niedziela, 13 września 2009

Jak nie zachwyca, skoro zachwyca

Jeszcze do wczoraj uważałam, że mimo iż Jeanette Winterson odżegnuje się od odczytywania jej literatury przez pryzmat jej tożsamości seksualnej, to fakt, że czasami tak się dzieje, ma jedną dobrą stronę - lesbijki sięgające po jej powieści właśnie z powodu przyczepionej jej łatki "lesbijskiej pisarki" mają przynajmniej okazję poobcować z naprawdę dobrą literaturą. Co się stało wczoraj? Ano znalazłam na portalu Homoseksualizm.org.pl recenzję powieści Sary Waters "Muskając aksamit", której autorka pod koniec swojej rozprawki pisze tak:

To nie jest wielka literatura, ale literatura niewątpliwie dobra; jakościowo przelicytowała Waters samą siebie późniejszą o kilka lat "Złodziejką", więc "Muskając aksamit" nie skończyło jako pojedynczy przebłysk pisarskiego talentu. I dobrze; genderowe zawirowania w historycznym kostiumie lubi Jeanette Winterson (autorka "Namiętności" i "Nie tylko pomarańcze...", mająca znacznie większe literacko-formalne ambicje, ale i znacznie mniej wyczucia – choć, by oddać sprawiedliwość, wymieniłam dwie najlepsze ze znanych mi jej książek), ale dobrej prozy (około) lesbijskiej wciąż jest za mało. (linka tym razem nie podaję, jak ktoś chce, sam sobie znajdzie)

Odpuszczę sobie ocenianie całego tekstu, choć określenie "Muskając aksamit" mianem powieści tradycyjnej, czy też skwitowanie wartości poznawczych debiutu Waters zdaniem Trudno mi określić, jaką "Muskając aksamit" ma wartość poznawczą, ale zakładam, że mimo wszystko sporą wołają o pomstę do nieba. Fragmentu o Winterson jednak bez komentarza zostawić nie mogę, choć zwyczaju komentowania cudzych tekstów (nawet tych, które uważam za niedobre) nie mam, bo nie uważam się za szczególny autorytet w dziedzinie tego, jak pisać należy. Na początek zastrzeżenie - nie uważam, że każdy powinien Winterson lubić i cenić (nawet mnie cieszy, że tak nie jest - domyślcie się, dlaczego), tak samo jak nie ma obowiązku lubienia i cenienia dorobku jakiejkolwiek pisarki czy jakiegokolwiek pisarza. Jednak między "nie podoba mi się" a lekceważeniem czyjejś twórczości (szczególnie jak się jej nie zna!) przepaść jest ogromna. Przykładowo - nie lubię Prousta, ale nie odbieram mu tytułu genialnego pisarza. Mam też czasem kłopoty z wciągnięciem się w styl Eco, ale nie uważam, że to kwestia jego braku wyczucia, bo zrobiłabym z siebie koncertową kretynkę.

