywiście, że, mając konkretny cel, jakim są związki, nie będę się rozwodzić nad tożsamościami, etykietami itd. itp. Do ludzi, których chcemy czymś zainteresować czy ich do czegoś przekonać, trzeba mówić ich językiem, a nie bawić się w używającą dziwnych słów i skrótów gadającą głowę, bo ani ich to nie obchodzi (bo niby czemu by miało?), ani nie odnajdą w tym nic swojego. Sama kiedyś napisałaś, że scena, w której wieszamy z Gosią pranie na balkonie jest warta więcej niż wszelkie wywody mądrych głów. I w tym się z Tobą zgadzam.

    Co do orientacji, to z seksuologicznych wywodów bardziej przemawiają do mnie jednak te stawiające na znacznie większą płynność, niż by się to mogło wydawać. Jednak przede wszystkim ważna jest dla mnie kultura i reguły, które wokół poszczególnych etykietek narastają i, zamiast wyzwalać i dawać pewność, narzucają kompletnie idiotyczne ograniczenia. Spójrz, ile jest wątków na KK spod znaku "kim jestem", "czy wyglądam lesbijsko", "dlaczego nie mam radaru" itd., itp. Zobacz, co się dzieje, gdy nagle ktoś nadaje sobie jakąś etykietkę, do której jest, zdaniem innych, nieuprawniony. Pomyśl, co to wszystko komunikuje osobie, która zastanawia się nad swoją tożsamością - że jeżeli nie spełnia jakichś reguł, to jest z nią coś nie tak, że aby wejść do grona lesbijek, musi być jakaś. A jaka? Tu już ma sprzeczne informacje. Zobacz, jak etykietki potrafią antagonizować ludzi - ty nie jesteś prawdziwą lesbijką, bo na taką nie wyglądasz, nie lubię branży, bo czuję, że kompletnie do niej nie pasuję, lesby to agresywne babochłopy, a ja jestem normalna, to wina tych paradowych odmieńców, że ludzie nas tak postrzegają itd. Popatrz, co się dzieje pod tekstem Kurca "Obowiązki pedalskie" na IS.

    Tu według mnie tkwi główny problem z nieheteroseksualnością, a nie w błędnym samookreśleniu. W tym, że ponoć owe lesby, pedały, biseksy mają być jakieś, a nie jakiekolwiek bądź (jak im wygodnie, tak będzie dobrze). I to jest komunikat, który płynie i z heteromainstreamu, i z homoniszy.

    Nieokreślanie (a konkretnie określanie jedynie w celach politycznych) jest w tej sytuacji strategią pozwalającą na tworzenie tożsamości pozytywnych, niewykluczających, nieopartych na byciu "od - do". Oczywiście, że niedoskonałą (bo nie zawsze się da ją skutecznie stosować), ale też wolną od przymusu, nadbudowanego, już chyba na dobre, przez wszelkie etykietki.

    OdpowiedzUsuń
  43. Ja tylko tak krótko i szybko.
    Za to Cię akurat bardzo lubię. Że konsekwentnie i z uporem podkreślasz, że samodecydowanie jest najważniejsze. Reszta reprodukuje systemy wiedzy/władzy. I tyle.

    OdpowiedzUsuń
  44. "Reszta reprodukuje systemy wiedzy/władzy."

    To akurat trochę bezkrytyczne/dogmatyczne podejście.

    Gdyby likwidacja sensownego języka była jedynym sposobem na "ucięcie" dyskryminacji, to naprawdę współczuje mniejszością rasowym, bo o ile można sobie wmówić, że coś na tyle ukrytego i ulotnego jak orientacja/pociąg/emocje powinno się zostawić "samodecydowaniu", to raczej nikt nie zaproponuje Arabom czy Afroamerykanom, żeby sami decydowali wedle własnego "poczucia" o swojej przynależności etnicznej.

    Tymczasem bez takich absurdalnych założeń ruchy emancypacji wyżej wymienionych sobie radzą.. Queerowy dogmat, że trzeba skończyć w wiedzą/władzą, etkietkami i bla bla bla, bo inaczej ktoś zawsze będzie wykluczony zawiera wiele milczących założeń, które oprócz tego, iż prawdopodobnie czynią go zwyczajnie nieprawdziwym (samodeklaracja jako w rzeczywistości nie deklarowanie niczego znaczącego - tylko czemu nie mówimy o tym wprost: wolimy milczeć o naszej seksualności/bełkotać coś w niezrozumiałym quasi-języku pozbawionym społecznie stabilizowanych znaczeń), dodatkowo, dodatkowo właśnie robią rzecz bardzo brzydką - czynią te sfery nieznaczącymi. Nie twierdzę, iż posiadam (lub ktokolwiek posiada) cudowne lekarstwo na te problemy, ale jak dla mnie queerowani nim na pewno nie jest.

    OdpowiedzUsuń
  45. Ponieważ stanowisko to na pierwszy rzut oka może być niezrozumiałe, to jeszcze doprecyzuję: metafora (czy może określenie) języka jako gry (a więc ujęcie Wittgensteina w późniejszym jego okresie) zauważa, że język, by mógł służyć ekspresji jakichkolwiek istotnych treści (lub lepiej - mediacji), musi opierać się na pewnych wspólnych dla użytkowników regułach (zasadach gry).

    Zresztą, Ewo, sama dobrze o tym wiesz, skoro w kontekście gry jaką jest język polityczny w pełni to akceptujesz :) To co dla mnie zastanawiające, to, że nie bierzesz pod uwagę, iż strategia queerowa może zawodzić tak samo, choć pewnei w znacznie bardziej subtelny sposób, queerowanie zniszczy/uniemożliwi porozumienie się ludzi gdy będą chcieli się komunikować co do własnych tożsamości na innych gruntach.

