wtorek, 29 czerwca 2010

Transgenderowy pomnik i... Melissa!

"Niespodzianka" - Napieralski oświadczył, że nie poprze w drugiej turze żadnego z kandydatów. Tymczasem do konsultacji społecznych trafił projekt ustawy o "wdrożeniu niektórych przepisów UE w zakresie równego traktowania". Protestują przeciwko niemu zarówno organizacje pozarządowe, bo wdraża unijne zasady na poziomie absolutnego minimum, i... episkopat, bo "wyrażona w projekcie koncepcja standardów w zakresie równego traktowania może okazać się niebezpiecznym otwarciem podporządkowania Polski bliżej nieokreślonym naciskom". No pięknie, szkoda tylko, że za każdy dzień zwłoki we wprowadzeniu ustawy o równym traktowaniu Unia nalicza nam karę. Od 2006 roku.

Wesołe wieści z Zielonej Góry - prezydent Janusz Kubicki nakazał skrócić o przyrodzenie rzeźbę przedstawiającą gimnastykujących się mężczyznę i kobietę, która stanęła przed aquaparkiem. "Zielonogórski basen będą odwiedzać tysiące ludzi. Niektórym taki widok może przeszkadzać. Poza tym, w żadnym ze wcześniejszych projektów nie było przyrodzenia" - powiedział Kubicki dziennikarzowi "Gazety Wyborczej". I tak aquapark dorobił się nazwy "pod eunuchem" (szkoda, że nie bardziej queerowej, ale jeszcze ma szansę):

Wykastrowany pomnik

Edit: Na skutek protestów zielonogórskich artystów, mieszkańców i radnych (najgłośniej protestowali radni PiS!) prezydent zadecydował, że penis wróci na swoje miejsce. Szczegóły tu i tu.

A my jutro jedziemy na koncert Melissy Etheridge. Jak wrócimy, to będzie relacja, jak nie, to znaczy, że Gosia zakuła się w kajdanki, zamknęła w bagażniku samochodu Melissy i, po nocy spędzonej w areszcie, tłumaczy się na policji, że została porwana.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

List otwarty, wybory i "The Runaways"

"Jajcarskiego" happeningu ciąg dalszy - na Homikach ukazał się list otwarty do organizatorów EuroPride. Komentarze pod listem różne - od aprobaty po stwierdzenie, że list jest szczuciem jednych działaczy na drugich. Sprawę opisała również Inna Strona, dodając do tekstu sondę, w której pyta czytelników, po której stronie stoją w sporze o hasło i plakat EP. Póki co 70 procent głosujących opowiedziało się po stronie autorów listu, 20 - organizatorów EP. Ciekawa jestem, czy będzie jakaś odpowiedź ze strony adresatów listu. O ile się nie mylę, to pierwsza tego typu akcja pod ich adresem (w sensie publiczna, bo po zeszłorocznej paradzie protesty były bardziej kameralne).

Przy okazji wróciła (co mnie bardzo cieszy) kwestia tego, czy powinniśmy krytykować działania naszych organizacji, czy też poprzestać na stwierdzeniu, że fajnie, że coś robią, i nie zastanawiać się nad jakością tych działań. Już kiedyś o tym pisałam i nadal uważam, że krytyka jest jednym z bardzo ważnych (choć absolutnie nie jedynym!) narzędzi wpływania na naszych działaczy - i to pozytywnego, bo jeżeli nikt nie zgłasza zastrzeżeń do ich aktywności, to skąd niby mają wiedzieć, że ten czy inny pomysł może nie jest do końca trafiony. Albo że w ogóle ktoś się tym, co robią, interesuje. Teraz mi przyszło do głowy, że może to być jeden ze sposobów na aktywizację naszej społeczności, bo jak ktoś ileś tam razy usłyszy "jak jesteś taki mądry/mądra, to zrób to lepiej", jest spora szansa, że w końcu coś zrobi albo przynajmniej da się skusić komuś, kto oferuje zrobienie czegoś lepiej albo przynajmniej inaczej. Jedno takie kuszenie już wkrótce, ale na razie o tym sza.

Po wczorajszej debacie prezydenckiej, w której to Komorowski, zapytany o związki partnerskie, stwierdził, że nie sądzi, aby taka ustawa trafiła na jego biurko, ale jeżeli już, to uważa, że należy szukać rozwiązań w istniejącym prawie, a w ostateczności, gdyby okazało się, że są problemy, rozważyć wprowadzenie zmian, na Facebooku i zaprzyjaźnionych blogach i portalach lekka konsternacja. A właściwie nie tyle konsternacja, co coraz więcej głosów za nieważnym głosem lub wybraniem grilla zamiast prezydenta. Smutne to w sumie, bo jeszcze niedawno widziałam głównie agitację za "mniejszym złem", widać Komorowski zniechęca do siebie coraz więcej ludzi. Ale z drugiej strony czego się właściwie po Bronku gajowym spodziewać. Co zabawne, Kaczyński, dzięki nieudanemu flirtowi z lewicą, również naraził się części swoich dotychczasowych zwolenników. Tak że ostatecznie może i wyjdzie na remis. Humor wyborczy za to dopisuje - ostatnio rozbawiła mnie okładka "Angory":
Żeby nie było, że samą polityką żyję (co i tak jest niemożliwe, wszak trwają mistrzostwa świata w piłce nożnej!), wczoraj obejrzałyśmy sobie z Gosią "The Runaways", opowiadający historię pierwszego rockowego zespołu, w którym grały wyłącznie kobiety (z których do dziś znana jest właściwie jedynie Joan Jett):


Film taki sobie, jak ktoś lubi filmy z biseksualnymi wątkami, to informuję, że takowy jest, a jak ktoś ma sentyment do produkcji o zespołach rockowych, niech raczej sięgnie po "Backbeat". No chyba że ma być o rocku i o kobietach, wtedy mam problem, ale może ktoś mi podrzuci jakąś ciekawszą pozycję. A ja tymczasem przymierzam się do "I Am Love" z Tildą Swinton. Widział ktoś? Warto?

niedziela, 27 czerwca 2010

O przemocy wspomnień kilka

W weekendowym wydaniu "Gazety Stołecznej" ukazał się list Krystiana Legierskiego, w którym tłumaczy, o co chodziło w happeningu w Muzeum Narodowym. Że chcieli, poprzez ośmieszenie, rozbroić sytuację, w której "człowiek z lęku i nienawiści rzuca w innego człowieka nie tylko jajkiem, ale również kamieniem czy butelką". Że akcja miała zwrócić uwagę na to, że "w debacie publicznej na temat parad czy marszów osób o odmiennej identyfikacji seksualnej uwagę poświęca się głównie obawom i spekulacjom na temat zgorszenia, jakie mieliby wywoływać swoim zachowaniem, a nie problemowi fizycznej agresji, na którą są narażeni". I że to dobrze, że były przeciw niej protesty, bo dzięki temu problem agresji mógł mocniej zaistnieć w debacie publicznej, a przecież o to tak naprawdę chodziło.

Cóż, skoro tak, to muszę przyznać, że cel akcji (w przeciwieństwie do środków) był jak najbardziej szlachetny, kłopot w tym, że osiągnąć się go nie udało. W relacjach z wydarzenia w mainstreamowych mediach o przemocy nie ma ani słowa (za to jest całkiem sporo słów o niefortunnym haśle made by JP2, nie mogę złośliwie nie dodać). W naszych mediach zresztą też nie - dominują komentarze o kiepskim poczuciu humoru (w zależności od nastawienia komentującego - organizatorów bądź protestujących). Czyli główny przekaz jest taki, że z naszym dowcipem jest coś nie tak. A przy okazji tradycyjnie już obrażamy uczucia religijne.

Czy tłumaczenie Krystiana jakoś wpłynęło na moją ocenę happeningu? Mimo najszczerszych chęci i ponownej analizy założeń jego i całej akcji, nie. Może to z powodu dwóch wydarzeń sprzed paru dobrych lat, które od chwili, gdy usłyszałam o tym "jajcarskim pomyśle", chodzą mi po głowie i wyjść z niej nie chcą.

W 2004 roku brałam udział w warsztatach z psychologii lęku i agresji zorganizowanym w ramach spotkania integracyjnego nieformalnej grupy Girlz Get United w Niedamirowie koło Jeleniej Góry (szczegóły topograficzne nieistotne, ale zapisuję, skoro udało mi się je jakimś cudem sobie przypomnieć). Pierwsza część warsztatu polegała na tym, że jego uczestniczki zostały losowo podzielone na dwie grupy - agresorek i ofiar. Potem każda agresorka miała sobie wybrać ofiarę i przez kilkanaście minut się nad nią pastwić - werbalnie, bez kontaktu fizycznego. Bardzo nie chciałam być w gronie tych złych, po prostu nie wyobrażałam sobie, że mogłabym użyć przemocy w stosunku do drugiej osoby. Nie udało się. I pamiętam jak dziś, że te kilkanaście minut agresji przypłaciłam paroma dobrymi godzinami emocjonalnego rozedrgania. Wracając na chwilę do teraźniejszości - nie wiem, co poczuli uczestnicy tego nieszczęsnego czwartkowego happeningu, gdy okazało się, że stoją przed nimi "żywe tarcze" w postaci Gosi i Wojtka. Mam jednak nadzieję, że choć część z nich uświadomiła sobie (jak ja te parę lat temu), że przemoc, nawet udawana, jest czymś strasznym.