Winterson jest uznawana za jedną z najważniejszych pisarek brytyjskich średniego pokolenia. Otrzymała wiele prestiżowych wyróżnień, jak Order Imperium Brytyjskiego, a sztuka na podstawie jej powieści "Wolność na jedną noc" grana była m.in. na deskach Królewskiego Teatru Narodowego - nieźle więc trafia do mainstreamu, jak na autorkę bez wyczucia. Ma na koncie kilkanaście książek - powieści, zbiorów esejów, a nawet opowieści dla dzieci - regularnie pisze też do kilkunastu brytyjskich czasopism, w tym "Timesa" i "Guardiana". To bardzo skromne dane, więcej można znaleźć na setkach stron internetowych poświęconych jej twórczości, w tym na oficjalnej - www.jeanettewinterson.com. Ale też dane, które nawet tak okrojone świadczą o dwóch rzeczach - po pierwsze, że Winterson nie tworzy tzw. literatury lesbijskiej, co zdaje się jej przypisywać autorka recenzji (od razu wyjaśniam, że o ile w ogóle nie uznaję kategoryzowania literatury, o tyle jej etykietowanie, z powodów politycznych, jednak czasami tak - pisałam o tym w jednym z moich wstępniaków do "Repliki". Przez "literaturę lesbijską" rozumiem książki, które jako odbiorców zakładają głównie lesbijki, których autorki i autorzy celowo kierują swój przekaz widza niemaistreamowego, a nie do każdego, komu mogłaby się ich twórczość spodobać). Po drugie, mimo iż jej książki bywają trudne (choć chyba nie z racji formy, ale raczej erudycji pisarki), znajdują swoich odbiorców nie tylko wśród tzw. wyrobionych literacko czytelników (kimkolwiek są), ale też wśród zwykłych odbiorców głównego nurtu. I rzeczywiście można ją swobodnie czytać, nie rozumiejąc historyczno-literackich aluzji (ja znajduję większość dopiero dzięki samej Winterson, która tłumaczy w wywiadach czy esejach poszczególne wątki swoich powieści - bardzo miły zwyczaj), a ci, którzy je wyłapują, mają dodatkową, intertekstualną dla odmiany, przyjemność. Tak czy siak bardzo szerokie i różnorodne grono czytelniczek i czytelników Winterson (tak jak i liczba prac naukowych jej poświęconych) to chyba najlepszy dowód na jej nietuzinkowość.

Specjalnie dla autorki tekstu, który mnie wkurzył, przytoczę dwie wypowiedzi pisarki. Pierwsza pochodzi ze wstępu do wydania "Nie tylko pomarańcze" z 1991 roku:

W tych odległych czasach (...) wyraziłam pewne życzenie. Zgodnie z tradycją powinny to być trzy życzenia, ale też nie uratowałam nikogo z wyjątkiem siebie samej. "Chcę"... sławy, pieniędzy, sukcesu? Nie. Chcę wiedzieć, kiedy przestać.

Druga jest nowsza - z 2005 roku, ze spotkania autorskiego w Warszawie:

Od kilku lat nie czytam wypowiedzi krytyków o swoich książkach, nic bowiem nie można zmienić, gdy coś jest już napisane. Artysta musi wierzyć, że jego praca ma wartość, jeśli nie wierzy, nie powinien tego oferować innym.

A tu - już specjalnie dla mnie - Winterson opowiadająca o swojej twórczości. Chciałabym jeszcze kiedyś zobaczyć ją na żywo (raz - w 2005 roku - miałam tę niemal ekstatyczną przyjemność):

12 komentarze :

Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

Przyczyna usunięcie komentarza w moim tekście. Wierzę w inteligencję czytelnika - jeżeli zechce przeczytać całość, znajdzie ją.

>>>choć zwyczaju komentowania cudzych tekstów (nawet tych, które uważam za niedobre) nie mam

teoretycznie nie uwazam "obrony" wlasnego tekstu za zdrowy objaw, ale takie zaslanianie wlasnej dumy tym ze "tekst musi bronic sie sam" wydaje mi sie dosyc plytkie, poza tym zawsze dyskusja jest lepsza od milczenia, wiec:


>>>Jeszcze do wczoraj uważałam, że mimo iż Jeanette Winterson odżegnuje się od odczytywania jej literatury przez pryzmat jej tożsamości seksualnej, to fakt, że czasami tak się dzieje, ma jedną dobrą stronę - lesbijki sięgające po jej powieści właśnie z powodu przyczepionej jej łatki "lesbijskiej pisarki" mają przynajmniej okazję poobcować z naprawdę dobrą literaturą.

ok, winterson pisze: traktujcie mnie jak pisarke, a nie lesbijke! jej esej "semiotyka plci" jest z reszta jednym z sensowniejszych glosow na temat laczenia pisarza z jego dzielem, ale nie o tym chce pisac. wrzucanie winterson do jednego worka z radclyffe hall to jedno, natomiast tzw. "latki", to drugie. gdyby nie istnialy "latki", w uproszczony sposob opisujace tematyke danej ksiazki, trudno byloby w ogole dobierac sobie lektury; ktos siegnie po "namietnosc", bo przeczytal, ze jest tam watek lesbijski, kto inny, bo napoleonski, jeszcze ktos, bo akcja dzieje sie w wenecji, a on(a) wenecje kocha. poruszamy sie wsrod szuflad: sek w tym, by zdawac sobie sprawe z ich "pomocnicznego" znaczenia.