    To z kolei prowadzi nas do kolejnego milczącego założenia - skoro etykietki nie funkcjonują idealnie, to znaczy, że i język nie funkcjonuje idealnie, nie jest w stanie objąć pełnego zróżnicowania, zamiast tego jest źródłem i bodźcem do stosowania siły (przemocy symbolicznej) mającej na celu dostosowanie świata do języka.

    Wątpię by była to jedyna droga, zaś ucieczką od niej, abdykacja języka tożsamości/seksualności w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
  46. @bejbe
    naprawde osoby bi sa obiektem kpin z kazdej strony? w ogole nie moge tego pojac- pamietam moje zdziwienie gdy na pierwszym spotkaniu z naprawde piekna i seksowna kobieta zapytala mnie powaznym glosem czy nie przeszkadza mi, ze miala meza???? oniemialam
    mogloby mi przeszkadzac gdyby byla malo inteligentna, malo komunikatywna, malo seksowna ale na jakiej zasadzie mialaby mi przeszkadzac jej biseksualnosc???
    pewnych rzeczy chyba nigdy nie pojme

    OdpowiedzUsuń
  47. @ Sylwek

    "wolimy milczeć o naszej seksualności/bełkotać coś w niezrozumiałym quasi-języku pozbawionym społecznie stabilizowanych znaczeń)"

    ale przecież nie milczymy i nie bełkoczemy, tzn. to, za czym się opowiada Ewa, a także i ja, jest chyba złożone z dosyć rozpoznawalnych klocków? co najwyżej zmieniają się ustawienia.
    (oczywiście nie cierpię słowa queer w języku polskim, ono u nas nic nie znaczy, i nie o takim języku mówię).

    @shadow
    pacz komcie:
    http://www.innastrona.pl/magazyn/bequeer/wykluczenie-niejedno-ma-imie-bifobia.phtml

    OdpowiedzUsuń
  48. NIe traktuj słowa "bełkot" jako szyderstwa. Po prostu słowa "gej" i "lesbijka" rozmyte queerowym zabiegiem nic tak naprawdę nie znaczą.

    OdpowiedzUsuń
  49. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  50. "Mimo wszystko gdy odbieram objawy dyskryminacji biseksualności chociażby w postaci ironicznych komentarzy czy usmieszków, to nieuchronnie kojarzy mi się to z chrześcijańskim systemem wartości opartym na monogamii, a może raczej seryjnej monogamii mężczyzn i strzeżonej monogamii kobiet."

    No tak, ale mnie np. drażni to, że ktoś mi przypisuje poligamiczność z racji biseksualizmu, bo dla mnie akurat do mnie pasuje to jak pięść do nosa. Dla mnie akurat ważne jest to, żeby tych spraw nie mieszać, bo jestem bardzo przywiązana do monogamii, mam za sobą wyłącznie długie, monogamiczne związki, nigdy też nikogo nie zdradziłam i nie zamierzam. Bardzo się z tego powodu lubię i jak ktoś sugeruje coś innego to się denerwuję.

    OdpowiedzUsuń
  51. Zgadzam się Ewo z tym, co piszesz. Zawsze zresztą podobała mi się ta otwartość w podejściu do różnych spraw. Oczywiście etykiety szkodzą.

    Mnie jednak nie o etykiety chodzi tylko o identyfikację własnych potrzeb, rozpoznanie ich i oparcie na tych dobrze rozpoznanych potrzebach własnego ja.

    Moim zdaniem problem z błędnym samookreśleniem się istnieje. Właśnie z tego powodu wiele osób homoseksualnych długo tkwi w iluzji swojej heteroseksualności męcząc się bardzo. Właśnie dlatego wiele heteryczek pakuje się z lesbisjkie związki fundując drugiej stronie niezłe piekło a biseksom fatalną opinię. I właśnie dlatego wiele biseksów usiłuje na siłę gdzieś się zmieścić w hetero albo homoseksualność. A z niedookreśleniem nie każdy dobrze się czuję.

    Poza tym, tak jak napisałam. Jeżeli orientacja seksualna jest cechą biologiczną, to każdy jakąś ma i już. Tak jak jedni ludzie są praworęczni, inni leworęczni, a jeszcze inni oburęczni. Jak źle to rozpoznają to nigdy nie nauczą się dobrze pisać.

    OdpowiedzUsuń
  52. Poza tym będę się upierać, że osoba nieokreślająca się też ma etykietę.

    OdpowiedzUsuń
  53. @Sylwek
    Proszę, ogarnij się. Tu nie Fronda i przykłady frondowe (najpierw magik "leczący" z homoseksualizmu, teraz mniejszości rasowe) naprawdę pasują do tej dyskusji jak pięść do nosa:)

    Ja nie piszę: zrezygnujmy z etykietek, niech nie będzie już gejów, lesbijek, biseksów, transów, ja piszę: patrzmy uważnie, co się pod nimi kryje. I nie wpadajmy w pułapkę zbytniego zaufania do tego, co komunikują, nie przywiązujmy się do nich aż tak strasznie, bądźmy, do cholery, choć trochę krytyczni. Bo to my je stworzyliśmy i są niedoskonałe (w tym się zresztą zgadzamy). Tak jak i niedoskonała jest strategia queer, bo nie potrafi sobie poradzić w momencie, gdy debatę trzeba oprzeć o jasno zarysowaną grupę. Wiem o tym, piszę o tym (w komentarzach powyżej też). Ale: mnie osobiście rozmyta tożsamość odpowiada. To nie znaczy, że innym musi odpowiadać, naprawdę, nikogo nie nawracam.

    @VN
    Też nie lubię słowa queer. To, co myśmy z nim w Polsce zrobili, to modelowy wręcz przykład spieprzenia bardzo znaczącego i użytecznego słowa.

