Przejdź do głównej zawartości

O przemocy wspomnień kilka

W weekendowym wydaniu "Gazety Stołecznej" ukazał się list Krystiana Legierskiego, w którym tłumaczy, o co chodziło w happeningu w Muzeum Narodowym. Że chcieli, poprzez ośmieszenie, rozbroić sytuację, w której "człowiek z lęku i nienawiści rzuca w innego człowieka nie tylko jajkiem, ale również kamieniem czy butelką". Że akcja miała zwrócić uwagę na to, że "w debacie publicznej na temat parad czy marszów osób o odmiennej identyfikacji seksualnej uwagę poświęca się głównie obawom i spekulacjom na temat zgorszenia, jakie mieliby wywoływać swoim zachowaniem, a nie problemowi fizycznej agresji, na którą są narażeni". I że to dobrze, że były przeciw niej protesty, bo dzięki temu problem agresji mógł mocniej zaistnieć w debacie publicznej, a przecież o to tak naprawdę chodziło.

Cóż, skoro tak, to muszę przyznać, że cel akcji (w przeciwieństwie do środków) był jak najbardziej szlachetny, kłopot w tym, że osiągnąć się go nie udało. W relacjach z wydarzenia w mainstreamowych mediach o przemocy nie ma ani słowa (za to jest całkiem sporo słów o niefortunnym haśle made by JP2, nie mogę złośliwie nie dodać). W naszych mediach zresztą też nie - dominują komentarze o kiepskim poczuciu humoru (w zależności od nastawienia komentującego - organizatorów bądź protestujących). Czyli główny przekaz jest taki, że z naszym dowcipem jest coś nie tak. A przy okazji tradycyjnie już obrażamy uczucia religijne.

Czy tłumaczenie Krystiana jakoś wpłynęło na moją ocenę happeningu? Mimo najszczerszych chęci i ponownej analizy założeń jego i całej akcji, nie. Może to z powodu dwóch wydarzeń sprzed paru dobrych lat, które od chwili, gdy usłyszałam o tym "jajcarskim pomyśle", chodzą mi po głowie i wyjść z niej nie chcą.

W 2004 roku brałam udział w warsztatach z psychologii lęku i agresji zorganizowanym w ramach spotkania integracyjnego nieformalnej grupy Girlz Get United w Niedamirowie koło Jeleniej Góry (szczegóły topograficzne nieistotne, ale zapisuję, skoro udało mi się je jakimś cudem sobie przypomnieć). Pierwsza część warsztatu polegała na tym, że jego uczestniczki zostały losowo podzielone na dwie grupy - agresorek i ofiar. Potem każda agresorka miała sobie wybrać ofiarę i przez kilkanaście minut się nad nią pastwić - werbalnie, bez kontaktu fizycznego. Bardzo nie chciałam być w gronie tych złych, po prostu nie wyobrażałam sobie, że mogłabym użyć przemocy w stosunku do drugiej osoby. Nie udało się. I pamiętam jak dziś, że te kilkanaście minut agresji przypłaciłam paroma dobrymi godzinami emocjonalnego rozedrgania. Wracając na chwilę do teraźniejszości - nie wiem, co poczuli uczestnicy tego nieszczęsnego czwartkowego happeningu, gdy okazało się, że stoją przed nimi "żywe tarcze" w postaci Gosi i Wojtka. Mam jednak nadzieję, że choć część z nich uświadomiła sobie (jak ja te parę lat temu), że przemoc, nawet udawana, jest czymś strasznym.

W roli ofiary znalazłam się parę miesięcy po wyjeździe do Niedamirowa - podczas trójmiejskiej Manify w marcu 2005 roku. Było zimno, ciemno, padał deszcz ze śniegiem. Nas było może 200, policjantów 50, a po obu stronach pochodu szli Wszechpolacy na spółkę z niezrzeszonymi chuliganami, krzycząc wiadomo jakie hasła i rzucając śnieżkami i jajkami. I to było przerażające. I poniżające - że banda chuliganów uważa nas za jakiś podgatunek, który można bezkarnie znieważać. Nie myślałam wtedy racjonalnie - że przecież jest policja, że trudno zrobić komuś krzywdę jajkiem. Nie, ja się zwyczajnie bałam. Jeszcze bardziej po marszu, kiedy z transparentami poupychanymi pod kurtkami bocznymi uliczkami przemykaliśmy na przystanki, aby rozjechać się do domów. Kogoś zresztą wtedy złapali i pobili. Niegroźnie, na szczęście.

