środa, 29 września 2010

Love is in the Air!

Dziś miało być o akcji Miłość nie wyklucza i o tym, że niedługo strach będzie otworzyć lodówkę, żeby nie wpaść na mnie i Gosię, ale w konkursie SAS mamy takie tąpnięcie, że cała się trzęsę i nie dam rady. Otóż TVN pokazało zajawkę reportażu o nas, który wyemitują prawdopodobnie 5 października (dam jeszcze znać, o której). I mamy lawinowy napływ głosów i fanów na naszej stronie na Facebooku.
Wideo do obejrzenia tu. A najbardziej niesamowite jest to, że niemal wszyscy ludzie, którzy po obejrzeniu nas w TVN weszli na naszą stronę, zrobili to, aby nam życzyć powodzenia i zagłosować. Nieprzyjemnych komentarzy było dosłownie kilka. Obudziłam się w innym kraju?

niedziela, 26 września 2010

Jiná láska

O pozostawieniu Radzi na stanowisku pisać mi się nie chce, o nieobecności SLD na Marszu Równości we Wrocławiu też, więc dziś będzie znów filmowo. Obejrzałyśmy sobie ostatnio czeski film z 2008 roku pod wdzięcznym tytułem "Jiná láska" ("Inna miłość"). Rzecz jest o Evie, szczęśliwej mężatce i matce dwójki dzieci, która pewnego dnia zakochuje się w koleżance z pracy, a przy okazji nauczycielce swojego syna, Danieli. Najpierw panie spotykają się po kryjomu, jednak szybko wychodzi na to, że idzie im nie o romans, a o związek. I zaczynają się schody. Eva mówi mężowi, jak się sprawy mają, i prosi o rozwód, mąż jest zdruzgotany, ale też zwyczajnie wściekły i zaczyna się mścić, nastawiając dzieci przeciwko matce, zaczynają się problemy w pracy, w związku pań też pojawiają się pierwsze zgrzyty, związane z kłopotami finansowymi i różnymi wizjami odnośnie wychowania dzieci... Nie, to nie jest film z rodzaju "pani pokochała panią i źle się to dla niej skończyło". Ale też nie jest to bajeczka w rodzaju "I Can't Think Straight" czy innych sympatycznych zachodnich produkcji, gdzie kłopoty bohaterek kończą się w momencie, kiedy postanowią po prostu żyć otwarcie i nie przejmować się oczekiwaniami otoczenia.

Nie jest to też wielki film, ale jest w nim kilka scen wartych zapamiętania. Gdy związek Danieli i Evy wychodzi na jaw, dyrektorka szkoły, w której uczą, wzywa je na dywanik, ale nie po to, by im pogrozić palcem, a po to, by poprosić, aby uważały. Bo szkoła je wspiera i im pomoże, ale uczniowie mogą robić problemy. Gdy mąż Evy wpada w nocy z policją do pokoju, w którym śpią Daniela i Eva, i każe je aresztować za "gorszenie dzieci", policjanci ze stoickim spokojem stwierdzają, że z tego, co widzą, dzieci mają osobną sypialnię. Jest też fantastyczna akcja z chomikami, za pomocą których mąż Evy próbuje pokazać swoim dzieciom, że dwie samiczki w jednej klatce na pewno się zagryzą, co ma być ostatecznym dowodem na nienaturalność tego, co robi ich mama. Oraz gdy zagubione dzieci, nie widząc różnicy między przyjaźnią i miłością dwóch osób tej samej płci, przerażone dopytują, czy mogą mieć jeszcze kolegów/koleżanki.



O czym to więc? Proste - o rozwodzie. I choć to, że Eva zostawia męża dla kobiety, jest istotne, to cały repertuar chwytów takich jak przeciąganie dzieci na swoją stronę czy inne sposoby uprzykrzania życia drugiej stronie jest dokładnie taki sam jak w innych rozwodowych historiach. Do tego dochodzi jeszcze oczywiście kwestia dojrzewania Evy do tego, kim jest, i w efekcie mamy bardzo porządną, prozaiczną i życiową historię. Zresztą nic nowego pod Słońcem - nie od dziś wiadomo, że Czesi potrafią.

piątek, 24 września 2010

Jak Kali ukraść krowę...

Radziszewskiej brylowania w mediach ciąg dalszy. Dziś najbardziej wzruszył mnie fragment wywiadu, którego udzieliła "Rzeczpospolitej":

- Magdalena Środa mówi, że konserwatysta zajmujący się sprawą równości to tak jak pacyfista na czele Ministerstwa Obrony.

- I to jest właśnie dyskryminacja. Nie wolno nikogo dyskryminować ze względu na jego religię, wyznanie czy światopogląd. I jeśli ktoś mówi, że ponieważ jestem osobą wierzącą w Pana Boga, to się nie nadaję do pełnienia jakiejś funkcji, to jest to jawna nietolerancja.

Moment, moment, pani minister, to w końcu można dyskryminować czy nie można? Przecież cała afera rozpętała się w momencie, kiedy powiedziała pani, że można. No chyba że owo "nikogo" to tak naprawdę "nikogo, oprócz".

Tymczasem na Homikach ciekawa analiza dokumentów Rady Europy, na które powołuje się Radziszewska, uzasadniając swoje tezy o tym, kogo można dyskryminować, a kogo nie. Polecam!

Ruszyła akcja "Miłość nie wyklucza". Na razie na jej stronie internetowej kilka dziecięcych buzi z przeszłości z krótkimi opisami. Poznajecie tę panią?
A ciąg dalszy i wyjaśnienie, o co chodzi w akcji, niedługo!