W roli ofiary znalazłam się parę miesięcy po wyjeździe do Niedamirowa - podczas trójmiejskiej Manify w marcu 2005 roku. Było zimno, ciemno, padał deszcz ze śniegiem. Nas było może 200, policjantów 50, a po obu stronach pochodu szli Wszechpolacy na spółkę z niezrzeszonymi chuliganami, krzycząc wiadomo jakie hasła i rzucając śnieżkami i jajkami. I to było przerażające. I poniżające - że banda chuliganów uważa nas za jakiś podgatunek, który można bezkarnie znieważać. Nie myślałam wtedy racjonalnie - że przecież jest policja, że trudno zrobić komuś krzywdę jajkiem. Nie, ja się zwyczajnie bałam. Jeszcze bardziej po marszu, kiedy z transparentami poupychanymi pod kurtkami bocznymi uliczkami przemykaliśmy na przystanki, aby rozjechać się do domów. Kogoś zresztą wtedy złapali i pobili. Niegroźnie, na szczęście.

Nie lubię martyrologii. Zwykle nie piszę o tym, jaka to jestem biedna i dyskryminowana, jakie to straszne rzeczy spotykają mnie w Polsce. Bo zazwyczaj mnie nie spotykają. Od paru dobrych lat mieszkam w Warszawie, pracuję w tolerancyjnej firmie, która rozpoznaje mnie i Gosię jako rodzinę (w sensie formalnym), mam otwartych i akceptujących mnie znajomych. Z homofobią spotykam się co najwyżej od święta (chyba że zajrzę na forum Gazeta.pl). Ale też, podobnie jak większość osób nieheteroseksualnych, które żyją w miarę otwarcie, kilka razy w życiu doświadczyłam przemocy (na szczęście głównie werbalnej), a znacznie więcej razy zdarzyło mi się słyszeć o przypadkach znieważenia czy pobicia kogoś z powodu jego orientacji.

Dlaczego o tym piszę? Bo nadal nie mieści mi się w głowie, że ktoś wpadł na pomysł "rozbrajania" przemocy przemocą. I mam nadzieję, że ci, uważają, że zrobili fajną akcję, chwilę pomyślą, nim się zabiorą za robienie następnej. A przy okazji pozwalam zaistnieć w debacie (choć raczej nie publicznej) problemowi agresji. A o to przecież organizatorom chodziło, prawda?

piątek, 25 czerwca 2010

Nie lękajcie się?!

Wczoraj w Muzeum Narodowym miała miejsce inauguracja kampanii społecznej promującej EuroPride 2010 pod hasłem "Nie lękajcie się", która, jak czytamy w informacji o wydarzeniu, "ma zmienić wizerunek Polski w świecie oraz zachęcić do udziału w EuroPride w Warszawie". A konkretnie odbyła się prezentacja plakatu akcji połączona z happeningiem pod jakże finezyjnym hasłem "Rzuć w pedała po raz ostatni" (tudzież "Kto nie chce wolności, niech pierwszy rzuci jajkiem").  Co się wydarzyło podczas happeningu, pewnie już wiecie od Abiekta lub z Homików, ale jako że przeciw akcji czynnie zaprotestowali Abiekt i Gosia (która wolała, żebym jednak ja to opisała), nie mogę o niej nie napisać. Pokrótce wyglądało to tak, że organizatorzy akcji (m.in. Miron Mironiuk i Tomasz Bączkowski) pokazali zaproszonym gościom (wśród których znaleźli się Maria Peszek, Krystan Legierski i Ryszard Kalisz) rzeczony plakat (o nim za chwilę), Maria Peszek rzuciła w niego pierwszym jajkiem, po czym na scenę wkroczyli Abiekt i Gosia i zepsuli towarzystwu zabawę, stając przed plakatem i proponując, aby porzucali w prawdziwego pedała i lesbę. Wyglądało to tak:


Gosia mówi, że to nie była fajna akcja. Strasznie się bała (co widać na filmie), bo jednak łatwiej jest wystąpić przeciw homofobom, trudniej przeciw ludziom, którzy są po tej samej stronie barykady. Jednak reakcja na ten anty-happening na Facebooku, Homikach, u Abiekta i na innych zaprzyjaźnionych blogach, a także artykuł na portalu Gazeta.pl pokazuje, że był bardzo potrzebny. Bo jakoś mało osób uznało ową akcję "promocyjną" za zabawną, większość była zwyczajnie zniesmaczona.

Jestem jak najbardziej za  zawłaszczaniem takich słów jak "pedał" czy "lesba". Ale bezrefleksyjne powielanie aktów przemocy, zachowań homofobicznych to zupełnie co innego. Na filmie słychać słowa (chyba Marii Peszek) "Trzeba mieć dystans do siebie". Cóż, proponuję, aby osoba, która to powiedziała, wybrała się na marsz do Krakowa czy Poznania i sprawdziła, jak się ma jej dystans do siebie, gdy groźba oberwania czymś podczas pokojowego protestu jest całkiem realna. Albo do Kielc, gdzie po demonstracji policja musiała rozwieźć protestantów do domu, bo obawiała się o ich bezpieczeństwo. Przemoc nie jest czymś, z czego się żartuje. A już na pewno nie publicznie.

Niestety to niejedyna przykra niespodzianka ze strony organizatorów EuroPride. Kolejna to sama kampania "Nie lękajcie się". Promujący ją plakat jest co najmniej niezrozumiały (estetykę oceńcie sami):
Nie mam pojęcia, kim są pokazani na nim ludzie. Na pierwszy rzut oka to stereotypowy gej, tancerka samby i Szymon Majewski. Jak to się ma do promowania EuroPride? Nie wiem, może czytelnicy będą mądrzejsi i mi wytłumaczą. Dodatkowy smaczek to słowa Moniki Czaplickiej w komentarzach u Abiekta, że Fundacja Równości wcześniej tego obrazka nie widziała. Mam nadzieję, że to żart.

Plakat to jednak pikuś w porównaniu z hasłem kampanii. Prowadzący prezentację Mironiuk tłumaczył je tak:

Uznaliśmy, że tym, co łączy nas wszystkich jest strach: obcokrajowcy boją się przyjechać, bo zewsząd słyszą, że Polska dyskryminuje gejów i lesbijki, polscy geje i lesbijki boją się, że dostaną jajkiem, a homofobia to lęk przed innością. Wszystkie te grupy łączy też szacunek do Jana Pawła II. Hasło to nie prowokacja, tania sensacja. Kto bardziej niż Jana Paweł II sprzeciwiał się agresji i dyskryminacji?

Po pierwsze, wcale nie jest tak, że szacunek do zmarłego papieża nas wszystkich łączy. Nie odbierając mu jego zasług, dla wielu osób pozostaje symbolem instytucji jednak homofobicznej, jaką jest Kościół katolicki. A dla niekatolików jest po prostu przedstawicielem religii, która jest im obca. Po drugie, hasło, wbrew zapewnieniom, ma charakter konfrontacyjny (co widać chociażby w komentarzach pod przywołanym tekstem na Gazeta.pl). Nie, nie uważam, że nie mamy prawa go używać. Nie widzę w tym jednak najmniejszego sensu - i ze względów PR-owych (bo jeśli ktoś był nieprzekonany, to w ten sposób na pewno go nie przekonamy do idei EuroPride, mamy za to sporą szansę go obrazić), i czysto rozumowych - po co powoływać się na hasło instytucji, która nas wyklucza. A po trzecie, kompletnie nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że główną przyczyną słabej frekwencji na paradach jest strach. Jasne, że znam osoby, które się boją, że ktoś je zobaczy, i nigdy się na takiej imprezie nie pokażą. Ale uważam, że od paru lat głównym problemem warszawskiej parady jest jej bezideowość. Najwięcej osób było na zakazanej paradzie w 2005, a potem na protestach po spacyfikowanym Poznańskim Marszu Równości w tym samym roku. Czyli potrafimy się zmobilizować, gdy wiemy, o co walczymy. I potrafimy przekonać do swojej walki innych, bo przecież w tych protestach licznie brały udział również osoby heteroseksualne. Śmiem wątpić, że tegoroczne hasło (które, co ciekawe, wcale nie jest hasłem parady, ale chyba zostało już przez opinię publiczną za takie uznane) będzie równie skuteczne.

czwartek, 24 czerwca 2010

Postscriptum razy trzy

Od wczoraj mam nową kochankę o imieniu Ibanez, więc czasu na pisanie jeszcze mniej. Tak że dziś jedynie suplement do ostatnich trzech postów, bo tak się złożyło, że wszystkie w krótkim czasie zdążyły się dorobić ciągu dalszego. Oraz mała refleksja ogólna, tak że jeżeli nie chcecie czytać czegoś, co już ostatnio w co najmniej paru miejscach się pojawiło, przejdźcie od razu na koniec tego posta.