    @gadudadanie
    Troszkę wpadasz w pułapkę jasnego definiowania tożsamości. Zobacz - bejbe również pisze z pozycji osoby biseksualnej, a jednak jej punkt widzenia jest dla Ciebie nieakceptowalny. Podczas gdy dla niej jest bardzo ważny, ba, wręcz kluczowy i chce, by był obecny w debacie na ten temat. Nie, nie sugeruję, że osoby biseksualne (heteroseksualne, homoseksualne...) są z założenia niemonogamiczne. Ale zobacz, mamy tę samą etykietkę i dwa różne spojrzenia. Które jest prawdziwe?

    I dalej - piszesz o heteryczkach wchodzących w lesbijskie związki. Tymczasem, zgodnie z definicją biseksualności, która pojawiła się w komentarzach pod tekstem "Eks-gej z Wyoming", to nie są heteryczki. To są biseksualistki. Ja akurat nie upieram się, że tak jest. No ale sama napisałaś, że biseksualność jest pojęciem obejmującym bardzo różne tożsamości, dlaczego więc tej akurat ma nie objąć?

    A co do nieokreślania się - dla mnie słowo "etykietka" ma bardzo konkretne znaczenie. Tak w skrócie, jest to zbiór reguł, które trzeba spełnić, aby takową sobie nadać lub aby ktoś Ci ją nadał. Tak że jeżeli potrafisz konkretnie zdefiniować nieokreśloność, to ja się kłócić nie będę. Lubię Gombrowiczowskie gęby i jeżeli w jakąś wpadałam w ucieczce przed innymi, to mi to zupełnie nie przeszkadza. Tylko nie wiem tak do końca, co to za gęba.

    A poza tym wszystkiego dobrego z okazji Dnia Biseksualizmu:)

    OdpowiedzUsuń
  54. Ogarniam się: na pewno istnieje grupa ludzi, którzy mają swoje powody by się nie etykietować homo-, hetero-, bi-.

    Prawdą jednak jest, że wiele osób bi- (to jest, bo to naprawdę bardzo prosta rzecz, wskazać desygnat: czujących pociąg seksualny do osób obu płci) się klasyfikuje do homo- lub hetero- z powodu bifobii właśnie. Oczywiście, mogę się mylić, ale w tym i dyskusji pod poprzednim postem widzę właśnie, gdy troska o złe skutki etykietowania przysłania ten fakt :)

    OdpowiedzUsuń
  55. BTW: o co chodzi z szamanem? Chyba się pogubiłem.

    OdpowiedzUsuń
  56. No ten kolo, za którym asystent bagaże nosił, to był guru Nicolosiego George Rekers, który swojego czasu na tyle skutecznie wyleczył pewnego dzieciaka z homoseksualizmu (potencjalnego, bo mały miał wtedy 5 lat), że ów, gdy dorósł, popełnił samobójstwo. (słynny "The Sissy Boy Experiment")

    Co do osób bi - spójrz wyżej:) Oto mamy heteryczkę w lesbijskim związku, a nie osobę bi. Tak że, jak przyjmiesz tę definicję, to, tak, masz rację, ileś tam osób bi tak się klasyfikuje i ileś tam robi to z powodu bifobii. No ale, jak widać, również osoby bi wcale nie są tak do końca prawdziwości owej definicji pewne. Bo np. są takie bi-nie-bi, które tym prawdziwym bi złą opinię robią. I nie piszę tego ironicznie, po prostu pokazuję kolejny przejaw kłopotów z tą konkretną etykietką.

    OdpowiedzUsuń
  57. Troszkę wpadasz w pułapkę jasnego definiowania tożsamości. Zobacz - bejbe również pisze z pozycji osoby biseksualnej, a jednak jej punkt widzenia jest dla Ciebie nieakceptowalny. Podczas gdy dla niej jest bardzo ważny, ba, wręcz kluczowy i chce, by był obecny w debacie na ten temat. Nie, nie sugeruję, że osoby biseksualne (heteroseksualne, homoseksualne...) są z założenia niemonogamiczne. Ale zobacz, mamy tę samą etykietkę i dwa różne spojrzenia. Które jest prawdziwe?


    Moim zdaniem poligamia i biseksualność to zupełnie inne sprawy, bo jedno jest orientacją, a drugie preferencją. Dla mnie to jasne. Ja wiązanie poligamii z biseksualizmem traktuje homofobicznie, tak samo jak przypisywanie homoseksualistom rozwiązłości. Moim zdaniem jasne definiowanie tożsamości nie jest pułapką. Moim zdaniem pułapka jest właśnie próba rozmywania. Za chwile możemy bowiem dojść do wniosku, że w ogóle nie istnieje orientacja seksualna i wszystko jest kwestią wyboru. Moim zdaniem nie jest, choć oczywiście każdy może uważać inaczej.

    A co do heteryczek w homozwiązkach, to znowu wracamy do tematu skąd się bierze orientacja seksualna. Moim zdaniem po prostu jest coś takiego, co sprawia, że jest różnica pomiędzy kobietami, które czują pociąg do kobiet, a takimi, które nie czują, ale chcą sprawdzić, jak to jest, a po sprawdzeniu nadal nie czują. Pierwsze są biseksualne, drugie moim zdaniem nie.

    No można tak bez końca. Po prostu zaczyna mi wychodzić, że ja jestem jednak bliżej teorii biologicznej (choć pewnie w połączeniu z innymi czynnikami), a Ty za tym, że każdy może w pewnym sensie wybrać orientację seksualną.

    OdpowiedzUsuń
  58. Wyjaśniając jeszcze kwestię tego właściwego identyfikowania orientacji. Ja oczywiście nie chciałabym być źle zrozumiana. Moim zdaniem nikt nic nie musi jak nie chce. Ale ponieważ moim zdaniem jest coś takiego jak głęboko w nas osadzona predyspozycja do wiązania się z tą lub inną płcią to właśnie z błędnej identyfikacji wynikają w większości te przypadki cudownych uleczeń z homoseksualności. I z tego wynikają też te silne depresje u osób homoseksualnych, które definiują się heteroseksualnie i czasami ich homofobia. Ja jestem przekonana że jest taka część ludzi, która ma realne predyspozycje do tworzenia związków tej samej płci i taka, która ich nie ma, ale z różnych powodów je tworzy i kończy się to różnie.

