Przejdź do głównej zawartości

O kulturze i homofobii motania ciąg dalszy

Mam takie małe i chyba nieszkodliwe w sumie hobby - od jakichś sześciu lat jestem wierną czytelniczką forum, a ostatnio również portalu internetowego Fronda.pl. Kiedyś brałam udział w dyskusjach, ba, zyskałam nawet miano "ich lesbijki" (taka forumowa maskotka, zobaczcie, nawet my, straszny ciemnogród, swoją lesbijkę mamy), teraz ograniczam się do obserwowania. I z jednej strony wiem, że czytanie homofobicznych newsów czy dyskusji nie ma większego sensu, z drugiej - ich zamiłowanie do ich produkowania, ba, więcej niż zamiłowanie, wręcz życiowa misja, jest jednak na swój sposób fascynująca. Czegóż to ludzie nie wymyślą na usprawiedliwienie swojej homofobii, jakich newsów nie wyciągną - a to że lesbijka uwiodła uczennicę, a to że gej zamordował partnera i następnie go zjadł, a to że starszą panią w Wielkiej Brytanii aresztowano, bo skrytykowała paradę osób nieheteroseksualnych, no po prostu dzień bez strasznego newsa "z życia lesb i pederastów" to dzień stracony. Najbardziej rozwaliła mnie jednak dyskusja na forum Frondy po tym, jak w sierpniu tego roku w Tel Awiwie nieznany sprawca zamordował dwoje młodych ludzi biorących udział w spotkaniu grupy wsparcia dla gejów i lesbijek. Otóż jeden z forumowiczów Frondy uparcie dowodził, że skoro podczas spotkania grupy propagowano homoseksualizm, to morderstwo to było ze wszech miar usprawiedliwione, bo lepiej nie żyć, niż żyć w grzechu. Mocne, nieprawdaż?

W tym kontekście (a także w kontekście jakiejkolwiek dyskusji o homoseksualności na forum większego portalu) naprawdę bawią mnie wywody o tym, że czyjaś nieheteroseksualność nikogo już w Polsce nie rusza. Piję do kolejnego wpisu na temat Barbie Girls na portalu Kontrowersje.net (powstałym w odpowiedzi na tekst Neospazmina, którym zachwycałam się tu), a którego autor i założyciel Kontrowersji w jednym uparcie dowodzi, że a) lesbianizm sprowadza się do wkładania sobie tego i owego tu i tam (i do tego ograniczają się nasze skecze), b) nikogo już w Polsce to, że ktoś jest lesbijką, nie rusza, tak że robienie wielkiego halo z gimnazjalnego amatorskiego teatrzyku lesbijskiego jest po prostu śmieszne. Linka nie podaję, zgodnie z zasadą, że nie promuję wywodów moim zdaniem niewartych promocji, ale wspomnieć muszę, bo to piękna ilustracja tego, jak niejednorodnym zjawiskiem jest homofobia i jakich to ekwilibrystycznych sztuk wymaga czasami powiedzenie, że się lesbijek po prostu nie lubi, a właściwie to się lubi tylko niektóre, te, co się ze swoją homoseksualnością nie "obnoszą" i grzecznie robią to w domu po kryjomu.