Na Homikach podsumowanie pierwszego 10-lecia XXI wieku. Kategorie: wydarzenie, zjawisko, homofobia, literatura, film, teatr. Można głosować na swoje typy spośród wybranych przez redakcję i przyjaciół. Oczywiście to tylko zabawa, ale typując (jeszcze z pełnej listy, nie tej udostępnionej na Homikach), uświadomiłam sobie, jak wiele się w ciągu tych 10 lat w naszych sprawach wydarzyło. Szczególnie, że przecież nie udało się tam uwzględnić wszystkiego, a jedynie to, co najbardziej zapadło w pamięć pomysłodawcom podsumowania. Z drugiej strony, na Zachodzie robią sobie rankingi najbardziej wpływowych homopolityków i polityczek czy najciekawszych par, a my wciąż nasze coming outy możemy sobie co najwyżej wrzucić do kategorii "wydarzenie". Ale i to przyjdzie.

W konkursie mamy "falowanie i spadanie", za to po raz kolejny wspomogły nas portale Inna Strona i Kobiety Kobietom:
Na KK ukazał się też tekst Lingwistki o tym, dlaczego warto na nas głosować. Że nie wspomnę o nieustannym wsparciu w komentarzach tutaj, na forum KK i na Facebooku. To chyba największa wartość tego konkursu - wsparcie tak wielu ludzi i mediów, niezależnie od tego, że są rzeczy, w których te wszystkie głosujące i zachęcające do głosowania osoby się różnią. Ot, na przykład wczoraj zachęta do głosowania na nas pokazała się na oficjalnej stronie EuroPride 2010 na Facebooku. Love is in the air!

środa, 22 września 2010

Radziszewska musi odejść

Pamiętacie, jak w 1991 roku Jan Bielecki zdymisjonował wiceministra zdrowia Kazimierza Kaperę po tym, jak ten stwierdził, że homoseksualizm to zboczenie? Dobre czasy, chciałoby się powiedzieć. Teraz mamy pełnomocniczkę ds. równego traktowania, która ostatnio wspina się na szczyty niekompetencji, ale żadne służbowe konsekwencje raczej jej za to nie grożą. Wiem, że kilka razy pisałam, że mamy taką pełnomocniczkę, jaką mamy, i jeżeli chce z nami rozmawiać, to rozmawiajmy, bo może coś z tego wyniknie. Cóż, po jej wypowiedziach dla "Gościa Niedzielnego" i w "Dzień dobry TVN" przeszło mi. Tak tylko dla przypomnienia, w wywiadzie dla GN pani Radziszewska stwierdziła, że szkoła katolicka ma prawo zwolnić nauczycielkę lesbijkę i że nowa ustawa antydyskryminacyjna właśnie takie przypadki precyzuje. W TVN za to broniła swojej wypowiedzi dla GN, po raz kolejny dając wyraz nieznajomości prawa unijnego i polskiego kodeksu pracy. A gdy wytknął jej to Krzysiek Śmiszek z Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego, stwierdziła, że jest on "członkiem społeczności osób homoseksualnych" i tajemnicą poliszynela jest, kto jest jego partnerem. Ręce opadają na taką argumentację, szczególnie w wykonaniu osoby, która z urzędu ma się zajmować równością.

W tej całej sprawie, oprócz skandalicznego zachowania Radziszewskiej, są jeszcze dwa ciekawe aspekty. Pierwszy to stary dobry stereotyp, że z byciem osobą nieheteroseksualną łączy się określony światopogląd. Oraz że (oczywiście w przeciwieństwie do osób heteroseksualnych!) przenosimy swoją tożsamość i swój światopogląd na grunt zawodowy. Czyli nie ma na przykład takiego bytu jak lesbijka katoliczka, na dodatek będąca matematyczką, która nie tłumaczy twierdzenia Pitagorasa na przykładzie relacji Safony i jej uczennic.

Drugi to idiotyczne stwierdzenie, że nikt nie powinien być sędzią w swojej sprawie. Idiotyczne, bo używane jedynie w stosunku do określonych grup, które chce się zdyskredytować. Bo przecież nikt nie powie, że matki nie powinny się wypowiadać w sprawach matek, a nauczyciele - nauczycieli. No ale jak już gej Śmiszek, nieważne, że występujący z ramienia Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego, wytknie pani od równości, że się na tej równości nie zna, to trzeba mu to jego gejostwo wyciągnąć. Bo przecież niemożliwe jest, żeby on się na tym, o czym mówi, po prostu znał.

Tak że jak ktoś ma czas i ochotę, to w poniedziałek 27 września o godzinie 13 pod kancelarią premiera zacznie się demonstracja spod znaku "tej pani już dziękujemy". I choć obawiam się, że jeżeli już jej podziękujemy, to najwcześniej przy okazji wyborów parlamentarnych, to myślę, że zaprotestować (po raz kolejny) warto.

Update: Radzia przeprasza. Wzruszyłam się.

A co tam słychać w konkursie SAS, który tak przynajmniej do 10 października będzie się tutaj regularnie pojawiał? Otóż na pierwsze miejsce wskoczyła tajemnicza duńska para Lau i Christina. My póki co siedzimy na drugim stopniu. Ale za to dorobiłyśmy się pięknego klipu promocyjnego - wielkie podziękowania dla Roberta!

niedziela, 19 września 2010

SAS a polscy konsumenci

Dziś dość dramatyczny dzień w konkursie SAS. Na chwilę wyprzedziła nas para niemiecka, potem wróciłyśmy na pierwsze miejsce, ale różnica głosów jest niewielka. Z tego wszystkiego zaczęłyśmy się z Gosią zastanawiać, której pary wygrana byłaby korzystniejsza dla organizatora konkursu (choć w żadne spiski nie wierzymy). I wyszło nam, że to trochę zależy od ich strategii marketingowej. Jeżeli nastawiają się na kampanię wizerunkową, to poślubienie dwóch "biednych, bo dyskryminowanych" Polek może być jak najbardziej po ich myśli. Jeżeli sprzedażową - lepiej by było, gdyby wygrała para z bardziej cywilizowanego kraju, bo, po pierwsze, Polacy nie są jakimś szczególnym targetem dla, jakby nie patrzeć, dość drogich linii lotniczych, a po drugie w ten sposób raczej klientów z naszego dość homofobicznego kraju nie przyciągną. Nie mają też co liczyć na różową klientelę, bo, jak pisał ostatnio Wojtek, taka grupa dopiero się w naszym kraju tworzy i niewiele jest osób, które świadomie wybierają produkty firm kierujących swój przekaz marketingowy bezpośrednio do nas. Ma to oczywiście sporo wspólnego z naszym statusem materialnym, ale na pewno nie jest to jedyne wytłumaczenie, bo gdy ma się mniej pieniędzy, to można wspierać przyjazne nam inicjatywy na miarę swojego statusu materialnego (przykład z innej półki - kupujemy ekologiczne jajka, ale mięsa już nie). Znacznie więcej ma to chyba wspólnego z tym, że my sami w ogromnej większości nie żyjemy otwarcie, nie wspieramy więc żadnych inicjatyw, które mają z nami coś wspólnego. Nawet nie dlatego, że się boimy, ale dlatego, że nie czujemy takiej potrzeby, bo sami nie czujemy się częścią żadnej wspólnoty.