    OdpowiedzUsuń
  59. Hm, no wiesz, skoro nie czują pociągu, to po co próbują? A może jednak trochę czują, jednak nie na tyle, by się z kobietą związać? A może po prostu brakuje im odwagi, by zrobić kolejny krok? Póki istnieje homofobia, nie dowiemy się tego. Ale jak dla mnie to zbytnie uproszczenie. Popatrz: Jules z "The Kids..." nie może się określać jako lesbijka, choć sytuacja jest w sumie podobna - oto spróbowała z mężczyzną (i narobiła mu nadziei), i to bez żadnych szerszych planów, co ewidentnie widać, gdy Paul zaczyna mieć nadzieję na więcej, a ona mu mówi, żeby spadał na drzewo. Czemu więc Jules ma być bi (i robić złą prasę wszystkim bi), a owa anonimowa heteryczka ma pozostać heteryczką?

    Nie, nie uważam, że orientację można sobie wybrać. Uważam za to, że można być przez pół życia przekonaną, że ma się taką a nie inną (i czuć się z tym dobrze), a potem nagle związać się z kimś na przekór owym wieloletnim przekonaniom. I teraz są dwie interpretacje: Twoja to niewłaściwe określenie. Moja: orientacja jest płynna. Jak weźmiemy Twoją, to owa osoba straciła pół życia, w trakcie którego nie miała okazji poznać siebie od tej strony i być może zupełnie inaczej ułożyć sobie życia. Jak weźmiemy moją, to nie ma żadnych zmarnowanych lat, bo, jeśli było dobrze, to nie ma co zaprzeczać, że tak było i można po prostu zamknąć ten rozdział i iść dalej.

    Oczywiście wyłączam z tego sytuacje, w których ktoś tkwi przez lata w związku z powodu presji społecznej.

    Uważam też, że o ile nie mamy szczególnego wpływu na to, kto nas pociąga, to mamy ogromny wpływ na to, jak to nazwiemy i jak to wpłynie na nasze życie. I na ile zinterioryzujemy otoczkę stereotypów narosłą wokół tych wszystkich tożsamości, a na ile zbudujemy coś własnego, nie zważając na to, że ponoć nam nie wolno.

    OdpowiedzUsuń
  60. Ooo, ale dyskusja! Nie będę powtarzać tego co inni, bo nic nowego nie wniosę, ale odniosę się do dwóch komentarzy chyba przez litość pominiętych.

    Pierwszy był o ślubie w samolocie i o tym, że jeżeli Ewa jest tzw. polityczną lesbijką to ten ślub to ściema. Ja wiem że już trochę czasu minęło i niektórzy mogą nie pamiętać, ale to nie był konkurs dla lesbijek i gejów, a konkurs dla par. I to obojętnie czy różnopłciowych czy jednopłciowych. Gosia i Ewa z tego co widzę parą były i przed ślubemi, i są po więc żadnej ściemy tu nie widzę. A że wzięły udział w konkursie po to żeby nagłośnić nasze sprawy o tym mówiły nie raz. Więc się koleżanko po prostu bez sensu czepiasz.

    Ale to i tak nic przy komentarzu tej samej autorki w którym pisze, że jej bycie lesbijką to pociąg do kobiecego genderu, żeby w tym samym zdaniu dodać że wyklucza z tego transki, a chwilę potem napisać, że dla niej gender to wygląd i pominąć, że to to też takie "drobiazgi" jak role płciowe, zachowania i aktywności. Strasznie to śmieszne, gdy się weźmie pod uwagę że grupą która w największej części reprodukuje ten "gender" to transseksualistki m/k, więc to one powinny autorkę najbardziej pociągać. A wystarczyło po prostu napisać, że kręcą ją genetyczne babki w kieckach i z długimi herami. Ale nie, niektóre to muszą sobie całą ideologię do swojego gustu dorabiać:)

    OdpowiedzUsuń
  61. pytanie czy orientacja seksualna jest pociagiem do ciala i okreslonych narzadow czy bardziej do genderu czy jest wypadkowa obu aspektow jest bardzo ciekawe
    sa np. mezczyzni geje, dla ktorych penis partnera jest najwazniejszy i wlasnie do tego sprowadza sie ich orientacja- widza nagiego mezczyzne, podnieca ich jego penis, cialo- uwazaja, ze sa gejami choc wcale nie zakochuja sie w mezczyznach i nie tworza z nimi zwiazkow); wtedy na randce z k/m gdy dowiaduja sie, ze penisa kolega nie ma- natychmiast traca zainteresowanie
    jak pisalam, dla mnie fakt, ze ktos biologicznie jest kobieta a posiada meski gender( zachowanie, ekspresja, rola, etc) powoduje, ze pozadanie sie nie pojawia- z tego wnioskuje, ze trzeciorzedowe cechy plciowe sa dla mnie drugorzedne( nie znaczy, ze kompletnie bez znaczenia) a pierwszoplanowy jest gender
    nie wykluczam, ze kobieta m/k posiadajaca kobiecy gender nie jest w stanie mnie pociagac, po prostu jak dotad mi sie to nie przytrafilo

    OdpowiedzUsuń
  62. No nie do końca o to mi chodziło, ale już nie będę wyjaśniać, bo tak można bez końca. Może być temat na jakiegoś browca kiedyś :)

    OdpowiedzUsuń
  63. Nooo nie, jak kojarzenie biseksualności z poligamią jest "homofobiczne", to jak nazwać wpychanie wszystkich w jeden schemat pod garniturkiem grzecznych i normatywnych lesbijek i gejów?