Nie lubię martyrologii. Zwykle nie piszę o tym, jaka to jestem biedna i dyskryminowana, jakie to straszne rzeczy spotykają mnie w Polsce. Bo zazwyczaj mnie nie spotykają. Od paru dobrych lat mieszkam w Warszawie, pracuję w tolerancyjnej firmie, która rozpoznaje mnie i Gosię jako rodzinę (w sensie formalnym), mam otwartych i akceptujących mnie znajomych. Z homofobią spotykam się co najwyżej od święta (chyba że zajrzę na forum Gazeta.pl). Ale też, podobnie jak większość osób nieheteroseksualnych, które żyją w miarę otwarcie, kilka razy w życiu doświadczyłam przemocy (na szczęście głównie werbalnej), a znacznie więcej razy zdarzyło mi się słyszeć o przypadkach znieważenia czy pobicia kogoś z powodu jego orientacji.

Dlaczego o tym piszę? Bo nadal nie mieści mi się w głowie, że ktoś wpadł na pomysł "rozbrajania" przemocy przemocą. I mam nadzieję, że ci, uważają, że zrobili fajną akcję, chwilę pomyślą, nim się zabiorą za robienie następnej. A przy okazji pozwalam zaistnieć w debacie (choć raczej nie publicznej) problemowi agresji. A o to przecież organizatorom chodziło, prawda?

Komentarze

  1. Wydaje mi się, że nie ma tu co się nadmiernie zastanawiać - ten pomysł jest po prostu wytworem bezrefleksyjnej głupoty.

    Ja nie widzę innego wyjścia.

    Jakich by myślowych łamańców nie wyprawiać, nie pojmuje jak można dostrzegać coś pozytywnego w reprodukowaniu przez osoby homoseksualne aktów przemocy i stojącej za nimi pogardy.

    Według mnie, ktoś na drodze jakiejś "burzy mózgów" rzucił hasło "zawłaszczmy pedała" lub coś w tym stylu, następnie w radosnym amoku twórczym obmyślono akcję, która w zamierzeniu miała pokazać jaki to dystans mają osoby nie-hetero do aktów przemocy, tylko tak jakby nie próbowano przemyśleć, czy faktycznie to w jakikolwiek sposób "rozbraja" wrogość.

    Przecież ta akcja w żadne sposób nie obudzi świadomości.

    Wręcz przeciwnie, postronny obserwator może odnieść wrażenie "Kurcze, najwyraźniej nawet pedzie nie widzą nic zdrożnego w obrzucaniu ich jajkami".

    W ogóle, nawiążę jeszcze do dyskusji jaka się rozwinęła na blogu Abiekta gdzie szereg komentarzy (mniemam, wstawianych przez osoby związane z fundacją równości) narzeka na malkontenctwo i narzekanie Abiekat i innych "czepiających się".

    Argumentują oni w sposób, który sugeruje, że wewnątrzśrodowiskowy krytycyzm jest nie na miejscu, oraz "osłabia" stanowisko walczących o prawa mniejszości osób nieheteroseksualnch.

    Dla nie to jawny absurd. To zamykanie ust, oraz bycie głuchym na krytykę jest najlepszym sposobem na osłabienie siebie. Wszelako, jeśli własnych błędów środowisko nie będzie usuwać na drodze krytycznej, zostaną one dostrzeżone i wykorzystane przez wszelkich przeciwników emancypacji, "wrogów homopropagandy" i resztę niewesołego, zazwyczaj prawackiego towarzystwa.

    Zresztą, pisałem o tym u siebie w kontekście debaty wokół przypadku nauczycielki-lesbijki, gdyż na tej debacie też padły słowa, które moim zdaniem były popisem głuptactwa, i po debacie miałem okazję się spierać czy należy krytykować i piętnować takie wystąpienia, czy też puszczać je mimo uszu "dla dobra sprawy". Otóż nie, nie należy, bo jeśli my je puścimy mimo uszu to różne Giertychy je wykorzystają.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do krytyki - absolutnie się z Tobą zgadzam, niektórych rzeczy nie wolno puszczać mimo uszu. I mam wrażenie, że akcja Wojtka i Gosi ma też ten skutek uboczny, że dzięki niej kilka osób zrozumiało, że nie ma świętych krów i jeżeli ktoś coś robi źle albo głupio, to trzeba to po prostu głośno powiedzieć. Dlatego cieszę się, że poruszyłeś kwestię wypowiedzi Potockiej (i próbuję to od kilku godzin napisać u Ciebie w komentarzach, ale coś mi się wiesza:/), bo z celebrytami jest chyba trochę tak jak z naszymi organizacjami - czasami nie mamy odwagi im powiedzieć, że choć samo ich działanie i zaangażowanie jest w porządku, to jego forma już niekoniecznie.

