niedziela, 20 września 2009

Paprotki Fundacji Równości

Choć nadal sporo się mówi o niewidzialności lesbijek, to jednak problem ten wydaje się bardziej dotyczyć mediów i dysursu publicznego niż naszych organizacji. Nawet najbardziej zagorzały przeciwnik Stowarzyszenia Lambda czy KPH nie mógłby im zarzucić, że dyskryminują kobiety - wszak współzałożycielką i obecną prezeską tej drugiej jest Marta Abramowicz, a przewodniczącą Lambdy Warszawa w latach 2005-2007 była Yga Kostrzewa (niektórzy zresztą myślą, że nadal nią jest). Oczywiście w Polsce organizacji LGBT jest znacznie więcej, koncentruję się jednak na tych znanych przeciętnemu zjadaczowi chleba. Obok dwóch wymienionych przynajmniej raz do roku (choć ostatnio - z racji EuroPride - nieco częściej) jest głośno o Fundacji Równości, odpowiedzialnej za organizację warszawskiej Parady Równości. I o ile historię zmian we władzach KPH i Lambdy prześledzić jest dość łatwo, o tyle w przypadku FR już nie - być może z racji tego, że od 2005 roku, kiedy została powołana, niemal co roku ma nową stronę internetową, a od pewnego momentu nawet dwie, jedną samej Fundacji, a jedną Parady Równości z danego roku (to nic nagannego oczywiście). I nie pomogła tu nawet zazwyczaj użyteczna maszynka Internet Archiwe Way Back Machine, pozwalająca obejrzeć, jak w poprzednich latach wyglądały strony Fundacji (czy Parad Równości) - po prostu dlatego, że nie we wszystkich latach informacja o pełnym składzie zarządu została na stronach podana. Tak że siłą rzeczy zebrane przeze mnie dane mogą się okazać nieco niekompletne.

Nie wiem więc, czy we władzach Fundacji w 2005 i w 2006 roku były jakieś kobiety (na stronie Parady z 2005 roku jest tylko nazwisko prezesa, na stronie z 2006 roku w ogóle nie ma żadnych nazwisk), w 2007 roku zarząd był czysto męski, w 2008 - znalazły się w nim dwie kobiety, w 2009 - jedna. Skądinąd wiem, że, choć nie było jej w zarządzie, w 2007 roku nominalną rzeczniczką prasową Parady była kobieta, choć strony FR milczą na ten temat. Na użytek tego tekstu nazwę ją Paprotką 1, kolejne zaś zostaną Paprotkami 2, 3 i 4 - nie dlatego, że chcę być wobec nich złośliwa, czy też broń bogini je obrazić, ale dlatego, że być może nie życzą sobie, by ktoś, wpisawszy w Google ich imię i nazwisko, trafił tutaj. Skąd mi się w ogóle wzięły te "paprotki"? Ano stąd, że akurat w tej organizacji wydają się pełnić funkcje bardziej ozdobne niż związane z posiadaniem realnej mocy decyzyjnej i dostępu do informacji. Ale może zacznę od początku.

Paprotka 1 do FR trafiła bodaj na początku 2007 roku i z miejsca zaangażowała się w prace nad przygotowaniem Parady Równości 2007 - współtworzyła jej postulaty (wykorzystane zresztą również w 2009 roku), pismo (wydane tylko raz), uczestniczyła w obradach nad tym, komu przyznać pierwsze Hiacynty, została również rzeczniczką prasową Parady. Jej zapał ostygł, gdy okazało się, że większość kluczowych dla pełnienia tej funkcji informacji musi wydobywać z prezesa niemal siłą (co zresztą dawało mierne rezultaty), a jej propozycje (np. dotyczące zbierania funduszy na Paradę na imprezach benefitowych) były wprawdzie wysłuchiwane, ale żadna z nich nie została wcielona w życie (o ile dobrze pamiętam, pierwsza taka impreza odbyła się wówczas w dniu rozpoczęcia Dni Równości). Rychło też przekonała się, że wprawdzie na zewnątrz może sobie uchodzić za rzeczniczkę Parady, jednakże FR oczekuje od niej raczej wykonywania takich ambitnych zadań, jak sprzątanie jej siedziby czy zadbanie o porządek na ulicach po przemarszu Parady, a wszelkie uwagi organizacyjne traktuje jako osobistą obrazę. Zauważyła też, że o ile prezes jest skłonny dyskutować z dość licznymi wówczas wśród wolontariuszy mężczyznami, o tyle kobiety są od wykonywania zadań, których najczęściej muszą się zresztą domyślać. Na pociechę pozwolono jej przemówić na początku Parady i zaprosić paru znajomych na galę po Paradzie, podczas której rozdano Hiacynty. Niemniej jednak ze sprawy wymiksowała się dopiero po zakończeniu imprezy (i po kilku rozmowach z prezesem, z których wynikło, że on w swoim zachowaniu nie zauważył nic niewłaściwego) - na zasadzie, że nie robi tego dla Fundacji, ale dla sprawy.