Po pierwsze fantastyczne wystąpienie Judith Butler podczas berlińskiego CSD. Butler odmówiła przyjęcia nagrody Zivilcouragepreis (tuż po laudacji, nikogo wcześniej o swoim zamiarze nie informując), argumentując to tym, że Christopher Street Day jest zbyt komercyjne i w żaden sposób nie opowiada się przeciw rasizmowi i podwójnemu wykluczeniu osób nieheteroseksualnych wśród emigrantów:



Jak dla mnie to naprawdę genialny gest przypominający, że parady nie są (a przynajmniej kiedyś nie były) miejscem bezrefleksyjnej zabawy, ale formą protestu i zwrócenia uwagi na konkretne problemy. Uschi w komentarzu pod moim postem o marszach lesbijek stwierdziła, że może czas rozpocząć debatę na temat kształtu naszej najbliższej warszawskiej parady. My mamy trochę inny problem niż Niemcy i Stany, bo trudno mówić i o komercyjności tej imprezy (bo póki co to nie sponsorzy nadają jej quasikomercyjny kształt, a organizatorzy), i o tym, że u nas są jakieś niezałatwione sprawy (jak wykluczenie niektórych grup), bo nie mamy przede wszystkim żadnych spraw załatwionych. Wybór w tej sytuacji powinien być jasny - skupiamy się na postulatach politycznych, nie na ogłuszaniu (i zagłuszaniu) maszerujących i kibicujących kakofoniczną muzyką z platform. Nie wiem, czy organizatorzy postawią na to rozwiązanie, ale akurat w tym przypadku sami możemy zrobić bardzo dużo. Wystarczy przygotować sensowne hasła i ustawić się za zeszłorocznym transparentem, który otwierał w 2009 roku paradę (lub nowym, równie pięknym - jeżeli jest plan zrobienia czegoś takiego, to ja się zgłaszam do grupy malującej). Oraz wyposażyć się w megafon i listę haseł do wykrzykiwania. I iść na przedzie, tak aby wszystkie media miały okazję nas pokręcić i obfotografować.

Po drugie Napieralski jasno określił, że nie będzie podnosił kwestii związków partnerskich jako warunku udzielenia poparcia w drugiej turze wyborów któremuś z panów na K. Nie, żeby mnie to jakoś szczególnie zdziwiło (w końcu nie tylko przegrani już na dzień po wyborach zazwyczaj zapominają o tym, co naobiecywali, a on tego nawet nie obiecał - jedynie stwierdził, że jak wygra, to za dwa miesiące ustawa będzie gotowa), dziwi mnie za to, że on w ogóle rozważa oficjalne poparcie któregokolwiek z kandydatów - jak dla mnie powinien dać swoim wyborcom wolną rękę (jakby i tak jej nie mieli). No chyba że trochę się zachłysnął swoim sukcesem lub wykorzystuje swój dobry wynik do zasiania lekkiego fermentu, co mu zresztą nieźle wychodzi - zabawnie jest obserwować Kaczyńskiego mówiącego już nie o postkomunie, a o lewicy, czy sztab Komorowskiego przypominający, że w 2004 roku PiS mówiło o delegalizacji SLD.

Po trzecie mamy niestety kolejne zamieszanie wokół działań Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich. Jak możemy przeczytać na stronie GI:

22 czerwca w Sejmie odbyło się spotkanie Grupy Inicjatywnej ds. związków partnerskich z przedstawicielami SLD: Sławomirem Kopycińskim, posłem oraz Katarzyną Piekarską, wiceprzewodniczącą partii.
Na spotkaniu przekazaliśmy SLD założenia do projektu ustawy o związkach partnerskich i ustaliliśmy wspólny harmonogram dalszych prac nad projektem.
Przedstawiciele SLD zdeklarowali, iż w połowie lipca (przed EuroPride), zostanie podjęta przez Klub Lewicy decyzja, kiedy projekt ustawy zostanie przedłożony w Sejmie.
Przekazanie założeń do ustawy, które są wynikiem blisko 20 spotkań Grupy Inicjatywnej w całej Polsce jest przełomowym wydarzeniem w naszej dotychczasowej rocznej już działalności.

W komentarzach na Homikach i u Abiekta  padło już chyba wszystko, co powinno paść w tej sprawie, tak że ja mogę dodać do tego tylko moje "szkoda" - szkoda, że nie dane nam było poznać założeń do ustawy, które zostały przekazane SLD. Szkoda, że nie zostały one przedstawione choćby organizacjom, bo tak naprawdę nie wiadomo, co w tych założeniach jest i czy zostały uwzględnione jakiekolwiek postulaty. Szkoda, że ludzie, których te postulaty dotyczą, poznają je jako ostatni. Nie rozumiem takiego działania.

Naszła mnie też ostatnio refleksja natury ogólnej - że mój problem polega na tym, że ja większość (jak nie wszystkich) działaczy, o których piszę, znam osobiście. Jak również trochę za dużo wiem (choć niekoniecznie o tym piszę) o tym, co się dzieje w kuluarach różnych akcji, co mnie zazwyczaj dość skutecznie pozbawia możliwości cieszenia się z samego faktu ich zaistnienia. Pamiętam moje działaczowskie początki sprzed paru dobrych lat (jeszcze kiedy mieszkałam w Gdańsku), kiedy wielkim wydarzeniem był przyjazd i możliwość poznania któregoś z aktywistów z Warszawy. I kiedy wielką fetą było każde najmniejsze wydarzenie, jak pokaz filmu czy panel dyskusyjny. Nie wiem, może wtedy i "ci wielcy" z Warszawy byli inni, stąd aż tak wielki dysonans między tym, co kiedyś, a tym, co teraz. Bo to, co jest teraz (i nie piszę konkretnie o GI, a o ogólnych wrażeniach) bardziej przypomina mi działania partii politycznych, a nie NGO-sów, które, przynajmniej teoretycznie, powinny być bardziej otwarte na tych, na których rzecz działają. Tak czy siak dla mnie osobiście najsmutniejszym wydarzeniem ostatnich dni jest wystąpienie Abiekta z Lambdy (między innymi pod wpływem ostatnich wydarzeń wokół GI). Doskonale rozumiem powody, bo takim ludziom (indywidualistom, o zdecydowanych poglądach) najtrudniej jest działać w sformalizowanej grupie, kłopot w tym, że moim zdaniem takich właśnie ludzi najbardziej naszym organizacjom brakuje.

niedziela, 20 czerwca 2010

Głosowanie w obrazkach

Na razie obrazki są tylko trzy, ale może jeszcze jakiś dojdzie (edit: są już cztery, a w drugiej turze będzie mam nadzieję więcej:)). W każdym razie obywatelski obowiązek spełniony, a według nieoficjalnych wyników pierwszą turę garniturowych wyborów wygrała... Lady Gaga! No cóż, trzeba jej to oddać, że ze wszystkich kontrkandydatek miała najlepszą kampanię, no i w ostatnim roku była najaktywniejsza. Nie jest to prezydentka moich marzeń, ale myślę, że z funkcjami reprezentacyjnymi poradzi sobie świetnie.
Druga tura naszej zabawy już 4 lipca, tak że jak ktoś chciałby się przyłączyć, to proszę o kontakt na trzyczesciowygarnitur@blogspot.com.

I na koniec małe ogłoszenie. Zaprzyjaźniona blogerka ma do sprzedania dwa bilety w cenie jednego na berliński koncert Melissy Etheridge (30 czerwca tego roku). Szczegóły w ostatnim komentarzu tu.

piątek, 18 czerwca 2010

Po spotkaniu z Grupą Inicjatywną ds. Związków Partnerskich

Na początku czerwca pisałam o swoich wątpliwościach odnośnie dwóch równoległych inicjatyw dotyczących wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich. Zastanawiałam się, dlaczego właściwie mamy dwie propozycje ustawy, zamiast jednej, czemu osoby w nie zaangażowane nie działają wspólnie i czy były jakieś rozmowy, które mogłyby do tego doprowadzić. Dziś dostałam odpowiedź na te pytania. Wybrałyśmy się z Gosią na panel "Kiedy i jakie związki partnerskie w Polsce" zorganizowany w ramach Kongresu Kobiet. Według programu panel miała prowadzić Anna Laszuk, a mieli wziąć w nim udział między innymi członkowie Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich, na miejscu okazało się jednak, że jest to po prostu spotkanie GI. Pierwsza część spotkania przebiegła według znanego już z relacji schematu - przedstawienie historii walki o związki na świecie, wybranych postulatów GI, możliwych modeli związków (z naciskiem na PACS-y), podsumowanie dotychczasowej działalności grupy. Potem prowadzący spotkanie zapewnili, że sprawa jest otwarta i zaprosili zebranych do dyskusji o możliwym kształcie i strategii wprowadzenia ustawy.