Kiedyś już pisałam, że nie widzę sensu w kupowaniu czegokolwiek tylko dlatego, że ma etykietkę "LGBTQetcetera", bo ważna jest też jakość tego czegoś. Nie zmienia to faktu, bardzo wiele rzeczy w naszym domu taką właśnie etykietkę ma - książki, płyty czy w końcu meble. Bo lubimy otaczać się tym, z czym możemy się identyfikować, co jest nam znane, bliskie i przyjazne. Z drugiej strony nie wspieramy firm otwarcie homofobicznych, antyzwierzakowych czy antyprawnoczłowieczych (na przykład nie tankujemy na stacjach BP ani Orlen). Czyli można powiedzieć, że do jakiegoś tam stopnia przez nasze wybory konsumenckie wyrażamy nasze poglądy. Nie mam pojęcia, czy na tym polega bycie modelowymi homokonsumentkami, ale mam wrażenie, że to po prostu najnaturalniejsza rzecz na świecie - wspierać tych, którzy są nam w jakiś tam sposób bliżsi niż inni.

sobota, 18 września 2010

Nadal konkurs i ciut o dyskryminacji

Na początek tradycyjna już porcja podziękowań. O konkursie napisał najlepszy plotkarski serwis (nie tylko) dla kobiet nieheteroseksualnych Lesploty. Nieustannie wspiera nas też niewymieniona dotąd Labryska - przepraszam za przeoczenie! A poza tym Abiekt ujawnił, że - w wersji nieco młodszej - pojawimy się w nadal tajemniczej akcji "Miłość nie wyklucza". Odrobinę więcej szczegółów znajdziecie tu.

Dla tych, którzy nie śledzą naszych zmagań konkursowych na Facebooku lub na forum Kobiety Kobietom, ważna informacja. Na stronie konkursowej mamy spore zmiany - teraz pary w samolocie siedzą w odwrotnej kolejności. Aktualny ranking można zobaczyć, klikając na zakładkę "popular". A z zabawnych historii wokół konkursu - zaprzyjaźniony wojskowy wysłał informację o nim do swoich kolegów z pracy. W odpowiedzi dostał wiadomość mniej więcej tej treści: "Wiedzieliśmy, że masz znajomych gejów, ale lesbijki?! Ale bilecik oddzieramy oczywiście!".

Trochę mi ostatnio umykają bieżące wydarzenia (efekt ogólnego zapracowania), tak że dziś dla stęsknionych za normalnymi wpisami mały przyczynek do pewnej dyskusji na - a jakże - portalu Kobiety Kobietom. Pod wiadomością o bojkocie wizyty premierki Islandii na Wyspach Owczych przez lidera tamtejszej Partii Centrum motywowanym tym, że pani Johanna Sigurdardottir przyjechała na Wyspy ze swoją żoną, odezwał się między innymi taki głos:

Jenis av Ran stwierdził, że nie ma nic przeciwko gościom z Islandii. Razi go jedynie fakt, że kobiety poleciały tam jako małżonki. Nie można mieć do niego pretensji o nietolerancję. To była czysta, polityczna gra. Av Ran należąc do dość konserwatywnej partii broni jej przekonań, jednocześnie wzmacniając swoją pozycje polityka (skoro mieszkańcy Wysp Owczych są przeciwni związkom homo, trudno wymagać, aby powitał on kobiety z otwartymi ramionami). Nie każdy musi być zaje*ście tolerancyjnym bo "inni tak chcą".

Zgadzam się, że nie każdy musi być tolerancyjny (w ogóle, choć z zupełnie innych powodów niż pewien nieżyjący już prawicowy publicysta, nie lubię słowa "tolerancja"), ale przyznam, że takich głosów nie rozumiem. Tego typu zachowania to dyskryminacja czystej wody i absolutnie można, a nawet trzeba mieć o nie pretensje, a nie tłumaczyć je "grą polityczną" i stwierdzać, że są dozwolone. Nie są. Pani Sigurdardottir pojechała tam jako przedstawicielka rządu, a nie działaczka na rzecz praw osób LGBTQetcetera i tak też należało ją przyjąć, niezależnie od swoich prywatnych przekonań. Jednym z częstych zarzutów wobec osób nieheteroseksualnych jest to, że przenoszą swoje prywatne sprawy na forum publiczne. W przypadku premierki Islandii takim przeniesieniem, jak rozumiem, było zabranie ze sobą małżonki w podróż służbową. Oczywiście gdyby był to małżonek, nie byłoby problemu. Wniosek? To nie osoby nieheteroseksualne "obnoszą się" ze swoją prywatnością. To ich prywatność jest uznawana za sprawę publiczną wyłącznie dlatego, że nie udają osób heteroseksualnych. To też taki mały przyczynek do zawsze żywych dyskusji wizerunkowych - nie trzeba zrobić niczego nietypowego czy wyglądać wyjątkowo nieheteronormatywnie, by spotkać się z dyskryminacją. Wystarczy być sobą i tego nie ukrywać.