Paprotka 2 pojawiła się w FR również w 2007 roku - początkowo jako zwykła wolontariuszka. Choć widziała, jak traktowana jest Paprotka 1, najwyraźniej uznała, że być może jest to kwestia jakichś nieporozumień między Paprotką 1 a prezesem i postanowiła, mimo ostrzeżeń, wejść do zarządu FR. Rok później, gdy zrezygnowała z tej zaszczytnej funkcji, napisała do Paprotki 1 jedno zdanie: "Miałaś rację". W międzyczasie jednak pojawiła się w zarządzie Paprotka 3 - i znowu mamy ten sam schemat. Najpierw pełen entuzjazm (to jej komentarz na Kobiety Kobietom właśnie z tych entuzjastycznych czasów nasunął mi myśl o napisaniu tego tekstu), potem możliwość przemówienia na Paradzie 2009 (w 2008 roku żadnych przemówień nie było, więc Paprotka 2 nie mogła się wykazać), a po zakończeniu imprezy mail rezygnacyjny do władz i rady FR. A w międzyczasie pojawia się Paprotka 4, która znowuż wchodzi do zarządu i zasiada w nim do dziś. Czy podzieli los poprzedniczek? Trudno wyrokować, wszak w tym roku sprawy z FR wyglądają inaczej, przygotowania do EuroPride 2010 ruszyły wcześniej niż zazwyczaj, jest też w nie zaangażowanych więcej osób. Niemniej jednak dotychczas powtórzył się na pewno jeden schemat - kwestia dostępu do informacji. Pod sławnym już wpisem na blogu Abiekta "To już nie moja sprawa" Paprotka 4 pisze tak:

Co do papierów - leżą przechowywane, bo zmieniamy lokal. W ciągu najbliższego czasu przeniesiemy się do nowego biura, gdzie te papiery będą i są do wglądu, więc nie wiem z czym masz problem - z resztą jeśli byś przyszedł teraz do Tomka, to pewnie wygrzebałby Ci odpowiednie papierzyska. (chodzi o umowę z EPOA, na mocy której FR organizuje EuroPride)

A kilka komentarzy później obecny wiceprezes FR pisze już zupełnie coś innego:

Nie widze powodu aby kazdy mial wglad w umowy pomiedzy dwoma podmiotami. Fundacja Rownosci i Zarzad ktory go prezentuje ma obowiazek przedstawic dokumentacje na wniosek Rady dla niej samej.

Oczywiście możliwe jest, że Paprotka 4 pospieszyła się i nie sprawdziwszy, jak się ma sprawa z umową, udzieliła zapewnienia bez pokrycia. Ale równie możliwe jest, że po prostu, mimo sprawowanej funkcji, podobnie jak poprzedniczki jest od czarnej roboty, a nie od podejmowania decyzji czy posiadania kluczowych informacji.

Z władz FR odchodziły oczywiście nie tylko kobiety, ale również mężczyźni. Właściwie jedyna osoba, która jest w nich od początku, to prezes Fundacji. Na pewno nie świadczy to najlepiej o jego zdolnościach przywódczych, czy o czymś więcej - oceńcie sami.

Na koniec może wyjaśnię, dlaczego o tym wszystkim piszę. Bynajmniej nie będę twierdzić, że jest to czysty altruizm i chęć oszczędzenia rozczarowań kolejnym współpracowniczkom FR - choć to też. Jest to jednak również wyraz mojego potężnego rozczarowania tym, co się wydarzyło w ostatnich miesiącach - szczegółowo pisze o tym Abiekt w przywołanym już poście, tak że tu tylko skrótowo (i uzupełniająco). W lipcu wspólnie z osobami stowarzyszonymi oraz sympatyzującymi ze Stowarzyszeniem Otwarte Forum postanowiliśmy się włączyć w organizację EuroPride 2010. Zaproponowaliśmy, że, jako podmiot zewnętrzny do FR, ale z nią współpracujący, zorganizujemy kilka wydarzeń, które zostaną włączone do programu imprezy. Rozmawialiśmy najpierw z radą FR, potem z jej zarządem. Na początku września mieliśmy podpisać umowę z FR, legitymizującą nasze działania. Gdy do zaplanowanych na ostatni tydzień sierpnia mailowych ustaleń jej ostatecznego kształtu nie doszło, pojawił się przywołany już post Abiekta. Tego samego dnia dostaliśmy w końcu maila od FR z prośbą, abyśmy poczekali jeszcze kilka dni, a na pewno dostaniemy projekt umowy. Od tego czasu nie wydarzyło się nic. Co ważne, podczas rozmów z radą i zarządem FR wielokrotnie podkreślaliśmy, że bardzo zależy nam na czasie, bo tego wymaga charakter planowanych przez nas wydarzeń. Cóż, teraz mamy tego czasu tyle, ile chcemy.