No i wzięłyśmy z Gosią udział w dyskusji, która pozbawiła nas chyba jakichkolwiek złudzeń co do możliwego porozumienia między ludźmi związanymi z Homikami a GI. Na początek poprosiłam o krótkie omówienie wszystkich dotychczasowych postulatów (chciałam je porównać z ankietą na Homikach), bo w części "oficjalnej" było ich 5, a GI wspomniała o 15. W efekcie zobaczyłyśmy 13 z nich, bo pozostałe nie zostały jeszcze wpisane do prezentacji. Potem Gosia zadała pytanie o inicjatywę Homików - czy grupa się z nią zapoznała i czy bierze ją pod uwagę, konstruując ustawę. Na to najpierw dostałyśmy wymijającą odpowiedź, że przecież to nie my decydujemy o tym, jaka ta ustawa będzie, a politycy, i że oczywiście konieczne będą kompromisy, aby w końcu (po kolejnych "pytaniach pomocniczych") usłyszeć, że tak, GI wyniki ankiety widziała. Ale nie bierze ich pod uwagę, mimo iż ponad 4,5 tysiąca respondentów w porównaniu z ich 150 lub 500 - bo padły dwie liczby - którzy ponoć w większości wybrali PACS-y, to rzeczywiście spora różnica. A nie bierze, bo przecież jutro kolejny portal może sobie zrobić ankietę, której wyniki mogą być zupełnie inne. I poza tym ten etap został już zakończony, oni, zgodnie z harmonogramem, zajmują się teraz czymś innym.

No nieźle. Tak gwoli ścisłości - po pierwsze jest mało prawdopodobne, żeby jakikolwiek portal powtórzył akcję z ankietą, bo ta na Homikach została wsparta przez nasze największe media - Inną Stronę, Kobiety Kobietom, Lesbijka.org, Gay.pl oraz Queer Cafe. Oraz przez samą GI (!), która informowała o niej na swojej stronie, pisząc między innymi: "Zebranie jak największej liczby głosów i opinii w debacie o kształcie związków będzie z korzyścią dla nas wszystkich, dlatego możecie rozpowszechnić informacje o ankiecie i zachęcać swoich czytelników/odbiorców oraz krewnych-i-znajomych-królika do wyrażania opinii". A po drugie zupełnie nie rozumiem tej reakcji GI w kontekście jej wcześniejszych wypowiedzi z dzisiejszego spotkania (katalog praw jest otwarty, zapraszamy do dyskusji, razem wypracujemy najlepsze dla wszystkich rozwiązanie) oraz chociażby z kwietniowego tekstu podsumowującego jej działalność, w którym znalazły się między innymi takie słowa: "W tej chwili pracujemy nad pierwszym szkicem ustawy. W ciągu najbliższych dni przedstawimy otwarty katalog naszych głównych postulatów wraz z ich opisem i uzasadnieniem. Oraz z prośbą do Was o opinie, uwagi itd. Wierzymy, że z Waszą pomocą uda nam się wypracować projekt ustawy, która zdobędzie poparcie zarówno tzw. środowiska LGBT jak i poparcie polityczne". Efektem tych słów - zaproszenia do dyskusji - była zresztą wspomniana już ankieta! No to kto właściwie tworzy tę ustawę i kto nad nią dyskutuje? Przecież w planach są kolejne spotkania, panele, debaty!

Z ciekawostek ze spotkania - pojawiła się na nim posłanka Zdzisława Janowska z SdPl, która swojego czasu pracowała nad ustawą o związkach partnerskich profesor Marii Szyszkowskiej. I zapytała, po co tworzyć nowy projekt, skoro poprzedni przeszedł już raz przez prawnicze sito i, jako że zawiera pewnie z 80 procent naszych postulatów, wystarczy go odświeżyć i za nim lobbować. Padło też pytanie z sali o obecność postulatów związkowych podczas najbliższej warszawskiej parady. Odpowiedź - co było do przewidzenia - była taka, że GI nie ma wpływu na organizatorów EuroPride. I że na pewno będzie zeszłoroczny (zrobiony przez Homiki, Abiekta, Ygę, kolektyw UFY i Lambdę Warszawa) ogromny transparent "Żądamy ustawy o związkach partnerskich", ale to wszystko, co mogą zrobić. I pewnie jest to prawda, tylko dlaczego mamy kolejną inicjatywę (paradę), na którą tak naprawdę nikt, poza jej twórcami (którzy i w poprzednim roku nie wzięli pod uwagę postulatów wielu osób i środowisk, by upolitycznić paradę), nie ma wpływu?

Przyznam, że wyszłam z tego spotkania maksymalnie wkurzona. A potem poszłam do Hyde Parku i złożyłam podpis pod przygotowaną przez GI petycję do Sejmu o wprowadzenie ustawy o związkach partnerskich. Nie dlatego, że popieram ich styl działania i dotychczasowe postulaty, ale dlatego, że popieram ustawę. I naprawdę zrobiłabym wszystko, aby odpowiadała na potrzeby i cieszyła się poparciem jak największej części naszej społeczności. Bez podziałów. I bez dzielenia głosów na ważne i nieistotne.

środa, 16 czerwca 2010

Lesby maszerują

Najnowsze InterAlia miały być poświęcone kobietom nieheteroseksualnym i znalezieniu odpowiedzi na pytanie, czy w badaniach nad odmiennością seksualną przeważa perspektywa gejowska. Wyszło trochę inaczej, bo na to pytanie zdecydowało się odpowiedzieć zaledwie kilka autorek. W efekcie mamy numer poświęcony aktywnościom ważnym dla nieheteronormatywnych kobiet, a kwestia tego, czyja perspektywa przeważa w badaniach, pozostaje bez odpowiedzi.

Zastanawiając się na rozwiązaniem tego problemu, natrafiłam na ciekawy przykład zwiększania widoczności kobiet w ruchu LGBTQetcetera. Bo że nie tylko u nas są one słabo widoczne, to raczej wiadomo. Otóż w Ameryce Północnej już od 1981 roku, zazwyczaj dzień przed ogólnymi paradami organizowane są marsze lesbijek (pierwsze odbyły się w Vancouver i Toronto). Początkowo głównym celem marszy było zwiększenie widoczności oraz aktywności lesbijek. Z czasem znalazły w nich swoje miejsce również inne wykluczane z oficjalnego dyskursu grupy jak kobiety biseksualne, osoby interseksualne i transgenderowe. W większych metropoliach wokół marszy organizowane są wydarzenia stargetowane na konkretne grupy - kobiety starsze, matki itp.



Podwójne parady mamy zresztą nie tylko w Ameryce - również np. Berlin może się pochwalić jednym wydarzeniem komercyjnym i jednym politycznym (i mocno przaśnym przy okazji). Co z tego wynika dla nas i dla pytania z początku tekstu? Właściwie jedynie to, że zawsze są jakieś niezałatwione sprawy i zawsze są jakieś grupy, dla których marsze są protestem, a nie okazją do zabawy. Oczywiście Polska to nie Niemcy, Stany czy Kanada, więc my tych niezałatwionych spraw (jak chociażby związki partnerskie czy ustawodawstwo antydyskryminacyjne) mamy znacznie więcej (dlatego też - tak na marginesie - mam nadzieję, że wykorzystamy EuroPride do promocji naszych spraw, a nie tylko do zabawy). Zastanawia mnie jednak ich gradacja. Często słyszymy, że problemy dla nas istotne to według polityków czy dziennikarzy sprawy marginalne. Czy że najpierw w Polsce powinniśmy się zająć uzdrowieniem jednego obszaru, a dopiero potem brać się za kolejne. I po trosze ten sposób myślenia powielamy w naszych debatach (jak Piotr Oczko w tekście, o którym pisałam tu), skupiając się na jednych rzeczach, a inne odsuwając na dalszy plan. A ten dalszy plan zależy oczywiście od tego, czyj głos słychać najlepiej. Pozornie brak odpowiedzi na pytanie, czy i w Polsce teoria queer stała się domeną (białych) homoseksualnych mężczyzn jest bez znaczenia (wszak to "tylko" akademicka debata). W praktyce pokazuje, że również badacze i badaczki (którzy zazwyczaj mocno wyprzedzają wszelkie działania) nie bardzo wiedzą, jak sobie z tym kłopotem poradzić, albo też zwyczajnie nie są nim zainteresowani. Jak to rokuje wszelkim organizacjom i pojedynczym aktywistom i aktywistkom? Ano prawdopodobnie tak, że jak już w końcu (za tysiąc lat) załatwimy kwestię związków partnerskich, to dopiero rozwiąże się worek z problemami. I szczerze mówiąc, za cholerę nie wiem, jak to wszystko ugryźć, żeby tak się nie stało. Choć oczywiście na jakiś Dyke March z przyjemnością bym się wybrała.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Człowiek TAK! Homoseksualizm NIE!