>>>Odpuszczę sobie ocenianie całego tekstu, choć określenie "Muskając aksamit" mianem powieści tradycyjnej

trudno waters posadzic o awangarde... i dobrze.

>>>skwitowanie wartości poznawczych debiutu Waters zdaniem Trudno mi określić, jaką "Muskając aksamit" ma wartość poznawczą, ale zakładam, że mimo wszystko sporą wołają o pomstę do nieba

nie jestem historyczka; moze lepiej byloby w ogole olac xix-wieczne realia, w ogole o nich nie wspomniec? nie moge ocenic prozy waters pod wzgledem jej zgodnosci z epoka, gdyz nie mam na ten temat dostatecznej wiedzy po prostu; czytajac ksiazke, po prostu autorce ufam, natomiast napisac w recenzji o autentycznosci opisow z czystym sercem nie moge. wiem, ze waters jest specjalistka od literatury wiktorianskiej i tzw. lesbijskiej, ale... "trust no one!":)

>>> Jednak między "nie podoba mi się" a lekceważeniem czyjejś twórczości (szczególnie jak się jej nie zna!) przepaść jest ogromna.

napisalam tylko, ze winterson braknie czasami wyczucia (rozwinelam to w komentarzu na hopie, ze generalnie chodzi mi o balansowanie pomiedzy literatura znakomita a przesadzona itd.). jestem daleka od lekcewazenia winterson, po prostu chcialam napisac, iz formalnie skromniejsza proza waters bardziej do mnie trafia. poza tym nie wiem, po czym wywnioskowalas, ze nie znam tworczosci winterson (wydaje mi sie, ze troche znam, skoro czytalam 5 powiesci).

>>>nieźle więc trafia do mainstreamu, jak na autorkę bez wyczucia

pisalam tylko o moich odczuciach.

>>>po pierwsze, że Winterson nie tworzy tzw. literatury lesbijskiej, co zdaje się jej przypisywać autorka recenzji (...) Przez "literaturę lesbijską" rozumiem książki, które jako odbiorców zakładają głównie lesbijki, których autorki i autorzy celowo kierują swój przekaz widza niemaistreamowego, a nie do każdego, komu mogłaby się ich twórczość spodobać)

no widzisz, najwidoczniej wyminelysmy sie jesli chodzi o skrot myslowy, ktorym jest samo pojecie "literatury lesbijskiej". ja nie zakladam, ze "literatura lesbijska" ma trafiac przede wszystkim do lesbijek; jesli jest dobra, ma trafic do czytelnika jako takiego. chodzilo mi bardziej o tresc ksiazki niz o target

>>>Tak czy siak bardzo szerokie i różnorodne grono czytelniczek i czytelników Winterson (tak jak i liczba prac naukowych jej poświęconych) to chyba najlepszy dowód na jej nietuzinkowość.

nigdzie nie napisalam, ze to postac przecietna

>>>Specjalnie dla autorki tekstu, który mnie wkurzył, przytoczę dwie wypowiedzi pisarki.

dziekuje:)

>>>Od kilku lat nie czytam wypowiedzi krytyków o swoich książkach, nic bowiem nie można zmienić, gdy coś jest już napisane. Artysta musi wierzyć, że jego praca ma wartość, jeśli nie wierzy, nie powinien tego oferować innym.

polemizowalabym:). ale to o wierze artysty we wlasna tworczosc - madre i cenne. nie tylko w kontekscie sztuki z reszta.

pozdrawiam i przepraszam za rozbicie postów:)

Ależ dzisiaj mam "wintersonowy" dzień :)

Ewa, powodzenia w odczytywaniu odpowiedzi na Twojego posta ;) Mi by się nie chciało ;)

Recenzji zresztą komentować też mi się nie chce...