Tekst na Kontrowersjach to też ciekawy przyczynek do niedawnej dyskusji tutaj o naszej kulturze. Bo według jego autora wejście kulturalnych inicjatyw spod znaku literek LBGTQIetcetera do mainstreamu równa się jego pauperyzacji. Bo przecież Gombrowicza kochamy za to, że wielkim pisarzem był, a nie za to, że i od chłopców nie stronił. Bo heterycy nie robią szoł z tego, co oni tam i gdzie sobie wkładają (czyżby?). Więc i Barbie Girls niech się nie pchają do mainstreamu, a może raczej niech media ich nie wyciągają, bo stajemy wówczas w jednym szeregu z Jolą Rutowicz i Michałem Wiśniewskim. Z tym ostatnim stwierdzeniem mogę się poniekąd zgodzić - póki nie poprawimy warsztatu, naszą jedyną wartością dla mainstreamu będzie owa łatka "lesbijski". Co nie zmienia faktu, że twórca Kontrowersji nie tyle nie widzi miejsca w kulturze dla inicjatyw kiepskich artystycznie, co utożsamia ową kiepskość z lesbijskością (i innymi "-ościami"). Czemu? Bo to już przecież było. Bo szokowali Nabokov, Markiz de Sade i Jim Morrison. No właśnie, szokowali. Tylko czy ma szokować komik-gej opowiadający o dajmy na to serii nieudanych randek w ciemno? Albo o ogłoszeniach na portalach randkowych (przy okazji - polecam superwpis o ogłoszeniach właśnie na blogu Xysia tutaj). Nie, on ma bawić. Za to biseksualny malarz ma dajmy na to zachwycać, fotografka-lesbijka powiedzmy zmuszać do myślenia, a pisarka-transka może wzruszać. Niezależnie od tego, czy uczyni swoją tożsamość seksualną czy płciową tematem swojej sztuki czy nie. Ale też niezależnie od tego, czy postanowi tę tożsamość poprzez swoją sztukę ujawnić. A już na pewno jej / jego orientacja nie może być czynnikiem decydującym o tym, czy to, co robi, uzna się za wartościowe. Kłopot w tym, że moim zdaniem my jesteśmy na etapie, na którym właśnie orientacja jest jednym z ważniejszych kryteriów kwalifikujących (przykład naszego kabaretu, który jest na fali, bo jest lesbijski) bądź dyskwalifikujących (maglowany wpis na Kontrowersjach).

A teraz nieoczekiwana zmiana tematu. Przez to całe zamieszanie wokół kabaretu niewiele jest u mnie ostatnio muzyki. Tak że dziś coś z pogranicza komedii i muzyki, czyli Julie Wolf śpiewająca dla mamy Ellen Degeneres podczas rejsu zorganizowanego przez lesbijską agencję turystyczną Olivia Travel.



To niestety jeden z niewielu klipów ze śpiewającą Julie dostępnych w internecie, a szkoda, bo sama artystka jest więcej niż godna uwagi. Julie ma na koncie tylko jedną płytę solową - wydaną w 1996 roku "Walk the Worn Out Floor" (kilka piosenek tutaj) i pewnie z setkę płyt nagranych z innymi wykonawcami, głównie folkowymi, rockowymi i jazzowymi, jak Bruce Cockburn, The Indigo Girls, Erin McKeown, Dar Williams, Catie Curtis, Kris Delmhorst, Girlyman, Allison Miller, Jon Evans, Laura Love, Alix Olson czy Melissa Ferrick. Julie to wspaniały, ciepły, jazzujący głos, fortepian, klawisze, akordeon i z parenaście innych instrumentów. Ostatnio skomponowała muzykę do niezależnego filmu "Night fliers". To jedna z najbardziej cenionych w Stanach wykonawczyń sesyjnych i akompaniujących, która potrafi zresztą ukraść show gwiazdom teoretycznie od niej większego formatu. A poza tym ma śliczny uśmiech, a moje kochanie wie, jak mnie te kobiece uśmiechy kręcą:)