    Dyskusja u Abiekta, o której wspominasz, jest też ciekawa o tyle, że my chyba rzeczywiście rozmawiamy o tym wszystkim trochę we własnym gronie, wśród tych, którzy wiedzą, co się dzieje, a zapominamy, że jest cała rzesza ludzi, która odbiera to jako czepialstwo. Z jednej strony to pokazuje, że postawa krytyczna jest wciąż niepopularna, a z drugiej, że może warto czasami skupić się na bardzo podstawowych rzeczach, jeżeli chcemy, aby nasz głos miał trochę szerszy zasięg.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem co jest nie tak z komentami u mnie, aczkolwiek wczoraj jedna osoba mi się skarżyła w związku z logowaniem. Niemniej myślałem, że jej chodzi o sam fakt konieczności zalogowania się.

    W każdym razie ja nic w ustawieniach od nie zmieniałem, no i widzę też, że w końcu się udało :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. zgadzam się Ewo z twoimi spostrzeżeniami odnośnie agresji i przemocy - jest jej tak pełno wokoło że niektórzy jej nie widzą...

    OdpowiedzUsuń
  6. Doswidczenie z warsztatow, eksperyment kat-ofiara (czyj? dr Alzheimer, ucisnal mi w tej chwili gruczol pamieci), przedstwienie Komuny Otwock na podstawie wspomnien Calela Perechodnika, happening z Muzeum Narodowego, to wszystko jedna i ta sama historia: ponowne i ponowne przypominanie ludziom ze agresja wobec innych/mniejszosci to nie historia ale wciaz trwajace doswiadczenie.

    Z twego ,Paniewo textu, czytam ze skoro nie ma lepszych pomyslow ( a nie masz!) na pokazywanie publice kwestii agresji to lepiej wogole o niej nie wspominac.
    Albo wspomninac w takiej formie jak twoj wpis- ciezkiej i niestrawnej niczym teksty niemieckich filozofow.

    I jeszcze jedno: mam wrazenie ze zasadnicza os konfliktu jaka (w kwestiiach "obyczajowych") przebiega wg ciebie przez Polske to nie miedzy liberalizmem a konserwatyzmem, ale miedzy srodowiskiem happeningowym/GI (to ci sami?) a krewnymi i znajomymi homikow.Zaznaczam ze ma wiedza wylacznie z twoich textow i zlinkowanych zrodel.

    Oki, stop mej agresji!

    Oglaszam konkurs na LEPSZY sposob przedstawienia kwestii agresji wobec niehetero niz rzut jajem do tablicy.
    W nagrode rzut jajem.We mnie.

    m@B

    PS. Jan Pawel II ma zostac swietym, patronem ksiezy-pedofilow.
    Poniewaz jednak jeszcze nim nie zostal to twierdzenie ze posluzenie sie cytatem z jego ust jest obraza uczuc religijnych wydaje mi sie przedwczesnym.

    m

    OdpowiedzUsuń
  7. Uuu, a to Marcin trafił kulą w płot, bo członkini GI wypowiada się dokładnie komantarz wyżej. No ale zawsze najłatwiej zarzucić komuś osobiste uprzedzenia niż zastanowić się nad tym o czym pisze. Argument "jak nie masz lepszego pomysłu, nie krytykuj istniejącego" jest bez sensu, bo w ten sposób można obronić nawet najgłupszą ideę.

    Przemoc to nie zabawa. I nie produkt żeby go lekko i strawnie jakby chciał Marcin sprzedawać. I wydaje mi się że nawet jak się jej nie doświadczyło to wystarczy minimalny poziom empatii aby to zrozumieć.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Marcin

    W jaki sposób "rzucanie jajkiem w pedała" ma uczulić homofobów na kwestie przemocy wobec osób niehetroseksualnych.

    Tak się składa, że znam kilka jednostek skrajnie homofobicznych, sadzę, iż skwitowałyby taki happening słowami "wreszcie pedały się nauczyły do czego się nadają".

    OdpowiedzUsuń
  9. Obawiam się, że jak ktoś nie wpadł jeszcze na pomysł rzucania w uczestników parady jajkami, to właśnie go zainspirowano.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…