wtorek, 14 września 2010

Głosowanie, ślub i płeć

Myślałyśmy, że po piątkowym skoku na pierwsze miejsce w konkursie SAS nic już nas nie zaskoczy. Tymczasem dziś, głównie chyba dzięki main topikowi na Gazeta.pl:
odnoszącemu się do tego tekstu, zaliczyłyśmy chyba z 1000 głosów (a strona konkursowa awarię, którą, mam nadzieję, szybko naprawią). Zagościłyśmy też na blogu Jenny Schecter, która dzielnie promuje homoseksualizm w bardzo trudnym miejscu, bo na Pardon.pl. Napisała też o nas Wirtualna Polska (pod głupim tytułem "Polskie lesbijki zwyciężą w kontrowersyjnym konkursie?"). Ale najpiękniejsza rzecz ukazała się na stronie Krytyki Politycznej:

To jest popkulturowa strategia walki z homofobią. Zdecydowanie moim zdaniem skuteczniejsza od strategii martyrologiczno-moralizatorskiej. O konkursie już teraz zrobiło się głośno, a samo uczestnictwo polskich par to okazja do przypomnienia postulatów LGBT. Im więcej doniesień medialnych na ten temat - szczególnie opartych o historie konkretnych osób, które są gotowe taki związek zawrzeć - tym lepiej. Ewie i Gosi marzy się lotniczy happening i luksusy w pakiecie z przyczyn zasadniczo politycznych - one od lat pchają ideę związków/małżeństw osób nieheteroseksualnych. Trzymam kciuki - pisze między innymi Agnieszka Graff. Cały tekst tu. Cudowny. Dziękujemy.

Tymczasem wokół ślubu Ani i Grety, a konkretnie wokół artykułu w "Gazecie Wyborczej", zrobiła się nielicha dyskusja. Nie żeby mnie to jakoś szczególnie zaskoczyło. Nienormatywne tożsamości to trudny temat, a jak się go jeszcze poda w taki sposób, w jaki zrobili to autorzy tekstu (dwie panie wzięły ślub! W Polsce! Legalnie!), to trudno liczyć na zrozumienie. Również wśród teoretycznie swoich, co pokazuje dyskusja na Homikach pod informacją o ślubie pań. W końcu, choć już wiemy, co to homoseksualność, biseksualność czy transseksualność, to inne tożsamości sprawiają nam już nieco więcej kłopotów. No bo jak można uważać się za kobietę, skoro się ma, za przeproszeniem, siusiaka (Ania)? I jak to możliwe, że kobieta, która przez tyle lat uważała się za lesbijkę, zakochała się w kimś, kto tego, znowu za przeproszeniem, siusiaka ma (Greta)? Ano można i możliwe. I tak naprawdę od wyjaśnienia, jak to możliwe, należałoby moim zdaniem ów tekst w GW zacząć. Choć nawet wtedy wzbudziłby nielichą konsternację. Ale przynajmniej byłby to już jakiś początek dyskusji o tych wszystkich tożsamościach, o których dotąd się w mainstreamie nie dyskutowało.

Dlaczego zatem uważam, że Ania jest Anią, a nie Jankiem? Bo moim zdaniem to nie ciało, w którym się urodziliśmy i w którym żyjemy, decyduje o tym, jakiej jesteśmy płci. A operacyjna korekta płci jest potrzebna w przypadku, kiedy ktoś w swoim ciele czuje się źle, nie jest natomiast konieczna, aby uznać, że dana osoba jest kobietą lub mężczyzną. Jasne, że według polskiego prawa w dokumentach Ani zawsze będzie widniało imię "Jan". Ale ona sama nie czuje się Janem (choć czasami funkcjonuje w tym wcieleniu) i to moim zdaniem w zupełności wystarcza. A poza tym - dlaczego właściwie nie? Dlaczego sztywno, binarnie dzielić rzeczywistość: ta ma w dowodzie "Gosia", więc to kobieta, ten "Marek", więc to mężczyzna? W czym nam przeszkadza ktoś, kto jest trochę tym, a trochę tym? Że utrudnia artykulację postulatów? Że nie wiadomo, czy (i jak) go włączyć czy wyłączyć z walki o równe prawa (bo pod pewnymi warunkami on/ona świetnie w naszym systemie prawnym funkcjonuje)? No bez przesady. To przecież nadal stara dobra dyskusja wizerunkowa. Co oczywiście nie oznacza, że wszyscy mają wszystko przyjmować na słowo: "Ania to kobieta, bo tak!". Przeciwnie - tłumaczyć trzeba.

A dlaczego uważam, że Greta, mimo iż przez wiele lat uważała się za lesbijkę, mogła zakochać się w Ani, nie przekreślając w ten sposób całego swojego dotychczasowego życia? Tu już jest prościej - bo nie wierzę, że nasza tożsamość jest niezmienna i z góry dana. I że - znowuż - określa ją to, co osoba, którą pokochamy, ma w spodniach. Choć jak dla mnie Greta lesbijką nie jest (określiłabym ją jako omniseksualną, czyli zdolną kochać poza granicami płci), to jeżeli ona uważa Anię za kobietę i chce się tak określać (choć nie wiem, czy chce), to w porządku. A jeżeli nie, to też. Ale powiedzieć, że zakochała się w mężczyźnie, to już jak dla mnie zbyt wielkie uproszczenie.

Pod poprzednim postem Wojtek zadał pytanie, co było w tym ślubie transgenderowego. Nie wiem, bo nie wiem, co to jest transgenderowy ślub. Nigdy wcześniej na takim nie byłam. Ale dyskusja, którą wywołał, niewątpliwie o przekraczaniu granic płci jest. Więc może to?

sobota, 11 września 2010

Ania plus Greta = W.N.M. Oficjalnie!

Rok temu Ania i Greta w wywiadzie dla "Repliki" mówiły tak:

To jest właśnie plus mojej płci biologicznej, że daje mi możliwość zawarcia małżeństwa z Gretą. I na pewno to nie będzie standardowy ślub. Oczywiście jesteśmy niezadowolone z tego, że pary homoseksualne nie mają w Polsce możliwości zawarcia małżeństwa, ale to nie znaczy, że w proteście i solidarności my mamy tego nie robić. Chcemy jednak aby nasz ślub był wydarzeniem, chcemy pokazać, że można żyć inaczej. 