    No ale spoko, ja akurat nie roszczę sobie prawa do definicji słowa "homofobia", mogę je w gruncie rzeczy lekko oddać na przeciwne pole ;-)

    OdpowiedzUsuń
  64. No jest homofobiczne, moim zdaniem. Gdyby ktoś powiedział, że lesbijki i geje są z natury rozwiąźli i nie tworzą stałych związków, to byśmy w większości powiedzieli, że to homofobiczne, prawda? No to tak samo jest z biseksami. Jasne, że są osoby, które nie hołdują monogamii, ale akurat biseksy nie są tu jakąś grupą przodującą. Znam na oko kilkadziesiąt biseksualnych osób, z czego może dwie nie są w stałym monogamicznym związku.

    OdpowiedzUsuń
  65. Mnie się zdaje, że zupełnie czym innym jest potrzeba tworzenia związku takiego czy innego, a czym innym orientacja seksualna. Każdy z nas jest inny. Przypisywanie stereotypowo pewnych cech orientacji seksualnej jest fobiczne.

    OdpowiedzUsuń
  66. jestem lesbijką, kiedyś myślałam jak bajm ze kobiety biseksualne się nie moga zdecydowac
    poznalam kobietę, która teraz śpi koło mnie kiedy to pisze, jest biseksualna, szczera, madra, dojrzała, piękna juz wiem ze biseksualizm nie oznacza trojkotow, zdrady itd.

    baim usprawiedliwia swoje zdrady biseksualizmem jak wiele biseksualistek

    sory, po imprezie jestem, wiec moze nieskaldnie, ale wiem, co pisze

    biseksualizm nie rowna sie poligamia, jabym uwierzyla w taka bzdure to bym nie znalazla mojej kochanej

    OdpowiedzUsuń
  67. @Ewa, a nie zauważasz, że prawo zdefiniowania swojej orientacji jako nieokreślonej ( a może lepiej prawo do nieokreslania orientacji?) to coś innego niż rozmyte definicje orientacji. I że próba rozmycia definicji jest równoznaczna z pozbawieniem osób o określonej orientacji języka, którym mogą się opisać i mówić o sobie, czyli faktycznie kop w niebyt.

    "Jak weźmiemy Twoją, to owa osoba straciła pół życia, w trakcie którego nie miała okazji poznać siebie od tej strony i być może zupełnie inaczej ułożyć sobie życia. Jak weźmiemy moją, to nie ma żadnych zmarnowanych lat, bo, jeśli było dobrze, to nie ma co zaprzeczać, że tak było i można po prostu zamknąć ten rozdział i iść dalej."

    Skąd wogóle pomysł, że brak pełnej wiedzy na temat siebie ma być utożsamiany ze zmarnowanym kawałkiem życia. Kto, poza właścicielką danego życia ma prawo oceniać życie jako zmarowane? I czy naprawdę uważasz, że ktoś oceni szczęśliwy okres swojego życie jako zmarnowany, bo nagle odkrył, że pasuje do niego inna etyietka. A co w sytuacji, gdy dana osoba uświadamia sobie, dlaczego przez kupę czasu żyła w piekle, a etykietki to tylko sposób opisu tego co zaszlo. I co gdy wciąż nie ocenia nieszczęsliwego okresu życia jako zmarnowanego?

    PS. Według mnie "nieheteroseksualnośc" to koszmarek językowy, ktory neguje równożędność orientacji.

    OdpowiedzUsuń
  68. Ależ uważam, że definiowanie swojej orientacji jako nieokreślonej i rozmycie definicji orientacji to coś innego. Tylko że owo rozmycie jest czymś faktycznie istniejącym, skoro ileś tam osób identyfikujących się jako lesbijki definicji nie spełnia, a ileś tam osób ją spełniających wcale się tak nie identyfikuje. I właśnie o te osoby pytam - co z nimi? Mają prawo, nie mają prawa, szkodzi to komuś, nie szkodzi?

    Co do drugiej części komentarza - zwróć uwagę na kontekst. Piszę o kimś, kto ocenia ów okres życia jako dobry. Po prostu. I zastanawiam się, czy ów brak wiedzy rzeczywiście jest brakiem wiedzy. Gdyby trzymać się uparcie etykietek - tak, no bo przecież ta osoba tak naprawdę nie była heteroseksualna. Tylko czy aby na pewno? Gdyby nie spotkała tej hipotetycznej drugiej osoby, która jej to uświadomiła, nadal by się za taką uważała (a może po prostu taka by była?). O to mi chodzi - że nie zawsze i wszędzie ową etykietkę można tak po prostu przyczepić. A co dopiero nadawać jej nie wiadomo jakie znaczenie.

    Co do określenia "nieheteroseksualność" - dla mnie obejmuje ono po prostu więcej niż homoseksualność i biseksualność.

    OdpowiedzUsuń
  69. A ja mam pytanie: czy Chasity Bono była lesbijką? Wbrew pozorom nieoczywiste.

    OdpowiedzUsuń
  70. swietne pytanie- z punktu widzenia jego dziesiejszej swiadomosci- pewnie uwaza, ze nigdy nie byl lesbijka ale ja pamietam jeszcze jej coming out wiele lat temu- wtedy pewnie miala przekonanie, ze jest lesbijka i to patrzac na zdjecia wcale nie taka butch
    za jakis czas moze sie okazac, ze jednak woli facetow- i wtedy bedzie twierdzic, ze jest gejem
    a na koncu zaakceptuje swoja wyparta w mroki podswiadomosci kobiecosc, znow dokona operacji i bedzie klonem Cher- czyz to nie bylby wspanialy przyklad rozmytej tozsamosci( a moze wielorakiej osobowosci)

    OdpowiedzUsuń
  71. @shadow Szczerze? Biorąc pod uwagę ile cierpień fizycznych i psychicznych by wycierpiała na takiej drodze, znaczyłoby to, że miała jakieś głębokie zaburzenia typu dysmorfofobii, zaś jej "rozmyta tożsamość" nie byłaby niczym innym jak rodzajem choroby.