Komentarze

  1. Bardzo Cię podziwiam za to, że jesteś w stanie czytać komentarze. Mi już chyba odwagi brakuje. Kiedyś czytałem, udzielałem się. Ale z czasem, mam wrażenie, jakość komentarzy spadła, poziom agresji wzrósł. Nie wiem czy wynika to z większej dostępności Sieci, czy z większego (a jakże złudnego) poczucia anonimowości. Nie wiem. Czasem nawet się łapię, że czytając artykuł na Wyborczej czy innej gazecie szybko mijam komentarze, żeby nie czuć tego, co tam cuchnie. A zawsze cuchnie. O Onetach i innych Interiach nie wspomnę. Może to i chowanie głowy w piasek, ale też Ci co piszą nie są warci sekundy naszego czasu. Zawsze najbardziej bawiły mnie inne wywody homofobiczne: "Ja przeciwko nim (wiadomo - pedałom, lesbom itp) nic nie mam, ale...." po czym następuje lista przyczyn dla których ów człowiek tak bardzo przeciwko nam nic nie ma, że aż nas nie znosi. To bardzo polskie podejście do tematu. Nie wypada powiedzieć, że się jest homofobem, antysemitą, rasistą... lepiej wypada powiedzieć, że się nie ma nic przeciwko, ale...
    W takiej to potężnej hipokryzji przyszło nam żyć w kraju pełnym pomników JPII, naszegopapiesza (od brzmienia nasz papież), Radyja i innych nawołujących do miłości bliźniego instytucji. Ech...

    OdpowiedzUsuń
  2. Atsbani, dziękuję, ale nie wiem, czy to jest odwaga czy forma masochizmu. A może po prostu nie chcę stracić poczucia rzeczywistości. Bo jednak, jakby nie patrzeć, jestem na uprzywilejowanej pozycji i jest mi chyba łatwiej niż większości osób nieheteroseksualnych - mieszkam w dużym mieście, pracuję i obracam się w przyjaznym otoczeniu. W takiej sytuacji łatwo zapomnieć, że Polska to nie tylko Warszawa i że większość z nas przecież nie żyje jawnie, a tych, którzy się na to decydują, nie zawsze w efekcie spotykają przyjemne rzeczy. Nie lubię martyrologii, ale jeszcze bardziej złoszczą mnie stwierdzenia w rodzaju "jestem lesbijką i nigdy nie miałam z tego powodu przykrości, więc całe to gadanie o dyskryminacji jest mocno przesadzone". Tak, jakby to, że komuś jest fajnie, świadczyło o tym, że o nic już w tym kraju nie musimy walczyć.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozumiem to hobby i po części podzielam. Tyle, że na tzw. kibicowskich forach. Tam takiego Wersalu jednak nie ma. Pedał to najgorsza obelga.

    A propos homofobii... Dobry miesiąc temu po dużej wódce rozwiązał mi się język w męskim towarzystwie podczas tzw. pępkowego. Ot, paru bliższych i dalszych znajomych z dzieciństwa, z niektórymi utrzymywałem kontakt. Wspomnienia, śmiechy, gadka-szmatka o futbolu (tak, interesuje mnie to :). Nagle poważne tony i konkretne pytanie: nie masz żony/dziewczyny, więc chyba coś z tobą nie tak... a może ty lubisz facetów? Byli tacy, co wiedzieli, więc głupio byłoby się zaprzeć. Odpowiedź twierdząca i konsternacja. Cisza jak makiem zasiał. Po chwili przesłuchanie - głównie niedyskretne pytania typu od kiedy, z kim i kto kogo. Robi się niekomfortowo, bo jestem w centrum uwagi. Alkohol robi swoje i odbijam piłeczkę. Mówię coś o tolerancji, uczuciach i związkach partnerskich. W odpowiedzi słyszę, że jestem "jak Biedroń", cokolwiek to miało znaczyć.

    Czyli wszystko pięknie, ale do pewnego momentu. Można dostąpić łaski i zostać "ich lesbijką", od biedy napić się czy pogadać o piłce z pedałem, ale poważna dyskusja? Co to, to nie - tę najlepiej uciąć w zarodku. Bo kwestia związków partnerskich to "homopropaganda", a szczerość - "obnoszenie się" lub "afiszowanie się". Paskudny język homofobii :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Robcie swoje.
    Robcie,a za 10 lat homofobow(homoagresorow raczej) ogladac bedzie mozna w tylko w ZOO lub we wiezieniach.