Zazwyczaj nie piszę wiele o homofobicznych inicjatywach internetowych (no chyba że Fronda coś ciekawego wysmaży), ale ta mnie rozbawiła, tak że - ku pamięci, bo raczej długo nie pożyje - jednak odnotuję. Pamiętacie tytułowe hasło "Człowiek TAK! Homoseksualizm NIE!"? Pewnie już nie. Popularyzował je Ogólnopolski Ruch Sprzeciwu Społecznego, który powstał w 2004 roku, tuż po przyjęciu przez Senat ustawy o związkach partnerskich autorstwa profesory Marii Szyszkowskiej. Ruch przetrwał trzy lata, a jego głównym obszarem działalności była ohydna żółta strona internetowa z moim ulubionym działem "Pokaż swoją twarz", gdzie można było zamieścić swoje zdjęcie i powiedzieć, że jest się homofobem (ze znanych pokazali się tam między innymi bracia Golcowie). Teraz homofobom jest znacznie trudniej. Skąd ta myśl? A bo znalazłam dziś w sieci stronkę ProHomofobia.pl. Ciekawa, kto za nią stoi (szczególnie że autorzy zbierają datki na swoją działalność, więc dobrze by było sprawdzić, czy to nie oszuści), sięgnęłam do tekstu otwarciowego i znalazłam w nim szokujące zdanie: "Teraz homoseksualni aktywiści atakują bezpośrednio swych adwersarzy, publikują nazwiska i adresy 'homofobów' w internecie". Jako żywo nie kojarzę takiej inicjatywy (publikowanie nazwisk i adresów), ale może ktoś mnie oświeci. W każdym razie nie dziwię się już, że autorzy strony wolą pozostać anonimowi, nawet jeżeli jest to anonimowość pozorna, bo łatwo ich znaleźć na Facebooku (i lista homofobów gotowa, ha ha!). Całej inicjatywie patronuje taki oto znaczek:
Wygląda znajomo? Powinien, bo podobny stworzyło swojego czasu Porozumienie Lesbijek LBT:
Nie ma to jak korzystać z najlepszych wzorców. Urzekło mnie również credo państwa anonimowych homofobów: "Tolerować nie znaczy zapomnieć, że to, co tolerujemy, na nic więcej nie zasługuje" (by kolumbijski katolicki tradycjonalista Nicolás Gómez Dávila). Oraz disclaimer, że oczywiście nie nawołują do nienawiści i według nich każdy człowiek ma prawo do wolności i szczęścia. Nieszczególnie to zastrzeżenie współgra z podsumowaniem tekstu o niedawnej demonstracji osób nieheteroseksualnych na Białorusi: "I wszyscy są zadowoleni… Amnesty International mogła się wykazać, Gazeta.pl także, OMON miał ćwiczenia terenowe, a geje… mieli kontakt z pałami!", ale cóż, najwyraźniej prawo do wolności i szczęścia to bardzo względna rzecz.

Generalnie, jak już napisałam, nie wróżę tej inicjatywie zbyt długiego żywota (jednak Fronda zawsze pozostanie najlepszym źródłem informacji z życia osób nieheteroseksualnych), ale trochę zabawy pewnie z nimi będzie. Ot, na przykład znalazłam u nich żeński odpowiednik Camerona - Julie Harren. Całkiem ponętny zresztą (dlaczego nasi konserwatyści zawsze zapraszają brzydala Camerona?):





Szczególnie wzruszyła mnie geneza kobiecego homoseksualizmu (końcówka drugiego filmu). Coś jak "właściwie nie wiem, skąd się bierze, bo to sprawa złożona, no ale na pewno są jakieś przyczyny, właściwie takie same jak w przypadku homoseksualizmu męskiego, tylko trochę inne. No ale już najgorzej jest jak dwie heteroseksualne kobiety przywiążą się do siebie emocjonalnie i nagle z tego wyjdzie seks, no to już naprawdę jest bardzo, bardzo złe". Kurczę, zawsze myślałam, że czasami tak jest, że z przyjaźni rodzi się miłość, choć rzeczywiście dla kobiet uważających się za heteroseksualne może to być jakiś kłopot. Reszty "wykładu" - pozwolicie - nie skomentuję, choć przyznam, że zawsze bawiły mnie przepychanki spod znaku "to jest wrodzone!" - "nie, wcale nie!", jakby miało to jakiekolwiek znaczenie.

A skoro już przy homofobicznych stronkach jesteśmy, to nie mogę nie polecić frondowego podsumowania dziesięciolecia istnienia polskiej wersji MTV pod jakże znaczącym tytułem "MTV - hedonistyczno-gejowski 'fast food' w domach polskich nastolatków". Ja wprawdzie wychowałam się na anglojęzycznym MTV, któremu zawdzięczam między innymi Melissę Etheridge, lesbijską wersję "Randki w ciemno" (wybierać można było spośród 50 kandydatek!) czy jeden z pierwszych reality shows (jak nie pierwszy w ogóle) "The Real World", którego jednym z bohaterów był otwarty gej żyjący z AIDS (pierwsza seria, w kolejnych pojawiła się też lesbijka). Fakt, że MTV zeszło później na psy, ale jego pierwszym latom w polskiej TV zawdzięczam bardzo wiele. Szczególnie że wtedy lesbijek i gejów w polskiej telewizji było jak na lekarstwo.

sobota, 12 czerwca 2010

Nieważne głosy, analiza krytyczna według Frondy i inne

Na początek suplement do tematów wyborczych. Po pierwsze świetny tekst Romana Kurkiewicza w "Przekroju" pod przewrotnym tytułem "Dlaczego zagłosuję na Jarosława Kaczyńskiego". Pyszna jest zwłaszcza końcówka:

Zagłosuję na Jarosława Kaczyńskiego, bo tak będzie ostro, a nie mdło. Bo tak będzie śmiesznie i straszno, bo tak się wypełnią proroctwa, bo tak się musi wykonać i dokonać Armagedon polskiej niepolityki, polskiej żałosnej symulacji, polskiej dziecinady.

Po tym wszystkim, co się teraz będzie rozpętywało, będzie musiał przyjść żywioł, który zmiecie te pierniki w kąt. I przyjdzie nowe. Kobiece. Kompetentne. Otwarte. Bez wąsów. Próbujące. Niezałgane. Wspólnotowe. Bezstadionowe.

A głos oddam tak naprawdę na Magdę Środę, Małgorzatę Tkacz-Janik, Ewę Łętowską. Nie kandydują? Doprawdy? Jesteście pewni? Bo ja myślę, że właśnie wygrywają jedną z najważniejszych kampanii politycznych. Właśnie dlatego, że pozornie ich w niej nie widzimy. 

Najważniejsze będą głosy nieważne! (krzyk).

Po drugie wywiad z Kingą Dunin na Innej Stronie. Rozsądny. Wyważony. I pokazujący, że najgorsze, co można zrobić w pierwszej turze, to zagłosować na któregoś z panów na K. No chyba że się komuś podoba dwupartyjny system spod znaku PO-PiS. Z jedną rzeczą z tego wywiadu nie mogę się zgodzić - że zwycięstwo w tych wyborach jest Kaczyńskiemu nie na rękę. Wydaje mi się, że to PO robi wszystko, aby ich nie wygrać, jakby zdawali sobie sprawę, że będzie to koniec wymówek spod znaku "a bo prezydent zawetował". Pamiętam ich kampanię przed wyborami parlamentarnymi i to było - co by nie mówić - naprawdę coś. A teraz jest jakiś koszmar.

Po trzecie Martin Lechowicz i jego "Uniwersalna Piosenka Wyborcza":



Po czwarte seria tekstów w "Krytyce Politycznej".

I pewnie jest tego znacznie, znacznie więcej. Najzabawniejsze jest to, że niemal wszyscy zwolennicy oddawania nieważnych głosów zdają się uważać, że jeszcze nie czas na taką akcję. A mnie się wydaje, że to jednak już.

Dzieje się w Naszej Sprawie 2. Nie tak szybko, jak byśmy chcieli, bo na razie trwa walka z procedurami, ale pozywający się nie poddają. Z tego, co pamiętam, sądy nie spieszyły się również w przypadku pierwszej Naszej Sprawy, tak że pozostaje nam czekać na dalsze wieści i wspierać naszych bohaterów dobrym słowem.

Fronda opublikowała analizę krytyczną badań nad rodzicielstwem lesbijek. Ubawiłam się serdecznie, szczególnie czytając wyznania autorki analizy w komentarzach pod tekstem, w których z rozbrajającą szczerością przyznała, że sama sobie zinterpretowała fragmenty, które w oryginalnym tekście anglojęzycznym były dla niej niejasne (jak choćby to, że według niej to mamy pośredniczyły w kontaktach z nastolatkami, które wzięły udział w badaniu, gdy tymczasem w oryginalnym tekście było, że najpierw poproszono je o zgodę na kontakt z ich dziećmi, a dopiero potem zwrócono się do tych drugich). Swoją drogą życzę Frondzie takiego samego krytycyzmu w podejściu do badań homikożercy Camerona. Tym bardziej że pole do popisu znacznie większe.