    Jeśli (hipotetyczne) psychologiczne patologie serwowane mają być jako dowody na nieskończoną płynność seksualności...

    OdpowiedzUsuń
  72. dlaczego uwazasz, ze to psychiczna patologia?;)
    czytalam jakis tekst chyba Wiktora Dynarskiego o tym, ze kiedys identyfikowal sie jako biseksualna dziewczyna, potem coraz mniej jako dziewczyna, potem zdecydowanie jak facet, potem jak facet ale juz w 100% gej a potem jako przegiety gej, ktory w lozku zachowuje sie czasami jak
    lesbijka.
    a czy kolejnym krokiem w odkrywaniu plynnosci swojej tozsamosci nie moze byc czucie sie facetem czujacym sie kobieta a potem po prostu kobieta zgodnie z plcia biologiczna?;)

    OdpowiedzUsuń
  73. Nie życzę Chazowi dalszych perypetii. Odczucia, jakie komuś towarzyszą na różnych etapach życia, i to, co z tym robi (realizuje pragnienia albo nie, uważa je za fundamentalnie ważne, albo spycha je na trzeci plan, etc.), to jedno, a drugie - co Shadow napisała. Że dla iluś osób, w tym przykładzie: dziewczyn, kiedyś tam, być może na etapie odkrycia swoich własnych nieheteronormatywnych preferencji, Chasity była "medialną" lesbijką, punktem odniesienia przedinternetowego "nie jestem jedyna". Z całym szacunkiem dla na przykład Rudej!

    Figgi

    OdpowiedzUsuń
  74. @Anonimowy
    Tak gwoli ścisłości:
    orientacja psychoseksualna i tożsamość płciowa to jednak dwie różne rzeczy. W kontekście tego wpisu lepiej by było zapytać, czy Kelly McGillis czy Jóhanna Sigurðardóttir były heteroseksualne, a teraz są lesbijkami, czy też zawsze były biseksualne, w związku z czym nie powinny się były uważać za heteroseksualne, a teraz nie powinny się określać jako lesbijki.

    Pytanie o Chaza przenosi dyskusję w zupełnie inne miejsce i nie potrafię na nie odpowiedzieć. Nie wiem, na ile pewny był swojej identyfikacji płciowej w czasach, gdy przez otoczenie był określany jako lesbijkę (lub sam się tak określał), a to chyba w tym przypadku kluczowe.

    OdpowiedzUsuń
  75. @shadow - ponieważ (hipotetyczna) droga jaką opisałaś nie ma nic wspólnego z korekcją płci (nawiasem mówiąc - czy sam transseksualizm nie jest schorzeniem? - schorzeniem ciała nie pasującego do osobowości?), tylko jakimś niekończącym się zmienianiem własnego ciała. Dla mnie nie różni się to za bardzo od osób poddających się niekończącym się operacjom plastycznym.

    "czytalam jakis tekst chyba Wiktora Dynarskiego o tym, ze kiedys identyfikowal sie jako biseksualna dziewczyna, potem coraz mniej jako dziewczyna, potem zdecydowanie jak facet, potem jak facet ale juz w 100% gej a potem jako przegiety gej, ktory w lozku zachowuje sie czasami jak
    lesbijka."

    czy przy okazji wydał kupę kasy na operacje i połkną niebotyczną ilość prochów by znieść towarzyszący im ból? Jeśli nie, to sobie może się sam odbierać jak chce - ale do patologicznego przekształcania ciała go to nie prowadzi.

    OdpowiedzUsuń
  76. operacje zrobil i testosteron łyka ale rozmawiamy przeciez o psychice i rozmytej tozsamosci- nawet jesli by nie robil operacji to uwazasz, ze czucie sie raz lesbijka raz gejem, raz kobieta, raz mezczyzna- to ideal rozmycia do jakiego nalezaloby dazyc?:)
    a z tym bolem to tez bez przesady- miliony kobiet poddaje sie amputacji piersi z powodu raka- i jesli mozna tak powiedziec to sama operacja przysparza najmniej cierpienia w stosunku do chemio i radioterapii a moja one dodatkowo wycianane wezly chlonne- tak, ze obciecie na zyczenie piersi i zastrzyki z testosteronu to naprawde nie jest zaden hardcor
    pytanie tylko czy nalezy podejmowac takie kroki kiedy psychika jest jak sie okazuje tak plynna i rozmyta, ze wlasciwie- gej, lesbijka, bi, hetero, kobieta, mezczyza- jakie to ma znaczenie- to tylko etykietki, ktore sa be;)))

    OdpowiedzUsuń
  77. @shadow

    Nie jesteś zbyt bystra prawda? I nie bardzo wiesz jak potwornie kona się na raka?

    Bo inaczej byś tak srogo z tym rakiem nie pierdolnęła...

    OdpowiedzUsuń
  78. to chyba Ty kolego zbyt bystry nie jestes, ochlon i przeczytaj jeszcze raz to co napisalam zanim sam cos pierdolniesz

    OdpowiedzUsuń
  79. "Mają prawo, nie mają prawa"

    Prawa do czego? Określania się jak chcą czy wymagania aby inni dostosowali swoje definicje do nich. Dla Ciebie istnieje rozmycie, dla kogoś innego nie ma rozmycia, tylko niepoprawna identyfikacja, a dla jeszcze kogoś innego kilka definicji, niekoniecznie równie dobrych.
    Pytasz czy X może identyfikować się jako lesbijka, a ja się pytam, czy Y może identyfikować się jako lesbijka, ale zgodnie z definicją, która X nie obejmuje. Ma prawo, nie ma prawa, szkodzi to komuś, nie szkodzi? Mają obie prawo do swoich definicji, czy nie mają?