Ania jest osobą transgenderową. Dziś wzięła z Gretą ślub w parku w Żelazowej Woli. I - jak obiecywały - pokazały, że można żyć inaczej. Wystąpiły w identycznych strojach - białych spodniach i fioletowych marynarkach:
Zaprosiły rodziny i przyjaciół z Transfuzji, UFY i innych queerowych społeczności. Zamiast kwiatów zażyczyły sobie karmę dla psów (pojedzie do schroniska). Oficjalną część ceremonii poprowadził burmistrz Sochaczewa, w nieoficjalnej Furja odczytała wiersz "Pociąg" z repertuaru Barbie Girls ("Stoi na stacji moja dziewczyna...") i dodała coś dla zebranych gości:

Drogie gościnie i mili zebrani,
osoby obecne! Niechaj was nie zmami
czarowne otoczenie z jego wzruszeniami:
cała Żelazowa Wola z koncertami,
żelazny repertuar Chopina, scherzami
rządzący rzekomo Polaków sercami,
niech nie zmylą ani
zieleń, ptasząt pienia
ani park z wierzbami,
to nie są wzruszenia!
Ponieważ ze wzruszeń
największe za nami:
ślub, ślub niesłychany,
ślub Grety i... Jana!


Wystąpił też duet muzyczny: transseksualna gitarzystka plus flecistka. Ceremonię uświetnił też cały zestaw kamerzystów (powstaje film o dziewczynach), fotografów i zdaje się że również dziennikarzy. Tak że kupcie w poniedziałek "Wyborczą"! Było bez pompy, z dużą dawką humoru, ale też najzwyklejszych wzruszeń. I tak, było to wydarzenie.

Przyznam szczerze, że kiedy przeczytałam przywołany na początku wywiad w "Replice", to byłam na dziewczyny trochę zła. No bo jak to, my nie możemy, a one co - ślub? Taki heteronormatywny? Że panna młoda jako beza i pan młody we fraku? Teraz widzę, że pieniactwo ze mnie wyszło. Albo zazdrość. Dziewczyny pokazały to, o czym mówiły - że można żyć inaczej. I że można być sobą - jawnie, w obecności urzędnika, rodziców, cioć, wujków, babć i prababć. I że wszyscy mogą się wspólnie cieszyć ich szczęściem, niezależnie od tego, jacy są i jak bardzo - pozornie - niedobrany zestaw gości do tego cieszenia się został wybrany. Dla mnie ten ślub był ogromnym aktem odwagi. Bo czasem naprawdę trzeba jej bardzo dużo, żeby być sobą.

Na koniec zagadka - skąd jest ten sondaż?
Odpowiedź brzmi: ze strony internetowej "Faktu". Nie wierzycie? Zajrzyjcie tu. Jak to się stało? Cóż, to taki efekt uboczny akcji "Love is in the Air". Może rzeczywiście kiedyś wyklikamy sobie inną Polskę? A przy okazji - wielkie podziękowania dla Sylwka i hds-a za support!

piątek, 10 września 2010

Prasówka

Dzisiejsza "Gazeta Stołeczna" (2 s., w necie fajniejsza fotka):
"Metro" (jednak ogólnopolskie, 5 s., wersja sieciowa tu):
Strona główna Gazeta.pl (dzisiejszy poranek):
I last but not least (żeby nie było, że tylko Agora): "Gazeta Pomorska". A żeby było jeszcze lepiej, to dziś wdrapałyśmy się na miejsce pierwsze.

Na koniec taka mała informacja dla dziennikarzy i dziennikarek: w konkursie bierze udział więcej polskich par. Myślę, że równie, jak nie bardziej, fotogenicznych:)

czwartek, 9 września 2010

Świętujemy wejście na podium

Nadal będzie monotematycznie, ale po prostu muszę, bo przed chwilą weszłyśmy na trzecie miejsce w konkursie SAS! Po pierwsze, wielkie podziękowania dla fantastycznych dziewczyn z forum Kobiety Kobietom, które wspierają nas w tym wątku. Po drugie, dla wszystkich sekundujących nam na blogach (dziś Abiekt) i na naszej stronie na Facebooku. Wasze wsparcie jest naprawdę niesamowite i nie mam pojęcia, czym na nie zasłużyłyśmy, ale nie będziemy narzekać. Po trzecie, dostałyśmy też wsparcie od Rosemary Rowe, twórczyni mojego ulubionego lesbijskiego serialu "Seeking Simone", którego oficjalna strona internetowa dzisiaj wygląda tak:
Po czwarte, jeżeli mieszkacie w Warszawie, weźcie jutro "Metro" i kupcie "Gazetę Wyborczą". A jak przegapicie, to obiecuję zamieścić skany z tego, co powstało z naszych dzisiejszych wywiadów. I po piąte, w konkursie startuje więcej polskich par - w tym Jacek, w blogosferze znany jako Hyakinthos, i jego chłopak Marcin. Głosujmy na wszystkich! Polska pierwsza trójka - to będzie dopiero coś!

środa, 8 września 2010

Monotematycznie plus ciekawy raport

I znowu się w coś wpakowałyśmy! Chodzi oczywiście o konkurs "Love is in the Air", wokół którego coraz więcej się dzieje. Dzięki Radkowi, który nam zrobił piękne zdjęcie, i Bartkowi, który dodał do niego samolot, chmurki i słońce, dorobiłyśmy się swoistego loga naszej akcji. Efekt możecie zobaczyć u góry prawej szpalty oraz (wersja pełna) na stronie na Facebooku, którą, natchnione tym dziełem sztuki, założyłyśmy. O tu. Konkursem zainteresowały się też mainstreamowe media, tak że jutro będziemy się z tej okazji uzewnętrzniać. O potrzebie wprowadzenia związków partnerskich / małżeństw rzecz jasna - innej opcji nie bierzemy pod uwagę! Jak już coś z tego się ukaże, to oczywiście dam znać.