Na koniec fajny news ze Stanów - w ramach przeciwwagi do historii Constance McMillen. Dwóch przyjaciół Charlie Ferrusi i Timmy Howard zostało właśnie wybranych królem i królową szkolnego balu w liczącym 7 tysięcy mieszkańców amerykańskim miasteczku Hudson. I niemal wszyscy - od kolegów i sąsiadów, przez dyrekcję szkoły, po ich rodziców - są z nich bardzo dumni:

czwartek, 10 czerwca 2010

Wystawa w Muzeum Narodowym - pierwsze wrażenia

Na otwarciu wystawy "Ars Homo Erotica" zjawiły się tłumy. Nie zabrakło przedstawicieli naszych mediów:
od lewej: Timofieusz, Abiekt, Tomek, Gosia, Marcin z Homików

Przyznam od razu szczerze, że nie wiem, jak jest na innych wernisażach w tym miejscu, bo nigdy na taki nie trafiłam, ale tu widok zgromadzonych ludzi był przedni:
Tłum przed Muzeum Narodowym

Gości powitał dyrektor Muzeum Narodowego Piotr Piotrowski. Potem było entuzjastycznie przywitane przemówienie prof. Jacka Lohmana z Museum of London ("Muzeum Narodowe jest właściwym miejscem dla takiej ekspozycji, zwłaszcza w Polsce, kraju o niezwykle silnej tradycji katolickiej. Słowo narodowe w nazwie muzeum oznacza, że jest ono przeznaczone dla całego społeczeństwa, bez względu na orientację seksualną poszczególnych grup społecznych. Wszyscy powinni się móc w nim odnaleźć" - powiedział między innymi), następnie przyszedł czas na dosłownie parę słów od głównego sprawcy zamieszania Pawła Leszkowicza:
dr Paweł Leszkowicz, kurator wystawy

I w końcu mogliśmy wejść (a właściwie wcisnąć się) do środka. Na wejściu powitała nas jedna z najciekawszych prac z całej wystawy, słynna instalacja czeskiego artysty Davida Czernego "Entropia" z księżmi wbijającymi tęczową flagę w kartoflisko, będąca fragmentem wystawionej w 2009 roku Europarlamencie ekspozycji pokazującej stereotypy związane z państwami UE:
Instalacja Davida Czernego
Hol główny Muzeum Narodowego

Dalej było różnie. Nie jestem pewna, czy najszczęśliwszym rozwiązaniem był tematyczny podział wystawy ("Czas walki", "Akt męski", "Imaginarium lesbijskie", "Święty Sebastian" itp.), bo mimo sporej liczby eksponatów (250, o ile dobrze pamiętam), a może właśnie dlatego, że jest ich tak wiele, całość sprawia nieco chaotyczne wrażenie. Być może lepszym rozwiązaniem byłby podział chronologiczny (ale się nie wymądrzam, bo na sztuce znam się słabo). Tak że, zamiast pisać, co mi się nie podobało, pokażę, co mi zapadło (pozytywnie) w pamięć. "Imaginarium lesbijskie" zrobiło na mnie średnie wrażenie (doszła do tego wpadka z opisem dragkingowej części zdjęć Hani Jarząbek, które przedstawiono jako "Da Boyz. Życie codzienne polskich lesbijek"), choć jedną pracę muszę pokazać:
Akt serbsko-chorwackiego duetu Tanja Ostojić i Marina Gržinić

Coś dla siebie znalazłam też w części poświęconej androgyniczności:
Maciej Osika, Autoportret

Fajny był też pomysł z pokazaniem literatury spod znaku LGBTQetcetera:
Ale najbardziej spodobał mi się ten obraz i w brodę sobie pluję, że nie zapamiętałam nazwiska autora (edit: dzięki Aleksandrowi już wiem, kto jest autorem - kłaniam się nisko!):
Zbysław Marek Maciejewski, Autoportert z Puttem

Podsumowując: mimo iż ogólne wrażenia mam średnie (chyba wolę oglądać wystawy pojedynczych lub kilkorga artystów i artystek, a nie przekrojówki, gdzie czasami trudno znaleźć coś, co spaja wystawę w całość), to chyba wybiorę się jeszcze raz, aby wszystko w spokoju obejrzeć i poczytać (wernisaże, jako wydarzenia towarzyskie, nieszczególnie jednak współgrają z samą czynnością zwiedzania, oglądania czy innych rzeczom, które zazwyczaj robi się w muzeum). No a poza tym to pierwsze takie wydarzenie w bardziej wschodniej części Europy, tak że tak czy siak wychodzi na to, że lektura obowiązkowa.

środa, 9 czerwca 2010

Ars Homo Erotica, Romaszewska i znów wybory

Jutro wernisaż wystawy "Ars Homo Erotica" w Muzeum Narodowym. I o ile nie wydarzy się coś nieprzewidzianego, na pewno się z Gosią wybierzemy, bo skala wydarzenia jest nieporównywalna z czymkolwiek, co dotychczas mieliśmy okazję w Polsce oglądać, tak że fajnie będzie zobaczyć początek. Przy okazji ciekawostka:

Wystawa przypadkowo zbiegnie się w czasie z wielką paradą gejów i lesbijek EuroPride, która odbędzie się w lipcu w Warszawie. - Cieszy nas to, bo wystawa jest również polityczna, zwłaszcza jej część w holu głównym zatytułowana "Czas walki". Bo dla gejów i lesbijek w Europie Środkowo-Wschodniej to wciąż jest czas walki - z dyskryminacją, cenzurą, o prawa do związków partnerskich 
- czytamy w dzisiejszej "Gazecie Wyborczej".

Kandydatka na RPO Zofia Romaszewska tak się przejęła wczorajszym wywiadem dla radia TOK FM, że postanowiła przedstawić swoją koncepcję działalności na tym stanowisku na blogu swojej córki. A przy okazji zaznaczyć, że jej wypowiedź została przez media zmanipulowana. Punkt dla niej, też uważam, że opis wywiadu i sam wywiad różnią się dosyć mocno. Co nie zmienia faktu, że nie zgadzam się z pojmowaniem parad jako "demonstracji seksualności", a i do jej wizji związków partnerskich po krótkim namyśle jakoś trudno mi podejść poważnie (choć zrobiło na mnie wrażenie bezproblemowe używanie słów "gej" i "lesbijka" - wbrew pozorom nie każdy tak potrafi). Co do koncepcji związków, to, jak dowcipnie zauważył forumowicz Reader na Homikach:

Nie radzę się też cieszyć z jej poparcia dla związków partnerskich, bo ona za taki uważa np. związek między siostrami. Jej wizja jest raczej bliższa przysposobieniu osoby bliskiej, które proponuje Olechowski, niż prawdziwym związkom partnerskim, gdzie jest to rodzaj formalizacji zarezerwowany dla par. 
Czyli znowu wybieg, żeby przypadkiem nie uznać pary za parę. Jest też spora szansa, że po PiS-owej i sejmowej obróbce byłoby to dostępne tylko dla krewnych i heteroseksualnych konkubinatów.

Zgodnie z okołowyborczą tradycją (ostatni raz zdarzyło mi się tam być mocno aktywną w 2005 roku, też przy okazji wyborów) wciągnęłam się w debatę na forum portalu Kobiety Kobietom. Zabawa przednia, bo przy okazji wyłuszczenia mojego sposobu na "mniejsze zło" (oddanie nieważnego głosu - więcej pisałam o tym tu) dowiedziałam się od szefowej KK, że jestem niczym Lepper, nie rozumiem podstawowych zasad demokracji, a moje argumenty są szkodliwe dla mniej wyćwiczonych umysłów, które potrafię zwieźć gładką gadką. Słowem obrzydliwy i niebezpieczny troll ze mnie, tak że uważajcie. A tak serio, to lubię takie dyskusje, bo wychodzą w nich fajne emocje (jednak coś w tym jest, że wybory to święto demokracji). I bardzo polecam sondaż na początku zlinkowanego wątku, bo uwzględnia dwie opcje przy każdym nazwisku - dla tych, które głosują na kogoś z przekonaniem, i dla tych, które uważają, że inni są jeszcze gorsi. Póki co wychodzi na to, że większość nie ma tak naprawdę swojego kandydata. Ciekawostka, prawda?

Z dobrych wieści - zreaktywował się jeden z moich ulubionych blogów Fioletowa Winda. Zachęcam do regularnego zaglądania, naprawdę warto.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Nie tylko Rihanna

Na Lesplotach i Kobiety Kobietom zachwyty nad nowym teledyskiem Rihanny. Szczerze mówiąc, do mnie nie przemówił. Może po trosze dlatego, że to nie moja muzyka. A może dlatego, że jest po prostu mało finezyjny, ot, kolejna produkcja z prężącymi się kobietami, różnica tylko taka, że prężą się do siebie, a nie do mężczyzn. Szczęśliwie nie jesteśmy skazane wyłącznie na tego typu produkcje - ostatnio ciekawe zestawienie tematycznych wideoklipów zrobił portal After Ellen. U mnie tylko mały suplement.

Klipów z lesbijskimi motywami jest pewnie parę setek, a może i tysięcy. "Whiskey In The Jar" Metalliki, seria teledysków Aerosmith z Alicią Silverstone i Liv Tyler, "Who's That Girl" Eurytmics, niedawne dokonania Katy Perry czy Lady Gagi, z polskich - "Umrzeć z miłości" Myslovitz czy "Schyłek lata" Kasi Stankiewicz... Jest w czym wybierać. Oczywiście zrobienie takiego wideo czy w ogóle podejmowanie takiej tematyki niekoniecznie musi świadczyć o byciu jakoś szczególnie friendly, co widać choćby przy okazji najnowszego homofobicznego wybryku Pawła Kukiza, współautora piosenki "Rzadko cię widuję z dziewczętami", której gejowski podtekst sam się narzuca. Gej może być przecież równie dobrze elementem rozrywkowym (najlepiej wiedzą o tym miłośnicy kabaretów), a lesbijka obiektem fantazji erotycznych (i pod tę kategorię moim zdaniem podpada klip Rihanny).