    Na moje oko i tak juz kawal drogi zrobiony.Nigdy nie bylo w Polsce tyle wolnosci dla osob homo jak dzis.Prosze tylko nie pisac ze bedac hetero nie czuje ile jeszcze do zrobienia: widze i to, ale widze tez z jakiego poziomu ludzkiej niewrazliwosci/zdogmatyzowania odbywa sie polska droga ku cywilizacji.

    m@B

    neospasmin.blox.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. Przyznaję, że też mam zwyczaj śledzić komentarze pod artykułami dotyczącymi tematyki LGBT, ale raczej na bardziej mainstreamowych portalach typu gazeta.pl.

    Niestety nie napawają one wielkim optymizmem. Dyskutować to się tam nie da, bo żeby coś z dyskusji wynikło to trzeba jakiegoś wspólnego punktu wyjścia, a jak czytam po raz tysięczny wynurzenia domorosłego "eksperta" od seksualności uważającego homoseksualizm za chorobę, zboczenie, dewiację, pedofilię itd., to mnie się z nim gadać nie chce, bo to jak grochem o ścianę. Nikt mu nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne (pomijając, że z szarościami nawet nie ma się co wychylać) :)

    Nie rozumiem, jak można funkcjonować tak "fact-free". Widać mam jakąś nietypową blokadę przed wypowiadaniem się na jakikolwiek temat, bez elementarnego przygotowania merytorycznego.

    Ale mam nadzieję, że prognozy Neospazmina się sprawdzą.

    Osobiście więzienia nie wydają mi się dobrym rozwiązaniem (oczywiście poza przypadkami, które dadzą się podciągnąć pod odpowiedni artykuł k.k.)

    Kategoria ZOO bardziej mi się podoba. Tu trzeba zbiorowej reakcji: "Skąd się ten facet/kobieta urwał/a. Bredzi biedak/czka." Ale do tego jeszcze długa droga.

    I ad przyjemniejszej części posta. Mocno jazzujące. Mniej moje klimaty, ale faktycznie i głos, i uśmiech niczego sobie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. ja za to postanowiłam ostatnio zacząć zbierać artykuły z gościa niedzielnego, miłujcie się i najwyższego czasu. jako że zawsze jest ich sporo przeznaczyłam na to jeden pokaźny album. zebrałam gazety z miesiąca, zaczęłam przeglądać i kserować. gdy doszło do układania w albumie okazało się jednak że niestety zostało mi już tylko kilka miejsc pustych i musiałam z mojej kolekcji zrezygnować, bo nie mam miejsca na jej składowanie:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja zbieram numery tematyczne czasopism dla tzw. inteligencji katolickiej (Znak, W drodze, Więź)... parę na przestrzeni lat wyszło. Tłumaczę sobie, że kiedyś to będzie kolekcja kuriozów, ale czas płynie, i to wszystko ma coraz bardziej wyraziste znamiona - jak Ewa napisała - masochizmu.

    Z tą wolnością, to ogólne poszerzanie spektrum, oznaczające też legitymizację postaw skrajnie homofobicznych.

    Czy ktoś zrobił a propos tego jakąś "analizę SWOT" internetu?

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziewczyny! Bardzo chciałabym Was zaprosić do mojego kąta na kontrowersjach- pisywałam do tej pory normalnie, ale miałam dość- wymogłam sobie swoją zakładkę "życie kwitnie". Tam jest spokój, można pogadać,a Wasze doświadczenia i opinie mogą być bardzo wzbogacające i świeże.
    Mogłybyście wklejać tam teksty takie jak ten, nie trzeba nawet pisać nowych, za to fajnie będzie o tym pogadać. A ja już też przez rok na kontro trochę wychowałam :) ludzi- żebyście widziały, co się działo na samym początku....Jednak - wielu jest naprawdę reformowalnych.
    Bardzo na was liczę, bo jestem tam nieco osamotniona...Da się zrobić?
    pozdrawiam
    dorola

    OdpowiedzUsuń
  9. @Dorola - wysłałam Tobie priva na Kontrowersjach.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…