niedziela, 6 września 2009

Zasady są po to, żeby...?

Kiedy nasz kabaret zaczął tak na dobre rozwijać skrzydełka (czyli nieco ponad rok temu, choć pierwszy występ miał miejsce w 2005), stworzyłyśmy sobie niepisany kodeks, którego staramy się przestrzegać. Zasada pierwsza - śmiejemy się z tego, co znamy. Czyli najczęściej z lesbijek, osób biseksualnych, czasami z gejów i feministek. Co oczywiście poskutkowało tym, że na dobre przylgnęła do nas łatka "pierwszego polskiego lesbijskiego kabaretu", co nas rzecz jasna wcale nie martwi - fajnie jest być pierwszymi! Ale też sprawia, że nie wszyscy uznają to, co robimy, za zabawne (i niekoniecznie mówię tu o osobach heteroseksualnych). Albo też nie wiedzą, czy im się z takich żartów śmiać wypada - bo czy śmianie się z lesbijek nie podpada przypadkiem pod dyskryminację? (Wątpliwość autentyczna - jedna z naszych heteroseksualnych znajomych na serio przyznała, że gdy widziała nas po raz pierwszy, nie wiedziała, czy wypada jej się śmiać - bo przecież ona nie jest lesbijką, więc może jej nie wolno.)

Zasada druga - niedyskutowalna, w przeciwieństwie do pierwszej - nie używamy wulgaryzmów. Nie wiem tak naprawdę, od kiedy jest tak, że wystarczy wyjść na scenę i powiedzieć "ja pier....", żeby wywołać aplauz publiczności. Co gorsza, nie dotyczy to tylko kabaretów. Jakiś czas temu miałam mimo wszystko przyjemność oglądać monodram mojej wielkiej od zawsze miłości Krystyny Jandy "Ucho, gardło, nóż". To spektakl na podstawie książki chorwackiej pisarki Vedrany Rudan, rzecz o wojnie w byłej Jugosławii, tragikomiczna, ale jednak bardziej tragi- niż komiczna. Pierwsze słowo w monodramie to "ku...". I co? I oczywiście publiczność zwija się ze śmiechu. Potem tych "ku..." jest jeszcze bardzo dużo i każda, ale to naprawdę każda, nawet kiedy robi się już naprawdę przerażająco, wywołuje salwy śmiechu. Nie rozumiem tego. Nie powiem, że kiedyś było inaczej, bo jak dziecięciem będąc, chadzałam z mamusią do teatru, to wybierałyśmy sztuki, gdzie wulgaryzmów raczej nie było. Ale mimo wszystko mam wrażenie, że nasza (społeczeństwa) wrażliwość nieco od tamtych czasów stępiała. Ale może to tylko wrażenie.

Przerywnik - Krystyna Janda, w jakiej się zakochałam te nie wiem ile lat temu (bo sam film powstał w 1976 roku, czyli jeszcze przed moimi narodzinami):



Trzecia zasada była taka, że nie śmiejemy się z homofobii, ale z osób nieheteroseksualnych. Dlaczego? Bo nabijanie się z homofobii wydało nam się zbyt oczywiste i niekoniecznie zabawne - w końcu to poważna sprawa. I tę zasadę po części ostatnio złamałyśmy, robiąc wspomniany już w poprzednich wpisach skecz o naszym występie w WP.tv. Efekt był mam wrażenie piorunujący, tak że skecz na pewno będziemy jeszcze grać, więc pocieszam się, że może tu na warsztat bardziej poszła głupota niż homofobia. A skecz jest o nas - czyli nadal o lesbijkach - więc przekaz pozostaje spójny.

Tak piszę o tych zasadach, bo od paru dni chodzi mi po głowie pomysł na tekst, który jeszcze nie powstał właściwie z jednego tylko powodu - bo nie wiem, czy powinien ujrzeć światło dzienne. Generalnie ma być o "paprotkach", czyli kobietach pełniących funkcję dekoracyjną w bardzo konkretnej organizacji. A przyszedł mi do głowy po przeczytaniu jednego z komentrzy pod felietonem Izy Filipiak "Młodość, męskość, pełnosprawność". Czemu jeszcze owego tajemniczego tekstu nie napisałam? Po trosze z braku czasu, a po trosze dlatego, że cały czas się zastanawiam, czy kieruje mną coś więcej poza osobistymi uprzedzeniami (które jednakowoż mają całkiem solidną podstawę). Czyli wbrew moim deklaracjom w najbardziej dotąd kontrowersyjnym na tym blogu tekście o grzybkach nadal nie do końca wiem, czy jak coś niefajnego wiem (i - w tym przypadku - mogą wiedzieć to naprawdę wszyscy, bo materiały, z których chcę skorzystać, są ogólnodostępne), to powinnam to ujawnić. I tu się rysuje podstawowa różnica między blogiem a tradycyjnym pamiętnikiem, bo tak już dawno napisałabym "mój pamiętniczku, tak sobie myślę, że..." i sprawa załatwiona. A tak mam dylemat i stąd różne dywagacje o zasadach chodzą mi po głowie. Jak go rozwiążę, będą "paprotki". A na razie zadowolę się moją prywatną paprotką, którą nawet dzisiaj podlałam (nie, Kochanie, to nie o Tobie:)).

2 komentarze :

Janda też jest moją miłością :) A postać Agnieszki... cóż, fascynuje mnie i w pewnym sensie chciałabym być taka jak ona :)

Niestety... na spektakl z jej udziałem wybieram się od dawna, ale jakoś się nie mogę do tej Warszawy wysłać ;)

Do teatru Jandy wybierz się koniecznie - nawet moja G., która filmowej Jandy nie trawi, na jej sztuki chodzi bez jakiejkolwiek zachęty z mojej strony.

A Agnieszka - cóż, przez nią chciałam zostać dziennikarką :)

Prześlij komentarz