Niezależnie od tego, co z tego wszystkiego wyniknie, muszę przyznać, że to jest rodzaj działania, jaki lubię najbardziej. Spontaniczny, na luzie, a przy okazji pozwalający dołożyć cegiełkę do walki o prawne uznanie naszych związków. W krajach, w których osoby nieheteroseksualne mają już równe prawa, tego rodzaju akcje traktowane są pewnie jako swoisty konkurs piękności. Chciałabym, żeby i u nas tak było (choć wtedy raczej byśmy nie startowały), niestety dla nas to przede wszystkim kwestia polityczna. W końcu to, że w konkursie bierze udział tak wiele polskich par, i to, jak wielkim poparciem się cieszą (trzy pary w pierwszej dziesiątce!), jest dla mnie swoistą manifestacją poparcia dla wprowadzenia związków również w Polsce.

A co słychać w wielkim świecie? Abiekt opublikował przeprowadzony przez siebie raport o stosunku kościołów i związków wyznaniowych w Polsce wobec osób homoseksualnych. Całość do przeczytania tu (bardzo polecam), a największe kontrowersje wzbudziło póki co pierwsze zdanie raportu:

Jednen z najbardziej krzywdzących stereotypów na temat osób homoseksualnych brzmi mniej więcej tak: "większość gejów to ateiści".

Oczywiście chodzi o słowo "krzywdzących", jako niby sugerujące, że jest coś złego w byciu ateist(k)ą. Ja jestem wierną wyznawczynią kościoła Ani DiFranco (o tym, jak przestałam być ateistką na rzecz tego właśnie kościoła pisałam tu i tu), więc być może nie powinnam wypowiadać się w tej sprawie, ale jako że pochodzę z dość religijnej rodziny (a w dzieciństwie przeszłam fazę niemal manii religijnej), to jednak spróbuję. Przede wszystkim każdy stereotyp jest krzywdzący - bo upraszcza, bo odnosi się zawsze do grupy, nigdy do jednostki, bo uruchamia negatywne mechanizmy społeczne, bo pozwala je usprawiedliwiać. Nawet teoretycznie pozytywne stereotypy nie są fajne, bo dla odmiany wykluczają wszystkie osoby, które nie są w stanie im sprostać (np. stereotyp dobrej matki - jak nie wiecie, o co chodzi, sprawdźcie to forum na Gazeta.pl).

Po drugie, choć nikt tego nigdy w Polsce nie zbadał (a chyba warto), można mimo wszystko założyć, że większość osób nieheteroseksualnych jest wierząca. A niektórzy (?) są wyznawcami jedynej i obowiązującej w Polsce religii, czyli katolicyzmu. Oczywiście niekoniecznie rodem z Frondy czy wiadomego radia (szczęśliwie, i piszę to szczerze, mamy też w Polsce katolików spod znaku "Tygodnika Powszechnego"), ale jednak nadal uważających się za katolików. I, moim zdaniem, mających do tego pełne prawo. Argumenty w rodzaju że "osoby nieheteroseksualne praktykujące katolicyzm są masochistami" są jak dla mnie kompletnie nietrafione. Również katolicyzm zmieniał się na przestrzeni wieków (fakt, że opornie, ale jednak) i działo się to jednak pod wpływem jego wyznawców, tak że nie widzę nic dziwnego w wierze niektórych osób, że mogą tam znaleźć swoją niszę. Niezależnie od moich osobistych poglądów na temat tej (i każdej innej oprócz jedynej prawdziwej) religii.

No i po trzecie, doskonale rozumiem, jak wkurzające dla osób religijnych może być twierdzenie, że nie mogą tacy być (mogą być jedynie ateistami albo wyznawcami Wolnego Kościoła Reformowanego lub innych "nielegalnych" kościołów). W końcu - symetrycznie - mnie też wkurza stereotyp, że każdy Polak to katolik (a każda Polka to katoliczka). Różnorodność, do cholery!

poniedziałek, 6 września 2010

Normalni - nienormalni

Na początek ogromne podziękowania dla wszystkich, którzy wspierają nas w naszych podniebnych zmaganiach. Oddając głosy i linkując - tu ukłon w stronę Orsokane, Arc-en-terre, Hyakinthosa, Eile, YgiInnej Strony, która postanowiła ponownie napisać o akcji, bear news plKobiety Kobietom (jak kogoś pominęłam, proszę się upomnieć) oraz wszystkich tych osób, które udostępniają link do akcji na Facebooku i rozsyłają informację dalej. Plus specjalne podziękowania dla Kasi Formeli, która informuje o udziale polskich par w akcji na wszystkich możliwych frontach. W tej chwili jesteśmy na 5 miejscu, 4 wydaje się całkiem realne, a dalej... do 10 października jeszcze trochę czasu. Zobaczymy.

A to specjalnie dla wszystkich, którzy od wczoraj nucą tę samą piosenkę, klikając w tę samą stronę:



Pod moim postem o wynikach badań CBOS-u rozwinęła się dyskusja o normalności/nienormalności osób nieheteroseksualnych. Przyznam szczerze, że boję się słowa "normalny". Nawet nie dlatego, że często używane jest synonimicznie do "zwyczajny" czy "przeciętny", ale dlatego, że zazwyczaj deprecjonuje wszystko, co "normalne" nie jest, lub przynajmniej wpycha je do jakiegoś worka, na przykład z napisem "norma tolerowana" (jak seksuologia robi z homoseksualnością). Mamy więc "normalne kobiety", "normalne pary" czy "normalnych ludzi" i cały zestaw kryteriów, które trzeba spełnić, aby być do danego grona zaliczoną. A jak się nie spełnia, to jest się marginesem, dewiacją, oryginałem, ma się problem ze sobą, buntuje się przeciw rzeczywistości itd., itp. A "normalność" staje się usprawiedliwieniem do wytaczania dział przeciw wszystkim odmieńcom (lub tym jeszcze mniej "normalnym" niż my). Również w naszym gronie, że przypomnę tylko nadal się toczące dyskusje wizerunkowe czy spory o obecność drag queens na paradach. Zawsze dziwią mnie argumenty w rodzaju "Ja jestem zwyczajna, nie wyróżniam się z tłumu i cały czas staram się prostować błędne przekonanie, że lesbijka to taki niedorobiony facet, a gej to koleś, który przebiera się za kobietę". To nie lepiej przekonywać, że jesteśmy po prostu różni, szczególnie, gdy jest się samą na to żywym dowodem?