W poniższym zestawieniu klipów "z momentami" ograniczyłam się więc do rzeczy niestereotypowych, zdecydowanie homofilnych, a przy okazji ciekawych muzycznie.

Na początek wideo do "Inner Smile" grupy Texas. Podobnie jak w większości teledysków grupy, również w tym widać jedynie jej frontmankę Sharleen Spiteri, ale to w zupełności wystarcza (swoją drogą, czy wy też podejrzewaliście, że Sharleen jest lesbijką?). Sharleen wciela się w Elvisa i śpiewa do tłumu rozhisteryzowanych dziewcząt. Skojarzenie z występami drag kingów oczywiste.



Drugi klip, którego moim zdaniem nie powinno zabraknąć w żadnym takim zestawieniu, to "You don't fool me" grupy Queen. Rzecz jest o "wstrętnym" biseksie, relacja dwóch kobiet na drugim planie, ale za to jak to się ogląda!



Z kategorii ciekawostki wrzucam "Mr Moonlight" popularnej w Japonii dziewczęcej grupy j-popowej Morning Mosume. W zachodnim odczytaniu to coś cudownie kampowego, w kulturze wschodu czysty mainstream (przynajmniej mam taką nadzieję, a jak nie, to liczę, że Paulina mnie poprawi).



Po czwarte - dla zwolenniczek popowo-gotyckich klimatów - jest "I Miss You" amerykańskiego zespołu Blink-182. To chyba najgładszy klip w stawce, stylistycznie to taki trochę "Zmierzch" czy inna ładna bajka dla nastolatków. Ale ogląda się miło:



I na koniec coś kompletnie bezpretensjonalnego, czyli "A.C.D.C." Joan Jett & The Blackhearts. Jako bohaterka znów kobieta biseksualna:



Klipów spoza głównego nurtu nie będzie, jako że zazwyczaj takie u mnie są. Swoją drogą, jakby ktosi chciało się prowadzić bloga z tematycznymi klipami, natychmiast dodałabym do ulubionych.

PS Lady Gaga właśnie dostała GLAAD-a. A nie mówiłam?

niedziela, 6 czerwca 2010

Ustawa o związkach partnerskich - co dalej?

Na Homikach ukazał się projekt ustawy o związkach partnerskich uwzględniający wyniki ankiety internetowej, w które głos zabrało ponad 4,5 tysiąca osób. Jest to kolejna już w ostatnich miesiącach propozycja rozwiązania kwestii związków partnerskich - w kwietniu swoje założenia do ustawy opublikowała Grupa Inicjatywna ds. Związków Partnerskich. To zupełnie inne pomysły - GI forsuje model podobny do francuskiego PACS, redakcja Homików układ maksymalnie zbliżony do małżeńskiego. Żeby było jeszcze goręcej, KPH zaprasza na debatę poświęconą właśnie ustawie o związkach partnerskich, na której wśród panelistów znajdą się jedynie przedstawiciele grupy popierającej PACS.

Przyznam, że mam mieszane uczucia w związku z tym okołoustawowym zamieszaniem. Bo choć wypowiadałam się w sprawie ustawy na Homikach, to jednak patrzę na to wszystko, co się dzieje, bardziej jako osoba z zewnątrz, niemająca pełnej wiedzy o rozmowach między twórcami obu projektów, o tym, co się działo podczas ogólnopolskiej objazdówki GI, o propozycjach, które padły i nie padły podczas konsultacji społecznych itd. itp. Troszkę większą jasność mam odnośnie tego, co się dzieje na Homikach, bo - szczęśliwie dla wszystkich zainteresowanych - w przypadku drugiego projektu debata toczy się w główniej mierze w internecie. Niemniej jednak, choć do najnowszego projektu znacznie mi bliżej niż do jakiegokolwiek innego, cały czas się zastanawiam, dlaczego wszystkie osoby zaangażowane w walkę o ustawę nie mogą się ze sobą dogadać. Dlaczego, zamiast wesprzeć istniejącą, stworzono kolejną grupę. Nie, nie uważam, że kto pierwszy, ten lepszy, i tak, doszły do mnie słuchy, że GI jest, delikatnie mówiąc, mało elastyczna w poglądach, po prostu akurat w tym przypadku rozdrobnienie inicjatyw nie jest czymś, co moim zdaniem pomoże w osiągnięciu celu. To nie EuroPride, któremu to, że grupy organizujące w tym czasie wydarzenia się ze sobą nie dogadują, zupełnie nie przeszkodzi, wręcz przeciwnie, wzmocni jego ofertę kulturalną. Tu jest inaczej, nie można mieć dwóch ustaw jednocześnie. To znaczy pewnie można, ale trudniej jest przeprowadzić dwa projekty niż jeden. W końcu liczba potencjalnych sojuszników politycznych jest bardzo ograniczona.

Spotkałam się z komentarzami, że GI jest zafiksowana na modelu francuskim i niezależnie od tego, co mówią uczestnicy spotkań czy debat, zamierza go forsować. Nie wiem niestety, co na to sama GI, poza tym, że twierdzi - inaczej niż niektóre osoby wypowiadające się w internecie - że właśnie PACS miał największe poparcie podczas prowadzonych przez nią konsultacji społecznych. Z pewnością jest tak, że - biorąc pod uwagę, jak w sumie niewielka była grupa osób, do której dotarli członkowie GI, oraz to, że sposób prowadzenia spotkań w jakimś stopniu mógł wpłynąć na opinie ich uczestników - trudno traktować ich głosy jako odzwierciedlające potrzeby całej społeczności LGBTQetcetera. Podobnie jest jednak w przypadku debaty na Homikach, choć wypowiedziało się w niej znacznie więcej osób. Pytanie jednak brzmi, co teraz. Jasne, że sama ustawa to pieśń przyszłości, niezależnie od tego, jaki kształt ostatecznie przyjmie, ale zaczynam się trochę obawiać, że przez dłuższy czas nie wyjdziemy poza pytanie "Jaka ustawa?". A przecież sprecyzowanie odpowiedzi na nie jest konieczne, aby iść dalej.

Oczywiście może być tak, że martwię się na zapas. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, by w krajach, które mogą się pochwalić znacznie przyjaźniejszym osobom nieheteroseksualnym prawodawstwem, prace nad ustawą przebiegły gładko i bez dyskusji. I może konkurencja jest w tym względzie czymś dobrym, bo obie grupy mają dodatkowy bodziec do działania. Z drugiej strony, skoro ja się czuję w tym wszystkim zagubiona, nie mam pojęcia, jak się czują osoby, których wiedza na temat działań wokół ustawy o związkach partnerskich ogranicza się do czytania newsów na portalach. I co zrobią, gdy ktoś je poprosi o pomoc na przykład w zebraniu magicznych 100 tysięcy podpisów.

czwartek, 3 czerwca 2010

Wiosenne porządki

Długi weekend sprzyja robieniu rzeczy, na które w zazwyczaj brak czasu. Uporządkowałam w końcu prawą szpaltę bloga. Wszystkie odnośniki powędrowały do nowego działu linki (zakładka u góry strony). Na widoku zostały tylko polskie blogi, na które zaglądam najczęściej, dzięki czemu szpalta jest krótsza o jakieś dwa metry. Stworzyłam też podstronę dla Ani DiFranco. To wersja wstępna, będę ją aktualizować o różne sieciowe znaleziska (głównie klipy wideo). Nie znaczy to, że Ani w ogóle zniknie ze strony głównej bloga. Ale teraz, ilekroć znajdę coś, co po prostu MUSZĘ pokazać, nie będę się musiała zastanawiać, gdzie to wcisnąć. W planach podstrony kilku innych artystek.

A poza tym, trochę pod wpływem wpisu Abiekta, który dzisiaj świętuje tysięcznego posta (gratulacje!), zastanawiam się, jakiego bloga chcę mieć. I czy rzeczywiście blogi mają konkurować z portalami, czy też to jednak trochę inne media.

środa, 2 czerwca 2010

Dziwne sondaże, związki i strategia działań emancypacyjnych

Kolejny portal włączył się do przedwyborczej debaty - tym razem jest to Inna Strona. W głosowaniu użytkowników zdecydowanie wygrywa Grzegorz Napieralski (ponad 67 procent głosów). Zupełnie inne są wyniki ankiety na Homikach - tam Napieralski idzie łeb w łeb z Kaczyńskim (po 30 procent). Ale jako że można w niej głosować wielokrotnie i nie pierwszy raz w historii homikowych sondaży liczba głosów na raczej niepopularną w naszej społeczności opcję zaliczyła gwałtowny skok (podobnie było w przypadku głosowania na ideał medialnej lesbijki, które nie wiedzieć kiedy wygrała silikonowa barbie), w tak wysokie poparcie naszej społeczności dla pana od ZOMO jakoś mi się wierzyć nie chce. Co ciekawe, w obu badaniach poparcie dla Komorowskiego jest niemal identyczne - między 15 a 16 procent. Na Kobiety Kobietom dla odmiany wiele ciepłych słów pada pod adresem Bogusława Ziętka, który jako jedyny z kandydatów opowiada się za prawem osób nieheteroseksualnych zarówno do zawierania małżeństw, jak i adopcji dzieci. Co jest zresztą standardem w Polskiej Partii Pracy, podobnie jak to, że cieszy się ona poparciem w granicach błędu statystycznego.