Leniwa niedziela?

Claire - bardzo dziękuję za odpowiedź. Tak, rozminęłyśmy się zupełnie w interpretacji tego, co napisałaś o Winterson (i w sumie nic dziwnego, wszak każde odczytanie jest nieodczytaniem), cieszę się, że wyjaśniłaś swoje intencje - rozumiem i już się nie czepiam.

Co do Waters i realiów historycznych - kłopot w tym, że napisanie "Muskając aksamit" poprzedziły szczegółowe studia autorki nad epoką wiktoriańską, między innymi nad pornografią - Sarah często wspomina o tym w swoich wywiadach - stąd dla mnie napisanie "nie wiem" w momencie, kiedy taka wiedza jest ogólnodostępna i kiedy pisze się o książce, z którą te informacje są nieodłącznie związane, pokazuje nieprzygotowanie do tematu. Jak się czegoś nie jest pewną, lepiej o tym nie pisać - bo można się narazić na taki wredny komentarz jak mój :) Co do prozy tradycyjnej - cóż, "Muskając aksamit" rzeczywiście wykorzystuje schemat fabularny powieści inicjacyjnej, ale już samo potraktowanie tego schematu jest całkowicie współczesne i zdecydowanie nietradycyjne - spójrz choćby te wszystkie genderowe smaczki, przebieranki, niejednoznaczności.

I jeszcze jedno - czepnęłam się Twojej recenzji tylko dlatego, że nie chciałabym, aby ktoś się z jej powodu do Winterson zraził (choć samej Winterson to pewnie obojętne). Sama napisałaś w komentarzu pod nią, że zawdzięczasz tej pisarce wiele pięknych chwil - daj tę przyjemność i innym (lub też szansę przekonania się, że to nie dla nich).

Arc-en-terre - bardzo leniwa niedziela :) Wszak spędzam ją na tym, co kocham: kontemplowaniu pani Winterson.

wielkie dzieki za odpowiedz:)

>>>Co do Waters i realiów historycznych - kłopot w tym, że napisanie "Muskając aksamit" poprzedziły szczegółowe studia autorki nad epoką wiktoriańską, między innymi nad pornografią - Sarah często wspomina o tym w swoich wywiadach - stąd dla mnie napisanie "nie wiem" w momencie, kiedy taka wiedza jest ogólnodostępna i kiedy pisze się o książce, z którą te informacje są nieodłącznie związane, pokazuje nieprzygotowanie do tematu.

czytalam te wywiady, o czym z reszta pisalam juz powyzej, moze powinnam rzeczywiscie wspomniec o tym, ze waters zajmowala sie literatura wiktorianska, wiktorianskim porno:) itd., ale, jak juz napisalam, nie lubie brac niczego "na slowo". balam sie wchodzic w ocene historycznych realiow, bo po prostu nie znam ich w tym stopniu, w jakie siega po nie ta powiesc. napisalam wiec tylko, ze podoba mi sie barwnosc opisu itd.

>>>Co do prozy tradycyjnej - cóż, "Muskając aksamit" rzeczywiście wykorzystuje schemat fabularny powieści inicjacyjnej, ale już samo potraktowanie tego schematu jest całkowicie współczesne i zdecydowanie nietradycyjne - spójrz choćby te wszystkie genderowe smaczki, przebieranki, niejednoznaczności.