Fakt, że media mocno upraszczają wizerunek osób nieheteroseksualnych. I że lubują się w sensacyjnych obrazkach. Pytanie tylko, czy to jest problem nasz, czy mediów. I czy rozwiązaniem ma być eliminowanie z publicznych akcji wszystkich bardziej "nienormalnych", czy też praca u podstaw wśród dziennikarzy i dziennikarek. Oraz zadbanie o większą reprezentację medialną nas samych - bo jasne, że media mają swoich ulubieńców, których lansują, ale też osób, które byłyby skłonne pokazać publicznie swoje śliczne buźki, nadal mamy jak na lekarstwo (tu ukłony dla Asi, która dyskutuje pod wspomnianym postem o badaniach CBOS-u, a która jakiś czas temu opowiedziała w "Gazecie Wyborczej" o tym, jak była dyskryminowana w pracy dlatego, że jest lesbijką - tekst tu, a ja trzymam kciuki za wygraną w sądzie).

Jest jeszcze jedna rzecz. Niezależnie od tego, jak się dwoimy i troimy i czego nie próbujemy udowodnić, zawsze się znajdzie ileś tam osób, dla których nie jesteśmy "normalni" nie dlatego, że wyglądamy inaczej (niż kto?) czy żyjemy inaczej (znowuż: niż kto?), ale po prostu dlatego, że jesteśmy nieheteroseksualni. Co jest tak naprawdę kolejnym argumentem za promowaniem nie "normalności", a różnorodności. Bo ta, w przeciwieństwie do wszelkich "norm", tak łatwo nie kategoryzuje i nie wyklucza. A na dodatek potrafi zmienić rzeczywistość.

niedziela, 5 września 2010

Nasz bilet w przestworza

Być może słyszeliście już o nowej kampanii promocyjnej skandynawskich linii lotniczych SAS "Love is in the Air". Tak w skrócie chodzi o to, że para kobiet lub mężczyzn, która zdobędzie najwięcej głosów internautów, weźmie ślub w powietrzu, a następnie poleci na kilka dni do USA na swój miesiąc miodowy. Postanowiłyśmy z Gosią spróbować - w końcu trzeba mieć marzenia. Poza tym fajnie by było, gdyby pierwszą parą jednopłciową, która weźmie ślub w przestworzach, była para kobiet z Polski. Zawsze to szansa na szerszą promocję naszych postulatów. Głosować na nas można tu, odrywając część biletu. Jeżeli strona wam się nie załaduje, po prostu wpiszcie imię którejś z nas w wyszukiwarkę na dole. A nasz bilet wygląda tak:
Tyle autopromocji. A dziś lekka modyfikacja cyklu spod znaku "polecam filmy", który, nieregularnie bo nieregularnie, ale jednak staram się tu prowadzić. Bo będzie głównie "nie polecam". Otóż z bólem serca, ale jednak nie polecam "Chloe" z Julianne Moore i Liamem Neesonem. Po pierwsze dlatego, że po prostu nudny. Po drugie, bo antyfeministyczny - takie "Fatalne zauroczenie" w wersji lesbijskiej. Oto profesorska żona z wyższych sfer podejrzewa, że mąż ją zdradza, wynajmuje więc call girl (w tej roli jak zwykle drewniana Amanda Seyfried), aby go uwiodła i sprawdziła, czy tak jest. Call girl jest jednak bardziej zainteresowana żoną (też bym była), więc nagina sytuację tak, aby za wszelką cenę wyszło na jej. Nie będę złośliwa i nie napiszę, czy jej wyjdzie, czy nie, w końcu może ktoś to jednak zechce obejrzeć, więc nie będę mu psuć "zabawy".

Nie polecam też "Cracks". Gosia twierdzi, że to dla odmiany film antylesbijski. Nie mam pojęcia, czy tak jest, choć rzeczywiście jedną z głównych bohaterek jest niezrównoważona nauczycielka z brytyjskiej szkoły żeńskiej, która ewidentnie wykorzystuje swoje uczennice, ale tak czy siak nie ogląda się tego dobrze. Może dlatego, że twórcy nie mogli się zdecydować, czy robią film ambitny, czy "zwyczajny". A może dlatego, że wyszło za mało artystycznie, by im wybaczyć, że całość jest po prostu niezrozumiała. Nie wiadomo, co kieruje rzeczoną nauczycielką i dlaczego kadra konserwatywnej ponoć szkoły nie zwraca uwagi na jej metody wychowawcze. Nie wiadomo też, czy to w ogóle szkoła, czy raczej zakład wychowawczy, a jeżeli to drugie, to dlaczego tak łatwo z niego wyjść. Oraz o co chodzi z tym, że "bohaterki są tam na zawsze" (zdanie, które pada w filmie kilkakrotnie). Jak chcecie się poirytować, to możecie spróbować sobie odpowiedzieć na te wszystkie pytania, choć ja bym się spokojnie bez tych "dylematów" obeszła.