Europejska komisja ds. petycji rozpatrzyła skargę KPH na urzędy stanu cywilnego, które odmawiają osobom nieheteroseksualnym wydawania zaświadczeń, że są w stanie wolnym, i tym samym uniemożliwiają im zawarcie związku jednopłciowego w krajach, gdzie jest taka możliwość. Komisja stwierdziła, że Bruksela nie może ingerować w prawo rodzinne krajów członkowskich Unii Europejskiej. Nie zamknęła jednak sprawy i przekazała ją do zbadania przez komisję ds. wolności obywatelskich. Chce sprawdzić, czy urzędnicy nie mogą wydawać takich zaświadczeń bez pytania o to, z kim dana osoba chce zawrzeć związek. Ja dla odmiany zastanawiam się, jak owo nieingerowanie w prawo rodzinne ma się do uniemożliwiania realizacji prawa do zawarcia małżeństwa tam, gdzie jest to możliwe. No ale pewnie dzielę włos na czworo, a poza tym, cóż, nieszczególnie się na tym znam. Przy okazji przypomniał mi się zarzucony kilka lat temu pomysł, aby zrobić małą prowokację i namówić osobę mającą polskie obywatelstwo, a przy okazji będącą w zalegalizowanym (w którymkolwiek kraju) związku jednopłciowym, aby poślubiła w Polsce (która takich zawartych za granicą związków nie uznaje) osobę płci przeciwnej (czyli według prawa kraju, a którym zawarła związek jednopłciowy, popełniła bigamię). I następnie podać ją do sądu (za granicą), a sprawę nagłośnić, bo przecież to nasze nieuznawanie związków zawartych za granicą umożliwia taką sytuację. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w Polsce nie ma precedensów i nawet wyrok obwiniający polskie prawodawstwo raczej niewiele by zmienił. Ale może byłby to mały krok na drodze do uregulowania kwestii ważności zagranicznych małżeństw jednopłciowych również u nas (szczególnie gdy sprawa trafiłaby na przykład do Strasburga). Ot, takie pseudoprawnicze science fiction. A może nie do końca?

Kolejny ważny tekst na Homikach - dr Piotr Oczko pisze strategii ruchu na rzecz naszych praw. Pod pierwszymi dwoma punktami (cele i grupa docelowa) mogłabym się podpisać obiema rękami, pod trzecim (język) jedną, bo uważam, że jak najbardziej mamy prawo żądać związków partnerskich, choćby dla własnego dobrego samopoczucia, dalej jest różnie. Autor postuluje między innym ograniczenie podmiotu mówiącego w imieniu wszystkich literek najdłuższego skrótowca na świecie do lesbijek i gejów (tak jakby komunikaty innych literek gdziekolwiek szerzej się przebijały). O osobach transgenderowych i biseksualnych pisze:

Pozostaje też faktem, że lesbijki i gejów łączy na emancypacyjnym polu wspólny interes i cel, który niekoniecznie dzielą oni na przykład z ludźmi transpłciowymi (chcącymi najczęściej dostosować się do heteroseksualnych wzorców społecznych) (...). Podobnie nie po drodze jest zwykle lesbijkom i gejom z ludźmi biseksualnymi, którzy w naszym kraju wcale nie chcą dołączać do społeczności „LGBTQIA” (choć mają w niej zarezerwowaną literę B), są mocno zakotwiczeni w heteroseksualnym świecie i zwykle określają się z niejakim poczuciem wyższości jako ci „spoza środowiska” (poza chwalebnym i pionierskim przypadkiem wielbionej przeze mnie Oli Sowy, ale jedna Sowa wiosny niestety nie czyni…).

Pomijając wręcz bolesną stereotypowość zacytowanych poglądów, mam wrażenie, że Piotr Oczko nie zauważa, że, poza walką o konkretne zmiany w prawodawstwie, idzie o coś więcej - walkę z wykluczeniem i dyskryminacją, o równość po prostu. I że mechanizm wykluczenia jest ten sam, niezależnie od tego, o której literce mówimy (i nie tylko o literce, bo są przecież grupy dyskryminowane nie ze względu na orientację, ale też płeć, rasę, klasę, wyznanie itd. itp.). Rozumiem postulat jasności przekazu, z drugiej strony wykluczając inne grupy, pozbawiamy się tak naprawdę ogromnej rzeszy sojuszników, którym chodzi o to samo co nam - wspomnianą równość. A moim zdaniem grupy wykluczane powinny trzymać się razem (o ile nie ma między nimi znaczących różnic światopoglądowych). Pamiętam ciekawą sytuację z I Kongresu Kobiet. Otóż na panel dyskusyjny poświęcony mniejszościom zaproszono zarówno osoby dyskryminowane ze względu na orientację, jak i narodowość czy pochodzenie etniczne. I jedna z zaproszonych, Czeczenka, powiedziała coś takiego: "Kiedy zobaczyłam, w jakiej grupie zostałam umieszczona, to początkowo chciałam zrezygnować. A potem pomyślałam sobie, że te lesbijki mają podobnie jak ja - ich prawa też są łamane. Tak więc właśnie wśród takich ludzi jest miejsce dla mnie".


Wracając do tekstu na Homikach, dalej jest o starych dobrych problemach z queerem. I tu też częściowo mogę zgodzić się z autorem (gdy pisze queer jako masce), jednak brakuje jakiegokolwiek słowa o politycznym i edukacyjnym (choć o pracy u podstaw jest sporo) wymiarze queerowania (pisałam o tym choćby tu). Dodatkowo boli mnie, że tekst pisany z perspektywy "my" (z racji podkreślania - słusznego - roli społeczności) znowuż wskazuje jakichś "onych", którzy "my" nie są.

Niezależnie od wszystkiego, to bardzo ważny głos. I mądry, bo rzeczywiście brak strategicznego myślenia jest naszą ogromną bolączką i każdy konkretny pomysł w tej kwestii jest na wagę złota. Ale jak zawsze w przypadku mądrych tekstów, pomysłów czy dyskusji muszę dołożyć łyżkę dziegciu. Choć może część nieistniejącej społeczności się z tym tekstem zapozna, a nawet go skomentuje, to i tak nie sądzę, by przebił się on tam, gdzie trzeba, czyli do naszych organizacji. Bo postulowane w nim konsekwentne i spójne działanie to najtrudniejsza rzecz na świecie.

wtorek, 1 czerwca 2010

Blogujemy dla homorodzin

Dziś akcja Blogging for LGBT Families.
Znam kilka kobiet, które wychowują dzieci (samotnie lub z partnerką), jedna para pokazała się nawet w trzecim numerze "Repliki":

Replika 03 2006

Pamiętam, że miałam mieszane odczucia co do tego wywiadu - bo z jednej strony to, że mamy zdecydowały się pokazać z twarzy i imion, to naprawdę było coś, z drugiej ich obawa przed ujawnieniem w najbliższym otoczeniu (szpital, przedszkole, szkoła) charakteru ich związku była dość przerażająca. Bo jak ich synek poradzi sobie z możliwą presją otoczenia, skoro nawet one sygnalizują, że jest w ich związku coś, co należy ukrywać? Oczywiście szanuję ich decyzję, szczególnie że, jak większość znanych mi (dość słabo, przyznaję) takich rodzin, one po prostu są najzwyczajniejszą parą z dzieckiem, a nie bojowniczkami o wolność naszą i waszą. Jednak ich przykład pokazuje, w jakim mniej więcej miejscu jesteśmy - z jednej strony piszemy o prawie do adopcji, z drugiej, oprócz aktora Michała Sieczkowskiego, nie mamy żadnego ujawnionego nieheteroseksualnego rodzica.

Żeby nie było tak ponuro (wszak to Dzień Dziecka), wrzucam fotkę mojego ulubionego (mimo że jedynie wirtualnie) "tęczowego" dziecka. To Dashiel, syn Sophie B. Hawkins, w wersji kilkudniowej:
źródło: www.myspace.com/sophiebhawkins

Ja mój prezent na Dzień Dziecka znalazłam na francoapple.multiply.com. To stronka, z której można pobrać kilkadziesiąt koncertów Ani Difranco (po zarejestrowaniu i dodaniu Francoapple do przyjaciół). Nie wiem, kiedy to ogarnę, póki co obejrzałam sobie koncert w Amsterdamie zarejestrowany przez nieodżałowaną telewizję internetową FabChannel i jestem w stanie... No, wiadomo, jakim. A jako że Ani już jest (ciekawe, co będzie po ogarnięciu tych wszystkich plików) moim źródłem piosenek na każdą okazję, mam coś i na dziś:


Na koniec małe sprostowanie do poprzedniego posta: nowa "Furia" prawie wyszła. W rzeczywistości na dniach będzie się drukować. No ale zamówić już można, prawda?