    „...Po prostu. I zastanawiam się, czy ów brak wiedzy rzeczywiście jest brakiem wiedzy. ...” Tylko, że to wcale nie przeszkadza w podejściu gadugadania, nie jest problemem do pokonania.

    Staram się dostrzec przewagę twojego podejścia i nie potrafię. Jakoś nie sądzę, żeby hokus-pokus z definicjami sprawił, że ktoś przestanie się martwić jaki „ma być” lub decydować jacy „mają być” inni. A jeśli słowo lesbijka stanie się zbyt pojemne, to po prostu dla wielu przestanie oznaczać homoseksualną kobietę czy cyferkę w skali Kinseya, co zresztą ma już chyba miejsce, ale nie sprawi, ze te klasyfikacje poznikają.

    OdpowiedzUsuń
  80. Prawa do określania się jak chcą (i jak się czują, przecież tu nie o widzimisię chodzi). O tym cały czas piszę, o to też, mam wrażenie, chodziło w dyskusji nad moim ukochanym znienawidzonym filmem. Tak że nie chodzi o to, by coś komuś narzucać (np. by dopasowali swoje pojmowanie świata do kogoś), a - by nie szukać we wszystkich wyjściach poza definicje ataku, stygmatyzacji, oszustwa, robienia komuś wbrew itd. Bo to naprawdę nie jest takie proste.

    Seksualność ludzka to nie szkolna fizyka, można oczywiście opisywać wyłącznie przypadki idealne, tyle że będzie miało to dokładnie takie samo znaczenie jak poszukiwanie uniwersalnego układu odniesienia w fizyce - ułatwi obliczenia. Dla mnie plus mojego podejścia jest taki, że wyłącza ono przejmowanie się tym, że ktoś nie pasuje (lub za bardzo pasuje). Na żadnym hokus-pokus z definicjami mi natomiast nie zależy - a jedynie na świadomości, że opisują one siłą rzeczy wyłącznie sytuacje idealne.

    Tak na marginesie, to ostatnio Włosi odkryli cząstki poruszające się szybciej niż światło. Co, jeżeli nie uda się podważyć ich eksperymentu, będzie oznaczało obalenie teorii względności i konieczność budowania nowej fizyki. To taki mały przyczynek do tego, by się jednak do definicji aż tak bardzo nie przywiązywać, nawet tych baaardzo naukowych:)

    OdpowiedzUsuń
  81. Jako troll napiszę, że TW wymaga rewizji i bez neutrin szybszych od światła.

    OdpowiedzUsuń
  82. No wiem, w końcu to T:) Ale z neutrinami jest fajniej.

    OdpowiedzUsuń
  83. Mam wrażenie że czytałam wszystkie teksty Wiktora i w żadnym z nich nie było nic z tego o czym pisze Shadow. Więc poproszę o konkretne cytaty żebym się mogła odnieść bo jak dla mnie wygląda to na grubą, delikatnie mówiąc, nadinterpretację.

    Tekst o raku bezcenny, fakt:)

    OdpowiedzUsuń
  84. Hmm, Tobie wyłącza. Mnie się już wyłączyło dawno temu i bez tego. Chcę powiedzieć, że nie każda próba usciślenia definicji musi być próbą stygmatyzacji, nawet jeśli niektóre są. Bo problem z wojną o definicje pojawia się dopiero gdy wraz z nimi pojawia się podział na lepszych i gorszych. Chodzi mi o to, żeby w strachu przed etykietkami nie rezygnować z używania definicji, choć mogą być one niedoskonałe i robocze, bo bez języka zrozumiałego dla wszystkich stron nie ma mowy o komunikacji.

    Obawiam się, że fizyką mnie nie przesraszysz. Analogiami może prędzej. ;) W końcu kazda porządna praca z fizyki ponadszkolnej zaczyna się od definicji, które będą w niej obowiązywać. I w żaden sposób nie przeszkadza to temu, że w innej pracy/teori deinicje będą zupełnie inne.


    A trolując, to trzymam kciuki, żeby Higgsa nie znaleźli.

    OdpowiedzUsuń
  85. Nie no, teraz już zupełnie nietrollicznie: definicje w nauce nie odgrywają praktycznie żadnej roli (jedynie w matematyce, ale matematyka nie jest "nauką" w takim sensie jak fizyka).

    Nawiasem mówiąc, to może być cenny przyczynek: kryteria klasyfikacji to nie definicje - same w sobie nie muszą być sztywne i niezmienne, ale w miarę możliwości powinny być jednoznaczne.

    Inna rzecz, ze przecież nie mówimy o języku nauki (gdzie już od dawna nie używa się określeń "gej"/"lesbijka" jako przynależących do konkretnego systemu kulturowego, tylko na przykład "mężczyzna uprawiający seks z mężczyznami" - lub innych, jednoznacznych w relewantnym kontekście danego badania.

    OdpowiedzUsuń
  86. @reader
    Ja się z Tobą w sumie zgadzam i zauważ, że nie rezygnuję z owego niedoskonałego języka, przeciwnie, tam, gdzie chodzi o jasny przekaz, używam go. Oczywiście, że etykietki nie zawsze stygmatyzują i że nie każda stygmatyzacja jest z nimi związana. Zwracam uwagę na nadużycia (chciałabym napisać: ewentualne, ale niestety to słowo tu nie pasuje), które niestety się zdarzają. Nie wiem, jak często, ale żaden z przykładów użytych w tekście (i później) nie jest wymyślony. I, co ciekawe, żaden nie doczekał się też w komentarzach jednoznacznej interpretacji (no chyba że mi coś umknęło).