I w końcu coś spod znaku "polecam". To kameralne amerykańskie "Hannah Free", historia osiemdziesięciu (no, mniej więcej) lat wspólnego (i osobnego) życia pary kobiet. Bohaterki poznajemy w domu opieki - Rachel przy życiu utrzymuje jedynie respirator, Hannah jest w lepszej formie, ale nie może odwiedzać ukochanej, bo dostępu do niej broni niechętna ich związkowi córka Rachel. Wraz z Hannah przenosimy się w przeszłość bohaterek - ich dziecięcej przyjaźni, rozłąki, gdy Rachel postanowiła zrealizować się w bardziej tradycyjny sposób i wyjść za mąż, w końcu lat wspólnego życia (przerywanego podróżami zawsze głodnej świata Hannah) po śmierci męża Rachel. To zupełnie inna produkcja niż te, do których ostatnio przyzwyczaiło nas (zwłaszcza mainstreamowe) kino. Bohaterki nie są piękne, młode i bogate, nie mieszkają w wielkim mieście, poznajemy je, gdy zajmują się tak trywialnymi rzeczami jak gra w warcaby, przygotowywanie posiłków, kopanie w ogródku czy wspólne przesiadywanie na ławce przed domem. Ot, życie zamiast fabryki snów. Tak że jak lubicie się wzruszać historiami, które mogły się wydarzyć naprawdę, obejrzyjcie.

czwartek, 2 września 2010

Zatańcz ze mną

Zazwyczaj nie wrzucam tu ogłoszeń niedotyczących działalności naszej lub zaprzyjaźnionych blogerów czy portali (tak przy okazji - dobra wiadomość dla wszystkich, którzy nie mogą odżałować zwinięcia się kabaretu Barbie Girls - w najbliższych miesiącach reaktywujemy się prawdopodobnie dwa razy, szczegóły podam, jak je poznam), ale dziś wyjątek, bo news jest przedni. Oto w Sopocie powstała szkoła tańca towarzyskiego dla par jednopłciowych. Pierwsze zajęcia na początku października, w planach również retro wieczorki taneczne, a więcej szczegółów tu lub pod emailem dancesopot@gmail.com. Za całą inicjatywą stoi Fundacja Pisarze dla Pokoju, a z ogłoszenia, które do mnie dotarło, najbardziej spodobał mi się ten fragment:

Na zajęcia zapraszamy uczestników w każdym wieku, szczególnie osoby o nietypowym wyglądzie i osoby starsze. Nie trzeba mieć partnera/partnerki do tańca. Nie oczekujemy sprawności fizycznej. 

Aż żałuję, że już nie mieszkam w Trójmieście! Na Zachodzie (skąd pomysł przywiozła Iza Filipiak) tego typu inicjatywy mają się oczywiście świetnie, są szkoły, festiwale, maratony taneczne i wszystko, co tylko możecie sobie wymarzyć. Kilka przykładów znalezionych na You Tube (zwróćcie uwagę, jak różnorodne są pary kobiece):

Same Sex Ballroom Competition w Kalifornii



Sundance Stompede 2009 w San Francisco



San Francisco Queer Tango Festival, próba

środa, 1 września 2010

Homoseksualizm na forum Gazeta.pl

Na Forum.Gazeta.pl w dziale społeczeństwo przybyło dziś nowe forum (takie oficjalne, odredakcyjne, nie prywatne) - Homoseksualizm. Ma być miejscem kulturalnej dyskusji na temat osób nieheteroseksualnych (w podtytule ma póki co: lesbijki, geje, osoby biseksualne, transseksualne i queer). Tak, wiem, że słowa "kulturalna dyskusja" i "forum" niekoniecznie do siebie pasują, ale postaramy się z Gosią zadbać o to, by można się było tam wyedukować, rozwiać wątpliwości, doinformować, zapytać o radę, a nie narazić się na głupie i jeszcze głupsze komentarze (choć i takie z pewnością będą się zdarzać, grunt, żeby nie dominowały i nie przekraczały pewnych granic). Tak, słusznie się domyślacie, będziemy tam moderatorkami. To takie nasze wejście w mainstream (w końcu Gazeta.pl ma największe forum w Polsce) w ramach pracy u podstaw, której wciąż nam brakuje. A jeśli ktoś/ktosia z was czuje powołanie do dyskutowania i wyjaśniania, to zapraszamy do współmoderowania (zgłoszenia na maila, kontakt do mnie jest tu). Oczywiście wszystko w ramach pracy społecznej. Z radością też powitamy informacje o ciekawych wydarzeniach, publikacjach itd. itp. Kurczę, nawet jak to piszę, to jestem pełna obaw, jak to będzie, w końcu i na naszych forach zdarzają się niezłe jatki. Ale może będzie dobrze.

Zabawna rzecz, ale moja inicjacja na forum "branżowym" miała miejsce właśnie na Gazeta.pl, na jednym z zamkniętych forów prywatnych, którego nazwy nie pomnę, tak jak i nie pamiętam swojego nicka z tamtych czasów. Tam poznałam między innymi ludzi, z którymi współtworzyłam KPH Trójmiasto. W ogóle mam wrażenie, że kiedyś takich zamkniętych miejsc dla nas było tam całkiem sporo, były też jakieś kłótnie, rozłamy, wzajemne podbieranie sobie użytkowników i użytkowniczek, czyli wszystko to, co znamy i z naszych mediów. Dobre rzeczy też były oczywiście. Ciekawa jestem, gdzie się to wszystko rozeszło i ile z osób teraz aktywnych na różnych naszych portalach debiutowało właśnie tam.

Ponieważ nie mam ochoty pisać dziś o niczym ponurym (pogoda jest wystarczająco dobijająca), nie napiszę, co myślę o przyjętej wczoraj przez rząd ustawie o "równym traktowaniu" (jak bardzo "równym" możecie przeczytać tu, mnie wystarczy, że nie chroni osób nieheteroseksualnych w takich dziedzinach jak służba zdrowia, szkolnictwo wyższe, oświata, dostęp do zabezpieczeń społecznych, dostęp do usług mieszkaniowych, osób transgenderowych nie uwzględnia w ogóle, pozwala też dyskryminować m.in. ze względu na poglądy polityczne czy niepełnosprawność). Zamiast tego suplement do poprzedniego posta znaleziony w komentarzach na blogu Abiekta.



Na wypadek, gdyby ktoś nie kojarzył, pani, która dostała ciastem, to Anita Bryant, słynna homikożerczyni z czasów Harveya Milka. Tak przy okazji, to czy ktoś kojarzy, co się stało z mężczyzną, który rzucił tortem w Lecha Kaczyńskiego w czasach, kiedy ów był prezydentem Warszawy i zakazywał Parad Równości?