no to wiadomo, ale gdyby tak detalicznie patrzec, to powiesci "tradycyjne" w ogole by nie powstawaly:). oprocz wykorzystania prastarego motywu opowiesci inicjacyjnej chodzilo mi tez o linearnosc i bogactwo narracji, chronologie itd., z reszta waters sama powtarza, ze w swoich pierwszych trzech ksiazkach chciala polaczyc wspolczesne tematy z duchem dickensa, wiec...
i jeszcze jedno: dla mnie "tradycyjny" nie pociaga za soba zadnych negatywnych skojarzen!:)

>>>I jeszcze jedno - czepnęłam się Twojej recenzji tylko dlatego, że nie chciałabym, aby ktoś się z jej powodu do Winterson zraził (choć samej Winterson to pewnie obojętne). Sama napisałaś w komentarzu pod nią, że zawdzięczasz tej pisarce wiele pięknych chwil - daj tę przyjemność i innym (lub też szansę przekonania się, że to nie dla nich).

rozumiem ten zarzut. napisze kiedys o "namietnosci" i zmaze swoje grzechy, ok? :)

Trzymam za słowo :) I napisz proszę w stylu swoich komentarzy, bo mają zdecydowanie więcej ognia niż recenzja (to komplement, choć zdaję sobie sprawę, że może być odczytany inaczej - ale jako że ostatnio zawodowo zajmuję się poradnictwem dla młodych dziennikarzy, więc sobie pozwolę).

wszystkie uwagi chętnie widziane, komplement rozumiem i bardzo się cieszę:). ja też nie jestem do końca z tego tekstu zadowolona, ale gdybym każdy szlifowała tak "do zadowolenia" to w końcu nic by się nie ukazało i monika by mnie zjadła :(
i tak o "namiętności" miałam napisać prędzej czy później, bo to dla mnie książka wyjątkowa; nie uważam jej za arcydzieło, chwilami winterson zbliża się do granicy kiczu, ale że kiczu tego rodzaju, co ja lubię, więc jest och i ach:). poza tym tego typu drobne niedoskonałości zawsze mnie rajcowały. kilkanaście zbędnych metafor nie przekreśli zmysłowości tekstu, opisu kurczaków w kuchniach napoleona i dziewiętnastowiecznej wenecji (wenecja - znowu och i ach).

ps. wiesz jak zareklamować swojego bloga - słowa uznania, udało ci się:)

To ja powtórzę (tym razem nie za Winterson, ale za moim redaktorskim guru Jurkiem Wójcikiem z "Wyborczej"): warto pisać tak, aby się było dumną z tego, co się napisało, nawet jeżeli mamy napisać tylko kilkuzdaniową notkę. Polecam filmik z nim tu: http://www.edulandia.pl/Edulandia/10,100428,6787567,Po_czym_poznac_dobrego_dziennikarza.html
Trudne to strasznie, ale czasem i mi się udaje :)

A reklamowanie bloga ma swoje plusy i minusy - więcej osób zagląda, ale też więcej czasu spędzam, odpowiadając na komentarze. Tak czy siak zapewniam, że powyższy tekst wypłynął z serca, a nie z marketingowych zapędów :)

>>>To ja powtórzę (tym razem nie za Winterson, ale za moim redaktorskim guru Jurkiem Wójcikiem z "Wyborczej"): warto pisać tak, aby się było dumną z tego, co się napisało, nawet jeżeli mamy napisać tylko kilkuzdaniową notkę.

staram się, ale nie zawsze można, na ogół się strasznie męczę nad tekstem, ten akurat powstał w trakcie pisania innego, trochę jako odskocznia

>>>A reklamowanie bloga ma swoje plusy i minusy - więcej osób zagląda, ale też więcej czasu spędzam, odpowiadając na komentarze.

to chyba fajnie?:)
mi jest miło, jak ktoś w ogóle się wysili i choćby kilka słów na temat danej notki/komentarza/tekstu napisze. najgorszy jest brak odzewu.

>>>Tak czy siak zapewniam, że powyższy tekst wypłynął z serca, a nie z marketingowych zapędów :)

wierzę, wierzę:)

Prześlij komentarz