    Cieszę się, że fizyką Cię nie przestraszę, bo ją po prostu lubię i miło mi, że nie tylko ja:)

    @Sylwek
    Hm, zawsze mi się wydawało, że seksuologia czy psychologia też są naukami. A tam jednak te określenia się pojawiają.

    OdpowiedzUsuń
  87. Dam sobie rękę uciąć, że na tyle na ile są naukami empirycznymi i bazującymi na hipotezach i ich falsyfikacji: definicje są w rzeczywistości "definicjami", raczej luźno i doraźnie przyjmowanymi na potrzeby konkretnego badania czy rozwiazania jakiegoś problemu.

    To w ogóle bardzo interesujące, ale w ten sposób, wiesz przecież, pdlewitujemy od tematu wpisu :)

    OdpowiedzUsuń
  88. No trochę lewitujemy. Ale jeżeli rzeczywiście jest tak, jak piszesz (nie powątpiewam, po prostu wykazuję się nieznajomością tematu), to problem nie leży w "definicjach", a w ich interpretacjach. W sumie żadna nowość (jak tak parę komciów wzwyż się przemieścić);P

    OdpowiedzUsuń
  89. Ha, poszukałam i znalazłam!

    To porównajmy:

    Shadow:
    "czytalam jakis tekst chyba Wiktora Dynarskiego o tym, ze kiedys identyfikowal sie jako biseksualna dziewczyna, potem coraz mniej jako dziewczyna, potem zdecydowanie jak facet, potem jak facet ale juz w 100% gej a potem jako przegiety gej, ktory w lozku zachowuje sie czasami jak lesbijka."

    Wiktor na Homikach:
    "Kiedy przechadzam się ze swoim partnerem za rękę ulicami Warszawy widzę te spojrzenia, widzę głowy uniesione na znak wywyższania się nade mną – pedałem, gatunkiem gorszym, najlepiej do jak najszybszego zlikwidowania. Wtedy też przypominają mi się czasy przed tranzycją, kiedy jeszcze zarówno moje ciało, jak i posiadane dokumenty potwierdzały żeńskość – wtedy krótkie włosy i męski sposób ubierania się robiły ze mnie inną postać zasługującą na nienawiść – lesbę, babochłopa.
    Strach przed przemocą znam z wielu perspektyw. A przede wszystkim bycia z góry uważanym za w zasadzie każdą literę w LGBTQI, nieważne jakbym się identyfikował."

    Wiktor w "Replice"
    "Podczas diagnozy, w gabinecie psychologa pytano mnie o wiele rzeczy, w tym seksualność. Nauczony doświadczeniem wielu transchłopaków przede mną, wyliczałem byłe dziewczyny, przemilczając miłostki i wielkie miłości do mężczyzn. Jeśli się nie dało, podkreślałem wagę męskości w czasach dorastania, fascynację postaciami z książek i filmów. Seksowni antagoniści lalusiowatych głównych bohaterów przekształcali się z namiętnych kochanków w figury ojcowskie, starszych braci i inne – dopuszczalne z heteroseksualnej perspektywy – bliskie męskie kontakty. /.../
    Dziwnym trafem, pisanie o transpłciowości zawsze zejść musi na życiowe historie i cały ten absurdalny proces udowadniania przed całą armią specjalistów „swojej płci”. W moim przypadku – męskości. Jako „biologiczna kobieta” – seksuolodzy lubią to określenie – chcąca wstąpić do ekskluzywnego klubu męskich mężczyzn, nakładałem na siebie płaszcz stereotypów, w tym przymusową heteroseksualność. Moje życie seksualne musiało być czyste i absolutnie pewne – wolne od poszukiwania samego siebie, najlepiej monogamiczne, a jeśli nie monogamiczne, to tylko po „słusznej stronie”. Za masturbację – na szczęście – już nie wyrzucają z diagnozy. Pod warunkiem, że – jako mężczyzna – posiłkujesz się odpowiednimi pomocami. Męsko-damska i damsko-damska pornografia, jak najbardziej, o dildo lepiej nie wspominać. Chyba że traktujesz je jako olbrzymi penis, który – jako „przyszły” facet – absolutnie pragniesz posiadać.
    Granie wymuszonej roli przez dłuższy czas, szczególnie gdy nie jest się odpornym na jej wpływy jak profesjonalni aktorzy, wiąże się – niestety – z niebezpieczeństwem identyfikacji. Wbrew swoim uczuciom i zachowaniom sprzed diagnozy uwierzyłem w seksualno-płciową normatywność i jej wzory. Profile na randkowych stronach, tam gdzie się dało, zamieniły się z „bi” na „hetero”, status „trans” zniknął – a z nim także ja. Ja, jakiego znałem, ja wyluzowany, odrobinę przegięty. Przyszły hormony, zniknęły piersi. Na ulicy zyskałem anonimowość. Wtopiłem się w heteroprzestrzeń. Szczęśliwy z niektórych zmian w moim ciele, uradowany pod niebiosa ze wszystkich poprawek w dokumentach powoli zacząłem przypominać sobie, kim jestem."

    A o seksie to akurat Marcin Rzeczkowski pisał na stronie Trans-fuzji, nie Wiktor:
    "I teraz wyobraźmy mnie sobie w związku z ciskobietą. Wychodzimy z domu – odbierają nas jako heteroseksualną parę. W zasadzie nikogo obcego nie obchodzi, że jesteśmy razem. Aha, ok, patrzymy na kolejną osobę. Przyjaciele w swoich reakcjach nie biorą pod uwagę kwestii płci. Co najwyżej mogą powiedzieć, że jedno z nas dwojga jest głupie i szkoda na nie czasu tego drugiego. Rozmawiamy – tu dużo zależy od tematu. Idziemy do łóżka – mamy dokładnie takie same możliwości, jakie mają dwie lesbijki."

    A teraz zadanie z czytania ze zrozumieniem: znajdź 10 różnic między wersją Shadow a wersjami chłopaków.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…