Jednego nie rozumiem - dlaczego. Co stanęło na przeszkodzie, byśmy włączyli się w organizację EuroPride, bo na pewno nie brak chęci z naszej strony. Czy to znowu kwestia niedostatków organizacyjnych? Czy FR nie zależy na tym, by program EuroPride był jak najbogatszy i by w jej przygotowanie włączyło się jak najwięcej ludzi? Czy może nie zależało im na pozyskaniu tych konkretnie ludzi, którzy nie kryją przecież krytycznego podejścia do jaj działań? Nie wiem. Wiem, że na przygotowania i rozmowy zmarnowaliśmy ponad dwa miesiące, które mogliśmy wykorzystać na robienie czegoś znacznie pożyteczniejszego i mającego (jak się okazało) większe szanse na powodzenie. Oraz że jak po raz kolejny przyjdzie mi do głowy, że chciałabym coś zrobić, nawet luźno współpracując, z ludźmi, z którymi nie mam najlepszych doświadczeń (nie, nie jestem żadną z paprotek - choć do pewnego stopnia byłam zaangażowana w przygotowanie Parady 2007), to wezmę najbliższej leżący ciężki przedmiot i trzasnę się w ten głupi łeb.

Mimo wszystko jednak życzę organizatorom EuroPride wszystkiego dobrego. Nie zależy mi na porażce tej imprezy, wręcz przeciwnie, chciałabym, aby oszczędzono mi (i chyba nie tylko mi) powtórnego przeżywania wstydu, który czułam po tegoroczniej Paradzie.

4 komentarze :

Z opóźnieniem, ale napiszę. Czasem mam wrażenie, że prezes jest homofobem, który wkręcił się do ruchu LGBT jako piąta kolumna i teraz z premedytacją mu szkodzi...
Ile lat właściwie ma? Bo jeżeli nie homofob, to zostaje tylko klasycznie peerelowska mentalność aparatczyka, który ma gdzieś, co można zrobić dla ludzi w danym miejscu i chce wyłącznie wykorzystać to stanowisko dla własnych korzyści. Ja rozumiem, kiedy taką mentalność wykazuje np. zarząd Polskiego Związku Narciarskiego, ale wydaje mi się, że osoba, o której piszę, urodziła się trochę później i nie powinna być tak przesiąknięta komuną...

Mocne spostrzeżenie. Nie wiem, czy to kwestia homofobii, nomenklatury czy czegoś innego, choć mnie się bardziej wydaje, że to brak umiejętności zarządzania ludźmi (obserwowałam to zresztą wielokrotnie u osób zajmujących kierownicze stanowiska - również będących w moim wieku i młodszych), budzenia ducha zespołowości i umiejętności zostawienia swoich emocji, uprzedzeń i kłopotów w domu, a nie wylewania ich na innych. Szczerze mówiąc, mało znam osób, którym się to w pełni udaje (i bardzo takie osoby cenię), a praca w organizacji pozarządowej jest jeszcze trudniejsza, bo tu często musisz budować dobre relacje z ludźmi, z którymi nie masz ochoty tego robić (ale są ci potrzebni, bo mało ludzi w ogóle chce coś z tobą robić). Bynajmniej nie usprawiedliwiam prezesa - bo uważam (jak już kilka razy pisałam), że jeżeli ktoś takich predyspozycji definitywnie nie ma, to należy mu pokazać czerwoną kartkę.

Bardziej mnie zastanawia, dlaczego niektórzy dobrowolnie się w takie układy pakują, mimo ostrzeżeń iluś tam osób. I tu widzę trzy opcje - albo chcą coś zrobić dla sprawy (nieważne z kim - tego zresztą i my próbowaliśmy), albo wydaje im się, że coś im się uda zmienić (i może w jakimś tam promilu sytuacji im się uda), albo myślą, że wiedzą lepiej. Ale cóż, najwyraźniej każdy musi się sparzyć, żeby wiedzieć, że nie należy chwytać kubka z gorącą herbatą. I dotyczy to nie tylko dzieci.

Ciekawe uwagi, chyba rozsądniejsze od moich - bardziej to brzmi realistycznie. Tylko dlaczego, kiedy ktoś wykazuje inicjatywę (a przecież takich nie brakuje, są tacy, co błagają Fundację, żeby mogli coś niezależnie zrobić dla Parady), on od razu: NIE? Jakaś obsesja własnej wszechwładzy i wszechwiedzy.

Dlaczego NIE? Ha, zapewne pozostanie to taką tajemnicą jak to, czy Kara Auchemann istniała naprawdę, choć ta druga jest przynajmniej fascynująca (muszę o tym kiedyś napisać, swoją drogą). Jedyna kobieta w zarządzie FR na moje "dlaczego" z powyższego posta odpowiedziała tak: "chcieliśmy się spotkać, ale okazało się, że się nie da, bo Wojtek ogłosił na blogu, że on się z nami nie umawiał (mimo, że ja miałam w kalendarzu wpisanie spotkanie z nim)". Czyli albo znowu nie wie, że po tekście Wojtka jeszcze coś się działo (ale jak nawet nie wiedziała, to się z mojego posta dowiedziała), albo wie, ale takie jest oficjalne tłumaczenie FR i ona się go będzie trzymać (mimo że jest z miejsca do obalenia). Po prostu żal.pl, chciałoby się powiedzieć.

Prześlij komentarz